Czerwiec….

Czerwiec…

Jest w nim coś, czego nie potrafię odnaleźć w żadnym innym miesiącu. Przychodzi cicho, bez pośpiechu, jak ukochany gość, na którego czeka się cały rok. Przynosi ze sobą zapach nagrzanej ziemi, słodycz pierwszych truskawek, śpiew ptaków o świcie i ten szczególny rodzaj światła, który otula świat miękko niczym jedwab.

Od zawsze kochałam czerwiec.

Kiedy mieszkałam w Polsce, maj zachwycał mnie kwitnącymi konwaliami, soczystą zielenią i obietnicą nadchodzącego lata. Ale to właśnie czerwiec skradł moje serce. Miał w sobie wolność, radość i lekkość. Każdy jego dzień był jak mały prezent – pachnący ogrodem, słońcem i dziecięcą beztroską, która gdzieś głęboko w nas nigdy nie umiera.

To miesiąc pierwszych owoców, pierwszych ciepłych wieczorów i spacerów, które nie chcą się kończyć. Miesiąc, który zawsze napełnia mnie energią i wdzięcznością za najprostsze rzeczy.

Może właśnie dlatego wybraliśmy go na dzień naszego ślubu…

Nie początek miesiąca, lecz jego serce. Tak, by móc smakować każdy czerwcowy poranek, każdy zachód słońca i każdy dzień przybliżający nas do tej wyjątkowej chwili. Pamiętam tamten dzień doskonale, choć minęło już 25 lat. Pamiętam moment, gdy otworzyłam oczy. Powietrze, światło wpadające przez okno, bicie serca i wzruszenie, które towarzyszyło mi od pierwszej minuty tamtego poranka.

Niektóre wspomnienia nie blakną. Wręcz przeciwnie — z czasem stają się jeszcze piękniejsze.

Dziś znów jest czerwiec. Znów delektuję się każdym jego dniem. Chciałabym zatrzymać go na dłużej, rozciągnąć te chwile pomiędzy świtem a zmierzchem, zachować w dłoniach jego ciepło i spokój.

Bo czerwiec nie jest dla mnie tylko miesiącem.

Jest wspomnieniem, wzruszeniem, zapachem dzieciństwa, smakiem pierwszych truskawek i historią miłości, która trwa już 25 lat.

A Wy?

Czy macie taki miesiąc, który nosicie w sercu? Taki, na który czekacie z utęsknieniem i który budzi w Was najpiękniejsze wspomnienia?

Chętnie poczytam o Waszych ukochanych miesiącach. ❤️

Lipa – złoto polskiego lata

Dla mnie lato zaczyna się wtedy, gdy zakwita lipa. Nie trzeba sprawdzać daty, prognozy pogody ani zaglądać do kalendarza. Wystarczy zamknąć oczy i wziąć głęboki oddech. I już wiadomo przyszło lato.

Mam nawet wrażenie, że to właśnie teraz zaczyna się ten moment. Aleje lip posadzonych u mnie na Queensie coraz wyraźniej pachną. Jeszcze niepełnym, nieśmiałym zapachem, ale wystarczającym, by serce zabiło trochę szybciej. To jak pierwsza zapowiedź lata. Taka, której nie da się pomylić z niczym innym.

Nie potrafię przekazać Wam zapachu lipy. Żadne zdjęcie, nawet najpiękniejsze, nie odda tej słodkiej, miodowej woni unoszącej się w powietrzu. Kiedy lipy zaczynają kwitnąć, mam ochotę zwolnić krok, usiąść pod ich koroną i po prostu być.

To dla mnie najpiękniejszy zapach lata. Zaraz obok piwonii.

Mogłabym siedzieć pod lipą godzinami. Czasem myślę, że na stare lata powinnam mieć mały domek otoczony rozłożystymi lipami. Takimi, których gałęzie przewieszają się niemal do ziemi i tworzą zielony namiot. Domek schowany w cieniu, wygodny fotel, kubek kawy i zapach kwitnących lip unoszący się wokół od rana do wieczora.

Czy człowiekowi naprawdę potrzeba czegoś więcej do szczęścia?

No dobrze… może jeszcze wygranej w totka, żeby taki domek kupić.

Jak pachnie lipa dla mnie ?

Trochę jak świeżo otwarty słoik złocistego miodu. Trochę jak ciepłe powietrze po letnim deszczu. Trochę jak wakacje u babci, kiedy nigdzie się nie spieszyło i cały świat wydawał się prostszy. Jest w tym zapachu coś niezwykle kojącego. Coś, co sprawia, że człowiek odruchowo zwalnia i bierze kolejny głęboki oddech.

Zapach lipy nie tylko otacza on przechodzi przez człowieka. Wnika w myśli, uspokaja i przypomina, że nie wszystko trzeba robić szybko. Że czasem warto po prostu usiąść na ławce i przez chwilę patrzeć, jak świat toczy się własnym rytmem.

Uwielbiam te ogromne drzewa obsypane żółtawymi kwiatami. Kiedy patrzę na ich korony, mam wrażenie, że ktoś rozsypał między liśćmi tysiące małych złotych gwiazd. To prawdziwe złoto lata.

Nie jestem zresztą pierwszą osobą, która zakochała się w lipie. Kilka wieków temu zachwycał się nią Jan Kochanowski. Pamiętam jeszcze ze szkoły, kiedy przerabialiśmy jego fraszki. Ten fragment został mi w głowie do dziś. To właśnie on napisał słynną fraszkę „Na lipę” i zapraszał zmęczonych wędrowców słowami:

„Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie…”

I wiecie co?

