Jest ósma rano.
Normalni ludzie o tej porze piją kawę, przeciągają się, zastanawiają, co zjeść na śniadanie.
A ja?
Ja gotuję pierogi leniwe.
Tak. Skończyłam je robić i właśnie wrzucam do garnka. Mąka na blacie, nóż obok, pierogi czekają w równych rzędach, a we mnie… wszystko gotuje się razem z wodą.
Bo dzisiaj mam tyle energii, że gdybym mogła, przebiegłabym maraton. Albo zasiliła pół Manhattanu. A może nawet cały.
Tylko że to nie jest ta dobra, spokojna energia.
To jest ZŁOŚĆ.
Taka, która siedzi gdzieś pod żebrami i człowiek nie wie, czy ma krzyczeć, płakać, sprzątać mieszkanie, lepić pierogi czy od razu zabrać się za czteropiętrowy tort.
Więc robię pierogi.
Wczoraj rozmawiałam z koleżanką. I od razu zaznaczę ona naprawdę nie powiedziała niczego, co miałoby mnie urazić. Jest delikatną osobą i jestem pewna, że chciała dobrze.
Rozmawiałyśmy o książce.
Tej książce, nad którą siedzę od miesięcy.
Tej, do której zbierałam świadectwa.
Dzwoniłam do ludzi.
Pisałam.
Prosiłam.
Wysyłałam pytania.
Przeszukiwałam kronikę.
Zbierałam historie, daty, wspomnienia.
Czytałam wszystko po kilka razy.
A potem siedziałam przed komputerem, patrzyłam na te wszystkie materiały i czasami kompletnie nie wiedziałam, co z nimi zrobić.
Pamiętam te momenty, kiedy czytałam jedno świadectwo kolejny raz i… NIC.
Pustka.
Zdanie nie chciało się połączyć ze zdaniem.
Nie jestem przecież zawodową pisarką. Nie skończyłam studiów z literatury. Nie miałam obok siebie redaktora, który powiedziałby:
– Jola, tutaj zacznij. To przenieś. To skróć. Tutaj dopisz.
Nie.
Siedziałam sama.
Zdanie po zdaniu.
Strona po stronie.
Aż nagle coś zaczęło się kleić.
Jedna strona.
Druga.
Rozdział.
Następny.
I dzisiaj patrzę na to wszystko i mam około 150 stron maszynopisu.
STO PIĘĆDZIESIĄT.
I wiecie co?
Jestem z siebie dumna.
Nawet jeśli ta książka nie jest idealna. Nawet jeśli profesjonalny redaktor znajdzie w niej sto przecinków w złych miejscach, powtórzenia, niezgrabne zdania i Bóg jeden wie co jeszcze.
Bo ja wiem, ile pracy w nią włożyłam.
I właśnie dlatego zagotowała się we mnie krew, kiedy wczoraj usłyszałam propozycję, żebym dała ten materiał jeszcze komuś do przeredagowania.
Bo ona lubi, jak ta osoba pisze.
Albo żebym skontaktowała się z jeszcze inną koleżanką, bo ona też świetnie pisze.
I wiem, że to była dobra rada.
Naprawdę wiem.
Ale we mnie natychmiast coś krzyknęło:
A GDZIE WSZYSCY BYLI WCZEŚNIEJ?!
Gdzie byliście, kiedy trzeba było zbierać te historie?
Gdzie byliście, kiedy pisałam do ludzi?
Kiedy czekałam na świadectwa?
Kiedy wysyłałam pytania?
Kiedy przeglądałam kronikę?
Kiedy siedziałam nad pustą stroną i nie wiedziałam, jak zacząć?
Kiedy z rozsypanych kawałków próbowałam stworzyć jedną opowieść?
Nie było nikogo.
I nie mam do nikogo o to pretensji.
Naprawdę.
To był mój pomysł i ja się tego podjęłam.
Ale skoro przeszłam tę drogę sama, to teraz nie chcę nagle oddawać jej w ręce kilku osób, żeby każda dołożyła do niej swój pomysł.
Bo ile osób przeczyta tekst, tyle będzie opinii.
Jedna powie:
– Ja zrobiłabym to inaczej.
Druga:
– Ten rozdział trzeba przerobić.
Trzecia:
– Ja zaczęłabym od końca.
Czwarta:
– Tutaj powinno być więcej.
