Pierogi leniwe o ósmej rano, czyli kiedy złość trzeba gdzieś ugotować

Jest ósma rano.

Normalni ludzie o tej porze piją kawę, przeciągają się, zastanawiają, co zjeść na śniadanie.

A ja?

Ja gotuję pierogi leniwe.

Tak. Skończyłam je robić i właśnie wrzucam do garnka. Mąka na blacie, nóż obok, pierogi czekają w równych rzędach, a we mnie… wszystko gotuje się razem z wodą.

Bo dzisiaj mam tyle energii, że gdybym mogła, przebiegłabym maraton. Albo zasiliła pół Manhattanu. A może nawet cały.

Tylko że to nie jest ta dobra, spokojna energia.

To jest ZŁOŚĆ.

Taka, która siedzi gdzieś pod żebrami i człowiek nie wie, czy ma krzyczeć, płakać, sprzątać mieszkanie, lepić pierogi czy od razu zabrać się za czteropiętrowy tort.

Więc robię pierogi.

Wczoraj rozmawiałam z koleżanką. I od razu zaznaczę  ona naprawdę nie powiedziała niczego, co miałoby mnie urazić. Jest delikatną osobą i jestem pewna, że chciała dobrze.

Rozmawiałyśmy o książce.

Tej książce, nad którą siedzę od miesięcy.

Tej, do której zbierałam świadectwa.

Dzwoniłam do ludzi.

Pisałam.

Prosiłam.

Wysyłałam pytania.

Przeszukiwałam kronikę.

Zbierałam historie, daty, wspomnienia.

Czytałam wszystko po kilka razy.

A potem siedziałam przed komputerem, patrzyłam na te wszystkie materiały i czasami kompletnie nie wiedziałam, co z nimi zrobić.

Pamiętam te momenty, kiedy czytałam jedno świadectwo kolejny raz i… NIC.

Pustka.

Zdanie nie chciało się połączyć ze zdaniem.

Nie jestem przecież zawodową pisarką. Nie skończyłam studiów z literatury. Nie miałam obok siebie redaktora, który powiedziałby:

– Jola, tutaj zacznij. To przenieś. To skróć. Tutaj dopisz.

Nie.

Siedziałam sama.

Zdanie po zdaniu.

Strona po stronie.

Aż nagle coś zaczęło się kleić.

Jedna strona.

Druga.

Rozdział.

Następny.

I dzisiaj patrzę na to wszystko i mam około 150 stron maszynopisu.

STO PIĘĆDZIESIĄT.

I wiecie co?

Jestem z siebie dumna.

Nawet jeśli ta książka nie jest idealna. Nawet jeśli profesjonalny redaktor znajdzie w niej sto przecinków w złych miejscach, powtórzenia, niezgrabne zdania i Bóg jeden wie co jeszcze.

Bo ja wiem, ile pracy w nią włożyłam.

I właśnie dlatego zagotowała się we mnie krew, kiedy wczoraj usłyszałam propozycję, żebym dała ten materiał jeszcze komuś do przeredagowania.

Bo ona lubi, jak ta osoba pisze.

Albo żebym skontaktowała się z jeszcze inną koleżanką, bo ona też świetnie pisze.

I wiem, że to była dobra rada.

Naprawdę wiem.

Ale we mnie natychmiast coś krzyknęło:

A GDZIE WSZYSCY BYLI WCZEŚNIEJ?!

Gdzie byliście, kiedy trzeba było zbierać te historie?

Gdzie byliście, kiedy pisałam do ludzi?

Kiedy czekałam na świadectwa?

Kiedy wysyłałam pytania?

Kiedy przeglądałam kronikę?

Kiedy siedziałam nad pustą stroną i nie wiedziałam, jak zacząć?

Kiedy z rozsypanych kawałków próbowałam stworzyć jedną opowieść?

Nie było nikogo.

I nie mam do nikogo o to pretensji.

Naprawdę.

To był mój pomysł i ja się tego podjęłam.

Ale skoro przeszłam tę drogę sama, to teraz nie chcę nagle oddawać jej w ręce kilku osób, żeby każda dołożyła do niej swój pomysł.

Bo ile osób przeczyta tekst, tyle będzie opinii.

Jedna powie:

– Ja zrobiłabym to inaczej.

Druga:

– Ten rozdział trzeba przerobić.

Trzecia:

– Ja zaczęłabym od końca.

Czwarta:

– Tutaj powinno być więcej.

Piąta:

– A tutaj zdecydowanie mniej.

I za chwilę spojrzę na książkę, którą sama wymyśliłam, zebrałam i napisałam, i przestanę wiedzieć, co w niej właściwie jest moje.

Nie chcę tego.

Nie dlatego, że uważam, że piszę najlepiej na świecie.

Nie uważam.

Nie dlatego, że nie przyjmuję krytyki.

Przyjmę ją.

Ale jeśli mój tekst rzeczywiście wymaga profesjonalnej pracy, chcę oddać go komuś, kto zawodowo zajmuje się redakcją i korektą. Komuś, kto pomoże mi go poprawić, ale nie zabierze mu mojego głosu.

Bo to nadal ma być moja książka.

Może nieidealna.

Może wymagająca poprawek.

Ale moja.

A jakby tego wszystkiego było mało, wczoraj jeszcze mój mąż strzelił focha.

Ot tak.

Bo nie robię tego, czego on chciałby, żebym robiła.

I wtedy już naprawdę poczułam się trochę jak lalka, którą każdy chciałby ustawić po swojemu.

Tu ktoś ma pomysł na moją książkę.

Tam ktoś ma pomysł na mnie.

Ten wie, jak powinnam pisać.

Tamten wie, co powinnam robić.

A JA?!

Halo!

Ja tu jeszcze jestem!

I chyba właśnie dlatego dzisiaj o ósmej rano stałam przy kuchennym blacie, kroiłam ciasto na pierogi leniwe i czułam, jak nóż stuka o blat:

ciach!

ciach!

ciach!

I z każdym kolejnym pierogiem jakby trochę tej złości ze mnie schodziło.

Bo może czasami właśnie tak trzeba.

Nie zawsze wszystko analizować.

Nie zawsze natychmiast odpowiadać.

Nie tłumaczyć się wszystkim dookoła.

Nie udowadniać.

Czasami trzeba wstać, zrobić kawę, wyciągnąć miskę, ziemniaki, ricottę, mąkę i zrobić pierogi leniwe.

A potem spojrzeć na nie i pomyśleć:

No. Przynajmniej tutaj nikt mi nie powie, jak mam je napisać.

Najwyżej jak ugotować.

Chociaż dzisiaj nawet z tym proszę ostrożnie!

Bo emocje nadal mną targają.

Ale wiecie co?

W tym całym dzisiejszym chaosie, pomiędzy kawą, złością, pierogami i myślami, które od rana latają mi po głowie jak szalone, zrobiłam jeszcze jedną rzecz.

Usiadłam.

Otworzyłam komputer.

I napisałam do wydawnictwa.

Tak.

NAPISAŁAM.

Dołączyłam jeden rozdział książki.

Przeczytałam wiadomość chyba kilka razy. Zawahałam się.

A potem pomyślałam:

A co mi szkodzi?

I kliknęłam:

WYŚLIJ.

😳

I poszło.

Naprawdę poszło!

Mój tekst.

Mój rozdział.

Kawałek książki, nad którą siedziałam tyle czasu, dzisiaj rano poleciał do wydawnictwa.

W tych emocjach.

W tej złości.

W tym całym galimatiasie.

Zrobiłam to.

I chyba właśnie tego potrzebowałam.

Zamiast kolejny raz zastanawiać się, komu jeszcze powinnam pokazać książkę, kogo zapytać, kto pisze lepiej, kto gorzej, kto co zmieniłby na moim miejscu  wysłałam ją tam, gdzie chciałam ją wysłać.

Teraz niech dzieje się, co ma się dziać.

Może odpowiedzą:

– Tak, prosimy o całość.

Może powiedzą:

– Nie jesteśmy zainteresowani.

Może uznają, że tekst wymaga dużej pracy.

Nie wiem.

Jeżeli pierwsze wydawnictwo powie NIE ,będę szukała dalej.

Jeżeli okaże się, że książka potrzebuje profesjonalnej redakcji znajdę redaktora.

Jeżeli trzeba będzie coś poprawić poprawię.

Ale nie poddam się tylko dlatego, że pierwsza odpowiedź może nie być taka, jakiej oczekuję.

Bo dzisiaj wydarzyło się coś ważniejszego.

Przestałam tylko myśleć o tym, czy moja książka jest wystarczająco dobra, żeby pokazać ją komuś z zewnątrz.

Pokazałam ją.

Od pomysłu, który kiedyś był tylko w mojej głowie, doszłam do około 150 stron maszynopisu.

A potem do jednego małego przycisku:

WYŚLIJ.

I powiem Wam, że ten jeden przycisk wymagał ode mnie chyba więcej odwagi niż zrobienie całej góry pierogów leniwych o ósmej rano.

Ale to jeszcze nie koniec.

Bo chyba ta cała złość była mi dzisiaj do czegoś potrzebna.

Siedzę, myślę o tym wszystkim i nagle dochodzę do wniosku:

DOŚĆ.

Od jutra zaczynam jeździć samochodem.

A może nawet od dzisiaj, jak tylko mój szanowny małżonek wróci z roboty.

😂😂😂

Koniec.

Nie chcę być uzależniona od nikogo.

Chcę być samodzielna. Może nie od razu w każdej dziedzinie życia, ale chcę poszerzać tę swoją samodzielność kawałek po kawałku.

Może będę się bała.

Może na początku będę kurczowo trzymała kierownicę.

Może trzy razy sprawdzę, czy mogę zmienić pas.

Może ktoś na mnie zatrąbi.

A ja prawdopodobnie zatrąbię na niego.

Może będę objeżdżała blok pięć razy, zanim znajdę miejsce do parkowania.

Trudno.

Ale będę jeździć.

Bo ile można sobie mówić:

Kiedyś zacznę

Jeszcze nie teraz

Może później

Nie.

TERAZ.

I zaczynam podejrzewać, że może właśnie po to były mi potrzebne te wszystkie dzisiejsze emocje.

Żeby mnie wreszcie ruszyć.

Bo czasami złość nie musi tylko niszczyć.

Czasami pokazuje nam bardzo wyraźnie, gdzie mamy już czegoś po dziurki w nosie.

Gdzie chcemy postawić granicę.

Co chcemy zmienić.

I gdzie najwyższy czas powiedzieć:

Dobra. Teraz ja

Więc podsumujmy ten spokojny niedzielny poranek.

Jest dopiero rano.

Pierogi leniwe – zrobione.

Kawa – wypita.

Książka – około 150 stron.

Rozdział do wydawnictwa – WYSŁANY.

Decyzja o jeżdżeniu samochodem – PODJĘTA.

Złość?

Nadal obecna.

Ale przynajmniej została dobrze zagospodarowana.

