Kurczak po chińsku po mojemu, czyli obiad między praniem, okulistą, treningiem i parkiem

Dziś miałam zrobić obiad.

Niby nic nadzwyczajnego.

Tylko że oprócz obiadu uzbierała mi się góra prania, trzeba było ogarnąć chałupę, łazienki, odkurzyć, zmyć podłogi, z Maxem jechać na Greenpoint do okulisty, potem młody ma trening, a po treningu wiadomo  codzienny szał w parku.

Czyli zwykły, spokojny dzień matki. 

Wszystko. Wszędzie. Wszystkiego naraz.

I człowiek stoi przed lodówką i myśli:

— Dobra… co ja mam zrobić na obiad, żeby było szybko, smacznie i żebym nie spędziła przy garach połowy dnia ?

Otwieram lodówkę.

Patrzę.

Jest jeszcze kurczak z rożna, którego kupiliśmy w Costco.

Są brokuły.

Są pieczarki.

Hmmmm…

I nagle olśnienie!

Przecież ja uwielbiam kurczaka po chińsku z brokułami i pieczarkami!

Jest tylko jeden mały problem.

Kiedy zamawiam go z chińskiej restauracji, moje kubki smakowe krzyczą:

— JESZCZE! 😂

A mój żołądek i jelita kilka godzin później:

— KOBIETO, COŚ TY NAM ZROBIŁA?! 

No więc stwierdziłam: koniec tego dobrego. Będę sobie robić sama.

I robię.

Kurczak z rożna, brokuły, pieczarki, czosnek, duuużo suszonego imbiru, sos sojowy, odrobina oleju sezamowego i wszystko razem na patelnię.

Mieszam, próbuję i…

Ludzie!

Wyśmienite!

Nazwijmy to więc oficjalnie:

Kurczak po chińsku po mojemu, bo nie mam czasu na chińszczyznę z komplikacjami. 

Dzieciaki jedzą z ryżem, ja bez ryżu i wszyscy zadowoleni.

Szybko, konkretnie, dużo warzyw, bez stania godzinę przy kuchni i bez bomby kalorycznej.

OGARNĘŁAM.

Chałupa posprzątana.

Łazienki ogarnięte.

Podłogi odkurzone i umyte.

Pranie zrobione.

Okulista zaliczony.

Obiad zjedzony.

Młody na treningu.

I właśnie teraz…

SIEDZĘ.

Jak królowa. 

Siedzę sobie dostojnie i czekam, aż mój szanowny syn skończy trening.

Potem jeszcze park.

I kiedy już wykonam ostatnią rundę dzisiejszego rodzinnego triathlonu, MATKA ZACZYNA WEEKEND! 

No… przynajmniej tak sobie mówię.

Bo wiadomo, jak wygląda weekend matki.

To jest zwykły dzień pracy, tylko wszyscy są w domu. 

A jak jest u Was?

Też najpierw tysiąc rzeczy do zrobienia, bieganie, pranie, gotowanie, dzieci, obowiązki, a dopiero potem przychodzi ten upragniony moment:

Teraz mój czas

I najważniejsze co wtedy robicie?

Kawa? Książka? Film? Cisza? Wyjście z domu?

A może po prostu siadacie i przez pięć minut patrzycie w ścianę, bo nikt niczego od Was nie chce? 

Podzielcie się, bo jestem bardzo ciekawa, jak wygląda Wasze małe:

Nareszcie mam wolne

Mam ogromne Szczęście do ludzi. I piszę je przez wielkie S

Mam ogromne Szczęście do ludzi.

Tak, przez wielkie S.

I im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że to naprawdę jest Szczęście. Bo w świecie, w którym tyle mówi się o hejcie, zawiści, ocenianiu i ranieniu innych słowami, można nabrać ochoty, żeby odgrodzić się od drugiego człowieka wielkim murem.

Takim porządnym.

Wysokim.

Najlepiej jeszcze z tabliczką: Nie podchodzić. Człowiek zmęczony ludźmi.

Tylko że ja nie chcę.

Bo ja ludzi lubię.

Naprawdę.

Lubię rozmawiać, słuchać, dyskutować, wymieniać się poglądami. Lubię ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i takich, którzy potrafią też usłyszeć drugiego człowieka.

Ja bez tego chyba bym uschła.

Taka już jestem. Gadam jak nakręcona, przeżywam jakby wszystko miało co najmniej potrójną moc, pytam, zastanawiam się, czasami sto razy analizuję jedno zdanie. Potrzebuję ludzi. Ich myśli. Ich spojrzenia. Ich obecności.

I chyba właśnie dlatego tak mocno dostrzegam ludzką życzliwość.

A tych mniej życzliwych?

Cóż…

Biorę gumkę i wymazuję jak źle narysowany szlaczek w zeszycie mojego syna.

Nie wszystko przecież trzeba poprawiać. Niektóre rzeczy można po prostu zostawić za sobą i przewrócić kartkę.

Bo kiedy patrzę na swoje życie, naprawdę widzę, jak wielu dobrych ludzi Bóg postawił na mojej drodze.

I dzisiaj wydarzyło się coś, co dla kogoś może być zupełnym drobiazgiem.

Dla mnie nie było.

Miałam bardzo miłą rozmowę z Natalią Przeździk, pisarką, której książki z całego serca Wam polecam. „Dom pod kasztanem” przeczytałam i przepadłam. Zakochałam się w tej historii i w sposobie, w jaki Natalia pisze.

Ale dzisiejsza rozmowa była dla mnie ważna z zupełnie innego powodu.

Bo kiedy jesteś na początku jakiejś drogi, trochę po omacku, z głową pełną pytań i jeszcze większą liczbą wątpliwości, spotkanie człowieka, który tę drogę już przeszedł i mówi:

„Mogę Ci pomóc. Mogę Ci powiedzieć, jak to wygląda. Pytaj”.

…znaczy naprawdę bardzo dużo.

Bo przecież nie musi.

I właśnie to porusza mnie najbardziej.

Nie musi poświęcać swojego czasu. Nie musi dzielić się doświadczeniem. Nie musi odpowiadać na moje pytania.

Mogłaby powiedzieć: szukaj, próbuj, ucz się sama, ja też kiedyś musiałam.

A jednak wyciąga rękę.

Bo pamięta, jak sama zaczynała.

I wiecie co?

Dla mnie właśnie takie rzeczy są jak plaster na duszę.

Jak balsam.

Jak ciepły koc narzucony na ramiona wtedy, kiedy trochę marzniesz od własnych wątpliwości.

Ta rozmowa przecież nie daje mi żadnej gwarancji.

Nikt nie powiedział: „Jola, wydasz książkę”.

Nikt nie obiecał sukcesu.

Nikt nie otworzył przede mną drzwi i nie powiedział: „Proszę bardzo, droga wolna”.

Dostałam coś innego.

Może nawet cenniejszego.

Ludzką życzliwość.

Taką zwyczajną. Bezinteresowną. Bez pytania: „A co ja będę z tego mieć?”.

Ktoś, kto wie więcej ode mnie, mówi: podzielę się z Tobą tym, co wiem.

Ktoś, kto przeszedł już kawałek tej drogi, nie patrzy na mnie z góry, tylko wyciąga rękę.

I nagle pomiędzy dwojgiem ludzi zaczyna budować się most.

Właśnie z takich małych gestów.

Z jednego zdania.

Z jednej rozmowy.

Z odpowiedzi na pytanie.

Z prostego: „Jeśli będziesz potrzebowała, pytaj”.

Można powiedzieć:

Eeee tam. Wielka rzecz.

A dla mnie właśnie wielka.

Bo dobro wcale nie zawsze przychodzi z hukiem.

Nie musi przewracać naszego życia do góry nogami.

Czasem dobro przychodzi cicho.

W wiadomości.

W rozmowie.

W czyimś zainteresowaniu.

W człowieku, który mógł przejść obok, ale się zatrzymał.

I może dlatego dzisiaj czuję przede wszystkim ogromną wdzięczność.

Natalii za życzliwość.

Ludziom, których spotykam za dobro, którego od nich doświadczam.

I Bogu bo coraz częściej widzę, że On naprawdę stawia ludzi na naszej drodze w bardzo konkretnych momentach.

Czasami dokładnie wtedy, kiedy zaczynamy wątpić.

Kiedy zastanawiamy się, czy damy radę.

Kiedy stoimy przed czymś nowym i zwyczajnie nie wiemy, gdzie zrobić następny krok.

I wtedy pojawia się człowiek.

Nie po to, żeby przejść tę drogę za nas.

Tylko żeby na chwilę zapalić światło.

Pokazać kawałek drogi.

Powiedzieć:

„Idź. Da się”.

Dlatego nie traćcie wiary w ludzi.

Naprawdę.

Wiem, że świat potrafi być głośny od złości. Internet potrafi sprawić, że zaczynamy wierzyć, iż wszyscy tylko czekają, żeby komuś dokopać, wyśmiać, ocenić albo podciąć skrzydła.

Ale dobro też jest.

Życzliwość też jest.

Tylko ona często nie krzyczy.

Ona po prostu wyciąga rękę.

A ja dzisiaj za jedną taką wyciągniętą rękę jestem po prostu ogromnie wdzięczna.

I chyba właśnie takich ludzi chcę zauważać najbardziej.

Bo mam ogromne Szczęście do ludzi.