Mimo że minęły setki lat, trudno się z nim nie zgodzić.

Bo lipa to nie tylko drzewo.

To cień w upalny dzień.

To szum liści podczas spaceru.

To brzęczenie pszczół uwijających się wśród kwiatów.

To herbata z lipowego kwiatu pita zimą.

To wspomnienia zamknięte w zapachu.

To znak, że lato właśnie przyszło.

Jestem zakochana w lipie. I chyba nawet nie próbuję się z tego leczyć.

A jeśli kiedyś wygram w totka i kupię swój wymarzony domek wśród rozłożystych lip, to obiecuję jedno postawię pod nimi kilka krzeseł, zaparzę herbatę i zaproszę każdego, kto tak jak ja uważa, że najpiękniejsze rzeczy w życiu czasem pachną po prostu kwitnącym drzewem.

A Wy? Macie takie drzewo, którego zapach natychmiast przenosi Was do najpiękniejszych wspomnień?

Znamiona, dermatolodzy i ja, czyli jak poszłam z jednym problemem, a wycięli mi coś zupełnie innego

Czytam ostatnio taki wpis o czerniaku i musiałam o tym napisać. Bo umówiłam się do dermatologa rok temu na skin exam i przypomniało mi się, przez co sama przeszłam.

No właśnie. Ja się umówiłam. Czekałam. A potem dostałam informację, że lekarz odszedł z network i wizyty nie będzie. Proste.

U młodego było podobnie. Umówiona wizyta, czekanie prawie rok, miesiąc przed terminem telefon, że lekarz go jednak nie zobaczy. A że mój syn ma 16 lat, to musi być pediatra dermatolog. Znaleźć takiego, który przyjmuje ubezpieczenie, to niemal cud, bo mam wrażenie, że teraz dermatolodzy coraz chętniej przyjmują prywatnie. Ale dobra, udało się. Ma wizytę 17 czerwca.

Ja w międzyczasie też postanowiłam coś zrobić ze swoją skórą. Na twarzy mam takie coś, co ciągle się pieprzy. Jak zrobię makijaż, to krwawi. Jak nie zrobię makijażu, też nie wygląda za dobrze.

Zadzwoniłam więc do przychodni i powiedziałam, że ojciec miał czerniaka. Takiego już poważnego. Na szczęście go ogarnęli, ale do dziś chodzi na kontrole co trzy miesiące. U siostry też wycinali już dwa znamiona, ale złapali wszystko wcześnie i jest dobrze.

Pan po drugiej stronie telefonu chyba uznał, że nie ma co czekać kolejnego roku i znalazł mi termin za kilka dni.

Poszłam.

Nie do dermatologa MD, tylko do młodej dziewczyny, chyba świeżo po studiach. Nie znam się na tych wszystkich tytułach i stopniach. Pokazałam jej problem na twarzy, a ona stwierdziła, że to bardzo podrażniona skóra i przepisała krem. Oczywiście kremu w aptece nie było, więc kolejny tydzień czekania.

Ale wyciągnęła też ten cały dermatoskop i zaczęła oglądać moje znamiona na twarzy i szyi. A mam ich naprawdę sporo.

Pytania o kremy, filtry UV, pielęgnację.

No cóż… przyznam się bez bicia. Używam kremów nawilżających, czasem przeciwzmarszczkowych, ale nie należę do osób, które codziennie pamiętają o kremie z filtrem UV. Wiem, wiem.

I wtedy zaczęła się przyglądać jakiemuś znamieniu pod moim okiem.

Patrzy.

Patrzy.

Patrzy.

W końcu mówi:

— Widzę zmianę.

A ja od razu:

— Jaką zmianę? Mam raka?!

Byłam w totalnym szoku, bo akurat to miejsce nigdy mnie nie niepokoiło.

— Trzeba wyciąć.

— Co wyciąć?!

— Tę zmianę.

No dobra. Podpisałam papiery.

Potem sesja zdjęciowa jak dla gwiazdy filmowej. Zdjęcia z każdej strony. Mąż od miesięcy mówił mi:

— Ej, masz rozmazany makijaż.

A ja mu tłumaczyłam, że to nie makijaż, tylko jakaś dziwna kropka pod okiem.

Okazało się, że właśnie tę kropkę pani doktor oglądała z takim zainteresowaniem.

Kazała zamknąć oczy, zrobiła zastrzyk ze znieczuleniem, potem ciap-ciap i po wszystkim. Krwi było sporo, bo ciągle zmieniała gaziki, ale nic nie czułam.

Zmiana poleciała na biopsję.

Potem usłyszałam jeszcze, że przy następnej wizycie może obejrzeć wszystkie moje znamiona.

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą:

— Ja przyszłam z czymś na twarzy, co mnie wkurza. Nie planowałam generalnego przeglądu.

Ale wiecie co? Dzisiaj cieszę się, że była bardziej dociekliwa ode mnie.

Wynik biopsji przyszedł po jakimś czasie.

Zmiana nie była rakowa.

Dokładnie tak, jak przeczuwałam.

Ale zniknęła ta ciemna kropka, która od jakiegoś czasu  wyglądała jak rozmazany tusz pod okiem, więc i tak wyszło na plus.

Teraz czekam jeszcze na usunięcie kolejnej zmiany. Ubezpieczenie musi wszystko zatwierdzić, więc termin jest za dwa miesiące.

