A nie mówiłam, że będzie pięknie?

Pech? Zrządzenie losu? A może New York po prostu postanowił dziś sprawdzić moją cierpliwość? 

Nie dość, że przez metro spóźniłam się prawie godzinę, to jeszcze wsiadłam do pociągu i zamiast jechać w dół Manhattanu… pojechałam sobie pięknie w górę.

BRUHHHH!

No geniusz komunikacji miejskiej. Normalnie można mi medal przypiąć.

Tak to jest, jak człowiek pisze, myśli, robi tysiąc rzeczy naraz, w głowie ma kolejne tysiąc i jeszcze próbuje ogarnąć, gdzie właściwie jedzie.

A ludzi wszędzie tłum. Metro dziś kompletnie oszalało. Jeden pociąg, drugi pociąg, opóźnienia, ścisk, każdy gdzieś pędzi, każdy coś musi, a ja… jadę sobie w przeciwnym kierunku. No pięknie! 

I wiecie co?

W którymś momencie stwierdziłam:

No nic. Mój dzień, moja strata. Widocznie ten dzień ma być wyjątkowo piękny, tylko jeszcze o tym nie wiem!

I CO?

I mówiłam, że będzie pięknie?! 

Bo później odpalam Facebooka, a tam wyskakuje mi plakat kobiety, na którą patrzę i już po samym spojrzeniu wiem jedno:

TA KOBIETA  MA ENERGIĘ!

Taką, że mam wrażenie, że ona wejdzie na scenę i rozniesie salę swoim humorem, śmiechem i tym swoim powerem. 

I ja właśnie takich ludzi uwielbiam.

Ludzi z apetytem na życie. Z dystansem do siebie. Z poczuciem humoru. Takich, którzy nie siedzą i nie czekają, aż życie samo zacznie być fajne, tylko biorą je za rogi, potrząsają nim i jeszcze potrafią rozśmieszyć innych.

Kibicuję Jej z całego serca. I nie dlatego, że moja imienniczka! 

Kibicuję Jej, bo czuję w tej kobiecie życie. Bo są ludzie, którzy sami mają apetyt na życie, ale są też tacy, którzy potrafią tym apetytem nakarmić innych.

Humorem. Energią. Śmiechem. Dystansem.

I chyba właśnie takich ludzi potrzebujemy więcej.

Mnie już kupiła samym spojrzeniem z plakatu. 😂 Nie ma bata muszę zobaczyć Ją na żywo!

Coś mi mówi, że to będzie taki występ, po którym człowiek wyjdzie z bolącym brzuchem od śmiechu i jeszcze przez pół drogi do domu będzie się uśmiechał.

A wiecie co najlepsze?

To będzie mój prezent urodzinowy, który sama sobie zafunduję. A co! 

Bo przecież kto powiedział, że na prezent trzeba czekać, aż ktoś go kupi? Człowiek już trochę siebie zna i wie, co mu sprawia radość. A jeśli mogę sobie podarować wieczór pełen śmiechu, dobrej energii i ludzi z apetytem na życie, to ja taką paczkę biorę bez zastanowienia!

Prezent wybrany. Prezent zaakceptowany. Obdarowana zadowolona. 

Ja idę! A Wy?

Bo coś czuję, że będzie ogień.

Kto idzie ze mną? 

Screenshot

Nowojorska codzienność, czyli… traffic nie tylko na ulicach

New York. Miasto, które podobno nigdy nie śpi. I chyba wiem dlaczego bo czasami stoi się w pociągu i czeka, aż naprawią sygnalizację. 

Dzisiaj klasyczna nowojorska codzienność. Patrzę, a tu jeden pociąg za drugim. Wagoniki ustawione grzecznie w kolejce, jeden za drugim.

Sygnalizacja nie pracuje jak trzeba, więc wszystko stoi. A w środku? Tłum ludzi. Ktoś jedzie do pracy, ktoś do szkoły, ktoś pewnie ma spotkanie za dziesięć minut, ktoś nerwowo zerka na zegarek, ktoś już dawno pogodził się z losem, a jeszcze inny klnie pod nosem i drepta z miejsca w miejsce. 

I ja też mam jechać.

Ale patrzę na to wszystko i mówię: nie, dziękuję. Ja sobie postoję tutaj. 

Wolę postać trochę dłużej na peronie, popatrzeć na Manhattan w oddali i poczekać, aż ktoś gdzieś ogarnie te światełka, kabelki, sygnały czy cokolwiek tam dzisiaj postanowiło nie współpracować. Bo siedzieć zamknięta w wagonie, który stoi pomiędzy stacjami i ani w przód, ani w tył, to jednak nie moja ulubiona forma spędzania poranka.