Przez wielkie S.

I oby nigdy mi nie przeszło wierzyć, że człowiek dla drugiego człowieka może być nie murem…

ale mostem.

A Wy?

Spotkaliście kiedyś na swojej drodze człowieka, który zupełnie bezinteresownie podał Wam rękę, pomógł, podpowiedział albo powiedział kilka słów, które zostały z Wami na długo?

Za czyją życzliwość jesteście wdzięczni do dziś?

Napisałam książkę. Postawiłam kropkę. I teraz… czekam.

No więc stało się.

Napisałam książkę.

Nie piszę książkę .

Nie mam pomysł na książkę .

Nie kiedyś chciałabym napisać .

Napisałam.

Postawiłam ostatnią kropkę. Jest tytuł. Jest całość. Jest historia, którą przez długi czas nosiłam w sobie, a teraz już nie należy tylko do mnie.

I co dalej?

No właśnie…

Nie mam zielonego pojęcia. 😂

Jestem w tym świecie kompletnym laikiem. To mój debiut. Nie znam ludzi z branży, nie wiem, do których drzwi puka się najpierw, do których później i po ilu puknięciach człowiek powinien uznać, że chyba nikogo nie ma w domu. 

Wiem tyle, ile przeczytam w internecie.

Więc zrobiłam to, co umiałam.

Usiadłam. Wyszukałam wydawnictwa. Poczytałam, czego oczekują od autorów. Przygotowałam wiadomości. Do kilku wysłałam propozycję i pierwszy rozdział.

Kliknęłam : wyślij 

I zaczęła się kolejna część tej historii.

Czekanie.

A ja i czekanie to, umówmy się, nie jest najbardziej udany związek. 

Ja bym najchętniej wysłała książkę o 8:00, o 8:17 sprawdziła pocztę, o 9:03 zastanawiała się, czy na pewno mail doszedł, a koło południa zaczęła analizować, czy brak odpowiedzi oznacza, że mnie nie chcą, czy może redaktor poszedł tylko na kawę.

Ponieważ jednak jestem w tej dziedzinie zielona jak szczypiorek na wiosnę, napisałam do Magdaleny Witkiewicz.

Pomyślałam: kobieta wydała tyle książek, zna ten świat od środka, może powie mi, czy wydawnictwa odpowiadają, nawet jeśli nie są zainteresowane, czy człowiek może sobie tak czekać aż do emerytury.

I odpisała mi bardzo krótko, ale konkretnie.

Czasem czeka się bardzo długo.

A czasem wydawnictwo nie odpowiada wcale.

No pięknie. 

Czyli pozostaje mi ćwiczyć cierpliwość, której najwyraźniej muszę się jeszcze nauczyć.

I wiecie co?

Dzisiaj otwieram pocztę i…

TADAM!

Jest odpowiedź z jednego wydawnictwa.

Nie, spokojnie. Jeszcze nie otwieram szampana. 

Nikt nie napisał: Jola, bierzemy książkę!

Nikt nie wysłał umowy.

Nikt niczego mi nie obiecał.

Poprosili o więcej informacji i o wypełnienie kwestionariusza, żeby mogli zdecydować, czy chcą uczestniczyć w tym projekcie.

Tylko tyle.

A może dla mnie właśnie aż tyle.

Bo po drugiej stronie ktoś otworzył mojego maila. Ktoś zobaczył tę propozycję. Ktoś nie wyrzucił jej od razu do kosza. Ktoś powiedział:

Dobrze. Powiedz nam więcej .

I na tym etapie naprawdę mi to wystarcza.

Nie wiem, co będzie dalej.

Może usłyszę tak

Może usłyszę nie 

Może jeszcze wiele razy nie usłyszę kompletnie nic.

Ale jednego jestem pewna.

Nie poddam się. Nie tym razem.

Bo chyba pierwszy raz nie traktuję tej książki jak jakiegoś mojego szalonego pomysłu, który może się uda, a może za tydzień mi przejdzie.

Ona jest napisana.

Skończona.

Istnieje.

A skoro już doprowadziłam ją do ostatniej kropki, to teraz zrobię wszystko, co potrafię, żeby znalazła drogę dalej.

Będę wysyłać.

Będę pytać.

Będę pukać do kolejnych drzwi.

Będę się uczyć tego świata, choć dzisiaj jeszcze niewiele o nim wiem.

I pewnie jeszcze sto razy sprawdzę pocztę bez potrzeby. 

Ale jestem pełna nadziei.

Takiej spokojniejszej niż kiedyś.

Bo nie chodzi już tylko o marzenie.

Tym razem zrobiłam coś, żeby to marzenie miało szansę się wydarzyć.

A teraz mam do Was ogromną prośbę.

Może ktoś z Was zna dobre wydawnictwo, które jest otwarte na debiutantów?

Może macie kontakt, adres albo własne doświadczenia z wydawaniem książki?

Może ktoś z Was przeszedł już tę drogę i wie, do których drzwi warto zapukać?

Piszcie do mnie. Każda podpowiedź będzie dla mnie cenna.

Ja tymczasem czekam.

I działam dalej.

Bo marzenia marzeniami, ale czasem trzeba im jeszcze trochę pomóc i samemu zapukać do właściwych drzwi. 

A Wy? Zdarzyło Wam się kiedyś zrobić coś, o czym długo marzyliście, a potem zostało już tylko czekanie na to, co przyniesie los? Jak sobie wtedy radziliście z niecierpliwością?

Jeszcze drzewa są zielone, a ja już czuję jesień

Wczoraj pisałam spod stosu liści.

Dzisiaj chyba trochę lepiej rozumiem, skąd się tam wzięłam.

Bo ten smutek nie przyszedł do mnie wczoraj. On pojawia się co roku mniej więcej o tej samej porze.

Jeszcze drzewa są zielone, a ja już czuję jesień.

Czuję już jesień.

I wcale nie dlatego, że poranki zrobiły się chłodniejsze. Nie dlatego, że wieczorem szybciej zapalam światło ani dlatego, że słońce jakby wcześniej zaczynało zbierać się do odejścia.

Ja czuję jesień gdzieś głęboko w środku.

Co roku przychodzi do mnie podobnie. Jeszcze drzewa są zielone. Jeszcze słońce potrafi grzać. Jeszcze kalendarz mówi, że przecież lato się nie skończyło.

A ja już wiem.

Ona idzie.

I razem z nią przychodzi ten dziwny smutek, którego właściwie nie potrafię wytłumaczyć.

Nie jest gwałtowny. Nie wali pięścią w drzwi. Wślizguje się cicho, prawie niezauważalnie. Jak bluszcz. Najpierw oplata jedną myśl, potem drugą, aż któregoś dnia budzę się i czuję tę znajomą nostalgię.

I chce mi się płakać.

A przecież jestem szczęśliwa.

Mam męża. Mam czworo dzieci. Mam dom pełen życia, głosów, spraw, obowiązków, śmiechu i tego całego codziennego zamieszania, które tak bardzo kocham.

Mam za co dziękować.

I dziękuję.

Tylko że chyba można kochać swoje życie i jednocześnie tęsknić za życiem, którego się nie przeżyło.

Można być szczęśliwym i mieć w sobie kawałek smutku.

Można kochać ludzi, których ma się obok, a jednocześnie czasami spojrzeć na siebie i pomyśleć:

A gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Może właśnie dlatego jesień tak na mnie działa.

Może wraz z krótszym dniem ciszej robi się również we mnie i nagle zaczynam słyszeć pytania, które przez resztę roku skutecznie zagłuszam codziennością.

Bo przecież kiedyś miałam plany.

Cele.

Marzenia.

Wiedziałam, kim chcę być. Wiedziałam, czego chcę dokonać. Wydawało mi się, że życie jest ogromną przestrzenią i że mam przed sobą nieskończenie dużo czasu.

A potem zaczęło się życie.

Prawdziwe.

Dzieci. Dom. Praca. Rachunki. Obowiązki. Tysiące małych rzeczy, które trzeba zrobić dzisiaj, więc te wielkie odkłada się na jutro.

Potem na następny miesiąc.

Na przyszły rok.

Na kiedyś.

I nawet nie zauważasz, kiedy na niektórych marzeniach osiada kurz.

Najpierw cienka warstwa.

Potem coraz grubsza.

Aż pewnego dnia patrzysz na nie i zastanawiasz się, czy jeszcze są twoje.

Muszę przyznać sama przed sobą, że nie mam pracy, która daje mi satysfakcję. Że zawodowo nie jestem tam, gdzie kiedyś wyobrażałam sobie, że będę. Że nie dokonałam niczego wielkiego, czym mogłabym pomachać światu przed nosem i powiedzieć:

Patrzcie. Udało mi się.

I może właśnie jesienią boli mnie to bardziej.

Bo jesień ma coś wspólnego z przemijaniem.

Nawet kiedy jest piękna.

Nawet kiedy drzewa płoną czerwienią, złotem i pomarańczem, gdzieś pod tym całym pięknem jest świadomość, że liście za chwilę spadną.

Że dzień będzie coraz krótszy.

Że przyjdzie deszcz.

Plucha.

Szarość.

Że kolejny rok powoli zaczyna pakować walizki.

A ja chyba razem z nim liczę swoje lata.

Kiedyś wszystko było przede mną. Mogłam mówić: kiedyś zrobię, kiedyś spróbuję, kiedyś się odważę.