I powiem Wam szczerze, że dalej nie jestem mistrzynią smarowania się filtrami UV i pewnie niejeden dermatolog złapałby się za głowę.

A jak jest u Was?

Badacie znamiona?

Używacie codziennie filtrów UV?

Pilnujecie kontroli dermatologicznych czy raczej należycie do klubu pójdę jak będzie naprawdę źle ? 

Chętnie poczytam, jak to wygląda u Was. 

Motywacja? Serio?

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką w moim wieku. Miałyśmy spotkać się na Manhattanie.

Ona nie pracuje zawodowo. Jest w domu z dziećmi. Mąż pracuje i utrzymuje rodzinę.

Od jakiegoś czasu mówiła, że chciałaby coś zmienić. Ruszyć z miejsca. Zacząć robić coś dla siebie, a nie tylko siedzieć w domu.

No to mówię:

– Spotkajmy się na Union Square. Pochodzimy po bazarku, usiądziemy w parku na ławce, wypijemy kawę i pogadamy.

Świetny pomysł.

Umawiamy się.

Ja jestem na miejscu.

Czekam.

Mija pół godziny.

Piszę:

– Gdzie jesteś?

Po chwili dostaję odpowiedź:

– Ojej, Jola, przepraszam. Dopiero wstałam…

– Nie miałam motywacji. Mąż zaprowadził dzieci do szkoły, a ja zostałam w łóżku.

Przyznam szczerze.

Na chwilę mnie zatkało.

Bo czegoś chyba nie rozumiem.

Naprawdę człowiek potrzebuje motywacji, żeby wstać z łóżka?

Żeby żyć?

Żeby zrobić śniadanie, ogarnąć dom, pojechać do pracy, zrobić zakupy czy ugotować obiad?

Od kiedy motywacja stała się warunkiem normalnego funkcjonowania?

Dla mnie motywacją jest samo życie.

Otwieram rano oczy.

Żyję.

No to wstaję.

Nie czekam, aż poczuję przypływ energii.

Nie czekam na olśnienie.

Nie oglądam filmików pod tytułem:

„Jak odmienić swoje życie w 30 dni”.

Mam czasem wrażenie, że trochę pogubiliśmy się w tym wszystkim.

Coach od motywacji.

Coach od życia.

Coach od szczęścia.

Coach od porannego wstawania.

Jeszcze chwila i pojawi się coach od ścielenia łóżka.

I serio pytam.

Naprawdę potrzebujemy obcego człowieka, żeby powiedział nam:

„Dasz radę. Wstań”?

Bez tego już nie umiemy funkcjonować?

Bo nasze mamy i babcie  kto je motywował?

Kto im codziennie powtarzał:

„Uwierz w siebie”?

One po prostu żyły.

Wstawały.

Szły do pracy.

Wychowywały dzieci.

Gotowały obiady.

Płaciły rachunki.

Czasem płakały.

Czasem się śmiały.

A następnego dnia znowu robiły swoje.

Nie dlatego, że miały motywację.

Po prostu miały życie.

I wiecie co?

Kiedy zimą o piątej rano dzwoni budzik, też nie zawsze mam ochotę wyskoczyć z łóżka jak gazela.

Jest ciemno.

Jest zimno.

Wieje.

Kołdra jest ciepła.

I człowiek najchętniej przewróciłby się na drugi bok.

Wtedy często przypomina mi się moja koleżanka.

Codziennie rano zakładała swoje niezawodne UGG-i i ruszała do pracy na Manhattan.

Nieważne, czy świeciło słońce, lał deszcz, sypał śnieg czy wiał lodowaty wiatr.

Dzień po dniu.

Rok po roku.

Najpierw promem, potem dalej do pracy.

A kto mieszkał w okolicach New Yorku, ten wie, że zimą na pokładzie ferry potrafiło naprawdę porządnie przewiać.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mówiła:

„Nie mam dziś motywacji”.

Miała rodzinę.

Miała obowiązki.

Miała rachunki.

I po prostu robiła swoje.

Nie dlatego, że codziennie budziła się pełna energii i entuzjazmu.

Po prostu wiedziała, że trzeba.

Bo rachunki nie pytają o motywację.

Życie też nie bardzo.

I może właśnie tutaj jest problem.

Może za bardzo uwierzyliśmy, że wszystko trzeba robić wtedy, kiedy nam się chce.

A prawda jest taka, że większość ważnych rzeczy robimy właśnie wtedy, kiedy nam się nie chce.

Bo jesteśmy dorośli.

Bo mamy obowiązki.

Bo tak wygląda życie.

Chociaż…

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się, czy czasem pod tym słynnym „brakiem motywacji” nie kryje się coś więcej.

Zmęczenie.

Samotność.

Przyzwyczajenie do życia w czterech ścianach.

Strach przed zmianą.

Bo łatwo powiedzieć:

„Nie mam motywacji”.

A dużo trudniej przyznać:

„Boję się ruszyć z miejsca”.

Nie wiem.

Może.

Wiem tylko jedno.

Ja nie umiałabym chodzić cały dzień w piżamie.

Nie umiałabym zostawić niepościelonego łóżka do wieczora.

Nie umiałabym przeleżeć całego dnia pod kołdrą.

Lubię być ogarnięta od rana.

Nie z motywacji.

Z przyzwyczajenia.

Z charakteru.

Bo motywacja dziś jest.

Jutro jej nie ma.

A charakter zostaje.

Złość już dawno mi przeszła.