Więc teraz pozostaje mi tylko poczekać, aż mój szanowny małżonek wróci z pracy.

Mężu drogi…

NADCHODZĘ JA!

KRÓLOWA KORKÓW ! 

Queens, Manhattan i wszystkie nowojorskie korki – miejcie się na baczności!

Nie obiecuję, że nie będę kląć pod nosem.

Nie obiecuję, że za pierwszym razem zaparkuję prosto.

Nie obiecuję nawet, że nie będę rozmawiała sama ze sobą za kierownicą:

– Jola, spokojnie… kierunkowskaz… LUSTERKO! Matko kochana, skąd on się tutaj wziął?!

Ale pojadę.

I chyba właśnie to jest najważniejsze.

Bo może dzisiejszy poranek wcale nie jest opowieścią o złości.

Może jest o tym, że czasami trzeba się porządnie wkurzyć, żeby przestać stać w miejscu.

Dzisiaj zrobiłam pierogi.

Wysłałam kawałek swojego marzenia w świat.

Podjęłam decyzję, że chcę być bardziej samodzielna.

A jest dopiero rano.

Ludzie…

CO BĘDZIE DO WIECZORA?!

😂😂😂

Jeśli ktoś potrzebuje czteropiętrowego tortu, oferta nadal aktualna.

Mam dzisiaj tyle energii, że do południa powinien być gotowy.

Może jeszcze sprzątanie generalne zrobię .

Och, życie…

Czasem człowiek myśli, że robi tylko pierogi leniwe o ósmej rano, a tak naprawdę pomiędzy jednym garnkiem a drugim uczy się stawiać granice, wierzyć we własną pracę, wysyła kawałek swojego marzenia w świat i postanawia wreszcie mocniej złapać za kierownicę swojego życia.

A dzisiaj…

chyba całkiem dosłownie.

No to co?

Kluczyki poproszę….

Drzewa mojego dzieciństwa i ogród, o którym marzę…

Kiedy pisałam wczoraj o kwiatach, zdałam sobie sprawę, że nie da się mówić o wymarzonym ogrodzie, nie wspominając o drzewach.

Bo ja kocham drzewa.

Każde jest piękne na swój sposób, ale gdybym miała wybrać jedno, bez chwili wahania wskazałabym lipę.

Uwielbiam jej zapach. Wystarczy kilka ciepłych, letnich dni, żeby powietrze wypełniło się tym słodkim aromatem. To jeden z tych zapachów, które zatrzymują człowieka w miejscu i każą na chwilę zapomnieć o całym świecie.

Mój mąż śmieje się czasem, że drewno lipowe to prawdziwa „lipa”, bo do wielu rzeczy się nie nadaje. A ja patrzę na nią zupełnie inaczej.

Widzę potężne, stare drzewo z szeroką koroną. Gałęzie pochylające się niemal do samej ziemi. Chłodny cień w upalne popołudnie. Szum liści, który uspokaja bardziej niż niejedna melodia.

Lipy mają w sobie coś dostojnego. Nie spieszą się. Po prostu są. Rosną przez dziesiątki, a nawet setki lat i cierpliwie towarzyszą kolejnym pokoleniom.

Gdybym kiedyś miała swój dom, posadziłabym wokół niego właśnie lipy.

A zaraz obok nich jarzębinę.

Nie wiem dlaczego, ale odkąd mieszkam w Stanach , nigdzie nie spotkałam takiej prawdziwej polskiej jarzębiny. Te czerwone korale jesienią zawsze mnie zachwycały. Dla jednych to zwykłe owoce. Dla mnie to jedno z najpiękniejszych wspomnień dzieciństwa.

Posadziłabym też brzozę.

Choć właśnie na brzozę jestem uczulona.

To zabawne, prawda?

Mimo alergii kocham jej biały pień, delikatną korę i drobne listki, które przy najmniejszym podmuchu wiatru zaczynają tańczyć. Jest w niej lekkość i elegancja, której trudno szukać w innych drzewach.

No i jeszcze wierzba.

Ale wierzba jest mi bliska z zupełnie innego powodu.

Przy ganku domu mojej babci rosła ogromna, majestatyczna wierzba. Dla kogoś była pewnie po prostu starym drzewem. Dla nas, dzieci, była całym światem.

Razem z siostrą wdrapywałyśmy się na jej potężne konary i urządzałyśmy sobie tam nasze małe królestwo. Była tak wielka i rozłożysta, że spokojnie mogłyśmy na niej siedzieć obok siebie, a długie, zielone gałązki opadały wokół nas niczym zasłona. Kiedy schowałyśmy się wśród nich, z dołu prawie nie było nas widać.

Mogłyśmy przesiedzieć tam kilka godzin.

I nigdy się nie nudziłyśmy.

Nie było telefonów, tabletów ani tysiąca atrakcji. Było drzewo, dwie siostry, dziecięca wyobraźnia i poczucie, że tam, wysoko między gałęziami, mamy swoje własne miejsce na świecie.

Może właśnie dlatego do dziś, kiedy widzę dużą wierzbę z gałęziami pochylającymi się ku ziemi, coś ściska mnie za serce.

Nie widzę tylko drzewa.

Widzę ganek u babci.

Widzę nas dwie ukryte w zieleni.

I na chwilę znowu jestem tamtą małą dziewczynką, która potrafiła przez pół dnia siedzieć na drzewie i do szczęścia nie potrzebowała absolutnie niczego więcej.

Bo drzewa to przecież nasze dzieciństwo.

Ile z nas bawiło się na drzewach albo pod nimi?

Ile wdrapywało się na gałęzie, budowało swoje kryjówki i wymyślało światy, których dorośli nawet nie potrafili zobaczyć?

Liście były pieniążkami.

Korale jarzębiny zamieniały się w kulki lodów albo najważniejszy składnik zupy gotowanej z błota.

Patyki były łyżkami, kamienie skarbami, a kawałek ziemi pod drzewem potrafił być kuchnią, sklepem, domem i restauracją jednocześnie.

Boże… jakie my miałyśmy wtedy bogactwo!

I jakie to niesamowite, że dzisiaj wystarczy spojrzeć na stare drzewo, żeby nagle to wszystko wróciło.

Piszę tylko o lipie, wierzbie, brzozie czy jarzębinie, a moje wspomnienia zaczynają buzować. Jedno pociąga za sobą następne.

Nagle widzę siebie jako małą dziewczynkę.

Widzę siostrę.

Widzę dom babci.

Czuję pod palcami korę starej wierzby i pamiętam te wszystkie dziecięce zabawy, do których nie potrzebowałyśmy właściwie niczego.

Tylko kawałka podwórka.

Kilku drzew.

I wyobraźni.

Może dlatego tak bardzo kocham drzewa.

Bo kiedy dzisiaj na nie patrzę, widzę nie tylko ich korony, liście i kwiaty.

Widzę kawałek własnego dzieciństwa.

Ale skoro już urządzam w wyobraźni ten mój wymarzony ogród, to przecież nie może w nim zabraknąć magnolii.

Bo czym byłaby wiosna bez jej kwiatów?

Kiedy magnolia zakwita, trudno przejść obok niej obojętnie. Te ogromne kwiaty wyglądają jak delikatne kielichy przygotowane do picia nektaru. Całe drzewo obsypane wiosennym kwieciem cieszy oczy tak bardzo, że człowiek najchętniej zatrzymałby ten widok na dłużej.

Magnolia nie potrzebuje jeszcze nawet zielonych liści. Najpierw pokazuje światu swoje kwiaty, jakby chciała powiedzieć:

Wiosna naprawdę już przyszła.

I jeszcze pink dogwood.

Majestatyczne drzewko, które wiosną wygląda, jakby ktoś od góry do dołu obsypał je różowymi kwiatami. Dopiero później pojawiają się listki.

Uwielbiam na nie patrzeć.

Każde drzewko niby podobne do drugiego, a jednak każde inne. Jedno bardziej różowe, drugie delikatniejsze, jedno rozłożyste, inne smukłe. Kiedy kwitną, są po prostu przepiękne.

I chyba właśnie za to kocham drzewa.

Każde ma swój czas.

Magnolia i dogwood zachwycają wiosną.

Lipa oddaje nam swój zapach latem.

Jarzębina rozpala jesień czerwonymi koralami.

Brzoza szumi przy najmniejszym podmuchu wiatru.

A wierzba przypomina mi dzieciństwo.

Im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę ten mój wymarzony zakątek.

Niewielki drewniany dom.

Taras z kubkiem dobrej kawy.

Jezioro odbijające poranne słońce.

Ogród pełen kwiatów.

A wokół drzewa.

Lipy pachnące latem.

Brzozy szumiące na wietrze.

Jarzębiny rozpalające jesień czerwonymi owocami.

Magnolie i różowe dogwoody oznajmiające swoimi kwiatami, że przyszła wiosna.

I koniecznie wierzba.

Duża.

Rozłożysta.

Najlepiej gdzieś blisko wody.

Taka, pod której zielonymi gałęziami można się schować i choć przez chwilę przypomnieć sobie, jak to było, kiedy miało się kilka lat i cały świat mieścił się na jednym drzewie.

I może jeszcze mały zagajnik, do którego można wejść bez celu. Tylko po to, żeby posłuchać śpiewu ptaków i szumu liści.

Niedawno napisałam do koleżanki, że patrząc na zdjęcia jej miejsca nad wodą, trochę jej zazdroszczę. Tak pozytywnie.

Odpisała mi wtedy coś, co schowałam w swoim sercu . Napisała, że ona też przez wiele lat marzyła o takim miejscu i ogromnie cieszy się, że w końcu je ma.

A na końcu dodała jeszcze jedno zdanie:

„Wierzę, że i Tobie kiedyś uda się znaleźć swój własny spokojny zakątek.”

Serce podskoczyło mi z radości ,kiedy przeczytałam  jej słowa , a może z marzeniami jest właśnie tak…?

Nie wszystkie spełniają się od razu.

Niektóre potrzebują wielu lat, cierpliwości i Bożego czasu.

Ale jeśli są dobre i nosimy je w sercu, może warto ich nie porzucać.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że człowiek nie potrzebuje do szczęścia wielkich rzeczy.

Potrzebuje miejsca, w którym może odetchnąć.

Miejsca, gdzie zamiast odgłosu samochodów słychać wiatr, zamiast wszechobecnego betonu są drzewa, a zamiast pośpiechu jest zwykła cisza.

Nie wiem, czy kiedyś uda mi się spełnić to marzenie.

Czy będzie mi dane kupić działkę nad jeziorem, zbudować mały dom i stworzyć ogród pełen kwiatów oraz drzew.

Ale marzenia są po to, żeby je nosić w sercu.

A kto wie…

Może Pan Bóg już dziś uśmiecha się pod nosem i myśli:

„Poczekaj jeszcze trochę. Mam dla ciebie miejsce piękniejsze, niż potrafisz sobie wyobrazić.”