I chyba najbardziej boli mnie dziś właśnie to słowo:

Kiedyś.

Bo nagle zaczynam rozumieć, że tych „kiedyś” nie dostajemy bez końca.

Że życie nie ostrzega:

Uważaj, właśnie minęło ci dziesięć lat.

Ono po prostu mija.

Cicho.

Pomiędzy jednym obiadem, praniem, pracą, rachunkiem i pytaniem dziecka:

Mamo, gdzie jest…?

A potem pewnego dnia stajesz przed lustrem i zastanawiasz się, kiedy właściwie minęło tyle czasu.

I pytam siebie:

Czy zdążę?

Nie wiem nawet dokładnie z czym.

Może ze spełnianiem marzeń.

Może z odnalezieniem siebie.

Może ze zrobieniem czegoś, co będzie naprawdę moje.

Czegoś, przy czym kiedyś pomyślę:

Tak. Właśnie po to dostałam ten kawałek życia.

Bo chyba najbardziej nie boję się tego, że się starzeję.

Boję się, że pewnego dnia odkryję, że zbyt długo odkładałam siebie na później.

Że byłam potrzebna wszystkim, tylko nie zdążyłam być potrzebna samej sobie.

Że tak dobrze nauczyłam się być mamą, żoną, kobietą od ogarniania tysiąca spraw, że gdzieś po drodze zgubiłam tę dziewczynę, która kiedyś miała własne plany.

A może ona wcale się nie zgubiła?

Może tylko siedzi gdzieś cicho pod tą grubą warstwą kurzu i czeka, aż wreszcie sobie o niej przypomnę.

Może właśnie dlatego przychodzi do mnie ten jesienny smutek.

Nie po to, żeby mnie przygnieść.

Może po to, żeby mnie obudzić.

Bo nostalgia nie zawsze jest tęsknotą za tym, co było.

Czasami jest tęsknotą za tym, co jeszcze mogłoby być.

I ta myśl zatrzymuje mnie dzisiaj najmocniej.

Bo może nie wszystko już minęło.

Może nie na każde marzenie jest za późno.

Może człowiek nie musi dokonywać rzeczy wielkich w oczach świata, żeby jego życie było wielkie.

A może niektóre marzenia rzeczywiście trzeba jeszcze otrzepać z kurzu.

Wziąć do ręki.

Przyjrzeć im się.

I zapytać:

Hej… jesteś jeszcze moje?

Nie wiem.

Dzisiaj nie mam żadnej pięknej odpowiedzi.

Dzisiaj jest mi po prostu cholernie smutno.

Czuję jesień pod skórą. Czuję ją w myślach, w jakimś dziwnym niepokoju, w łzach, które pojawiają się nie wiadomo skąd.

I chyba pierwszy raz nie chcę tego uczucia natychmiast zagłuszać.

Może ono próbuje mi coś powiedzieć.

Może czasami trzeba pozwolić sobie na smutek, żeby usłyszeć, za czym tak naprawdę tęskni nasza dusza.

Więc idę na spacer.

Przegonić czarne chmury.

A może wcale ich nie przegonię.

Może pozwolę im chwilę iść obok mnie.

Popatrzę na niebo, na jeszcze zielone drzewa, wystawię twarz do ostatniego letniego słońca i pomyślę, że przecież jesień nie oznacza końca.

Drzewa zrzucają liście, ale nie umierają.

Po prostu przygotowują się do kolejnego początku.

Może człowiek czasem też musi zrzucić z siebie kilka starych przekonań, kilka niespełnionych oczekiwań i trochę żalu do samego siebie, żeby zrobić miejsce na coś nowego.

Bo dopóki żyję, moja historia nie jest skończona.

A skoro nie jest skończona, to może jeszcze zdążę zrobić coś, o czym dzisiaj nawet nie mam odwagi marzyć.

Tylko najpierw muszę odnaleźć pod tym kurzem siebie.

Tę dawną.

I tę dzisiejszą.

A potem sprawdzić, dokąd jeszcze możemy razem pójść.

Nawet jeśli właśnie nadchodzi jesień.

Spod stosu liści….

Siedzę skulona w fotelu.

Klimatyzacja nadal pracuje na pełnych obrotach, bo przecież lato jeszcze się nie skończyło. Za oknem sierpień. Jeszcze ciepło. Jeszcze zielono. Jeszcze świat udaje, że do jesieni daleko.

A mnie jest zimno.

Nie tak zwyczajnie.

Jakoś od środka.

Oglądam film. Jeden z tych, które wyciskają łzy, więc może mogłabym wszystko zrzucić właśnie na niego.

Że to przez film.

Przez muzykę.

Przez scenę.

Przez czyjąś historię.

Tylko że film już dawno przestał być powodem.

Stał się tylko pozwoleniem.

Pozwoleniem, żeby wreszcie popłynęło to, co chyba siedziało we mnie od jakiegoś czasu.

I płaczę.

Cicho.

Bez wielkiego dramatu.

Łza za łzą.

Jedna pociąga drugą, jakby wszystkie stały gdzieś od dawna w kolejce i tylko czekały, aż otworzę drzwi.

Nie wiem nawet dokładnie, za czym płaczę.

I chyba to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.

Bo gdy człowiek zna powód, może próbować coś naprawić.

A co zrobić ze smutkiem, który nie ma adresu?

Gdzie go odesłać?

Komu oddać?

Jak wytłumaczyć samej sobie, że przecież wszystko jest dobrze, kiedy w środku jakoś dobrze nie jest?

Dzisiaj ugrzęzłam w smutku.

Tak po prostu.

Jak but grzęźnie w mokrej, jesiennej ziemi i im bardziej próbujesz go wyrwać, tym głębiej zapadasz się w błoto.

Więc już nawet nie próbuję.

Siedzę.

Płaczę.

I jest mi cholernie ciężko.

Czuję się dzisiaj jak jesienny liść, który jeszcze przez chwilę trzyma się gałęzi, ale już wie, że za moment spadnie.

Jeszcze jest częścią drzewa.

Jeszcze porusza nim wiatr.

Jeszcze pada na niego światło.

Ale jego czas na tej gałęzi się kończy.

Za chwilę poleci w dół.

A potem ktoś po nim przejdzie.

Wiatr przesunie go pod krawężnik.

Deszcz przyklei do ziemi.

W końcu zniknie gdzieś pod stosem innych liści – mokrych, brunatnych, przegniłych.

I chyba właśnie tak się dzisiaj czuję.

Jakbym chciała wejść pod taki stos liści.

Nie znikać na zawsze.

Nie uciekać od życia.

Po prostu schować się na chwilę przed światem.

Żeby nikt niczego ode mnie nie chciał.

Żebym nie musiała być silna.

Wesoła.

Rozgadana.

Potrzebna.

Żebym nie musiała niczego ogarniać, planować, pamiętać ani udowadniać.

Żebym mogła przez chwilę być tylko smutna.

Bez tłumaczenia się z tego smutku.

Bo przecież jak powiedzieć komuś:

Jest mi źle

I odpowiedzieć na pytanie:

Ale dlaczego?

Nie wiem.

Naprawdę nie wiem.

Dzisiaj smutek po prostu zagościł w moim sercu.

Rozsiadł się bez pytania.

Zasłonił okna.

Pogasił światła.

I zrobiło się we mnie buro.

Szaro.

Cicho.

Pusto.

A przecież jestem.

Żyję.

Oddycham.

Kocham.

Mam ludzi, których kocham.

Mam życie, którego nie zamieniłabym na inne.

A jednak dzisiaj czuję się samotna.

I chyba istnieje taki rodzaj samotności, którego nie leczy obecność drugiego człowieka.

Bo można siedzieć obok kogoś i nadal być samemu ze swoimi myślami.

Można mieć pełny dom i przez chwilę czuć pustkę.

Można być kochanym i nie potrafić w danym momencie ogrzać się tym ciepłem.

Można być szczęśliwym człowiekiem i mieć cholernie smutny wieczór.

Jedno nie przekreśla drugiego.

Może właśnie tego ciągle się uczę.

Że nie każda łza oznacza nieszczęście.

Nie każdy smutek trzeba natychmiast naprawić.

Nie każdą ciemność trzeba rozpędzać światłem.

Czasami trzeba w niej chwilę posiedzieć.

Posłuchać.

Może coś próbuje powiedzieć.

Może płaczemy nie tylko nad tym, co wydarzyło się dzisiaj.

Może czasami płaczemy nad wszystkim naraz.

Nad tym, czego nie zrobiliśmy.

Nad tym, czego już nie zrobimy.

Nad ludźmi, których nie ma.

Nad słowami, których nie powiedzieliśmy.

Nad sobą sprzed wielu lat.

Nad marzeniami, które gdzieś odłożyliśmy.

Nad czasem, który przeleciał przez palce tak cicho, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy z mam jeszcze czas zrobiło się kiedy to wszystko minęło?

Może każda z tych rzeczy dokłada po jednym liściu.

Jeden.

Drugi.

Dziesiąty.

Setny.

Aż któregoś wieczoru siedzisz skulona w fotelu i nagle orientujesz się, że leżysz pod całym ich stosem.

I nie masz siły spod niego wychodzić.

Dzisiaj chyba nie chcę.

Dzisiaj pozwolę sobie tam zostać.