Posiedziałam wtedy na Union Square, posłuchałam ulicznych muzyków, nacieszyłam oczy kwiatami i ruszyłam dalej.

Ale ta sytuacja dała mi do myślenia.

Bo najpierw słyszę:

„Chcę coś zmienić w swoim życiu”.

A potem:

„Nie mam motywacji, więc zostaję w łóżku”.

I człowiek zaczyna się zastanawiać.

Czy naprawdę brakuje nam motywacji?

Czy może coraz częściej brakuje nam odwagi, żeby zrobić pierwszy krok?

A jak jest u was?

Też was czasem irytuje, gdy słyszycie o braku motywacji, czy patrzycie na to trochę inaczej?

🎓 Dyplom w dłoni, wdzięczność w sercu ❤️

Wiecie kochani, dziś moje serce jest przepełnione wdzięcznością. Taką prawdziwą, głęboką wdzięcznością, której nie da się opisać kilkoma słowami. Dziś moja córka odbiera dyplom ukończenia studiów. Kiedy siedzę przez chwilę z poranną kawą i patrzę na ten dzień, myślami wracam do początku tej drogi.

Pamiętam, jak zastanawiała się nad wyborem szkoły, kierunku, miejsca. Tyle pytań, tyle niewiadomych. Ostatecznie zdecydowała zostać tutaj, w New York . W mieście, które nazywają metropolią świata. Mieście, do którego przyjeżdżają ludzie z całego świata, aby się uczyć, rozwijać i spełniać swoje marzenia. Ona również wybrała swoją drogę i postanowiła zawalczyć o swoją przyszłość.

A potem przyszła codzienność. Cztery lata ciężkiej pracy. Wczesne pobudki, wykłady, nauka do późnych godzin, egzaminy, projekty, obowiązki, a pomiędzy tym wszystkim jeszcze praca. Nie było łatwo. Były chwile zmęczenia, zwątpienia, łzy i pytania, czy da radę. Ale moje dzieci od zawsze wiedzą, że nic wartościowego nie przychodzi bez wysiłku. Wiedzą, że nauka, wytrwałość i poświęcenie są inwestycją w przyszłość.

Jednak dziś, patrząc na ten dyplom, wiem, że nie tylko ciężka praca doprowadziła ją do tego miejsca. W tym wszystkim był On. Jezus.

Wiecie, ile razy klękałam do modlitwy prosząc Go, aby dał jej siłę? Ile razy prosiłam, by Duch Święty otworzył jej umysł, pomógł zrozumieć trudny materiał, postawił na jej drodze właściwych ludzi i chronił ją każdego dnia? Ile razy pisałam do wspólnoty z prośbą o modlitwę przed egzaminem, ważnym testem czy trudną życiową decyzją?

I za każdym razem Bóg odpowiadał. Nie zawsze tak, jak sobie wyobrażałam. Nie zawsze od razu. Ale zawsze był obecny.

Bywały momenty, kiedy życie wydawało się zbyt ciężkie. Kiedy problemy przygniatały, a strach próbował zagłuszyć nadzieję. Wtedy jeszcze mocniej trzymałam się Jego stóp. Jeszcze bardziej ufałam. I wiecie co? Nigdy mnie nie zawiódł. Ani mnie, ani mojego dziecka.

Dzisiaj idę na uroczystość zakończenia studiów z ogromną dumą, ale przede wszystkim z wdzięcznością. Bo widzę nie tylko sukces mojej córki. Widzę drogę, którą razem z Bogiem przeszła przez te cztery lata. Widzę wszystkie modlitwy, które zostały wysłuchane. Widzę Jego obecność w chwilach radości i w chwilach trudnych.

Wiktorio, możesz być z siebie dumna. Z pracy, którą wykonałaś. Z wytrwałości, której nauczyło Cię życie. Z odwagi, z jaką szłaś do przodu mimo przeszkód. Ale najbardziej jestem dumna z tego, że zaufałaś Bogu i pozwoliłaś Mu prowadzić się przez ten ważny etap życia.

Nie mamy wielkiej imprezy. Nie ma setek balonów, fajerwerków ani wystawnego przyjęcia. I wiecie co? Wcale tego nie potrzebujemy. Nasze świętowanie będzie miało zupełnie inny wymiar.

W niedzielę pójdziemy razem za Jezusem podczas procesji Bożego Ciała. Będziemy dziękować Mu za ukończenie studiów przez Wiktorię, za wszystkie otrzymane łaski, za ludzi postawionych na naszej drodze i za Jego nieustanną obecność. Bo to właśnie On był sprawcą tego wszystkiego.

Dzisiaj, jako matka czwórki dzieci, mogę powiedzieć jedno  jestem dumna z każdego z nich. Każde wybrało swoją własną drogę. Każde jest inne. Każde ma swoje marzenia, talenty i powołanie. Ale największą radość daje mi świadomość, że na każdej z tych dróg idzie z nimi Jezus.

Jeżeli czytasz ten wpis i przechodzisz przez trudny czas, może stoisz przed ważną decyzją, może martwisz się o swoje dzieci albo o swoją przyszłość, chcę Ci powiedzieć jedno zaufaj Mu. Naprawdę. Oddaj Mu swoje lęki, swoje plany, swoje troski. Idź z Nim na spacer. Porozmawiaj z Nim jak z najlepszym przyjacielem. Powiedz Mu wszystko.