No proszę…

Wystarczyło zacząć pisać o drzewach, a ja znowu odpłynęłam w marzenia.

A może nie tylko w marzenia.

Trochę również we wspomnienia.

Chyba taki właśnie jest ten mój wolny czas.

Pozwala zatrzymać się na chwilę i odkryć nie tylko to, za czym tęskni moje serce, ale również przypomnieć sobie rzeczy, o których wydawało mi się, że dawno zapomniałam.

A Wy?

Czy jest takie drzewo, które kochacie najbardziej?

A może drzewa też przypominają Wam dzieciństwo?

Wspinaliście się na nie? Budowaliście kryjówki? Gotowaliście zupy z błota, w których liście były pieniążkami, a czerwone korale jarzębiny zamieniały się w kulki lodów?

Ciekawa jestem, jakie wspomnienia obudzą się w Was, kiedy zaczniecie o tym myśleć.

Kwiaty… dlaczego tak bardzo nas zachwycają?

Kwiaty… czy Wy też je tak kochacie?

Ja bardzo.

Moja córka dostała ostatnio piękny bukiet, a ja od razu wstawiłam go do mojego ulubionego flakonu. Dostałam go kiedyś od Przyjaciela i od tamtej pory każdy bukiet wygląda w nim jakoś wyjątkowo. 

Najbardziej jednak kocham kwiaty rosnące w ogrodach. Łany kwiatów, kolorowe rabaty, balkony pełne kwitnących roślin… Mogłabym godzinami spacerować i je podziwiać. Uwielbiam przydomowe ogródki, w których zamiast idealnie przystrzyżonego trawnika królują kwiaty. Im jest ich więcej, tym piękniej. Dla mnie to takie małe niebo na ziemi.

Jest jednak jeden zapach, którego bardzo mi brakuje.

Polska maciejka.

Nie wiem dlaczego, ale ta wysiana w USA po prostu nie pachnie tak jak w Polsce. Próbowaliśmy siać ją w różnych miejscach, nawet w doniczkach. Rosła, kwitła… ale tego wieczornego, oszałamiającego zapachu nigdy nie było. Może to kwestia klimatu, może ziemi, a może po prostu z niektórymi wspomnieniami nie da się wygrać.

Uwielbiam też oglądać zdjęcia ludzi, którzy fotografują przyrodę, a szczególnie kwiaty. Takie fotografie mają w sobie coś niezwykłego  spokój, prostotę i zachwyt nad światem. Ostatnio koleżanka pokazała na swoim profilu zdjęcie ogromnego pola rumianków. Patrzyłam na nie jak zaczarowana. Mogłabym godzinami chodzić po takich łąkach. Jest w tej naturalności coś, co porusza moją duszę bardziej niż najbardziej wymyślne ogrody.

Marzy mi się balkon pełen kwiatów, ale mieszkam na osiemnastym piętrze. Latem słońce tak mocno nagrzewa balkon, że w połowie sierpnia zamiast pięknych kwiatów zostają tylko suche badyle. Trudno… Widocznie nie każde miejsce jest stworzone do wszystkiego.

Za to w domu nadrabiam. Kwiaty doniczkowe uwielbiam! Stoją na parapetach i cieszą moje oczy każdego dnia. Często dostaję od znajomych odnóżki roślin, czasem kupię coś nowego i zawsze sprawia mi to ogromną radość.

Z ciętymi kwiatami mam trochę trudniejszą relację. Są piękne, ale zawsze robi mi się trochę smutno, gdy z każdym dniem tracą swój urok. Dlatego rzadko je kupuję. Zdecydowanie bardziej lubię kwiaty w doniczkach albo cebulki kwiatów. Kiedy przekwitną, przycinam je, wyjmuję cebulki, wkładam do papierowej torebki i przechowuję w lodówce aż do wiosny. A potem z ogromną radością sadzę je ponownie i znów mogę podziwiać ich kwitnienie.

Lubię, kiedy natura dostaje kolejną szansę.

Im jestem starsza, tym bardziej zachwyca mnie to, jak wiele piękna Bóg ukrył w zwyczajnych rzeczach. W jednym płatku kwiatu, w zapachu unoszącym się wieczorem nad ogrodem czy w polu rumianków kołyszącym się na wietrze. Czasem wystarczy zatrzymać się na chwilę, żeby zobaczyć coś, obok czego wcześniej przechodziliśmy obojętnie.

A gdyby ktoś zapytał mnie o ogród marzeń…

Byłyby w nim morze rumianków, całe łany maków i złote pola słoneczników. Posadziłabym pachnące piwonie, dywan maciejki, lilie, bez, jaśminowiec, groszek pachnący, lawendę i stare odmiany róż 

takie, których zapach czuć już od furtki.

A ja?

Siedziałabym z mężem na drewnianym ganku z kubkiem dobrej kawy w dłoni. Przed nami zachodzące słońce, obok cicho szumiące jezioro, nad głową śpiew ptaków, a wokół ta cała poezja zapachów i kolorów. Słoneczniki ze swoimi wielkimi głowami pochylałyby się nad nami, jakby chciały zajrzeć do kubka i sprawdzić, co pijemy.

Chyba mogłabym tam zostać już na zawsze…

Kwiaty mają w sobie coś niezwykłego. Potrafią poprawić nastrój, zatrzymać człowieka na chwilę i przypomnieć, że najpiękniejsze rzeczy często są najprostsze.

A Wy?

Lubicie kwiaty? Macie swoje ulubione? A może jest jakiś zapach, który od razu przenosi Was do dzieciństwa?

Czas, którego się bałam

Przez najbliższe osiem tygodni każdy piątek i poniedziałek będę miała wolny.

Kiedy się o tym dowiedziałam, zamiast radości pojawił się niepokój, strach i rozczarowanie. Tyle negatywnych emocji, jakbym nagle wpadła w czarną dziurę. Zero radości. Zero entuzjazmu.

Pierwsza myśl?

Co ja będę robić?

Przecież od lat jestem przyzwyczajona do ciągłego biegu. Praca, dom, dzieci, obowiązki… Zawsze było coś do zrobienia. A teraz nagle dwa całe dni ciszy. I jeszcze wolne weekendy.

Napisałam o tym do koleżanki.

Odpisała mi bardzo prosto:

„Zaplanuj konkretne zajęcie. Takie, na które normalnie nigdy nie masz czasu.”

To jedno zdanie rozświetliło mój umysł.

Wczoraj wieczorem wyciągnęłam swoje notatki. A mam ich naprawdę mnóstwo. Zapisane myśli, świadectwa, historie ludzi, pomysły na wpisy…

Zaczęłam je porządkować.

I dostrzegłam coś, czego wcześniej nie widziałam .

Książka o 25-leciu naszej wspólnoty jest właściwie gotowa. Muszę poprawić jeszcze jeden rozdział i całość będzie zamknięta.

A obok leży druga książka.

Moja.

Ta, którą od dawna noszę w sercu.

Po uporządkowaniu notatek okazało się, że mam już materiał na siedem rozdziałów.

Doszłam do wniosku , że może właśnie po to dostałam ten czas.

Nie po to, żeby siedzieć i myśleć, czego mi brakuje.

Ale po to, żeby wreszcie zrobić coś, na co od dawna nie miałam przestrzeni.

Postanowiłam, że każdego wolnego dnia napiszę jeden rozdział.

Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi.

Nie wiem, czy uda mi się wydać książkę. Sama korekta kosztuje bardzo dużo, a potem dochodzi skład, okładka i druk. Dzisiaj prawie wszystko wiąże się z pieniędzmi.

Ale wiem jedno.

Jeśli Bóg daje człowiekowi czas, to nie bez powodu.

Może właśnie teraz otwiera przede mną drzwi, których wcześniej, w ciągłym biegu, nawet nie zauważałam.

Od kilku dni wracają do mnie słowa, które kiedyś zapisałam w swoim notatniku:

Narzekanie jest odwrotnością błogosławieństwa.

To zdanie nie daje mi spokoju.

Jak łatwo skupić się na tym, czego nie mamy.

Jak łatwo powiedzieć: Dlaczego akurat ja?

A przecież można spojrzeć zupełnie inaczej.

Mam kochającego męża, który w tym czasie bierze na siebie ciężar utrzymania naszej rodziny.

Mam mieszkanie .

Mam zdrowe ręce, którymi mogę pisać.

Mam historie, którymi mogę się dzielić.

Mam czas.

A czas też jest darem.

Dlatego nie chcę narzekać.

Chcę błogosławić swoje życie.

Wierzę, że kiedy człowiek dziękuje za to, co już otrzymał, łatwiej dostrzega kolejne dobro, które Bóg stawia na jego drodze.

Jeśli znajdziecie chwilę, pomódlcie się za mnie.

O światło Ducha Świętego.

Żebym dobrze wykorzystała ten czas.

Żebym pisała to, co naprawdę warto napisać.

Żebym umiała rozpoznać Boży plan i miała odwagę za nim pójść.

Wdzięczna jestem także za moich Przyjaciół.

Kiedy jest mi trudno, kiedy dopada mnie lęk albo zwątpienie, po prostu do nich piszę. I zawsze dostaję dobre słowo, zapewnienie o modlitwie, wsparcie i pamięć.

To niezwykłe uczucie wiedzieć, że nie jest się samemu. Że są ludzie, którzy po prostu są. Nie oceniają, nie pouczają, ale pomagają przetrwać trudniejszy moment.

To dopiero początek tej drogi.

Wczoraj zrobiłam pierwszy krok.

Zamiast usiąść i narzekać, wyciągnęłam swoje notatki, uporządkowałam je i zobaczyłam, ile dobra już na mnie czekało.

Dzisiaj postanawiam zrobić kolejny krok.

Nie wiem, dokąd mnie ta droga zaprowadzi.

Ale nie chcę zmarnować czasu, który właśnie dostałam.

A Wy?

Czy mieliście kiedyś taki moment, kiedy coś, co na początku wydawało się problemem, z czasem okazało się początkiem czegoś naprawdę dobrego?

Powiedz mi, jak komentujesz cudze życie, a powiem Ci, co dzieje się w Twoim sercu…

Kilka dni temu trafiłam na zwyczajny post o tym  co lubię. Zatrzymałam się , kliknęłam i ….

Kobieta pokazała swoje zakupy. Kilka paczek kawy. Napisała z uśmiechem, że ktoś jej ją polecił, więc kupiła na próbę.

Nic wielkiego.

Żadnych tematów politycznych.

Żadnych sporów światopoglądowych.

Żadnych kontrowersji.

Po prostu kawa.

A jednak wystarczyło.

W komentarzach rozpętała się burza.

Jedni pisali, że to najgorsza kawa świata. Inni, że to śmieci. Jeszcze inni przekonywali, że tylko ich wybór jest słuszny.

Nikt nie napisał:

Mam nadzieję, że będzie Ci smakowała.

Im dłużej czytałam te komentarze, tym wyraźniej widziałam, że oni wcale nie rozmawiają o kawie.