Spod tych liści świat jest cichszy.

Nie muszę niczego udawać.

Mogę płakać.

Mogę być słaba.

Mogę być nijaka.

Szara.

Bez koloru.

Mogę nie mieć odpowiedzi.

Bo może człowiek nie musi każdego dnia kwitnąć.

Może czasem naprawdę wolno mu zwiędnąć.

Opuścić głowę.

Zamilknąć.

Popłakać.

A potem poczekać.

Bo przecież nawet pod stosem przegniłych jesiennych liści ziemia nie umiera.

Ona odpoczywa.

W ciemności.

W ciszy.

Niewidoczna dla nikogo.

I może ja dzisiaj też potrzebuję tylko tego.

Nie wielkich słów.

Nie pocieszania.

Nie zapewnień, że jutro będzie pięknie.

Tylko ciszy.

Fotela.

Filmu, którego już właściwie nie oglądam.

I tych łez, które najwyraźniej muszą dzisiaj wypłynąć.

Niech płyną.

Może zabiorą ze sobą trochę tego ciężaru.

A jutro?

Nie wiem.

Może nadal będzie mi smutno.

A może spod tego stosu liści wystawię kawałek siebie.

Najpierw tylko dłoń.

Potem twarz.

I sprawdzę, czy gdzieś tam jeszcze świeci słońce.

Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj jeszcze chwilę tutaj zostanę.

Spod stosu liści.

Eee tam, co może się stać?

Przeczytałam dziś historię, po której dostałam gęsiej skórki.

19-letni Sam Ballard siedział ze znajomymi w ogrodzie. Był młody, zdrowy, wysportowany, grał w rugby. Ktoś zauważył ślimaka bez muszli i wśród żartów pojawiło się wyzwanie, żeby go zjeść.

Sam go połknął.

Ot, głupi żart. Chwila. Pewnie śmiech kolegów. Jedna z tych rzeczy, które robi się w młodości, a potem opowiada po latach: Boże, jaki ja byłem głupi!

Tylko że Sam nie dostał szansy, żeby się z tego kiedyś pośmiać.

Ślimak był nosicielem pasożyta. Sam ciężko zachorował, zapadł w śpiączkę, doznał poważnego uszkodzenia mózgu i już nigdy nie wrócił do dawnego życia. Zmarł osiem lat później.

I myślę sobie, jak niewiele czasami dzieli zwykłą młodzieńczą głupotę od tragedii.

Bo przecież kto z nas w młodości nie zrobił czegoś kompletnie bezmyślnego?

Skok na główkę do wody, której głębokości nikt nie sprawdził.

Dawaj, skacz! z pomostu, skały czy mostu, bo przecież inni skoczyli.

Jazda rowerem, motorem czy quadem bez kasku, bo tylko kawałek 

Wchodzenie gdzieś wysoko, na dach, drzewo czy barierkę, żeby udowodnić, że się nie boimy.

Kąpiel po alkoholu.

Przebiegnięcie przez ulicę, bo zdążę

Głupie zakłady ze znajomymi.

Zjedzenie albo wypicie czegoś tylko dlatego, że ktoś powiedział: Nie dasz rady!

Dzisiaj dochodzą do tego jeszcze internetowe challenge, w których czasami rozsądek przegrywa z kilkoma sekundami filmu i chęcią zdobycia lajków.

I zazwyczaj nic się nie dzieje.

Wstajemy, otrzepujemy kolana, śmiejemy się i żyjemy dalej.

Po dwudziestu czy trzydziestu latach wspominamy: Matko kochana, co myśmy mieli w tych głowach?! 😂

Tylko właśnie słowo zazwyczaj jest tutaj najważniejsze.

Bo czasami wystarczy jeden centymetr za płytka woda.

Jeden samochód jadący trochę szybciej.

Jeden niefortunny upadek.

Jedna rzecz połknięta dla żartu.

Jedna sekunda.

I życie dzieli się na przed i po 

Nie piszę tego, żeby powiedzieć, że młodość powinna być grzeczna, przewidywalna i spędzona pod kocem. Absolutnie nie.  Młodość chyba od zawsze ma w pakiecie odrobinę szaleństwa, przekonanie o własnej nieśmiertelności i ten cudowny brak wyobraźni, który podpowiada: Eee tam, co może się stać?

Tyle że czasami może.

I chyba dopiero z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, ile razy w życiu zwyczajnie miał szczęście.

Ilu rzeczy nie przewidział.

Ile razy mogło wydarzyć się coś strasznego, a jednak wrócił do domu cały.

Historia Sama bardzo mnie poruszyła właśnie dlatego, że nie zaczęła się od wielkiego ryzyka ani świadomej decyzji: Narażę swoje życie

Zaczęła się od żartu.

Od głupiego: Dawaj!

Od kilku sekund.

A konsekwencje trwały latami.

I teraz jestem ciekawa Was.

Macie w swoim życiorysie taką historię, o której dzisiaj myślicie:

Matko… jak ja mogłam/mogłem zrobić coś tak głupiego?!

Coś, co wtedy wydawało się zabawą, przygodą albo popisem przed znajomymi, a dzisiaj, z perspektywy lat, wiecie, że mogło kosztować Was zdrowie albo nawet życie?

Bo podejrzewam, że gdybyśmy wszyscy zaczęli opowiadać, wyszłaby z tego niezła księga pt. Jakim cudem myśmy przeżyli własną młodość?

Pole, które zabrało mnie do dzieciństwa

Pole, które zabrało mnie do dzieciństwa

Byłam kilkuletnią dziewczynką, kiedy moi dziadkowie siali machorkę.

Tak się mówi? Siali machorkę? Chyba tak. Dziadkowie, wybaczcie Was już nie ma, więc nie mam kogo zapytać.

Ale pamiętam.

I to jak!

W moich dziecięcych oczach machorka była ogromna. Rośliny wyrastały ponad nas, liście miały wielkie jak wachlarze, a całe pole było dla nas czymś pomiędzy dżunglą, labiryntem i najlepszym placem zabaw na świecie.

Dorośli widzieli plantację i robotę.

My widzieliśmy przygodę.

Wchodziliśmy między rzędy i znikaliśmy. Ktoś kogoś gonił, ktoś się chował, ktoś wołał, a reszta udawała, że nie słyszy. Wielkie liście zasłaniały wszystko i naprawdę można było się tam zgubić.

Żadnych telefonów.

Żadnych tabletów.

Żadnego:

— Mamo, nudzi mi się!

Było pole, były dzieciaki i była wyobraźnia.

I wystarczało.

Pamiętam też zbieranie liści. Nie wszystkich. Zrywało się te odpowiednio dojrzałe, żółknące. Potem nawlekaliśmy je na druty i wieszaliśmy do suszenia.

Dzisiaj powiedziałabym, że dzieci pomagały dorosłym przy pracy.

Wtedy?

Jakiej pracy?!

To była atrakcja!

Byli dziadkowie, rodzice, krewni, dzieciaki. Dorośli robili swoje, a my kręciliśmy się między nimi, pomagając i przeszkadzając zapewne w idealnych proporcjach.

Było lato. Była ziemia pod nogami. A my, trochę jak dzieci Amiszów, biegaliśmy po tych polach boso.

Pamiętam też liście machorki. Były inne niż zwykłe liście. Wielkie, grube i lekko klejące. Po dotykaniu ich coś zostawało na dłoniach ten charakterystyczny zapach i lepkość.

Samego zapachu nie potrafię już dzisiaj dokładnie odtworzyć w głowie.

Ale wiem, że był.

Pamięć czasem tak właśnie działa. Nie umiesz czegoś opisać, ale gdy spotkasz to ponownie, całe ciało mówi:

— Znam to.

I była jeszcze ta dziecięca wolność, której wtedy człowiek zupełnie nie doceniał.

Bo skąd kilkuletnie dziecko ma wiedzieć, że właśnie przeżywa zwyczajne dni, które kilkadziesiąt lat później będzie wspominać z taką nostalgią?

I pewnie ta machorka siedziałaby sobie dalej gdzieś głęboko w mojej pamięci, przykryta grubą warstwą innych wydarzeń, gdyby nie nasz ostatni camping w Pensylwanii.

Jedziemy samochodem przez okolice Lancaster.

Patrzę przez okno.

Pola.

Gospodarstwa.

Stodoły.

Silosy.

Krajobraz zupełnie inny niż ten, który oglądam na co dzień w New York .

Patrzę na jedno z pól i coś zaczyna mi świtać.

Te liście…

Wielkie.

Mięsiste.

Ciężkie.

Jakieś takie znajome.

— Ty… czy to nie jest tytoń?

Mój szanowny patrzy.

— Tytoń.

On też pamięta podobne rośliny ze swojego dzieciństwa.

No i przepadło.

Bo jeśli coś mnie zaciekawi, to samo przejechanie obok i grzeczne popatrzenie przez szybę absolutnie nie wchodzi w grę.

— Zatrzymaj się, proszę. Muszę to zobaczyć z bliska. Dotknąć. Powąchać.

I cóż ma zrobić mój mąż?

Zatrzymuje się, żeby zaspokoić ciekawość swojej żony. 

Bo jego zapewnienie:

— Tak, to jest tytoń.

oczywiście mi nie wystarcza.

Ja muszę sama sprawdzić.

Jak detektyw.

Tylko zamiast lupy mam własny nos. 