On nie obiecał, że będzie łatwo. Ale obiecał, że będzie z nami. A kiedy On jest obok, nawet najtrudniejsza droga prowadzi do pięknych miejsc.

A ja lecę dalej świętować ten wyjątkowy dzień. Serce mam pełne radości, wdzięczności i pokoju.

Dobrego dnia kochani.

 Ludzie od recept i ludzie od obecności

W niedzielę podczas obiadu miałam bardzo ciekawą rozmowę z moim Przyjacielem. Tak… przez duże „P”, bo są ludzie, których nie da się nazwać inaczej.

To człowiek spokojny, dobry, pracowity. Świetnie gra na instrumentach, ale kiedy odpala się do rozmowy, to dopiero zaczyna się prawdziwa uczta dla głowy i serca. Uwielbiam Go. Od lat inspiruje mnie do działania, myślenia i patrzenia szerzej.

Pamiętam, jak kiedyś, chyba jeszcze w 2018 roku, rozmawialiśmy o naszej twórczości. O tym, co piszemy i dlaczego piszemy. Czytał moje skrobanie, te wszystkie zapiski schowane głęboko w szufladzie. Wtedy powiedział, że powinnam pisać. A ja? Pisałam dla siebie. Bo te słowa pomagały mi przeżyć własne burze.

I wczoraj znów rozmawialiśmy. Tak zwyczajnie. O wszystkim i o niczym.

W pewnym momencie powiedział:

„Wiesz Jola, ludzie mają receptę na wszystko w naszym życiu. Wiedzą, czego nam potrzeba.”

I to było jedno z tych zdań, które zatrzymują człowieka w pół kroku.

Bo przecież coś w tym jest.

A ja dodałam, że ludzie bardzo często patrzą na nas przez pryzmat własnych doświadczeń, sukcesów, porażek, bólu czy miejsca, w którym aktualnie stoją. I potem podają nam gotową receptę. Twierdzą, że to właśnie nam pomoże.

Tylko skąd oni mogą to wiedzieć?

Przecież nie przeszli naszej drogi.

Nie założyli naszych butów.

Nie przeżyli naszych nocy.

Nie dźwigali naszych myśli.

Mówią, że nas znają.

A ja?

Ja sama siebie jeszcze do końca nie znam. Nie znam do końca własnych dzieci, męża, najbliższych. Wciąż ich odkrywam. A są ludzie, którzy są przekonani, że wiedzą o nas wszystko i chętnie wystawią nam gotową instrukcję obsługi życia.

Lubię czytać wiersze ludzi piszących do szuflady. Bo można w nich odnaleźć nie tylko to, co zapisane słowami. Można usłyszeć także to, co ukryte pomiędzy wersami.

I właśnie o tym wczoraj rozmawialiśmy.

O tym, co zostało między słowami.

Jak wiele się w nas zmieniło.

I jak bardzo pozostaliśmy tacy sami.

Z tą samą wrażliwością.

Z tym samym głodem życia.

Z miłością.

Z uczuciami.

Lubię takie dysputy z ludźmi, którzy nie pchają się ze swoją mądrością, nie stawiają się na piedestale, nie mówią: „ja wiem, ja ci powiem”.

Po prostu są.

I samą swoją obecnością pomagają bardziej niż niejeden ekspert od życia.

Uświadamiają ci, że masz prawo do pomyłek.

Do niewiedzy.

Do poszukiwań.

Do zmieniania zdania.

Nawet wtedy, gdy masz już naście lat… razy kilka.

Bozszzzz…

Jak ja się wczoraj czułam zrozumiana.

Ta rozmowa uspokoiła moją głowę. Dała mi nowe spojrzenie na siebie. Przetarła horyzonty.

I wiecie co?

Nie dostałam żadnej gotowej recepty.

Ale dostałam coś znacznie cenniejszego.

Przestrzeń do myślenia.

Uważność.

Wsparcie.

I przekonanie, że to, co robię, ma sens.

A na koniec usłyszałam:

„Jola, pisz. Lubię te twoje doprawione felietony.”

Hahaha!

Czy mogłam poczuć się lepiej?

To był naprawdę dobry czas.

Wiecie… z wiekiem coraz bardziej doceniam ludzi, przy których nie muszę być mądrzejsza, lepsza, silniejsza ani bardziej poukładana.

Wystarczy, że jestem.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo cenię mojego Przyjaciela. Bo kiedy rozmawiamy, nie mam poczucia, że ktoś chce mnie naprawiać. Mam poczucie, że ktoś naprawdę mnie słucha.

A to dziś jest rzadki dar.

Dobrze mieć w swoim życiu człowieka, z którym można usiąść przy jednym stole podczas zwykłej imprezy i nagle okazuje się, że wokół może grać muzyka, ludzie mogą rozmawiać, śmiać się i tańczyć, a Wy zanurzacie się w rozmowie tak głęboko, jakby świat na chwilę przestał istnieć.

Człowieka, od którego chłonie się słowa jak gąbka. Ale nie tylko słowa. Także ciszę. Spojrzenia. To wszystko, co zostaje zawieszone gdzieś pomiędzy zdaniami i czego nie da się wypowiedzieć do końca.

Można spędzić z kimś całe popołudnie i nie powiedzieć nic ważnego. A można wymienić kilka zdań i wrócić do domu bogatszym o nowe spojrzenie na siebie i świat.

I za takie spotkania jestem wdzięczna.

Bardzo.

A Wy?