Oni pokazują swoje serca.

Bo człowiek, który ma pokój w sercu, nie ma potrzeby na siłę odbierać drugiemu radości.

Może napisać:

Ja wolę inną, bo bardziej odpowiada mi taki smak.

Może opowiedzieć o swoim doświadczeniu.

Może coś polecić.

Może nawet się nie zgodzić.

Ale nie musi deptać czyjejś radości tylko dlatego, że ktoś wybrał inaczej.

Na Forum Charyzmatycznym ojciec Marcin powiedział zdanie, które przegryzam do dziś i które wraca do mnie jak bumerang:

„Brak radości i nadziei jest jedną z największych przeszkód w ewangelizacji.”

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że to zdanie dotyczy nie tylko głoszenia Ewangelii.

Dotyczy całego naszego życia.

Bo każdy komentarz coś niesie.

Może nieść dobro.

Może nieść nadzieję.

Może nieść pokój.

Ale może też nieść pogardę, zniechęcenie i ból.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że internet stał się miejscem, do którego wielu ludzi przynosi swoje zmęczenie, rozczarowanie, frustrację i niewypowiedziany ból.

A komentarze stają się sposobem, by to wszystko z siebie wyrzucić.

Tylko że po drugiej stronie ekranu siedzi żywy człowiek.

Może właśnie zrobił sobie pierwszą filiżankę tej kawy.

Może naprawdę cieszył się z zakupu.

Może chciał po prostu podzielić się czymś zwyczajnym.

I zamiast przeczytać:

Smacznej kawy . Daj znać, jak Ci smakowała.

czyta:

To śmieci.

To gówno .

Najgorszy wybór.

Nie macie pojęcia o kawie.

Po co?

Czy świat naprawdę stał się od tego lepszy?

Na Forum usłyszeliśmy jeszcze jedną myśl, która mocno zapadła mi w serce.

Bóg posyła ludzi do ludzi.

Nie po to, żeby udowadniali sobie, kto ma rację.

Nie po to, żeby wygrywali dyskusje.

Nie po to, żeby błyszczeć swoją wiedzą.

Ale po to, żeby zostawiać po sobie dobro.

Myślę też, że czasem zatrzymujemy się na tym, czego nauczyliśmy się o Bogu jako dzieci.

Na katechezie w szkole podstawowej.

A przecież wiara nie jest czymś, co dostaje się raz na całe życie.

Wiara potrzebuje wzrastać.

Potrzebuje spotkania z żywym Bogiem.

Potrzebuje modlitwy.

Czytania Pisma Świętego.

Słuchania wartościowych konferencji.

Rozmów z ludźmi, którzy pomagają nam zbliżać się do Jezusa.

Bo można znać wszystkie modlitwy.

Można co niedzielę siedzieć w pierwszej ławce.

Można jeździć na pielgrzymki.

A jednocześnie wciąż nie pozwolić Jezusowi przemieniać swojego serca.

Prawdziwa relacja z Bogiem nie kończy się na religijnych praktykach.

Ona zaczyna być widoczna w codzienności.

W sposobie, w jaki mówimy do współmałżonka.

Do dzieci.

Do sąsiada.

Do nieznajomego.

I również w tym, co piszemy w internecie.

Bo człowiek, który naprawdę spotyka Jezusa, zaczyna coraz bardziej przypominać Go swoim życiem.

Nie staje się idealny.

Ale uczy się kochać.

Uczy się przebaczać.

Uczy się budować zamiast burzyć.

Dlatego warto czasem pojechać na Forum.

Posłuchać dobrej konferencji.

Włączyć wartościowy podcast.

Spotkać ludzi, którzy pomagają nam wzrastać.

Warto wejść do kościoła, usiąść przed Najświętszym Sakramentem i po prostu pobyć z Jezusem.

Bo kiedy człowiek naprawdę otwiera się na Boga, zaczyna powoli zmieniać się jego serce.

Zaczyna bardziej słuchać niż oceniać.

Bardziej rozumieć niż potępiać.

Bardziej budować niż burzyć.

I właśnie tego uczył Jezus.

Nie zostawił po sobie pogardy.

Zostawił miłość.

Piszę to również do siebie.

Bo ja też nie zawsze potrafię.

Mnie również zdarzają się emocje.

Ja także uczę się zatrzymać i przeczytać swój komentarz jeszcze raz.

Uczę się zadawać sobie pytanie:

Czy gdyby ten człowiek siedział naprzeciwko mnie przy filiżance kawy, powiedziałabym mu to dokładnie w taki sam sposób?

Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to znaczy, że warto napisać go jeszcze raz.

Chcę, żeby moje słowa dawały ludziom dobro, a nie ból.

Nadzieję, a nie zniechęcenie.

Pokój, a nie kolejną kłótnię.

Radość, a nie pogardę.

Nie dlatego, że jestem idealna.

Ale dlatego, że chcę coraz bardziej naśladować Jezusa.

I jeśli już zostawiam po sobie ślad w internecie, to chciałabym, żeby był to ślad życzliwości, a nie złości.

Może właśnie od tego zaczyna się ewangelizacja.

Nie od wielkich słów.

Ale od sposobu, w jaki odpowiadamy drugiemu człowiekowi.

Nawet wtedy, gdy rozmawiamy tylko o filiżance kawy.

A Ty?

Jakie ślady zostawiają Twoje słowa w sercach innych ludzi ?

Szkaplerz karmelitański

1 sierpnia 2026  dzień, w którym przyjęliśmy szkaplerz karmelitański

Pomiędzy dwiema konferencjami na Forum Charyzmatycznym była jeszcze jedna, która miała dla mnie ogromne znaczenie.

Ojciec Karol, karmelita, opowiadał o szkaplerzu karmelitańskim. Myślę, że niewielu z nas zatrzymuje się dziś nad tym, czym naprawdę jest szkaplerz. Wielu słyszało tę nazwę, ale nie zna jego historii ani znaczenia.

Dlatego chcę podzielić się z Wami tym, co usłyszałam podczas tej konferencji i czego sama doświadczyłam.

To nie była tylko kolejna ciekawa konferencja.

To był moment, który zakończył się bardzo konkretną decyzją.

1 sierpnia 2026 roku przyjęłam szkaplerz karmelitański.

Obok mnie przyjął go również mój mąż i nasz najmłodszy syn.

Nie byliśmy jedyni. Szkaplerz przyjęło wtedy także wielu uczestników Forum. To był piękny i wzruszający moment wspólnego oddania się pod opiekę Matki Bożej.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze?

Jak co roku z moim mężem i Tymkiem zasilamy… tylne szeregi. To właśnie tam siedzą rodzice z małymi dziećmi. Rozkładamy kocyki, wyciągamy kredki, książeczki, klocki LEGO i zabawki. Dzieci bawią się, rysują i budują, ale jednocześnie słuchają tego, co dzieje się z przodu.

I właśnie tam, podczas zabawy, mój sześciolatek usłyszał historię o małym Karolu Wojtyle.

Dowiedział się, że przyszły papież Jan Paweł II już jako siedmioletni chłopiec przyjął szkaplerz karmelitański.

Po chwili spojrzał na mnie i powiedział:

– Mamo, ja też chcę przyjąć szkaplerz.

Zapytałam go:

– Tymek, jesteś pewny? Wiesz, że to nie jest tylko kawałek materiału czy medalik. To także zobowiązanie. Codziennie trzeba się modlić i pamiętać o Matce Bożej.

Spojrzał na mnie i odpowiedział:

– Wiem. Chcę.

Skoro była to jego świadoma decyzja, nie mieliśmy powodów, by mu tego odradzać. I tak, razem z nami, również przyjął szkaplerz karmelitański.

Po raz kolejny przekonałam się, że dzieci słyszą i zapamiętują znacznie więcej, niż nam się wydaje. Czasem wydaje nam się, że są zajęte zabawą, a tymczasem ich serca słuchają uważniej, niż potrafimy sobie wyobrazić.

To był dla nas wyjątkowy moment.

Znak zawierzenia Matce Bożej i pragnienia życia jeszcze bliżej Boga.

Czy cieszę się z tej decyzji ?

Bardzo.

Podczas konferencji usłyszeliśmy historię szkaplerza, która naprawdę porusza serce.

Posłuchajcie.

W 1251 roku, gdy młody zakon karmelitów przeżywał ogromny kryzys i groziło mu rozwiązanie, generał zakonu św. Szymon Stock błagał Maryję o pomoc. W nocy z 15 na 16 lipca Matka Boża ukazała mu się i wręczyła szkaplerz, mówiąc:

„Przyjmij, najmilszy synu, ten szkaplerz. Jest on znakiem mojej opieki. Kto będzie go pobożnie nosił, będzie cieszył się moją szczególną opieką.”

Od tamtej pory szkaplerz stał się jednym z najbardziej znanych nabożeństw maryjnych w Kościele.

Maryja nie obiecuje życia bez cierpienia.

Obiecuje swoją obecność.

A to ogromna różnica.

Każdy z nas niesie swoje troski. Choroby. Lęki. Trudne relacje. Niepewność jutra.

Maryja nie mówi, że wszystko zniknie.

Mówi natomiast:

„Nie będziesz szedł sam.”

Piękny jest również drugi przywilej związany ze szkaplerzem. Tradycja Kościoła mówi o szczególnej pomocy Matki Bożej dla tych, którzy wiernie nosili szkaplerz i żyli w przyjaźni z Bogiem. To przypomnienie, że Maryja towarzyszy swoim dzieciom nie tylko przez całe życie, ale prowadzi je także ku spotkaniu z Chrystusem.

Przyjmując szkaplerz, przyjęliśmy również zobowiązania.

To nie jest magia ani bilet do nieba.

Szkaplerz nie działa sam z siebie.

Jest znakiem zawierzenia i zaproszeniem do życia w wierze.

Naszym zobowiązaniem jest:

– nosić szkaplerz każdego dnia,

– codziennie odmawiać modlitwę Pod Twoją obronę,

– w każde święto maryjne odmówić siedem razy Zdrowaś Maryjo jako wyraz czci dla Matki Bożej,

– starać się żyć Ewangelią i naśladować Maryję w codzienności.

Nie chodzi o wielkie deklaracje.

Chodzi o codzienną wierność.

Mały kawałek materiału albo medalik przypomina mi każdego dnia, do Kogo należę.

Podczas konferencji usłyszeliśmy również wiele pięknych świadectw ludzi, którzy doświadczyli opieki Matki Bożej.

Dowiedziałam się także, że św. Jan Paweł II nosił szkaplerz już od siódmego roku życia. Po śmierci swojej mamy jego ojciec zaprowadził go do karmelitów, gdzie usłyszał słowa:

„Nie będziesz miał już ziemskiej mamy, ale od dziś masz Matkę Niebieską.”

Ojciec Święty pozostał wierny szkaplerzowi aż do końca swojego życia.