Stanęłam przy polu i dopiero z bliska zobaczyłam jego ogrom.

Przede mną ciągnęły się rzędy potężnych zielonych roślin. Liść przy liściu. Jeden zachodził na drugi. Niektóre były tak wielkie, że trudno było uwierzyć, że właśnie z czegoś tak soczyście zielonego powstaje później suchy, brązowy tytoń, który wszyscy znamy.

To nie wyglądało jak zwykłe pole.

To było morze zielonych liści.

W oddali gospodarstwa, stodoły i silosy. Gdzieś dalej widać było pracujących Amiszów.

Przez chwilę miałam wrażenie, że Pensylwania pokazuje mi obrazek z zupełnie innego świata.

Podeszłam do jednej z roślin.

Dotknęłam liścia.

Gruby.

Mocny.

Lekko szorstki.

I właśnie taki trochę lepki.

Inny.

Wiecie, o czym mówię?

Dotykaliście kiedyś świeżego liścia tytoniu? Jeśli tak, to pewnie wiecie. Tego dotyku nie da się pomylić ze zwykłym liściem.

No i oczywiście powąchałam.

Bo skoro już człowiek prawie wlazł w pole tytoniu, to trzeba przeprowadzić badania naukowe na poziomie własnego nosa. 

I tu niespodzianka.

Nic.

A przynajmniej nie to, czego się spodziewałam.

Świeży liść pachniał zielenią, świeżą rośliną, ziemią. Nie miał tego mocnego, charakterystycznego zapachu, który próbowałam odnaleźć w pamięci.

Potarłam go mocniej palcami.

Coś delikatnego dało się wyczuć.

Znajomego.

Ale chyba jeszcze szybciej niż mój nos zareagowała pamięć.

Bo wystarczyło podnieść głowę.

Obok pola stała stodoła.

A w niej, pod samym dachem, wisiały całe rzędy liści tytoniu.

Jeden obok drugiego.

Dziesiątki.

Setki.

Wielkie liście zwisały równymi rzędami i suszyły się dokładnie tak, jak te, które pamiętałam z dzieciństwa.

I wtedy już nie potrzebowałam żadnego zapachu.

Ten obraz wystarczył.

Stałam w Pensylwanii, tysiące kilometrów od miejsca, w którym dorastałam, a przed oczami miałam pole moich dziadków.

Przez chwilę znowu byłam tą małą dziewczynką.

Biegałam boso między wysokimi roślinami.

Chowałam się za wielkimi liśćmi.

Gdzieś obok byli dziadkowie.

Rodzice.

Krewni.

Ktoś pracował.

Ktoś coś wołał.

My, dzieciaki, mieliśmy swój własny świat i byliśmy przekonani, że tak będzie zawsze.

Tylko że nie jest.

Dziadków już nie ma.

Tamtego pola nie ma już w moim życiu.

Tamtych wakacji też nie da się powtórzyć.

A ja stoję po drugiej stronie oceanu, mam własną rodzinę, własne dzieci, zupełnie inne życie i patrzę na kawałek amerykańskiej ziemi, który wydobył ze mnie wspomnienie tak stare, że nawet nie wiedziałam, jak głęboko zapisało się w mojej głowie.

Moje dzieciństwo.

Patrzyłam na te pola i pomyślałam też o moich dzieciach.

One już nie znają takiego świata.

Nie wiedzą, jak to jest wejść pomiędzy rzędy roślin i urządzić sobie tam pół dnia zabawy.

Nie nawlekają liści na druty.

Nie kręcą się przy dorosłych pracujących w polu.

Ich dzieciństwo pachnie inaczej.

I wiecie co?

Nie chcę mówić, że nasze było lepsze.

Bo każde pokolenie ma swoje dzieciństwo.

My mieliśmy pola, trzepaki, drzewa, rowery, podwórka i kolana pozdzierane do krwi.

Dzisiejsze dzieci mają swoje miejsca, swoje przygody i swoje historie.

Tylko czasem myślę, że my mieliśmy coś, czego dzisiaj trochę brakuje.

Nudę.

Taką dobrą nudę.

Nikt nie organizował nam każdej godziny.

Nikt nie zastanawiał się, czy zapewniono nam odpowiednią liczbę atrakcji.

Dostawaliśmy kawałek świata i sami musieliśmy wymyślić, co z nim zrobić.

A dziecięca wyobraźnia potrafiła z pola machorki zrobić dżunglę, z patyka miecz, z rowu fortecę, a z całego dnia przy pracy dorosłych wakacyjną przygodę.

I może dlatego tyle z tego pamiętamy.

Nie dlatego, że było spektakularnie.

Właśnie dlatego, że było zwyczajnie.

Byli ludzie, których kochaliśmy.

Było miejsce, które znaliśmy.

Był czas, którego nikt jeszcze nie liczył.

I byliśmy my dzieciaki przekonane, że dziadkowie będą zawsze, lato będzie trwało wiecznie, a jutro znowu pobiegniemy w machorkę.

Człowiek dopiero po latach odkrywa, jak ogromną wartość miały te najzwyklejsze dni.

Bo pamięć jest przedziwną rzeczą.

Możesz nie myśleć o czymś przez trzydzieści czy czterdzieści lat.

Możesz przeprowadzić się na drugi koniec świata.

Zbudować inne życie.

Zostać żoną, matką, dorosłym człowiekiem zajętym tysiącem ważnych spraw.

A potem stajesz przy jakimś polu w Pensylwanii.

Dotykasz jednego wielkiego zielonego liścia.

Patrzysz na stodołę pełną suszącego się tytoniu.

I okazuje się, że ta kilkuletnia dziewczynka wcale nigdzie nie zniknęła.

Cały czas była w Tobie.

Czekała tylko, aż coś otworzy właściwą szufladkę pamięci.

Moja miała zapach ziemi, wielkie zielone liście, bose stopy i nazywała się machorka.

A co otwiera Wasze szufladki z dzieciństwem?

Zapach świeżo skoszonego siana?

Smak chleba z cukrem?

Trzepak pod blokiem?

Babcia stojąca przy kuchni?

Piosenka usłyszana po trzydziestu latach?

A może jakieś miejsce zobaczone zupełnie przypadkiem, przy którym przez moment znowu mieliście osiem lat?

Opowiedzcie.

Bo chyba każdy z nas ma swoją „machorkę”.

Coś zupełnie zwyczajnego, co dla innych może nie znaczyć nic, a nam jednym obrazem, zapachem albo dotykiem potrafi na kilka chwil oddać cały świat, którego już nie ma.

Miało tylko padać, czyli noc, kiedy camping prawie odpłynął

Zamówiliśmy weekend pod namiotem.

Rano.Camping wyglądał jak po końcu świata

I żeby nie było wiedzieliśmy, że będzie padać.

Prognozę sprawdziliśmy. Przygotowaliśmy się jak ludzie odpowiedzialni, rozsądni i, jak nam się wtedy wydawało, doświadczeni. Wszystkie torby, plecaki, ubrania i rzeczy, które nie powinny rano pływać po campingu, pochowaliśmy wcześniej do samochodu.

Plan na rano mieliśmy wręcz genialny.

Wstajemy, szybka poranna toaleta, zwijamy namioty, śpiwory i materace, wrzucamy wszystko do samochodu i wziummmm!

Śniadanie w Wawa, kawa w rękę i do domu.

Pięknie.

Prosto.

Bez komplikacji.

Tylko najwyraźniej pogoda miała na naszą ostatnią noc własny scenariusz.

I nie była to komedia rodzinna.

Położyliśmy się spać.

Camping powoli ucichł. Ludzie pochowali się w namiotach, dzieci zasnęły, zgasły światła. Została noc, ciemność i ta specyficzna campingowa cisza, która wcale ciszą nie jest.

Do snu przygrywa ci orkiestra świerszczy, cykad i innych nocnych grajków, których nie widzisz, ale każdy najwyraźniej ma swój instrument.

Było około pierwszej nad ranem, kiedy usłyszałam pierwsze krople.

Kap.

Chwila ciszy.

Kap… kap…

Otworzyłam oczy.

Deszcz.

No dobrze.

Przecież wiedzieliśmy, że będzie padać.

Namiot stoi, dach nad głową jest, człowiek przygotowany.

Można spać.

Tylko że po chwili z niewinnego kap, kap zrobiło się:

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

Deszcz zaczął walić w namiot coraz mocniej.

Jakby ktoś na górze najpierw odkręcił jeden kran.

Potem drugi.

A na końcu spojrzał w dół i powiedział:

— A dobra. Lejemy wszystko.

Do deszczu dołączył wiatr.

Najpierw lekki.

Potem mocniejszy.

Materiał namiotu zaczął trzepotać. Raz z jednej strony, raz z drugiej.

Podmuch.

Cisza.

Następny podmuch.

I nagle całym namiotem szarpnęło.

Leżałam już z szeroko otwartymi oczami.

Nie spałam.

Nasłuchiwałam.

Deszcz.

Wiatr.

Burza.

I jeszcze jeden dźwięk.

Woda.

Nie krople uderzające o namiot.

Nie chlupot kałuży.

Szum płynącej wody.

Gdzieś bardzo blisko.

— Śpisz? — zapytałam męża.

— Nie śpię.

I ta krótka odpowiedź naprawdę mnie uspokoiła.

Bo z nim czuję się bezpiecznie.