I właśnie takie momenty przypominają mi, czym jest życie w New York.

Możesz wyjść wcześniej. Możesz mieć wszystko zaplanowane. Możesz wiedzieć dokładnie, o której masz być na miejscu. A New York spojrzy na Twój piękny plan i powie:

Aha. To fajnie, że masz plan.🤣

I już.

Traffic na ulicach. Traffic na torach. Ludzie w biegu. Klaksony. Pociągi. Opóźnienia. Wieżowce w tle. I milion historii ludzi, którzy właśnie próbują gdzieś zdążyć.

A ja stoję i patrzę na te wagoniki jeden za drugim.

W końcu biorę inny pociąg, bo przecież i tak jestem już spóźniona. A za mną rusza tłum ludzi, bo każdy gdzieś pędzi, każdy ma swoją godzinę, swoją pracę, swoje spotkanie, swoje muszę zdążyć.

No przecież…

Life in New York. Welcome! 

Bo tutaj nawet zwykła droga z punktu A do punktu B potrafi zamienić się w małą przygodę. Plan planem, zegarek zegarkiem, a New York i tak zrobi po swojemu.

I człowieku radź sobie! 😂

Przecież to New York… 

Fish oil

Od dwóch dni próbuję uwolnić moje mieszkanie od zapachu.

Jakiego?

Ryby.

Nie, nie smażyłam ryby.

Nie robiłam śledzi.

Nie otwierałam puszki szprotek.

Ba! W moim domu nawet żadnej ryby tego dnia NIE BYŁO.

A jednak od niedzielnego wieczoru moje mieszkanie pachnie tak, jakby ktoś w salonie uruchomił nielegalną przetwórnię dorsza.

Wchodzę do domu — RYBA.

Idę do kuchni — RYBA.

Łazienka — o Matko jedyna …..RYBA ….

Zapalam świece. Myję podłogi. Otwieram okna. Wietrzę. Psikam. Szoruję.

Nic.

Smród trwa.

Rozpoczęłam akcję poszukiwania smrodu 

Podejrzanych niewielu. Motyw nieznany. Ofiarą — śmierdzace powietrze w moim mieszkaniu.

Pierwszy trop pojawił się, kiedy weszłam do małej łazienki, gdzie przebywał mój wspaniały, wszechstronnie zainteresowany światem sześciolatek.

Otwieram drzwi…

I dostałam rybą prosto między oczy.

Stanęłam.

Wciągnęłam powietrze.

BŁĄD.

— Tymon… co ty zrobiłeś?

Cisza.

Spojrzenie niewinnego dziecka, które oczywiście nie ma pojęcia, dlaczego łazienka pachnie jak kuter rybacki.

 zauważyłam, że sam podejrzany…

TEŻ ŚMIERDZI RYBĄ.

Włosy — ryba.

Ręce — ryba.

Skóra — ryba.

Ubranie — ryba.

Dziecko nie pachniało rybą.

Dziecko BYŁO rybą.

I wszystko zaczęło układać się w całość.

Mój ciekawy świata sześciolatek postanowił przeprowadzić eksperyment naukowy:

Co właściwie znajduje się w kapsułkach Fish Oil?

No bo przecież po co zapytać matkę?

Można otworzyć pojemnik.

Wyjąć kapsułki.

Rozpracować kapsułki.

Rozsmarować zawartość Bóg jeden wie gdzie.

A resztki materiału dowodowego…

SCHOWAĆ ZA SEDESEM.

Tak.

Za sedesem.

Proszę Państwa, mamy tutaj nie tylko chemika i biologa, ale również cwaniaka  który uznał, że najlepszym miejscem na ukrycie dowodów zbrodni będzie przestrzeń za toaletą.

Najwyraźniej nie docenił jednego.

MATKI.

Matka znajdzie wszystko.

Stare skarpetki.

Klocki Lego.

Zaginioną łyżeczkę.

Kanapkę sprzed tygodnia.

I kapsułki Fish Oil ukryte za sedesem też znajdzie.

Zwłaszcza kiedy materiał dowodowy można wywęszyć z przedpokoju.

Sprawca został zidentyfikowany.

Motyw: ciekawość.

Narzędzie zbrodni: kapsułki Fish Oil.

Miejsce przestępstwa: mała łazienka.