Odszedł do Domu Ojca w sobotni wieczór dniu od wieków szczególnie poświęconym Matce Bożej. Trudno nie dostrzec w tym pięknej symboliki. Papież, który przez całe życie powtarzał „Totus Tuus” i bez reszty zawierzył Maryi, odszedł właśnie w Jej dzień.

Nie wiem, co przyniesie przyszłość.

Nie wiem, jakie doświadczenia są jeszcze przede mną i moją rodziną.

Ale wiem jedno.

Dobrze jest mieć Matkę, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci.

A Wy?

Nosicie szkaplerz karmelitański?

Jakie są Wasze doświadczenia z jego noszeniem? Czy doświadczyliście w swoim życiu szczególnej opieki Matki Bożej? Chętnie przeczytam Wasze świadectwa i historie w komentarzach.

Rusz się z kanapy i rzuć sieci

To była druga konferencja podczas Forum Charyzmatycznego w Amerykańskiej Częstochowie.

Po pierwszej zostało we mnie pytanie:

– Panie Jezu, czy my naprawdę się znamy?

Druga konferencja postawiła kolejne:

– Kto ma pożytek z tego, że ja wierzę?

Bo wiara nie jest czymś, co mam zatrzymać tylko dla siebie. Najpierw Bóg przychodzi do mnie, daje mi życie, miłość, przebaczenie i swoją obecność. Ale później chce przeze mnie dotrzeć do drugiego człowieka.

Najpierw od Boga do mnie.

Później przeze mnie do ludzi.

Ojciec Marcin przywołał fragment Ewangelii dotyczący prawa lewiratu. To jeden z tych tekstów, które dla współczesnego człowieka mogą być trudne do zrozumienia.

Prawo mówiło, że jeżeli mężczyzna umarł bezdzietnie, jego brat powinien poślubić wdowę i wzbudzić potomstwo zmarłemu. Chodziło o to, aby imię i ród zmarłego nie zaginęły.

Święty Grzegorz Wielki odczytywał ten fragment duchowo.

Bratem, który umarł, jest Jezus Chrystus.

Wdową po Nim jest Kościół.

Kościół staje przed każdym z nas i prosi:

– Wzbudź potomstwo swojemu Bratu. Zrób coś, aby śmierć Jezusa nie pozostała bezowocna. Pomóż, aby rodziły się nowe dzieci Boga.

To bardzo mocny obraz.

Kościół przychodzi do mnie i mówi:

– Jesteś potrzebna.

Nie dlatego, że ktoś nie radzi sobie z organizacją spotkania. Nie dlatego, że brakuje rąk do pracy.

Jezus mnie potrzebuje.

Potrzebuje mojego głosu, czasu, obecności, świadectwa i gotowości do wyjścia do drugiego człowieka.

Mogę jednak spojrzeć na Kościół i powiedzieć:

– Ta kobieta mi się nie podoba.

Bo Kościół bywa poraniony, grzeszny, niedoskonały i po ludzku nieatrakcyjny. Łatwo wyliczać jego słabości, błędy, skandale i zaniedbania. Można stać z daleka, krytykować i mówić, że nie chce się mieć z nim nic wspólnego.

A można również zobaczyć, że mimo wszystkich ran Bóg nadal dokonuje w nim pięknych rzeczy.

Kościół wciąż rodzi ludzi do życia wiecznego.

I nadal pyta każdego z nas:

– Czy pomożesz mi przekazywać życie?

W Liście do Hebrajczyków Kościół został nazwany zgromadzeniem pierworodnych.

Zwykle w rodzinie pierworodny jest jeden. To najstarsze dziecko, które w czasach biblijnych otrzymywało szczególne dziedzictwo. Miało przywileje, ale również ogromną odpowiedzialność.

A w Kościele wszyscy jesteśmy pierworodni.

Każdy jest dla Boga najważniejszy.

Każdy otrzymuje dziedzictwo.

I każdy jest odpowiedzialny za przekazanie go dalej.

Nie można więc powiedzieć:

– Ewangelizacja jest zadaniem księży.

– Od tego są liderzy.

– Niech głoszą ci, którzy umieją mówić.

– Ja się do tego nie nadaję.

Każdy ma udział w życiu Kościoła.

Każdy ma też pewną władzę.

Nie chodzi wyłącznie o władzę biskupa, księdza, przełożonego czy lidera. Matka ma władzę w domu. Ojciec ma władzę. Starsze rodzeństwo ma wpływ na młodsze. Człowiek opiekujący się chorym ma władzę podać mu wodę, lekarstwo i być przy nim albo odejść.

Mam władzę przebaczyć drugiemu człowiekowi albo odmówić mu przebaczenia.

Mam władzę podnieść kogoś słowem albo go zranić.

Mam władzę otworzyć drzwi albo je zamknąć.

Nie ma ludzi pozbawionych wpływu.

Pytanie brzmi tylko:

– Czy używam tego wpływu tak, jak używał go Jezus?

Podczas konferencji padło bardzo konkretne zdanie:po co istnieje kościół ?

Kościół istnieje po to, aby ewangelizować.

Nie istnieje dla samego siebie.

Nie istnieje po to, aby troszczyć się wyłącznie o własne struktury, przepisy, zwyczaje, dekoracje, spotkania i dobre samopoczucie ludzi znajdujących się już w środku.

Kościół istnieje dla świata.

Istnieje po to, aby wychodzić z Ewangelią do ludzi, którzy bez Chrystusa tracą życie.

Oczywiście wszystko w Kościele może być potrzebne. Liturgia, katecheza, prawo, organizacja, tradycja i troska o piękno mają swoje miejsce.

Ale nie mogą stać się celem samym w sobie.

Możemy godzinami zastanawiać się, jak powinien wyglądać ołtarz, ile ma stać świec, jaką koronkę powinien mieć strój liturgiczny i czy wszystko zostało wykonane zgodnie z zasadami.

A obok nas ktoś może umierać duchowo.

Papież Franciszek porównywał Kościół do szpitala polowego.

W szpitalu polowym nie zaczyna się od poprawiania drobiazgów. Najpierw zatrzymuje się krwotok i ratuje życie.

I chyba właśnie tego czasem nam brakuje.

Zajmujemy się sobą, a ludzie czekają, aż ktoś pokaże im Jezusa.

Paweł VI pisał o przeszkodach w ewangelizacji.

Możemy oczywiście powiedzieć, że świat jest dziś nieprzychylny chrześcijaństwu. Że kultura odchodzi od Boga. Że ludzie nie chcą słuchać Kościoła, a media pokazują go często w negatywnym świetle.

To wszystko może być prawdą.

Jednak najpoważniejsza przeszkoda nie zawsze znajduje się na zewnątrz.

Często mieszka we mnie.

Paweł VI nazywał ją przeszkodą domową.

To brak gorliwości.

Brak nadziei.

Brak radości u tych, którzy głoszą Ewangelię.

Jak mam przekonać drugiego człowieka, że Jezus żyje, jeżeli wyglądam tak, jakby właśnie zawalił mi się cały świat?

Jak mam mówić o Dobrej Nowinie, jeżeli na mojej twarzy nie ma ani odrobiny radości?

Jak ktoś ma uwierzyć, że spotkanie z Bogiem daje wolność i życie, jeżeli widzi we mnie tylko napięcie, strach, osądzanie i zmęczenie?

Nie chodzi o sztuczny uśmiech.

Nie chodzi o udawanie, że nie ma problemów.

Radość chrześcijańska nie polega na tym, że wszystko zawsze jest dobrze.

Polega na tym, że nawet w cierpieniu wiem, do Kogo należę.

Największym problemem ewangelizacji może więc nie być wrogi świat.

Największym problemem mogę być ja, kiedy zabraknie mi odwagi, nadziei i prawdziwej relacji z Jezusem.

Jezus dotknął trędowatego.

Prawo zabraniało dotykania osób chorych na trąd. Człowiek, który to robił, sam stawał się rytualnie nieczysty i mógł wnieść nieczystość do wspólnoty.

Jezus jednak wyciągnął rękę.

Dotknął.

Nie bał się, że się pobrudzi.

I to jest obraz Kościoła, który wychodzi do świata.

My czasem boimy się ludzi innych od nas. Boimy się ich historii, wyborów, poglądów, sposobu życia i pytań.

Wolimy zamknąć się we własnym, bezpiecznym środowisku.

Tam znamy język.

Tam wszyscy wiedzą, kiedy wstać, kiedy uklęknąć i jak się modlić.

Tam jest bezpiecznie.

Tylko czy Jezus posłał nas wyłącznie do tych, którzy już są blisko?

Papież Franciszek mówił, że woli Kościół, który się pobrudzi, poobija i pomyli dlatego, że wyszedł na ulicę, niż Kościół chory z powodu zamknięcia i skupienia na sobie.

Można siedzieć w pięknej, czystej celi, nikogo nie spotykać, nie ryzykować i nie popełniać błędów.

Tylko można też niczego dobrego nie zrobić.

Nie wolno powstrzymywać się od dobra ze strachu przed złem.

Bardzo mocny był obraz Piotra nad jeziorem.

Całą noc pracował i niczego nie złowił.

Był zmęczony, rozczarowany i prawdopodobnie nie miał już ochoty podejmować kolejnej próby.

A Jezus powiedział:

– Rzuć sieci.

Piotr miał wykonać prosty gest.

Miał rzucić.

Nie on jednak decydował, ile ryb znajdzie się w sieci.

To bardzo uwalniające.

Moim zadaniem jest rzucić sieć.

Mam powiedzieć dobre słowo.

Napisać wiadomość.

Zaprosić kogoś do wspólnoty.

Opowiedzieć o tym, co Bóg zrobił w moim życiu.

Zadzwonić do osoby, o której nagle pomyślałam.

Usiąść obok kogoś samotnego.

Nie ja decyduję, jaki będzie skutek.

Nie ja nawracam człowieka.

Nie ja zmieniam jego serce.

To robi Bóg.

Ale jeżeli nie rzucę sieci, nie będzie czego napełnić.

Ziarno rośnie swoją mocą, ale najpierw ktoś musi wrzucić je w ziemię.

Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ale ktoś musi je wypowiedzieć.

Bóg dodaje nowych ludzi do wspólnoty, ale potrzebuje człowieka, który otworzy usta i drzwi.

W Dziejach Apostolskich Duch Święty powiedział do Filipa:

– Wstań i idź.

Użyte tam słowo można rozumieć również jako:

– Powstań.

– Zmartwychwstań.

– Wyjdź z grobu.

Mówiąc dzisiejszym językiem:

– Rusz się z kanapy.

Filip miał iść w południe na pustą drogę.

Po ludzku nie miało to żadnego sensu. W środku dnia panował upał. Nikt rozsądny nie wybierał się wtedy w drogę.

Filip mógł powiedzieć:

– Duchu Święty, chyba nie znasz tutejszych warunków.

– Nikogo tam nie będzie.

– To zły moment.

A jednak poszedł.

I spotkał człowieka z Etiopii, eunucha.