To jest ten człowiek, któremu ufam, kiedy zaczyna robić się niewesoło. Ja potrafię w głowie wyprodukować już pełnometrażowy film katastroficzny, znaleźć obsadę, dobrać muzykę, napisać scenariusz i zaplanować własny pogrzeb, a on nadal spokojnie patrzy, obserwuje i ocenia sytuację.

Wiedziałam, że czuwa.

Wiedziałam, że słucha.

I wiedziałam, że jeśli uzna, że trzeba wychodzić, to wychodzimy.

— Ewakuujemy się do samochodu?

— Jeszcze nie.

No dobrze.

Ufam.

Tylko spróbujcie powiedzieć mojej wyobraźni, żeby ona też zaufała.

Bo ona właśnie otworzyła archiwum pod tytułem:

Najgorsze rzeczy, jakie mogą wydarzyć się ludziom śpiącym pod namiotem …

Campingi.

Nagłe ulewy.

Powodzie.

Woda przychodząca nocą.

Ludzie, którzy nie zdążyli uciec.

I wtedy wróciła do mnie tragedia z Camp Mystic w Teksasie z 2025 roku.

Strasznie ją przeżyłam. Wstrząsnęła mną. Te dzieci, rodziny i woda, która przyszła tak nagle… To była jedna z tych historii, które człowiek słyszy, a potem już gdzieś w nim zostają.

I oczywiście mój mózg uznał, że pierwsza czy druga w nocy, podczas ulewy, kiedy leżę z własnymi dziećmi pod kawałkiem materiału rozpiętym na rurkach, jest idealnym momentem, żeby mi ją przypomnieć.

No dziękuję bardzo.

Idealna pora.

Na zewnątrz burza, a moja głowa urządza mi prywatny festiwal filmów katastroficznych.

Serce zaczęło mi walić.

Deszcz przybierał na sile.

Wiatr coraz mocniej szarpał namiotem.

A potem niebo jakby się otworzyło.

To już nie był deszcz.

Z góry ktoś lał wodę wiadrami.

Ściana wody.

Huk.

Wiatr.

Burza.

I nagle poczułam coś ręką.

Wodę.

W namiocie.

Najpierw trochę.

Potem więcej.

Dotknęłam podłogi.

Mokra.

Materac.

Mokry.

Woda była już z nami.

I wtedy moja cierpliwość się skończyła.

— Wstawać! Idziemy do samochodu!

Koniec dyskusji.

Generał zarządził zbiórkę.

Nie interesowało mnie już, czy za pięć minut przestanie padać, czy za godzinę. Nie miałam zamiaru leżeć w namiocie i sprawdzać, ile dokładnie wody potrzeba, żeby matka czwórki dzieci dostała zawału.

Dzieci obudziły się kompletnie zdezorientowane.

Dziewczyny były przestraszone. Drżały.

Ciemno.

Wiatr.

Deszcz.

Woda pod nogami.

Namiot targany na wszystkie strony.

A dookoła taki huk, że człowiek nagle zaczyna rozumieć, jak niewiele znaczy wobec natury.

Tymon?

Śpi.

Oczywiście.

Armagedon może trwać, namioty mogą odlatywać, camping może za chwilę dostać własny port jachtowy, a moje dziecko najwyraźniej uznało:

— Nie widzę powodu, żeby przerywać sen.

Mąż wziął go na ręce.

Spokojny, czujny.

Pilnował nas wszystkich.

I ruszyliśmy.

Z namiotu do samochodu.

Przez wodę.

W ciemności.

W strugach deszczu.

I właśnie w takich chwilach człowiek nagle przestaje myśleć o rzeczach.

Namiot?

Pal go sześć.

Śpiwory?

Niech pływają.

Materace?

Do widzenia.

Torby?

Nieważne.

Liczą się ludzie.

Byle dzieci były przy nas.

Byle wszyscy znaleźć się w samochodzie.

Byle zatrzasnąć drzwi.

Kiedy wreszcie siedzieliśmy w środku, przez chwilę nikt nic nie mówił.

ŁUP.

Wiatr.

ŁUP. ŁUP. ŁUP.

Deszcz walił w dach samochodu.

Przez mokrą szybę patrzyłam na nasz namiot.

Raz wyginał się w jedną stronę.

Za chwilę w drugą.

I miałam tylko jedną myśl.

Stój.

Kurka wodna, po prostu stój.

Wtedy naprawdę poczułam, czym jest żywioł.

Bo ja wodę kocham.

Jeziora, morze, fale, siedzenie nad brzegiem. Mogę godzinami patrzeć na wodę i słuchać jej szumu.

Ale woda nocą, podczas burzy, kiedy jeszcze chwilę wcześniej siedziałaś pod kawałkiem materiału rozpiętym na kilku rurkach, przestaje być romantyczna.

Nie ma pięknych widoczków.

Nie ma zachodu słońca.

Nie ma kawki nad jeziorem.

Jest respekt.

Ogromny respekt.

Bo natura potrafi w kilka minut przypomnieć człowiekowi, kto tutaj naprawdę rozdaje karty.

I wiecie, co mnie najbardziej wkurzało?

Prognoza mówiła, że będzie padać.

PADAĆ!

Nie było mowy o tym, że w środku nocy będziemy ewakuować dzieci z namiotu, siedzieć w samochodzie i patrzeć, czy nasz camping za chwilę nie odpłynie!

Ludzie świata!

Gdybym wiedziała, co nas czeka, nikt by mnie na taki wypad nie namówił.

NIKT!

Możesz sprawdzić prognozę.

Możesz się przygotować.

Możesz mieć dobry namiot.

Możesz mieć plan A, B i C.

A potem przychodzi żywioł, rozsiada się wygodnie i mówi:

— Kochani, fajnie to sobie zaplanowaliście. A teraz gramy według moich zasad.

Siedziałam w samochodzie.

Dzieci były obok.

Mąż czuwał.

I dopiero wtedy poczułam, że mogę trochę odetchnąć.

Chociaż historie w mojej głowie nadal układały się same. 

Ale wiedziałam jedno.

Jesteśmy razem.

Jesteśmy cali.

Damy radę.

Chociaż druga część mojego mózgu już krzyczała:

TO BYŁ MÓJ OSTATNI WYJAZD POD NAMIOT!

Koniec.

Finito.

Następny urlop?

Hotel.

Murowany.

Najlepiej na wzgórzu.

Najwyższe piętro.

I jeszcze proszę mi sprawdzić, czy w promieniu stu kilometrów nie ma żadnej rzeki. 

Lało do piątej rano.

I nagle…

cisza.

Po kilku godzinach huku zrobiło się tak cicho, że aż dziwnie.

Jakby ktoś jednym ruchem wyłączył cały świat.

Deszcz ucichł.

Wiatr zniknął.

Niebo powoli zaczęło jaśnieć.

I wtedy słyszę:

Ćwir…

Ćwir, ćwir…

Ptaszki.

Naprawdę?!

TERAZ?!

Gdzie wy, cholery, byłyście trzy godziny temu, kiedy ja mentalnie pisałam testament?!

Teraz to sobie możecie ćwierkać.

Po chwili zza chmur zaczęło wychodzić słońce.

Jak gdyby nigdy nic.

Jakby nocą nie wydarzyło się absolutnie nic.

Powoli otworzyliśmy drzwi samochodu.

Wyszliśmy.

I wtedy dopiero zobaczyłam camping.

A właściwie to, co zostało z tej spokojnej campingowej rzeczywistości, którą zostawiliśmy kilka godzin wcześniej.

Jedne po drugich otwierały się drzwi samochodów.

Wychodzili ludzie.

Zaspani.

Niewyspani.

Zmęczeni.

Okazało się, że nie tylko my w środku nocy stwierdziliśmy, że campingowa przygoda właśnie przekroczyła granicę dobrej zabawy.

Inni też uciekali z namiotów.

Też spali w samochodach.

A teraz wszyscy staliśmy w tej dziwnej porannej ciszy i patrzyliśmy dookoła.

I ten widok był niesamowity.

Niektórych namiotów nie było tam, gdzie stały wieczorem.

Wiatr je powyrywał.

Jedne leżały dalej.

Inne były przewrócone.

Poskręcane.

Przesunięte.

Namiot, który wieczorem grzecznie stał na swoim miejscu, rano najwyraźniej mieszkał już pod innym adresem.

Jeszcze kilka godzin wcześniej było tutaj zupełnie normalnie.

Ludzie siedzieli.

Rozmawiali.

Śmiali się.

Dzieci biegały.

Paliły się światła.

A teraz była cisza.

Mokra ziemia.

Kałuże.

Porozrzucane rzeczy.

Powyrwane namioty.

Ludzie wychodzący z samochodów po nieprzespanej nocy.

Wyglądało to jak plan filmu katastroficznego, z którego ekipa filmowa skończyła zdjęcia, pojechała do domu i zapomniała posprzątać dekoracje.

Spojrzałam w stronę naszego miejsca.

Namiot stoi.

Matko kochana.

STOI!

Po tej nocy wyglądał jak weteran wojenny, ale stał.

Przeżył.

My przeżyliśmy.

Wszyscy cali.

I przez sekundę poczułam nawet dumę.

Ha!

Nasz dał radę!

Podeszłam.

Otworzyłam.

I moja radość umarła szybciej, niż zdążyła się narodzić.