Ofiary: moje nozdrza, łazienka, ręczniki, ubrania oraz cała chałupa !

Ale najgorsze jest to, że od niedzieli wieczorem MŁODY NADAL PACHNIE RYBĄ.

Ja go kąpię.

Szoruję pachnącym mydełkiem.

Robię pianę.

Nacieram olejkiem dla niemowląt.

Rumianek.

Balsam.

Perfumy moje.

Perfumy Maxa.

Jeszcze chwila i spryskam go odświeżaczem do samochodu.

NIC.

Zapach rybiego oleju najwyraźniej podpisał z moim synem umowę najmu na czas nieokreślony.

Dzisiaj znowu wrzuciłam młodego do wanny.

Piana jak na Ibizie. Pachnące mydełko. Szorowanie takie, że dziecko wyszło prawdopodobnie o dwie warstwy naskórka lżejsze.

Wącham.

RYBA.

I teraz codziennie, kiedy odprowadzam go do autobusu , zastanawiam się tylko nad jednym.

Co myśli jego nauczycielka, kiedy Tymon podchodzi do niej rano?

Czy patrzy na niego i zastanawia się:

Czy rodzice tego otóż studenta przypadkiem nie otworzyli w domu fabryki śledzi?

Czy może myśli:

Ciekawe… inne dzieci pachną szamponem, płynem do prania, czasami Nutellą… a Tymon dzisiaj znowu Oceanem .

A ja chodzę po mieszkaniu jak policyjny pies.

I czuję wszędzie RYBĘ !!!

Już nie wiem, czy naprawdę wszędzie śmierdzi rybą, czy ryba zamieszkała na stałe w moim mózgu.

Dlatego zwracam się do Was, ludzie świata, gospodynie domowe, chemicy, rybacy, detektywi i wszyscy, którzy kiedykolwiek walczyli z Fish Oil:

HELP!!!

CZYM TO USUNĄĆ?!

Z dziecka.

Z łazienki.

Z mieszkania.

Śledztwo zakończone.

Sprawca ujęty.

Dowody zabezpieczone.

Tylko zapach…

NADAL NA WOLNOŚCI.

RATUNKU !!!!

Mickiewicz wygrał z żelazkiem

Stoję przy desce do prasowania. Czasem włączam sobie muzykę, a ostatnio nadrabiam filmy. Żelazko w ręku tańcuje po koszulach i spodniach mojego syna, a moja głowa ma w tym czasie rozrywkę. Należy się przecież matce, a jak! 

Tym razem miałam obejrzeć teatr „Król Maciuś Pierwszy” z zacnym gronem aktorów Janem Fryczem, Danutą Stenką i Tomaszem Kotem, których bardzo lubię. Reszty obsady nie pamiętam, ale zapowiadało się naprawdę dobrze.

I nie wiem, jak to się stało.

Coś mi się przełączyło, coś kliknęłam i… wylądowałam przy filmie „Piep*zyć Mickiewicza”.

No i tyle było z prasowania. 

W pewnym momencie naprawdę odłożyłam żelazko, bo film mnie zwyczajnie wciągnął.

Oglądaliście filmy z Dawidem Ogrodnikiem? Ja widziałam już kilka i powiem Wam, że dla mnie ten facet jest naprawdę świetny w tym, co robi. Aktor zdecydowanie wart uwagi.

Przejrzałam później opinie o filmie i oczywiście znalazłam wszystko od zachwytów po „miernotę”.

No cóż…

Dla mnie bomba.

Wiecie co najbardziej siedzi mi w głowie po tym filmie?

TEN NAUCZYCIEL.

Bo on tych młodych ludzi po prostu WIDZI.

Nie widzi trudnej klasy .Nie widzi tylko ocen, uwag, problemów wychowawczych i dzieciaków, które najlepiej byłoby uciszyć, posadzić w ławkach i kazać im grzecznie słuchać.

Zresztą… oni i tak by nie słuchali. Widzieliście, jaka to klasa? Żyje własnym życiem i wszystkich ma głęboko w d… Nawet karetka przyjeżdża po nauczycieli, bo ci zwyczajnie z nimi nie wyrabiają.

Tacy są.

I nagle zjawia się ON.

Nauczyciel, który od pierwszej chwili pokazuje, kim jest i co potrafi. A potrafi naprawdę wiele, bo sam kiedyś nie należał do łatwej młodzieży. Więcej nie będę zdradzać, bo nie chcę opowiadać całego filmu.