Piąta:
– A tutaj zdecydowanie mniej.
I za chwilę spojrzę na książkę, którą sama wymyśliłam, zebrałam i napisałam, i przestanę wiedzieć, co w niej właściwie jest moje.
Nie chcę tego.
Nie dlatego, że uważam, że piszę najlepiej na świecie.
Nie uważam.
Nie dlatego, że nie przyjmuję krytyki.
Przyjmę ją.
Ale jeśli mój tekst rzeczywiście wymaga profesjonalnej pracy, chcę oddać go komuś, kto zawodowo zajmuje się redakcją i korektą. Komuś, kto pomoże mi go poprawić, ale nie zabierze mu mojego głosu.
Bo to nadal ma być moja książka.
Może nieidealna.
Może wymagająca poprawek.
Ale moja.
A jakby tego wszystkiego było mało, wczoraj jeszcze mój mąż strzelił focha.
Ot tak.
Bo nie robię tego, czego on chciałby, żebym robiła.
I wtedy już naprawdę poczułam się trochę jak lalka, którą każdy chciałby ustawić po swojemu.
Tu ktoś ma pomysł na moją książkę.
Tam ktoś ma pomysł na mnie.
Ten wie, jak powinnam pisać.
Tamten wie, co powinnam robić.
A JA?!
Halo!
Ja tu jeszcze jestem!
I chyba właśnie dlatego dzisiaj o ósmej rano stałam przy kuchennym blacie, kroiłam ciasto na pierogi leniwe i czułam, jak nóż stuka o blat:
ciach!
ciach!
ciach!
I z każdym kolejnym pierogiem jakby trochę tej złości ze mnie schodziło.
Bo może czasami właśnie tak trzeba.
Nie zawsze wszystko analizować.
Nie zawsze natychmiast odpowiadać.
Nie tłumaczyć się wszystkim dookoła.
Nie udowadniać.
Czasami trzeba wstać, zrobić kawę, wyciągnąć miskę, ziemniaki, ricottę, mąkę i zrobić pierogi leniwe.
A potem spojrzeć na nie i pomyśleć:
No. Przynajmniej tutaj nikt mi nie powie, jak mam je napisać.
Najwyżej jak ugotować.
Chociaż dzisiaj nawet z tym proszę ostrożnie!
Bo emocje nadal mną targają.
Ale wiecie co?
W tym całym dzisiejszym chaosie, pomiędzy kawą, złością, pierogami i myślami, które od rana latają mi po głowie jak szalone, zrobiłam jeszcze jedną rzecz.
Usiadłam.
Otworzyłam komputer.
I napisałam do wydawnictwa.
Tak.
NAPISAŁAM.
Dołączyłam jeden rozdział książki.
Przeczytałam wiadomość chyba kilka razy. Zawahałam się.
A potem pomyślałam:
A co mi szkodzi?
I kliknęłam:
WYŚLIJ.
😳
I poszło.
Naprawdę poszło!
Mój tekst.
Mój rozdział.
Kawałek książki, nad którą siedziałam tyle czasu, dzisiaj rano poleciał do wydawnictwa.
W tych emocjach.
W tej złości.
W tym całym galimatiasie.
Zrobiłam to.
I chyba właśnie tego potrzebowałam.
Zamiast kolejny raz zastanawiać się, komu jeszcze powinnam pokazać książkę, kogo zapytać, kto pisze lepiej, kto gorzej, kto co zmieniłby na moim miejscu wysłałam ją tam, gdzie chciałam ją wysłać.
Teraz niech dzieje się, co ma się dziać.
Może odpowiedzą:
– Tak, prosimy o całość.
Może powiedzą:
– Nie jesteśmy zainteresowani.
Może uznają, że tekst wymaga dużej pracy.
Nie wiem.
Jeżeli pierwsze wydawnictwo powie NIE ,będę szukała dalej.
Jeżeli okaże się, że książka potrzebuje profesjonalnej redakcji znajdę redaktora.
Jeżeli trzeba będzie coś poprawić poprawię.
Ale nie poddam się tylko dlatego, że pierwsza odpowiedź może nie być taka, jakiej oczekuję.
Bo dzisiaj wydarzyło się coś ważniejszego.
Przestałam tylko myśleć o tym, czy moja książka jest wystarczająco dobra, żeby pokazać ją komuś z zewnątrz.