W środku woda.

Materace mokre.

Śpiwory mokre.

Poduszki mokre.

Podłoga mokra.

Wszystko mokre.

Brakowało tylko żaby siedzącej na mojej poduszce i karpia przepływającego pomiędzy materacami.

I tak oto horror katastroficzny dobiegł końca…

a rozpoczął się horror gospodarczy.

Bo nagle przestałam się bać burzy.

Spojrzałam na ten cały nasiąknięty wodą dobytek i pomyślałam:

Gdzie ja to wszystko, do cholery, wysuszę?!

I właśnie w takich chwilach najbardziej czuję, jak bardzo brakuje nam domu.

Kawałka podwórka.

Trawy.

Miejsca.

Gdybym miała dom, rozłożyłabym namiot na podwórku.

Śpiwory na płocie.

Materace na trawie.

Poduszki na słońcu.

I niech sobie schną.

A my?

Wracamy do mieszkania.

Z mokrym namiotem.

Mokrymi materacami.

Mokrymi śpiworami.

Mokrymi poduszkami.

I balkonem, który za kilka godzin będzie musiał pełnić funkcję pralni, suszarni, campingu, magazynu .

Trzeba będzie prać.

Suszyć.

Przewracać.

Rozkładać.

Składać.

Znowu suszyć.

I kombinować, gdzie to wszystko upchnąć, żebyśmy jeszcze my zmieścili się w mieszkaniu.

Matko jedyna.

Roboty mam po kokardy.

I pomyśleć, jak szybko człowiekowi zmieniają się życiowe priorytety.

Kilka godzin wcześniej siedziałam w samochodzie, patrzyłam na szalejący żywioł i myślałam:

Byle wszyscy byli bezpieczni.

Rano patrzyłam na stertę mokrych śpiworów i już rozmyślałam:

Żywioł żywiołem, ale kto to teraz, kurka wodna, wszystko wypierze?!

Wracamy do domu.

Niewyspani.

Zmęczeni.

Z samochodem wypchanym mokrym campingiem.

Bogatsi o kolejną rodzinną historię.

I zdecydowanie biedniejsi o moje zaufanie do namiotów.

Czy to był mój ostatni wyjazd pod namiot?

Dzisiaj mówię:

TAK.

Nigdy więcej.

Koniec.

Finito.

Żadnych namiotów.

Żadnego spania pod kawałkiem materiału.

Hotel.

Dach.

Ściany.

Łazienka.

I najlepiej wysoko nad poziomem morza. 

Ale znając siebie…

dajcie mi najpierw wysuszyć ten cholerny namiot.

Bo jeszcze się okaże, że za miesiąc będę tutaj pisała:

Kochani, znaleźliśmy cudowny camping nad jeziorem…

JEDZIEMY!🤣

Muszę, bo się uduszę! Czyli słów kilka o jedzeniu z grilla 

Ludzie kochani, ja naprawdę nie wiem, co takiego dzieje się z jedzeniem, kiedy położy się je na grillu nad prawdziwym ogniem, ale dla mnie wtedy zaczyna się magia.

I od razu zaznaczam  grill gazowy może sobie być wygodny, czysty, elegancki i nie wiem co jeszcze. Ale ja mówię o takim grillu, gdzie jest ogień, węgiel, dym, człowiek śmierdzi jak wędzarnia, a kiełbasa ma przypieczoną skórkę.

Bo ja uwielbiam wszystko, co przypieczone. Ba! Nawet lekko przypalone. 

Kiełbaska? Proszę mi ją potrzymać jeszcze chwilę.

Kaszanka? Niech skórka chrupie!

Mięsko? Jak nie ma śladu ognia, to ja pytam: czy ono w ogóle było na grillu?! 

Kukurydza z masełkiem, lekko przypieczona… ludzie świata, przecież to jest niebo w gębie!

A że na biwaku apetyt człowiekowi rośnie chyba od samego siedzenia na świeżym powietrzu, to już inna sprawa. W domu zjadłabym kawałek mięsa i powiedziała:

— Dziękuję, wystarczy.

Na biwaku?

— A została jeszcze kiełbaska?

— A te żeberka to czyje?

— Kukurydza jest?

— A może jednak jeszcze kawałeczek…

I człowiek  odkrywa, że ma drugi żołądek przeznaczony wyłącznie do jedzenia z grilla. 

No i żeberka! Takie oblepione sosem, przypieczone, miękkie, że mięso samo odchodzi od kości… Matko jedyna, uwielbiam!

Za to marshmallow?

Tutaj kompletnie nie należę do drużyny.

Moje dzieci mogą siedzieć przy ognisku, piec pianki, wkładać je między herbatniki z czekoladą i zachwycać się s’moresami, a ja patrzę na to i myślę:

Dzieci drogie, bawcie się dobrze. Matka poczeka na kaszankę. 🤣

Bo słodkie z ogniska jakoś mnie nie rusza. Ale dajcie mi przypieczoną kiełbasę, kaszankę, żeberko albo kukurydzę prosto z rusztu i jestem szczęśliwa.

I wiecie co jest jeszcze piękniejsze?

Że tym razem ja tego wszystkiego nawet nie przygotowywałam!

Mąż rozpalał, pilnował, obracał, smażył i podawał. Normalnie obsługa all inclusive, tylko zamiast opaski na rękę miałam zapach dymu we włosach. 😂

Ja siedziałam i jadłam.

Potem znowu jadłam.

A na koniec, żeby nie było, że kompletnie nic nie robię  posprzątałam. 

I powiem Wam jedno: niech już tak zostanie!

Szanowny gotuje i grilluje, ja sprzątam. Dla mnie układ idealny.

Bo ja naprawdę mogę szorować, wycierać, zbierać talerze, pakować, zamiatać i doprowadzać pobojowisko po uczcie do stanu używalności. Ale gotować?

Nie cierpię.

Za to jeść to, co ktoś mi przygotował?

Oooo, tutaj talent mam wrodzony. 🤣

I tym sposobem obżarłam się grillowym żarełkiem jak bąk. Kiełbaska, kaszanka, żeberka, kukurydza… wszystkiego po trochu, potem jeszcze troszeczkę, a na końcu ten ostatni kawałeczek, który przecież nie może się zmarnować…

Teraz siedzę tak pełna, że mam wrażenie, że wystarczy mnie dotknąć igłą i…

PUFFF! 

Ale czy żałuję?

Ani jednego żeberka!

Bo za to właśnie kocham jedzenie na biwaku.

Pachnie dymem, ręce są brudne od sosu, gdzieś obok trzaska ogień, człowiek siedzi na skladanym krześle i zwykła kiełbasa smakuje jak danie z restauracji z pięcioma gwiazdkami.

A jeśli jeszcze ktoś inny stoi przy grillu, obraca, pilnuje i podaje mi gotowe na talerzu…

No ludzie kochani.

Tak to ja mogę biwakować! 

A Wy jaką jesteście drużyną?

Kiełbaska, kaszanka, żeberka, kukurydza czy s’moresy?

I pytanie dnia: lekko przypieczone czy tak jak u mnie  jeszcze chwilkę, jeszcze troszeczkę… oooo, TERAZ jest dobre!

Czyli spalone. 😂

Matka na biwaku, czyli centrum dowodzenia, które podobno też przyjechało odpocząć 

No i pojechaliśmy.

Tata miał odrobić piknikowego minusa, Tymon miał dostać tatę w wodzie, a ja jak się bardzo szybko okazało dostałam pełny etat kierownika logistyki.

Bo moje dzieci uwielbiają jeździć z nami na wakacje, wycieczki.

Wiecie dlaczego?

Bo matka wszystko ogarnie!

I ja co roku mówię:

— To ostatni raz! Ja się więcej z wami nigdzie nie wybieram!

A potem mija trochę czasu, dostaję jakiejś wakacyjnej amnezji i historia zaczyna się od nowa.

Tym razem jedziemy pod namiot.

Niby odpoczywać.

NIBY. 

Bo zanim matka odpocznie, musi przeprowadzić operację logistyczną na skalę małego państwa.

Materace, śpiwory, ręczniki, spray na komary, coś po ugryzieniu, kremy z filtrem, szczoteczki, pasta do zębów, talerze, kubki, garnki, patelnia, kuchenka turystyczna, jedzenie…

I gofrownica.

Tak.

GOFROWNICA.

Bo człowiek może spać w lesie, może walczyć z komarami, może nie mieć własnej łazienki, ale chrupiący gofr rano musi być.

Są jakieś granice barbarzyństwa. 

I oczywiście od rana słyszę:

— Mamo, wzięłaś…?

— Mamo, pamiętałaś o…?

— Mamo, masz…?

A co ja jestem, generał?!

Może mam jeszcze zrobić zbiórkę przed samochodem?

— Rodzina, BACZNOŚĆ! Śpiwory?!

— Są!

— Ręczniki?!

— Są!

— Gacie?!

— Są!

— Skarpety?!

— Yyyyy…

— Kąpielówki?!

Cisza.

No właśnie. 

Ja też jadę pod namiot!

Ja też mam prawo czegoś zapomnieć!

I zapomniałam.

Mokrych chusteczek do tyłka.

No i zaczęła się tragedia narodowa.

— Mamo, a mokre chusteczki?

Nie ma.

— Ale jak to nie ma?!

Normalnie.