Ale jedno pokazuje pięknie: człowiek, który sam coś przeszedł, jeśli naprawdę chce zobaczyć drugiego człowieka dostrzeże go.

On widzi LUDZI.

I właśnie to kupiło mnie najbardziej.

Widzę w nim nauczyciela, który próbuje zrozumieć, co siedzi pod tym buntem, bezczelnością, wygłupami i całym tym młodzieńczym mam wszystko gdzieś

Zamiast mówić do nich językiem, którego oni już dawno nie słuchają, próbuje wejść w ich świat.

Mówi ich językiem.

Jest z nimi.

Słucha ich.

Prowokuje.

A widzieliście, jakie teksty rapuje? 

Czasami przekracza granice tymi swoimi tekstami. Czasami człowiek patrzy i myśli: chłopie, co ty wyprawiasz?!

Ale on cały czas próbuje DO NICH DOTRZEĆ.

A spotkanie córki z ojcem?

No dla mnie sztos!

I Ogrodnik świetnie tego nauczyciela gra. Nie robi z niego pomnikowego bohatera ani cudotwórcy z kredą w ręku, który jednym pięknym zdaniem naprawi całą klasę.

Ten facet jest dziwny. Czasami odklejony. Nieidealny. Popełnia błędy. Ale ma w sobie coś takiego, że chce się patrzeć, co zrobi dalej.

Sama chciałabym mieć kiedyś takiego nauczyciela.

Odklejonego od rzeczywistości?

Może.

Ale jednocześnie tak bardzo będącego DLA młodych.

I cholernie mi się to podobało.

A może widzę w tych młodych trochę siebie?

A może jakieś swoje cechy widzę właśnie w tym nauczycielu?

Nie wiem.

Ale ten film zakręcił mnie na maksa. Do tego stopnia, że żelazko wylądowało na desce, a ja już tylko patrzyłam, co będzie dalej. 

I dlatego pytam: co tu ma się nie podobać?

Wiem, wiem wulgaryzmy, narkotyki, mocniejsze sceny.

Wszystko się zgadza.

Tylko że przecież ten film nie opowiada o kółku różańcowym ani pensjonacie dla panien z dobrych domów. Pokazuje kawałek świata młodych ludzi. Może momentami przerysowanego, może podkręconego na potrzeby kina, ale jednak świata, w którym jest bunt, samotność, pogubienie, potrzeba akceptacji i ogromne pragnienie, żeby ktoś wreszcie zobaczył w nich coś więcej niż PROBLEM.

I wiecie co?

Ja trochę widzę tam również świat swojej młodości.

Bo sorry, ale co aż tak bardzo różniło się od naszego życia, kiedy sami chodziliśmy do szkoły?

Hmm…

Może ilość narkotyków i ich dostępność. Może były mniej widoczne. Nikt nam też nie sprawdzał torebek, kiedy wchodziliśmy na szkolną dyskotekę.

Ale alkohol?

No błagam. 

Lał się nieraz strumieniami, a na szkolnych imprezach też potrafiło dziać się ciekawie

Nie róbmy więc z naszego pokolenia grzecznych aniołków siedzących w pierwszej ławce, bo pamięć chyba zaczyna nam płatać figle. 

Dlatego ja tego filmu nie zamierzam zmywać z powierzchni ziemi. Wręcz przeciwnie.

Daję mu 10. A może nawet więcej!

Bo gdzie ostatnio oglądaliście film o młodych ludziach, którzy są pokazani tak żywo, mocno i z taką energią, że naprawdę chce się ich oglądać?

Ja właśnie oglądałam.

I  TO najbardziej mnie zatrzymało.

Bo młody człowiek może pyskować, robić głupoty, buntować się, trzaskać drzwiami i całym sobą pokazywać:

Mam was wszystkich gdzieś!

A pod tym wszystkim czasami siedzi jedno zwyczajne:

Zobacz mnie

I ten nauczyciel ich widzi.

Może nie zawsze wie, co z tym zrobić. Może nie wszystko robi tak, jak powinien. Ale JEST.

Próbuje.

Nie skreśla ich na starcie.

I mnie się to cholernie podoba.

Ja chyba po prostu wolę takie kino. Z energią. Takie, które nie ciągnie się jak flaki z olejem. Chcę, żeby coś się działo, żebym się śmiała, czasem złapała za głowę, czasem pomyślała: Bozszzz… serio?!  A po napisach końcowych nadal miała ten film w głowie.

Nie znam się na filmach i nie będę udawała wielkiego krytyka.

U mnie jest prosto.