W dawnym prawie eunuch nie mógł należeć do zgromadzenia Pana. Nie mógł być kapłanem. Był człowiekiem stojącym na zewnątrz, pozbawionym możliwości, by w pełni uczestniczyć w życiu wspólnoty.

A właśnie on został jednym z pierwszych pogan przyjmujących chrzest.

Dostał w Kościele wszystko to, na co według starego prawa nigdy nie mógł liczyć.

Został włączony do ludu Bożego.

Przez chrzest otrzymał udział w królewskim kapłaństwie Chrystusa.

Człowiek uznawany wcześniej za bezowocnego został włączony w życie Boga.

A wszystko zaczęło się od tego, że Filip wstał i poszedł na drogę, która wydawała się pusta.

Ile razy Duch Święty mówi do mnie:

– Napisz.

– Zadzwoń.

– Podejdź.

– Zapytaj.

– Zaproś.

A ja odpowiadam:

– Nie teraz.

– Nie mam czasu.

– To chyba bez sensu.

– Co sobie o mnie pomyśli?

Może na tej pozornie pustej drodze czeka człowiek, do którego Bóg chce dotrzeć właśnie przeze mnie.

W Dziejach Apostolskich pojawia się piękne słowo oznaczające sklejenie się.

Duch Święty prowadzi ludzi do siebie i skleja ich w jedną wspólnotę.

Filip miał zbliżyć się do eunucha.

Piotr miał wejść do domu Korneliusza.

A Korneliusz był rzymskim oficerem. Członkiem armii okupującej żydowską ziemię. Dla Piotra był obcym, poganinem, a nawet wrogiem.

To chyba jeden z ostatnich ludzi, z którymi pobożny Żyd chciałby się skleić.

A Bóg powiedział Piotrowi:

– Nie nazywaj nieczystym tego, co Ja oczyściłem.

I kazał mu wejść do domu Korneliusza.

Piotr nie rozumiał, po co tam idzie.

Pierwsze pytanie, jakie zadał, brzmiało właściwie:

– Dlaczego mnie wezwaliście?

Korneliusz też nie znał całego planu.

Duch Święty po prostu zderzył ze sobą dwóch ludzi, którzy według ówczesnych podziałów nigdy nie powinni się spotkać.

Dopiero po latach Piotr zrozumiał, jak ogromne znaczenie miało to wydarzenie. Spotkanie w domu Korneliusza stało się jednym z najważniejszych argumentów podczas Soboru Jerozolimskiego, gdy Kościół decydował, czy poganie mogą zostać włączeni do wspólnoty bez przyjmowania wszystkich żydowskich zwyczajów.

Piotr poszedł, choć nie rozumiał.

Sens zobaczył później.

Może dziś Duch Święty prosi mnie o coś, czego znaczenia nie pojmę przez długi czas.

Może za kilka lat dopiero zrozumiem, dlaczego miałam spotkać konkretną osobę, wykonać telefon albo wejść w daną sytuację.

Posłuszeństwo nie zawsze oznacza, że wszystko rozumiem.

Czasem oznacza po prostu, że wstaję i idę.

Kościół nie jest źródłem życia.

Źródłem jest Bóg.

Kościół jest Matką, która to życie przekazuje.

Duch Święty nie jest własnością Kościoła. Nie możemy Nim dysponować, jakby należał do nas.

Nie możemy mówić:

– Przyjdźcie do nas, a my damy wam łaskę.

Łaska jest Boga.

Życie jest Boga.

Kościół jedynie pośredniczy w jego przekazywaniu.

To leczy z pychy.

Nie ja jestem źródłem.

Nie ja zbawiam.

Nie ja decyduję, kto zasługuje na spotkanie z Bogiem.

Mogę jedynie przyjąć życie od Ojca i przekazać je dalej.

A im mniej tego życia przekazujemy, tym bardziej zaczynamy koncentrować się na strukturach, przepisach, regulaminach, zwyczajach i bezpieczeństwie.

Gdy brakuje życia, zostaje administracja.

A Kościół nie jest przede wszystkim urzędem.

Jest Matką.

Ojciec Marcin przywołał postać świętego Tytusa Brandsmy, karmelity, profesora i dziennikarza, który sprzeciwiał się ideologii nazistowskiej.

Został aresztowany i zamordowany w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pielęgniarka, która podała mu śmiertelny zastrzyk, zapamiętała jego twarz pełną współczucia.

Ten człowiek pytał:

Dlaczego w czasach wielkiego rozwoju tak wielu ludzi oddala się od Boga?

Czy jest to tylko ich wina?

A może również my powinniśmy zrobić coś, aby prawdziwy obraz Boga ponownie zajaśniał przed światem?

To pytanie bardzo boli.

Może niektórzy ludzie nie odrzucają prawdziwego Boga.

Może odrzucają Jego karykaturę, którą im pokazaliśmy.

Boga przedstawionego jako surowego kontrolera.

Boga, który tylko wymaga.

Boga, który obserwuje każdy błąd i czeka, aby ukarać.

Boga, do którego prowadzi się człowieka siłą, mówiąc:

– Musisz chodzić do kościoła.

– Musisz się modlić.

– Musisz wierzyć.

A Jezus mówił:

– Jeśli chcesz.

O sobie powiedział, że musi cierpieć.

Człowieka jednak zapraszał.

Nie zmuszał.

Może ktoś mówi:

– Nie wierzę w takiego Boga.

A ja powinnam odpowiedzieć:

– I bardzo dobrze, bo takiego Boga rzeczywiście nie ma.

Prawdziwym obliczem Boga jest bezbronne Dziecko.

Baranek.

Jezus klęczący przed uczniami i myjący im nogi.

Bóg, który nie broni siebie, tylko oddaje życie za człowieka.

Jakiego Boga pokazuję innym swoim życiem?

Święty Paweł pisał:

„Jak piękne są stopy tych, którzy zwiastują dobrą nowinę”.

Nie napisał, że piękna ma być twarz głoszącego.

Nie chodzi o to, aby ludzie zachwycili się mną.

Piękne mają być stopy.

Dlaczego?

Bo mam chodzić drogami, o których mówię.

Jeżeli moje usta głoszą miłość, a moje nogi prowadzą mnie do osądzania, słowa stają się fałszywe.

Jeżeli mówię o przebaczeniu, ale nie chcę przebaczyć najbliższym, moje świadectwo traci moc.

Jeżeli głoszę ubóstwo, a żyję wyłącznie dla pieniędzy, ludzie widzą sprzeczność.

Jeżeli opowiadam o radości Ewangelii, a wszędzie wnoszę zniechęcenie i zgorzknienie, nikt nie uwierzy moim słowom.

Najlepszą odpowiedzią na ateizm nie jest więc kolejna kłótnia.

Jest nią autentycznie przeżywana wiara.

Moje życie i moje słowa muszą iść w tym samym kierunku.

Mam być świadkiem, a nie tylko człowiekiem powtarzającym teorie.

Pod koniec konferencji padły słowa, które mogą zaskakiwać.

Nie jest najgorzej, kiedy ludzie atakują Kościół.

Gorzej, kiedy staje się im całkowicie obojętny.

Kiedy coś boli, oznacza to, że miejsce wciąż żyje.

Brak bólu może oznaczać martwotę.

Może więc gniew niektórych ludzi wobec Kościoła jest dramatycznym wołaniem:

– Dlaczego nie jesteście tymi, za których się podajecie?

– Dlaczego nie widać w was mocy, o której mówicie?

– Dlaczego bardziej celebrujecie samych siebie niż Eucharystię?

– Dlaczego głosicie ubóstwo, a zależy wam na pieniądzach?

– Dlaczego mówicie o miłości, a ludzie czują się przez was odrzuceni?

To nie zawsze jest tylko atak.

Czasem jest to wołanie:

– Pokażcie nam prawdziwego Boga.

Oczywiście wielu wierzących obrywa za błędy innych. Ci, którzy idą, często ponoszą konsekwencje czynów tych, którzy pozostali w miejscu.

Ale Jezus również cierpiał za wszystkich.

Może więc nie powinniśmy najbardziej bać się gniewu.

Powinniśmy bać się obojętności.

Najgorzej byłoby, gdyby nasza obecność nikogo już ani nie grzała, ani nie ziębiła.

Gdyby nie wywoływała żadnego pytania.

Gdyby nie wskazywała na Boga.

Kto ma pożytek z mojej wiary?

To pytanie zostało ze mną po tej konferencji.

Kto ma pożytek z tego, że chodzę do kościoła?

Kto ma pożytek z tego, że należę do wspólnoty?

Kto ma pożytek z mojej modlitwy, wiedzy i doświadczenia Boga?

Czy ktoś dzięki mnie poczuł się kochany?

Czy komuś łatwiej było uwierzyć, że Bóg jest dobry?

Czy moje słowa dodały komuś odwagi?

Czy otworzyłam drzwi przed człowiekiem, którego inni uznali za obcego?

Czy rzuciłam sieć?

Czy wyszłam na pustą drogę?

Czy skleiłam się z kimś, z kim po ludzku nie miałam ochoty mieć nic wspólnego?

Nie muszę wiedzieć, ile ryb znajdzie się w sieci.

Nie muszę rozumieć, dlaczego Duch Święty posyła mnie właśnie tam.

Nie muszę znać całego planu.

Mam wstać.

Rzucić sieć.

Powiedzieć słowo.

Otworzyć drzwi.

Bóg zrobi resztę.

Bo Kościół nie istnieje dla siebie.

Kościół istnieje po to, aby przekazywać życie.

A skoro ja jestem częścią Kościoła, to również jestem posłana.

Najpierw od Boga do mnie.

A później przeze mnie do drugiego człowieka.

Pytanie brzmi:

Czy ruszę się z kanapy?

Czy my naprawdę się znamy?

To była pierwsza konferencja podczas Forum Charyzmatycznego w Amerykańskiej Częstochowie.

Ojciec Marcin Ciechanowski powiedział, że przez wiele lat myślał, iż jako kapłan jest powołany do ludzi. I dopiero po pewnym czasie odkrył, że to jest tylko część prawdy.

Nie jesteśmy powołani wyłącznie do ludzi.

Jesteśmy powołani od Boga do ludzi.

Najpierw Bóg przychodzi do mnie. Najpierw ja mam przyjąć od Niego życie, miłość, przebaczenie i bliskość. Dopiero później mogę nieść je drugiemu człowiekowi.

Bo jak mam dać komuś coś, czego sama nie posiadam?

Matka, która karmi dziecko, najpierw sama musi się odżywić. Inaczej nie będzie miała czym go nakarmić. Podobnie jest z wiarą. Nie wystarczy mówić o Bogu, służyć w Kościele, śpiewać, grać, przygotowywać kanapki, prowadzić wspólnotę, sprzątać, rozdawać śpiewniki czy organizować spotkania.

Najpierw sama muszę być blisko Boga.

Dopiero później mogę próbować prowadzić do Niego innych.

Słowo „anioł” oznacza posłańca.