Nie ma.

Las jest? Jest.

Liście są? Są.

To rwać! 

Jak komuś natura nie odpowiada, niech gazety szuka.

Chociaż… gazet też nie wzięłam.

Matka w tym roku luksusu nie dowiozła.

Będzie survival pełną gębą. 

Ale zanim w ogóle ruszyliśmy, odbyła się kontrola bagażu.

Dziewczyny jadą na DWA DNI.

Przynoszą torby wypchane po brzegi.

Patrzę na nie.

Patrzę na torby.

Znowu patrzę na nie.

— Dziewczyny… wy jedziecie pod namiot czy na Fashion Week? Rewia mody przy ognisku będzie?

— Ale mamo, ubrania będą śmierdzieć dymem!

No oczywiście, że będą!

Jedziemy pod namiot, kochane.

Po dwóch dniach wszyscy będziemy pachnieć dymem, lasem, grillem i lekką desperacją. 

Zaczynam przesłuchanie.

— Ile spodni?

— Trzy pary.

— TRZY?! Na dwa dni?!

— No bo jedne do…

— Nie interesuje mnie jedne do.

Rozpakowywać!

Jedna para wystarczy.

No dobra, dwie.

Niech będzie, że matka ma serce. 

Ale nas jest sześć osób!

Jak każdy weźmie po dwie pary spodni, to już mamy dwanaście!

Do tego bluzy, koszulki, piżamy, bielizna, buty…

Ludzie!

Na same ubrania trzeba przyczepkę wynająć!

A gdzie materace? Śpiwory? Garnki? Patelnia? Jedzenie? Kuchenka? Gofrownica? Kubki do kawy?

Przy naszej rodzinie dodatkowy samochód powinien być dodawany gratis przy narodzinach czwartego dziecka. 

Więc zaczynam dowodzić:

— Ty bierzesz to.

— Ty tamto.

— Tego nie bierz.

— Po co ci trzy bluzy?!

— Cztery T-shirty na dwa dni?!

— Nie, przy ognisku nie będzie przebierania co godzinę!

I wtedy pojawia się Max.

Z maleńkim plecaczkiem.

Patrzę.

— To wszystko?

— Tak.

No proszę!

Myślę sobie: jedno dziecko wychowałam porządnie.

Minimalista.

Człowiek lasu.

Amisz normalnie. 

Pytam:

— Kąpielówki masz?

— Mam.

— Długie spodnie?

— Mam.

— Coś do spania?

— Mam.

— Skarpety?

— Mam.

No to pięknie.

Nie sprawdzam.

Bo chłop ma prawie dwa metry.

Chyba potrafi własne skarpety spakować.

Prawda?

Nieprawda. 

I w tym całym zamieszaniu nagle nachodzi mnie jedna myśl:

Zaraz…

A GDZIE JEST OJCIEC TYCHŻE DZIECI?!

No gdzie, tato, gdzie Ty jesteś?! 

Przecież to przez Twojego minusa jedziemy pod namiot!

Ja tu prowadzę odprawę wojskową, dziewczyny szykują się na Fashion Week, Max udaje pustelnika, samochód za chwilę usiądzie na amortyzatorach, a człowiek, który zarządził:

— Jedziemy na camping!

…spokojnie kręci się gdzieś obok.

Cichutki.

Spokojniutki.

Jakby w ogóle nie brał udziału w tej eskapadzie. 

No nie, kochany.

Ty dostałeś minusa.

Nie ja!

Ja byłam na pikniku grzeczna.

Do wody weszłam.

Obowiązki wykonałam. 

Więc proszę mi tu nie znikać z radaru, tylko brać materace, namioty i śpiwory, bo jak już odrabiamy tego minusa, to odrabiamy go RODZINNIE.

Chociaż zaczynam podejrzewać, że tata dostał jednego minusa, a matka w ramach kary dostała cały camping. 

W końcu ruszamy.

Dojeżdżamy.

Rozbijamy namioty.

Człowiek jeszcze dobrze śledzia od namiotu nie wbił, a już słyszy:

— Mamo, mokre chusteczki wzięłaś?

Nie.

Las ma.

Idźcie negocjować z brzozą. 

Chwilę później:

— Mamo, masz jakieś skarpety?

Patrzę na Maxa.

— A gdzie są TWOJE?!

— Yyyyy… hmmmm…

No jasne.

Nie wziął.

Oddycham.

Spokojnie, Jola.

Jesteś na łonie natury.

Ptaki śpiewają.

Drzewa szumią.

Syn nie ma skarpet, ale cywilizacje przeżywały większe kryzysy. 

Dobra.

Idziemy nad wodę.

Wszyscy się kąpią, a Max stoi.

— Max, czemu nie jesteś w wodzie?

I wtedy pada pytanie, po którym matce zaczyna drgać powieka:

— Mamo… a moje kąpielówki wzięłaś?

JA?!

Ja miałam wziąć TWOJE kąpielówki?!

— Przecież mówiłeś, że je spakowałeś!

— No tak…

— No to gdzie są?

— Na łóżku zostały.

I w takim momencie człowiek już nawet nie krzyczy.

Patrzy w dal.

Na wodę.

Na drzewa.

Na niebo.

I zastanawia się, czy gdzieś w okolicy jest rodzina, która przygarnęłaby prawie dwumetrowego chłopaka bez skarpet i kąpielówek.

Oddam w dobre ręce.

Plecaczek gratis.

Pusty. 

Ale wiecie, co jest najlepsze?

Ja ich znam.

Dlatego mimo wszystkich moich przemówień o samodzielności i odpowiedzialności zawsze gdzieś wrzucę dodatkową bluzę, spodnie, skarpety czy zapasowe kąpielówki.

Bo w naszej rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto spakował wszystko.

Tylko wszystko zostało w domu.

Ale Nintendo przyjechało.

Książki też są.

Ubrań brak.

Ot, dzieci moje… 

I oczywiście na końcu i tak winna jestem ja.

Bo poganiałam.

Bo kazałam się przepakować.

Bo powiedziałam, że za dużo.

Bo kazałam wyjąć trzecią parę spodni.

Bo tamto.

Bo sramto.

JA! 

A przecież ja też kiedyś jeździłam pod namiot!

I jakoś człowiek miał gacie, skarpety i kąpielówki bez odprawy, sztabu kryzysowego i listy kontrolnej NATO.

I chyba właśnie dlatego czasami all inclusive bierze u mnie górę.

Bo wtedy nie martwię się o patelnię.

Nie martwię się o garnek.

Nie pakuję kuchenki.

Nie zastanawiam się, czy ktoś ma ręcznik, śpiwór, skarpety albo kąpielówki.

Jadę odpoczywać.

Na pełnej petardzie.

A nie zarządzać operacją logistyczną pod kryptonimem:

Rodzina jedzie na dwa dni do lasu.

Bo jedni jadą odpocząć.

A matka jedzie jako logistyk, magazynier, kontroler bagażu, kierownik transportu, pogotowie ratunkowe i dział rzeczy znalezionych w jednym.

I w końcu patrzę nad wodę.

Tymon pływa z tatą.

Razem.

I wtedy sobie myślę:

No dobra.

Po to właściwie tutaj przyjechaliśmy.

Tata odrabia swojego piknikowego minusa.

Tymon szczęśliwy.

Misja wykonana.

I nagle nawet te mokre chusteczki, skarpety, kąpielówki, torby i cały ten cyrk przestają mieć znaczenie.

Bo młody chciał tylko jednego.

Żeby tym razem jego tata też był.

Z nim.

I jest. 

Tylko nikt mi wcześniej nie powiedział, że za odrobienie jednego minusa przez ojca matka będzie musiała zdać egzamin z logistyki, survivalu i zarządzania kryzysowego. 

Namioty stoją.

Większość ludzi ma skarpety.

Kąpielówki się znalazły oczywiście zapasowe od matki.

Bez mokrych chusteczek też, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, ludzkość przetrwała.

A ja oficjalnie ogłaszam:

CENTRUM DOWODZENIA ZOSTAJE ZAMKNIĘTE.

Idę do wody. 

I jeszcze jedno.

Kochany tato.

Skoro to Ty wymyśliłeś ten camping, to przy kolejnym wyjeździe pamiętaj:

Mokre chusteczki — TWOJE.

Papier toaletowy — TWÓJ.

A jak zapomnisz, to przynajmniej weź stos gazet. 

I jeszcze synowie.

Ich plecaki też od dzisiaj są pod Twoją kontrolą.

Sprawdzasz skarpety.

Sprawdzasz kąpielówki.

Sprawdzasz gacie.

Bo ja swoją kadencję jako minister do spraw wszystkiego właśnie zakończyłam. 

Następnym razem, kiedy ktoś zapyta:

— Mamo, a masz…?

odpowiadam:

— NIE MAM. PYTAJ TATY!

A jak tata też nie ma…

LAS MA! 

A jak jest u Was?

Kto przed rodzinnym wyjazdem jest centrum dowodzenia?

Mama? Tata? Czy każdy pakuje siebie, a potem ponosi konsekwencje? 

I powiedzcie mi, drogie matki…

Czy Wy też jedziecie na wakacje „odpocząć”, a zanim odpoczniecie, musicie najpierw spakować, przewieźć i uratować całą rodzinę przed skutkami jej własnego pakowania?

Powiedzcie mi, że nie jestem sama!