Macie obok siebie takich ludzi, przy których możecie być sobą? Takich, przy których nie musicie nic udowadniać, niczego grać, niczego tłumaczyć? Takich, którzy nie dają recept, ale swoją obecnością pomagają odnaleźć własną drogę?

Jeśli tak, to jesteście naprawdę bogaci.

Podzielcie się proszę.

Happy International Children’s Day ❤️

Jeśli myślicie, że w tak ogromnej metropolii jak New York obchodzi się Dzień Dziecka tak jak w Polsce, to muszę Was trochę zaskoczyć. Niestety, tutaj nie ma takiego święta w takim znaczeniu, jakie znamy i kochamy.

Mieszkają tu dzieci z całego świata, różnych kultur i narodowości, ale żeby całe miasto celebrowało ich dzień? No cóż… nie bardzo. Owszem, są polskie społeczności i inne grupy narodowościowe, które organizują dla dzieci pikniki, festyny czy spotkania, ale najczęściej robią to same, z potrzeby serca. Takie wydarzenia odbywają się zwykle w weekendy, a nie jako oficjalne święto.

Nawet szkoły nie organizują specjalnych obchodów International Children’s Day. Tutaj po prostu nie przywiązuje się do tego większej wagi.

I wiecie co? Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej doceniam wiele rzeczy, które mamy w Polsce. Wsparcie dla rodzin, dodatki na dzieci, zniżki dla dużych rodzin czy różne inicjatywy skierowane do rodziców i dzieci. Tutaj tego po prostu nie ma. To kraj ogromnych możliwości, ale często mam wrażenie, że bardziej dla ludzi, którzy chcą pracować bez końca niż dla rodzin, które chcą spokojnie celebrować wspólny czas.

Nie ma tu wielu rzeczy, które dla nas są oczywiste. Nie ma tej atmosfery świętowania, rodzinnych tradycji i takich dni jak Dzień Dziecka, które przypominają nam o tym, co naprawdę ważne.

Dlatego, kochani, róbmy sobie nawzajem dzień radości. Nie tylko dziś.

Dajmy sobie dobre słowo, uśmiech, przytulenie, chwilę uwagi. Każdy z nas zasługuje na to, by poczuć się ważny, kochany i zauważony.

A ja chcę Ci dziś powiedzieć jedno:

Dobrze, że jesteś. ❤️

Uśmiechnij się. Dla mnie jesteś ważny. Dla Boga jesteś ważny. Przytulam Cię mocno i życzę Ci pięknego dnia dziś, w Dzień Dziecka, i każdego kolejnego dnia.

Happy International Children’s Day, Kochani! ❤️😘

Sukienka na lewą stronę, wspólnota w sercu ❤️

Niedziela.

Byłam zaproszona na uroczystą Mszę Świętą z okazji 40-lecia Paulinów na Manhattanie, a potem na wspólny obiad. Oczywiście, że poszłam. A jakżeby mogło być inaczej?

Od rana szykowałam się spokojnie. Kawa, makijaż, włosy. Otwieram szafę, a tam jak zwykle wszechogarniająca czerń. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, ale większość moich ubrań jest czarna. Kilka białych rzeczy, jedna granatowa bluzka, jakaś fuksja, jedna sukienka w kwiaty kupiona specjalnie na graduation mojego syna w Pre-K i jeszcze czerwone spodnie za 9,99 dolarów z H&M, kupione kiedyś na Zesłanie Ducha Świętego.

Kolory niby mam, ale jak przychodzi się ubrać, to nagle nie mam nic.

No i zaczyna się odwieczny dylemat.

To za ciemne. To za smutne. To nie pasuje. Tamto nie pasuje. Normalnie bezguście jestem. Nigdzie nie chodzę na bale ani wielkie przyjęcia, więc eleganckich rzeczy na co dzień nie potrzebuję. Ale jak już potrzeba, to oczywiście nic odpowiedniego nie ma.

Wyciągnęłam więc sukienkę w kwiaty. Patrzę  trochę beżu, trochę koloru, będzie dobrze. Ubieram się, dopinam wszystko. Coś mnie uwiera, coś mnie ciśnie, ale machnęłam ręką. Obejrzałam się raz i drugi w lustrze i wyszłam.

Wsiadam do windy. Na kolejnym piętrze dosiada się sąsiad. Patrzy na mnie. Zerka. Znowu patrzy.

Myślę sobie: no pięknie, pewnie jestem gdzieś brudna albo makijaż mi się rozmazał.

A on po chwili mówi:

– Wiesz, wydaje mi się, że masz sukienkę na lewą stronę.

No jak na lewą stronę?!

Patrzę raz. Patrzę drugi raz.

I nagle mnie oświeciło.

Matko jedyna…

Dlatego mnie tak uwierało!

Sukienkę założyłam na lewą stronę.

Dobrze, że nie dojechałam tak do kościoła.

Wracam więc na osiemnaste piętro, otwieram drzwi, przewracam sukienkę na właściwą stronę, jeszcze dwa razy sprawdzam w lustrze i lecę, bo już późno.

Do kościoła wpadłam punktualnie o dwunastej.

A tam gorąco jak nie wiem. Klimatyzacja wyłączona. Usiadłam z tyłu. Ja niestety źle znoszę tłok i duchotę. Jak jest za gorąco, zaczynam mieć palpitacje serca i ciężko mi oddychać.

Msza była naprawdę piękna i bardzo uroczysta. Czterdzieści lat Paulinów na Manhattanie to kawał historii.

Ale przyznam szczerze, że zrobiło mi się trochę przykro.