Każdy z nas staje się więc w pewnym sensie aniołem wtedy, gdy jest posłany od Boga do drugiego człowieka. Nie po to, aby zasłaniać Boga sobą, lecz żeby Go ukazywać.

A przecież można robić wiele dobrych rzeczy, a jednocześnie Boga zasłaniać.

Można tak bardzo skupić się na swojej posłudze, działalności, osiągnięciach i obowiązkach, że gdzieś po drodze zgubi się Tego, dla którego to wszystko miało być robione.

Można być cały czas dla ludzi, ale nie mieć już czasu na Boga.

Wtedy nawet dobra misja może stać się pułapką. Ci, którym chciałam pomagać, mogą zacząć mnie pochłaniać. Mogę uzależnić swoją wartość od ich opinii, wdzięczności albo uznania.

Dlatego najpierw musi być od Boga.

Dopiero potem do ludzi.

Zwykle, gdy pytamy o powołanie Maryi, odpowiadamy od razu:

– Była Matką Jezusa.

I oczywiście to prawda. Jednak zanim Maryja została Matką Boga, była Jego córką.

Jej najgłębszą tożsamością było bycie umiłowanym dzieckiem Boga. Macierzyństwo było misją, poprzez którą tę tożsamość wypełniała.

I dokładnie tak samo jest z nami.

Mogę być matką, żoną, pracownikiem, liderem wspólnoty, kapłanem, muzykiem czy wolontariuszem. Wszystkie te role są ważne. Ale żadna z nich nie jest moją najgłębszą tożsamością.

Najpierw jestem dzieckiem Boga.

Nie pracownikiem Królestwa Niebieskiego.

Nie osobą zatrudnioną w Niebiesko Kingdom Company, która podpisała umowę, odrobiła swoją zmianę, wykonała zadania i czeka na wypłatę.

Dzieckiem.

Relacja z Bogiem nie ma być firmowa ani urzędowa. Nie chodzi o podpisanie kontraktu i odhaczenie wszystkich obowiązków.

Najpierw mam wiedzieć, kim jestem dla Niego.

Dopiero potem mogę pytać:

– Boże, co mogę dla Ciebie zrobić?

Ojciec Marcin przywołał bardzo trudny fragment Ewangelii.

Ludzie stają przed Jezusem i mówią:

– Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoje imię. Wyrzucaliśmy złe duchy. Czyniliśmy cuda.

A Jezus odpowiada:

– Nie znam was.

To są straszne słowa.

Przecież oni robili wielkie rzeczy. Być może większe niż większość z nas zrobi przez całe życie. Mogli być kapłanami, liderami wspólnot, ewangelizatorami albo bardzo aktywnymi chrześcijanami.

Mogli przyjść przed Boga z całym archiwum swoich dokonań.

– Panie, zobacz, ile konferencji przeprowadziłem.

– Ile pieśni zaśpiewałam.

– Ile modlitw poprowadziłem.

– Ile kanapek zrobiłam na Forum.

– Ile kościołów wybudowałem.

– Ile razy pomagałam innym.

A Jezus mógłby zapytać:

– Dobrze, ale czy my się znamy?

I to pytanie wali po łbie.

Czy ja znam Boga?

Nie tylko wiem, że istnieje. Nie tylko chodzę do kościoła, modlę się, słucham konferencji i należę do wspólnoty.

Czy ja z Nim rozmawiam?

Czy spędzam z Nim czas?

Czy moja modlitwa jest spotkaniem przyjaciół, czy tylko kolejnym obowiązkiem?

Czy modlę się z miłości, czy ze strachu, przyzwyczajenia albo poczucia winy?

Można całe życie pracować w Kościele jak w firmie, odrabiać swoje zadania i ani razu nie wejść do gabinetu Szefa.

Można mówić o Bogu, a nie żyć z Bogiem.

Najważniejsze rzeczy w życiu duchowym są niewidoczne.

Łatwo nauczyć się poprawnych gestów. Można wiedzieć, kiedy wstać, kiedy uklęknąć, jak trzymać ręce, jak przeczytać czytanie, jak zaśpiewać psalm albo jak pięknie poprowadzić modlitwę.

Ludzie widzą to, co jest na zewnątrz.

Nie widzą jednak, co dzieje się w sercu.

Nie wiedzą, czy osoba czytająca Słowo Boże wcześniej przeczytała je samej sobie.

Nie wiedzą, czy kapłan stojący przy ołtarzu naprawdę spotyka się z Bogiem, czy tylko poprawnie czyta tekst z mszału.

Można mieć najlepszą i najdroższą gitarę, idealnie nastrojoną, ale jeśli ktoś nie umie na niej grać, dźwięki i tak będą fałszywe.

Podobnie jest ze Słowem Bożym.

Jeśli mówię je do innych, ale nie pozwalam mu wcześniej dotknąć siebie, moje słowa zaczynają brzmieć fałszywie.

Było tylko ode mnie do ludzi.

Zabrakło od Boga do mnie.

Jezus opowiadał o dwóch domach. Jeden został zbudowany na skale, drugi na piasku.

Być może z zewnątrz wyglądały identycznie. Miały podobne ściany, okna, drzwi, dach, a może nawet takie same firanki.

Przyszła jednak burza.

Na oba domy spadł ten sam deszcz. Uderzył ten sam wiatr.

Jeden dom przetrwał, a drugi runął.

Co je różniło?

Fundament.

A czym jest fundament?

To coś, czego nie widać.

Nikt nie widzi mojej osobistej relacji z Bogiem. Nikt nie widzi czasu, który spędzam z Nim w ciszy, kiedy nie mogę liczyć ani na pochwałę, ani na uznanie.

Nikt nie wie, jak wygląda moja modlitwa wtedy, gdy nic niezwykłego się nie dzieje. Gdy nie ma wzruszeń, łez, pięknej muzyki ani poczucia Bożej obecności.

A właśnie to niewidzialne spotkanie podtrzymuje cały dom.

Kiedy przychodzi życiowa burza, nie utrzymują nas ozdoby, piękne słowa ani religijne emocje.

Utrzymuje nas fundament.

Jeśli moja modlitwa jest szybka, sypka jak piasek, powierzchowna i rozproszona, mogę nie wytrzymać zawieruchy.

Jeśli jednak uczę się trwać przy Bogu, nawet gdy Go nie czuję i nie rozumiem, wtedy fundamentem staje się skała.

Bardzo mocno wybrzmiała również historia Mędrców ze Wschodu.

Nie wiemy, ilu ich dokładnie było. Biblia nie podaje ich liczby. Wiemy natomiast, że byli poganami i przebyli ogromną drogę, aby zobaczyć Jezusa.

A w Jerozolimie znajdowali się ludzie, którzy znali Pismo, proroctwa i wiedzieli dokładnie, gdzie ma narodzić się Mesjasz.

Do Betlejem mieli zaledwie kilka kilometrów.

Mędrcy przeszli setki, a może tysiące kilometrów.

Uczeni w Piśmie nie przeszli nawet sześciu.

Wskazali innym drogę, lecz sami nią nie poszli.

Święty Augustyn porównał ich do kamieni przydrożnych. Kamień może wskazywać właściwy kierunek, ale sam pozostaje nieruchomy. Pokazuje innym, gdzie iść, lecz sam nigdy nie dociera do celu.

Jak mocny jest to obraz.

Mogę mówić innym, gdzie jest Bóg.

Mogę cytować Biblię, wyjaśniać Ewangelię, zapraszać na rekolekcje i opowiadać o modlitwie.

A jednocześnie sama mogę stać w miejscu.

Mogę pokazywać innym źródło życia, a sama umierać z pragnienia.

Mogę przyzwyczaić się do mówienia o Bogu i jednocześnie żyć bez Niego.

To chyba jedna z największych pułapek ludzi wierzących. Słucham konferencji o miłosierdziu i już wydaje mi się, że miłosierdzia doświadczyłam. Mówię o przebaczeniu i czuję się tak, jakbym naprawdę przebaczyła. Słucham o pokucie i już mam wrażenie, że pokutę odbyłam.

A przecież co innego mówić.

Co innego wiedzieć.

I jeszcze czymś innym jest naprawdę żyć.

Ojciec Marcin zwrócił uwagę na piękny sens słów z Dziejów Apostolskich.

Uczniowie nie tylko głosili dobrą nowinę o Jezusie.

Oni głosili Jezusem.

Dobrą Nowiną nie jest sama teoria, informacja ani wiedza religijna.

Dobrą Nowiną jest Osoba.

Jezus Chrystus.

Teologia może opowiadać o Bogu, ale nie jest Bogiem. Katechizm może pomóc Go poznać, ale nie zastąpi spotkania z Nim.

Człowiek może nauczyć się wszystkich odpowiedzi, zdać egzamin, poznać przykazania i prawdy wiary, a nadal nie mieć doświadczenia Boga ani Kościoła.

Można znać słowa, ale nigdy nie usłyszeć głosu.

A Jezus powiedział:

„Moje owce słuchają mojego głosu”.

Nie tylko treści.

Głosu.

Owce rozpoznają pasterza nie dlatego, że zrozumiały wszystkie jego zdania. Rozpoznają głos kogoś, komu ufają.

Tak samo jest w relacji z Bogiem.

Kiedy wiem, kto do mnie mówi, zaczynam ufać również temu, co mówi. Nawet jeśli nie wszystko rozumiem. Nawet gdy Jego słowa są wymagające.

Nie chodzi więc wyłącznie o wiedzę o Jezusie.

Chodzi o znajomość Jego głosu.

Wielu ludzi, którym próbujemy pomagać, wie o Jezusie bardzo dużo.

Ale czy z Nim rozmawiają?

Czy zadają Mu pytania?

Czy wiedzą, że mogą przyjść do Niego ze swoim lękiem, samotnością, grzechem i bezradnością?

Ludzie mają prawo domagać się od nas, abyśmy im Jezusa pokazali, a nie tylko o Nim opowiadali.

I tego nie zrobi sama książka.

Wiara przekazywana jest przez wspólnotę, relacje i świadectwo życia.

Nie oznacza to, że musimy czynić cuda, wygłaszać wielkie konferencje czy znać odpowiedzi na każde pytanie.

Może wystarczy, że ktoś zobaczy w nas pokój.

Miłość.

Cierpliwość.

Prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem.

Może właśnie wtedy stajemy się posłańcami. Aniołami, którzy nie zasłaniają Boga sobą, lecz pozwalają drugiemu człowiekowi Go dostrzec.

Ta konferencja wzbudziła we mnie pytanie:

– Panie Jezu, czy my naprawdę się znamy?

Nie pytam, czy robię wystarczająco dużo.

Nie pytam, czy jestem idealną chrześcijanką, matką, żoną albo członkiem wspólnoty.

Pytam o relację.

Czy mam czas, aby z Nim usiąść?

Czy umiem z Nim być bez wykonywania zadań?

Czy potrafię pobyć przy Nim wtedy, gdy niczego ode mnie nie oczekuje?