Pokazałam ją.
Od pomysłu, który kiedyś był tylko w mojej głowie, doszłam do około 150 stron maszynopisu.
A potem do jednego małego przycisku:
WYŚLIJ.
I powiem Wam, że ten jeden przycisk wymagał ode mnie chyba więcej odwagi niż zrobienie całej góry pierogów leniwych o ósmej rano.
Ale to jeszcze nie koniec.
Bo chyba ta cała złość była mi dzisiaj do czegoś potrzebna.
Siedzę, myślę o tym wszystkim i nagle dochodzę do wniosku:
DOŚĆ.
Od jutra zaczynam jeździć samochodem.
A może nawet od dzisiaj, jak tylko mój szanowny małżonek wróci z roboty.
😂😂😂
Koniec.
Nie chcę być uzależniona od nikogo.
Chcę być samodzielna. Może nie od razu w każdej dziedzinie życia, ale chcę poszerzać tę swoją samodzielność kawałek po kawałku.
Może będę się bała.
Może na początku będę kurczowo trzymała kierownicę.
Może trzy razy sprawdzę, czy mogę zmienić pas.
Może ktoś na mnie zatrąbi.
A ja prawdopodobnie zatrąbię na niego.
Może będę objeżdżała blok pięć razy, zanim znajdę miejsce do parkowania.
Trudno.
Ale będę jeździć.
Bo ile można sobie mówić:
Kiedyś zacznę
Jeszcze nie teraz
Może później
Nie.
TERAZ.
I zaczynam podejrzewać, że może właśnie po to były mi potrzebne te wszystkie dzisiejsze emocje.
Żeby mnie wreszcie ruszyć.
Bo czasami złość nie musi tylko niszczyć.
Czasami pokazuje nam bardzo wyraźnie, gdzie mamy już czegoś po dziurki w nosie.
Gdzie chcemy postawić granicę.
Co chcemy zmienić.
I gdzie najwyższy czas powiedzieć:
Dobra. Teraz ja
Więc podsumujmy ten spokojny niedzielny poranek.
Jest dopiero rano.
Pierogi leniwe – zrobione.
Kawa – wypita.
Książka – około 150 stron.
Rozdział do wydawnictwa – WYSŁANY.
Decyzja o jeżdżeniu samochodem – PODJĘTA.
Złość?
Nadal obecna.
Ale przynajmniej została dobrze zagospodarowana.
Więc teraz pozostaje mi tylko poczekać, aż mój szanowny małżonek wróci z pracy.
Mężu drogi…
NADCHODZĘ JA!
KRÓLOWA KORKÓW !
Queens, Manhattan i wszystkie nowojorskie korki – miejcie się na baczności!
Nie obiecuję, że nie będę kląć pod nosem.
Nie obiecuję, że za pierwszym razem zaparkuję prosto.
Nie obiecuję nawet, że nie będę rozmawiała sama ze sobą za kierownicą:
– Jola, spokojnie… kierunkowskaz… LUSTERKO! Matko kochana, skąd on się tutaj wziął?!
Ale pojadę.
I chyba właśnie to jest najważniejsze.
Bo może dzisiejszy poranek wcale nie jest opowieścią o złości.
Może jest o tym, że czasami trzeba się porządnie wkurzyć, żeby przestać stać w miejscu.
Dzisiaj zrobiłam pierogi.
Wysłałam kawałek swojego marzenia w świat.
Podjęłam decyzję, że chcę być bardziej samodzielna.
A jest dopiero rano.
Ludzie…
CO BĘDZIE DO WIECZORA?!
😂😂😂
Jeśli ktoś potrzebuje czteropiętrowego tortu, oferta nadal aktualna.
Mam dzisiaj tyle energii, że do południa powinien być gotowy.
Może jeszcze sprzątanie generalne zrobię .
Och, życie…
Czasem człowiek myśli, że robi tylko pierogi leniwe o ósmej rano, a tak naprawdę pomiędzy jednym garnkiem a drugim uczy się stawiać granice, wierzyć we własną pracę, wysyła kawałek swojego marzenia w świat i postanawia wreszcie mocniej złapać za kierownicę swojego życia.
A dzisiaj…
chyba całkiem dosłownie.
No to co?
Kluczyki poproszę….