Słuchałam kolejnych przemówień, podziękowań i wspomnień. Wymieniano różne grupy i wspólnoty, a o naszej Wspólnocie Lew Judy ani słowa.

A przecież jesteśmy tam od dwudziestu pięciu lat.

To nie jest miesiąc ani rok. To ćwierć wieku modlitwy, służby, obecności i zaangażowania.

Może ktoś powie:

„Jolka, daj spokój, odpuść”.

Ale ja taka jestem.

Lubię detale. Lubię, kiedy zauważa się ludzi. Lubię, kiedy docenia się tych, którzy po prostu są i od lat robią swoje.

Nie chodzi o zaszczyty. Chodzi o pamięć.

Na szczęście podczas obiadu Majka wspomniała o nas podczas wspólnego śpiewu i uwielbienia. Przedstawiła naszą wspólnotę i od razu zrobiło mi się lżej na sercu.

Bo prawda jest taka, że kocham tych ludzi.

Kocham naszą wspólnotę.

Lubię nasze spotkania, rozmowy, śmiech i zwyczajne bycie razem. To, że nie musimy niczego udawać. Że jesteśmy normalni, prości, prawdziwi. Że możemy razem modlić się, śpiewać, ale też zwyczajnie usiąść przy stole i pobyć ze sobą.

Patrzyłam tego dnia na tych wszystkich ludzi i pomyślałam sobie, jakie mam szczęście, że jestem częścią tej wspólnoty.

Ale wiecie co?

Jak tak teraz o tym myślę, to był naprawdę dobry dzień.

No i w tej sukience też nie wyglądałam najgorzej, chociaż prawdę mówiąc chyba bardziej nadaje się na spacer do parku niż na taki uroczysty bankiet. Trochę za skromna była na tę okazję.

Cóż…

Sama sobie wysoko stawiam poprzeczkę. Taka już jestem.

A Wy lubicie takie imprezy towarzyskie? Gale, bankiety, uroczyste obiady i oficjalne spotkania? A może najlepiej czujecie się przy grillu, kawie albo w gronie najbliższych?

Podzielcie się proszę, bo jestem bardzo ciekawa, jak to jest u Was. 

Spokojnie. Zrób, co masz zrobić. Bóg dokończy resztę.

Dziś miałam jeden z tych dni, kiedy od samego rana wszystko się sypało.

Najpierw usłyszałam, że jedna z pań, u których pracuję, wyjeżdża. Potem spadł mi na głowę kolejny problem. A na koniec swoje trzy grosze dorzucił mój szanowny mąż. Zamiast mnie wysłuchać i po prostu być obok, usłyszałam, że to moja wina. Czułam, jak łzy zbierają mi się pod powiekami. Byłam zmęczona, zła i zagubiona.

W myślach wołałam:

Boże, gdzie jesteś? Dlaczego tak trudno podjąć decyzję? Co jest ze mną nie tak?

Rzuciłam się na łóżko i sięgnęłam po książkę. Zostało mi dosłownie kilka stron ostatniego tomu trylogii Magdaleny Mikutel „Chcę, żebyś żył”. Czytałam i nagle trafiłam na słowa, które były odpowiedzią na wszystko, co tego dnia nosiłam w sercu:

„Spokojnie. Zrób, co masz zrobić. Bóg dokończy resztę.”

Zamknęłam książkę, wróciłam do kuchni i zaczęłam obsmażać naleśniki z serem na złoty kolor. Takie zwykłe, polskie naleśniki. A w głowie ciągle miałam te słowa.

I wtedy pomyślałam, jak bardzo kocham tę trylogię.

Nie dlatego, że moje życie jest takie jak życie Anieli, Marty, Pawła czy Witka. Bo nie jest. Każdy z nas niesie swój własny krzyż i mierzy się z innymi problemami. A jednak odnajduję w nich siebie.

Ich lęki przypominają moje lęki.

Ich pytania przypominają moje pytania.

Ich upadki przypominają moje upadki.

Ich nadzieja przypomina mi, że nigdy nie jestem sama.

Bóg jest w naszej historii. W mojej. W Twojej. W historii każdego człowieka.

Bóg jest dobry i wszystko, co stwarza, jest dobre. Nad każdym z nas pochylił się z miłością jeszcze zanim przyszliśmy na świat. Dlatego, cokolwiek dzieje się w życiu, przede wszystkim trzymajmy się Boga. Najważniejsza jest miłość. Bóg, który jest Miłością.

W tych książkach jest właśnie to, co kocham najbardziej. Jest wiara, ale nie podana jak sucha lekcja. Jest prawdziwe życie. Są łzy, radości, zwątpienia, trudne wybory, przebaczenie, wspólnota i działanie Ducha Świętego. Są ludzie poranieni, zagubieni, czasem bardzo daleko od Boga, a jednak On nie przestaje ich szukać i kochać.

Magdalena Mikutel ma niezwykły dar. Wierzę, że sam Bóg obdarzył ją talentem pisania. Potrafi tworzyć chrześcijańskie powieści, które nie moralizują, nie nudzą i nie są grzecznymi historyjkami .One po prostu wciągają. Chwytają za serce tak mocno, że człowiek chce przewrócić jeszcze jedną stronę, a potem jeszcze jedną… aż nagle okazuje się, że jest środek nocy.

Przeczytałam już pięć razy dwie pierwsze części. Dziś skończyłam trzeci tom i wiem jedno wracam do początku.

Znowu będę przeżywać te historie.