Czy moja wiara jest relacją dziecka z Ojcem, czy tylko listą obowiązków do wykonania?

Bo na końcu może się okazać, że Bóg nie zapyta mnie przede wszystkim, ile zrobiłam.

Może zapytać:

– Czy byłaś ze Mną?

I właśnie dlatego nie jestem powołana tylko do ludzi.

Jestem powołana od Boga do ludzi.

Najpierw mam pozwolić, aby On mnie kochał, karmił, przemieniał i prowadził. Dopiero wtedy mogę iść dalej.

Bo mogę dać tylko tyle, ile sama wcześniej od Niego przyjęłam.

A jak wygląda Twój niewidoczny fundament? Czy znajdujesz czas, żeby po prostu być z Bogiem?

Czy naprawdę jesteśmy sobie nawzajem potrzebni?

Wczoraj spędziliśmy cały dzień na Forum Charyzmatycznym w Amerykańskiej Częstochowie w Pensylwanii.

Kurka wodna… co to był za dzień!

Normalnie petarda!

Ten dzień wysadził mnie z butów. Emocje do dziś we mnie buzują. Tyle się działo. Tyle cudownych rozmów, spotkań, śmiechu, wzruszeń i ważnych słów, że jeszcze nie potrafię tego wszystkiego poukładać. Niektóre zdania z konferencji wracają do mnie dopiero dziś. Chyba naprawdę potrzebowałam nocy, żeby to wszystko przetrawić.

Obiecuję, że jeszcze wrócę do konferencji, bo było tyle perełek, że szkoda byłoby je zostawić tylko dla siebie.

Ale zacznijmy od początku.

Wiecie, ja nie wierzę w przypadki. Wierzę, że Bóg stawia ludzi na naszej drodze po coś. Czasem na pięć minut, czasem na kilka lat, a czasem tylko po to, żeby przekazać jedno zdanie, które później pracuje w sercu.

Podczas jednej z konferencji padły słowa, które bardzo mnie poruszyły:

Każdy z nas jest aniołem, kiedy jest posłany przez Boga do ludzi.

Jakie to piękne.

Nie chodzi o skrzydła. Chodzi o obecność. O jedno dobre słowo. O telefon wykonany po latach. O spotkanie, które wydaje się przypadkowe, a później okazuje się początkiem czegoś nowego.

I dokładnie to mnie wczoraj spotkało.

Podeszła do mnie kobieta. Ona mnie znała, ja jej… za skarby świata nie potrafiłam skojarzyć. Rozmawiałyśmy chwilę i wspomniała o naszej wspólnej znajomej, z którą od kilku lat nie miałam kontaktu.

Dziś rano napisałam do niej.

Wiecie jaka była jej reakcja?

Ogromna radość. Jakby tych kilku lat wcale nie było. Znów mamy kontakt.

I pomyślałam sobie, że gdyby nie ta jedna rozmowa, pewnie dalej każda z nas żyłaby swoim życiem.

A przecież wystarczyło jedno spotkanie.

Drugie wydarzenie było równie niezwykłe.

Podchodzi do mnie koleżanka i mówi:

– Wiesz, dzięki Tobie zaczęłam jeździć samochodem.

Myślałam, że żartuje.

Opowiedziała mi, że miała prawo jazdy, ale tylko wyciągała je z portfela, oglądała z każdej strony i… chowała z powrotem. Bała się usiąść za kierownicą.

Aż któregoś dnia przeczytała mój wpis.

Pomyślała: Skoro Jola próbuje różnych rzeczy, to może ja też dam radę.

I zaczęła jeździć.

A wczoraj…

Kurka wodna!

Przyjechała swoim pięknym, nowym samochodem. Sama go kupiła. Sama przyjechała. Cała, zdrowa i uśmiechnięta.

A ja dostałam takiego mentalnego kopniaka, że chyba bardziej się nie da.

Bo przecież od miesięcy powtarzam:

Muszę zacząć jeździć.

Chcę wrócić za kierownicę.

Kiedyś się za to wezmę.

No właśnie…

Kiedyś.

A może czas zamienić kiedyś na dzisiaj?

Może Bóg właśnie przez Agnieszkę powiedział mi:

Jola, przestań tylko o tym mówić. Zacznij działać.

Ale to nie koniec.

Podczas Eucharystii ksiądz opowiedział historię, która wywołała uśmiech na wielu twarzach.

Wszystkie części ciała zbuntowały się przeciwko brzuchowi.

Ręce stwierdziły, że ciągle pracują.

Nogi, że ciągle chodzą.

Oczy, że bez przerwy patrzą.

A brzuch?

Siedzi i tylko dostaje jedzenie.

Postanowiły więc zrobić strajk i przestać go karmić.

Po kilku dniach ręce nie miały siły, nogi odmawiały posłuszeństwa, oczy były zmęczone.

Wtedy zrozumiały, że brzuch wcale nie był niepotrzebny.

On również wykonywał swoją pracę.

Ksiądz odniósł tę historię do Kościoła.

Każdy z nas jest potrzebny.

Nie wszyscy głoszą konferencje.

Nie wszyscy śpiewają.

Jedni przygotują kawę, inni upieką ciasto, ktoś posprząta salę, ktoś przywiezie drugą osobę, ktoś po prostu usiądzie obok i wysłucha.

Kościół żyje dlatego, że każdy wnosi coś od siebie.

I powiem Wam…

To było bardzo uwalniające.

Bo często wydaje nam się, że robimy za mało.

A może właśnie robimy dokładnie to, do czego Bóg nas posłał?

Jeszcze jedno zdanie zabieram ze sobą z wczoraj:

Bóg nie wzywa nas najpierw do tego, co mamy robić. Bóg wzywa nas do tego, kim mamy być.

To zmienia wszystko.

Bo zanim jestem żoną, mamą, kierowcą , bizneswoman 

Jestem dzieckiem Boga.

A wiara jest dziecięcym przylgnięciem do Ojca.

Reszta jest konsekwencją.

A kiedy wszystko już dobiegło końca, usiedliśmy przy ognisku.

Ja, Sławek i Tymek.

Był śmiech, były rozmowy i były kiełbaski.

Takie porządnie przypalone.

Dokładnie takie, jakie lubię najbardziej.

Pierwsze w tym roku.

No i dobra… żeby nie było tak bardzo poważnie…

Po kazaniu o brzuchu była jeszcze agapa.

Kurka wodna… chyba trochę za bardzo wzięłam sobie to kazanie do serca! 😂

Ciastka, których nie tknęłam od roku, znikały jedno po drugim.

A później jeszcze ta spalona kiełbaska…

Niebo w gębie!

Wiecie, co było najlepsze?

Nie było ani jednego komara!

A my oczywiście zabraliśmy spray, bo mój szanowny mąż i Tymek mają chyba wyjątkowo słodką krew i zazwyczaj są pierwszym wyborem wszystkich małych krwiopijców. 😂

Tym razem chyba i komary postanowiły dać nam wolne.

Siedzieliśmy sobie obok siebie, patrząc w ogień. Nad nami latały świetliki, które rozświetlały ciepły letni wieczór. W powietrzu unosił się zapach palonego drewna, a w tle trwał koncert świerszczy.

Jak ja lubię takie piękno.

Takie zwyczajne.

Takie spokojne.

Takie, w którym nic nie trzeba udowadniać.

I  chyba właśnie tak wygląda szczęście.

Czasem pachnie dymem z ogniska, smakuje przypaloną kiełbaską, świeci blaskiem świetlików i zostawia w sercu ogromną wdzięczność za ludzi, których Bóg postawił na naszej drodze.

A teraz jestem ciekawa Was.

Czy zdarzyło się kiedyś, że jedno spotkanie albo jedno zdanie drugiego człowieka zmieniło coś w Waszym życiu? A może to właśnie Wy byliście dla kogoś takim 

aniołem posłanym przez Boga?

 Lecę zrobić obiad. 😁

Radujcie się, kochani! Cieszcie się życiem, drugim człowiekiem i tymi małymi chwilami, które Bóg daje nam każdego dnia.

A o pozostałych perełkach z wczoraj napiszę Wam później… bo uwierzcie mi, to dopiero początek. ❤️

No to się odpaliłam!

Ciasto upieczone. Rogaliki zrobione.

Za chwilę wyruszamy do Amerykańskiej Częstochowy!

I wiecie co?

Aż mnie skręca z radości.

Lubię ten moment tuż przed wyjazdem. W domu pachnie jeszcze świeżym ciastem, torba  stoi przy drzwiach, a ja czuję w sercu takie przyjemne podekscytowanie. Nie dlatego, że jedziemy w jakieś niezwykłe miejsce turystyczne. Jedziemy spotkać się z Bogiem i z ludźmi, którzy tak jak my chcą Go szukać.

Dla wielu osób to pewnie tylko kolejne rekolekcje albo konferencja.

Dla mnie to zawsze coś więcej.

To czas, kiedy mogę na chwilę zwolnić. Posłuchać. Pomodlić się. Pobyć z Tym, który jest dawcą wszystkiego, co mam. Z Tym, który zna mnie lepiej niż ja sama.

Uwielbiam słuchać konferencji. Kocham, kiedy ktoś potrafi otworzyć przede mną fragment Pisma Świętego i pokazać go z zupełnie innej strony. Kiedy nagle coś, czego wcześniej nie rozumiałam, zaczyna mieć sens.

Lubię wracać z pytaniami.

Lubię wracać z odpowiedziami.

Lubię też wracać z myślami, które później jeszcze długo we mnie pracują.

Nie wszystko przyjmuję od razu. Czasem potrzebuję o czymś pomyśleć, porozmawiać z kimś, pomodlić się. I właśnie to jest piękne. Wiara nie kończy się po ostatnim „Amen”. Ona dojrzewa każdego dnia.

I jeszcze jedno…

Uwielbiam ludzi, których tam spotykam.

Jedni przyjeżdżają z New Jersey, inni z New Yorku, Connecticut, Pensylwanii i wielu innych miejsc na wschodnim wybrzeżu. Każdy niesie swoją historię, swoje radości i swoje trudności. A jednak przez te kilka dni tworzymy jedną rodzinę.Chociaż w tym roku tylko jeden dzień ….

Nie dlatego, że wszyscy jesteśmy idealni.

Dlatego, że wszyscy potrzebujemy Boga.

No dobrze…

Kończę pisać, bo naprawdę trzeba już ruszać. Rzeczy czekają, ciasto i rogaliki zapakowane, a serce już jest w drodze.

Jeśli jeszcze się zastanawiasz, czy przyjechać, to przestań się zastanawiać.

Forum jest otwarte dla każdego.

Naprawdę warto czasem zostawić wygodną kanapę, codzienne obowiązki i podarować sobie kilka godzin z Bogiem.

Może właśnie tutaj usłyszysz jedno zdanie, które zostanie z Tobą na całe życie.

Do zobaczenia w Amerykańskiej Częstochowie! ❤️