Znowu będę się wzruszać.

Znowu będę szukać między stronami odpowiedzi na własne pytania.

Tylko tym razem obok książki położę pudełko chusteczek.

Bo Magdalena Mikutel nie pisze tylko o swoich bohaterach.

Ona pisze o nas.

I szczerze? Czuję ogromny niedosyt. Mam nadzieję, że to nie koniec historii tych bohaterów. Chciałabym jeszcze do nich wrócić, jeszcze raz usiąść obok nich, przeżywać ich radości i troski. Bo kiedy zamknęłam ostatnią stronę, miałam wrażenie, jakbym żegnała bliskich przyjaciół.

Dziękuję, Pani Magdaleno, za te historie. Za dobro, nadzieję i przypomnienie, że nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że jesteśmy sami, Bóg nadal pisze naszą historię.

A naleśniki? Wyszły dokładnie takie, jakie miały wyjść. Złociste, pachnące i wyjątkowo smaczne. Może dlatego, że robiłam je już spokojniejsza. Zrobiłam swoje najlepiej, jak potrafiłam. Dopiekłam je na złoty kolor, podałam rodzinie, a resztę… zostawiłam Bogu.

Bo czasem naprawdę wystarczy zrobić to, co do nas należy. A Bóg dokończy resztę.

A Wy? Macie takie książki, do których wracacie po raz kolejny, bo za każdym razem odnajdujecie w nich coś nowego? A może czytaliście trylogię Magdaleny Mikutel „Mój syn”, „Gdzie jesteś, bracie?” i „Chcę, żebyś żył”?

Bardzo chętnie poznam Wasze opinie i książki, które skradły Wasze serca. Piszcie w komentarzach. Uwielbiam czytać o tym, co porusza innych ludzi. 

Dyplom, biała sukienka i największa wygrana mojego życia

4 czerwca moja córka kończy college.

A ja, jak każda mama, która chce mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, otwieram drzwi do jej pokoju i pytam pełna emocji:

— Wiktoria, sukienkę masz?

Podnosi wzrok znad książek. Wygląda jak człowiek, który od miesięcy żyje między notatkami, wykładami, matematyką, biologią i kolejnymi egzaminami.

— Jaką sukienkę?

I wtedy już wiedziałam, że sytuację trzeba ratować.

— Dziewczyno! Przecież masz zakończenie studiów!

A ona spokojnie:

— A po co mi nowa sukienka? Ubiorę coś z szafy.

I właśnie  dotarło do mnie, że moje dziecko żyje w trochę innym świecie.

W świecie, w którym nie liczą się modne torebki, najnowsze trendy czy kolejne zdjęcia do pokazania w internecie.

Liczą się książki.

Wiedza.

Nauka.

Rozwój.

Mówię:

— Wiktoria, to już koniec szkoły.

A ona odpowiada:

— Jakiej szkoły? Przecież ja jeszcze będę brała kolejne zajęcia.

I jak tu się nie uśmiechnąć?

Pojechałam więc na Manhattan. Przeszłam kilka sklepów. W końcu znalazłam prostą białą sukienkę. Bez cekinów, bez falban i bez całego tego zamieszania.

Wysyłam zdjęcie.

— Brać?

Po chwili odpowiedź:

— Nie wiem, co z nią zrobię.

No założysz ją na zakończenie studiów, dziecko!

W końcu dostałam krótkie:

— Dobra. Bierz.

Przymierzyła. Spojrzała w lustro.

— Pasuje.

I tyle.

Cały triumf matki zamknięty w jednym słowie.

Ale wiecie co?

Patrzę na Wiktorię i na pozostałą trójkę moich dzieci i coraz częściej myślę, że wygrałam los na loterii.

Mam dwie córki i dwóch synów.

Wszyscy kochają się uczyć. Wszyscy są ciekawi świata. Ale moje dziewczyny od zawsze miały w sobie coś szczególnego.

Dla nich największą nagrodą jest nowa książka.

Nowa wiedza.

Nowe wyzwanie.

Nie gonią za tym, co błyszczy.

Nie żyją od imprezy do imprezy.

Nie mierzą swojej wartości liczbą polubień, drogimi rzeczami czy potrzebą imponowania innym.

One po prostu chcą wiedzieć więcej.

I choć czasem marzę, żeby wróciły z zakupów z jakąś szaloną sukienką albo parą butów, najczęściej wracają z kolejnymi książkami, których nie ma już gdzie układać.

A potem słyszę:

— Mamo, potrzebuję tego.

— Mamo, pożycz mi tamto.

— Mamo…

I tak w kółko.

A ja tylko patrzę na nich i czuję ogromną wdzięczność.

Bo świat zawsze będzie potrzebował ludzi pięknie ubranych.

Ale jeszcze bardziej potrzebuje ludzi mądrych.

Ciekawych świata.

Pracowitych.

Takich, którzy nigdy nie przestają się rozwijać.

Sukienka?

Po graduation pewnie wróci do szafy i zawiśnie między starym swetrem, bluzą i białym fartuchem.

Ale dyplom zostanie.

I zostanie ta uparta, mądra głowa mojej córki.

A dla matki to jest powód do dumy większy niż wszystkie sukienki świata.

No dobrze, kochani, uciekam robić śniadanie. Dziś sobota, piękny dzień i jak zwykle mnóstwo dobrych rzeczy do zrobienia.

Życzę Wam spokojnego, słonecznego dnia i wielu powodów do dumy z tych, których kochacie. ❤️