Albo film mnie bierze, albo nie.

Ten mnie WZIĄŁ.

Na tyle, że żelazko poszło w odstawkę, a koszule syna musiały poczekać. 

Teraz oczywiście muszę obejrzeć kolejne części, bo jestem ciekawa, co będzie dalej.

A Dawida Ogrodnika będę też wypatrywać w „Lalce”. Przy takiej obsadzie naprawdę jestem ciekawa, co z tego wyjdzie.

A Wy oglądaliście „Piep*zyć Mickiewicza”?

Podobał Wam się?

A jeśli nie, to serio jestem ciekawa  CO Wam się w nim nie podobało?

Bo ja po tym filmie myślę o jednym.

Młody człowiek nie potrzebuje kolejnego dorosłego, który stanie nad nim i będzie mu bez końca mówił, jaki powinien być.

Bozszzz… zrzygam się tym.

Doradzać, oceniać i mówić drugiemu człowiekowi, jak powinien żyć, potrafi prawie każdy.

Ale znaleźć dorosłego, który najpierw ZOBACZY młodego człowieka, spróbuje go usłyszeć, wejść w jego świat i zrozumieć, dlaczego zachowuje się właśnie tak?

Oooo… to już jest dla mnie majstersztyk.

I chyba właśnie dlatego ten odklejony nauczyciel tak bardzo mi się spodobał.

Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami po tym filmie. Jestem naprawdę ciekawa, jak Wy go odebraliście.

A koszule?

No cóż…

Mickiewicz wygrał. 

Screenshot

No i poszedł… mój pierwszoklasista ❤️

Bozszz, ile można mieć ekscytacji w jednym małym człowieku?!

Od końca wakacji szkoła była właściwie tematem numer jeden. Kto będzie jego panią? Kto będzie w klasie? Czy będą koledzy z zeszłego roku? Co będą robić? Czego się będą uczyć? I oczywiście milion planów na życie, bo mój syn ostatnio planuje, rozmyśla, analizuje i snuje takie opowieści, że ja czasem tylko siedzę i słucham.

I chłonę.

Bo wiem, że kiedyś będę tęsknić właśnie za tym. Za tym potokiem słów, za tymi wielkimi planami małego człowieka i za jego przekonaniem, że świat stoi przed nim otworem.

Wczoraj zaprowadziłam go pod szkołę.

Rozglądał się. Obserwował. Szukał swojej klasy. Wszystko go interesowało. Patrzę na niego i pytam:

– Jak się czujesz?

– Fantastycznie!

No i co ja mam więcej pytać?! 

Chłopak gotowy. Plecak jest. Pierwsza klasa jest. Świat czeka. Możemy działać!

Stanął dumny w szeregu swojej klasy i w tłumie dzieci  zobaczył przyjaciela z zeszłego roku. Będą razem również w tym roku!

I zobaczyłam w jego oczach coś, czego chyba nie da się dobrze opisać. Taką czystą dziecięcą radość. Błysk. Pewność siebie. Ciekawość. Zero strachu.

A potem złapali się z kolegą za ręce i ruszyli.

Mój syn  pełen entuzjazmu, odwagi i ciekawości tego, co przyniesie ta nowa przygoda!

I wiecie co?

Patrzyłam na te dwie małe dłonie i tak jakoś miękko na sercu mi się zrobiło , bo właśnie tak czasem zaczynają się wielkie rzeczy.

Od szkolnego szeregu.

Od usiądziesz ze mną?

Od wspólnego lunchu na szkolnej stołówce.

Od śmiechu na przerwie.

Od trzymania się za rękę, kiedy przed tobą jest coś zupełnie nowego.

Dla nas dorosłych to tylko pierwszy dzień szkoły.

A dla nich?

Nowy kawałek życia.

Nowi ludzie. Nowe przyjaźnie. Pierwsze sukcesy, pierwsze rozczarowania, pierwsze umiem! , czasem pewnie nie umiem i nie będę tego robił! 😂 Pierwsze sekrety. Pierwsze historie, których mama może już nie usłyszy…

Bo jeszcze niedawno ta mała ręka szukała przede wszystkim mojej.

A wczoraj patrzyłam, jak z ogromną pewnością chwyta za rękę kolegę i idzie z nim odkrywać swój świat.

I tak właśnie powinno być.

Tylko nikt nie uprzedza matki, że te najpiękniejsze chwile potrafią jednocześnie tak cholernie cieszyć i powodować jakieś dziwne objawy alergiczne. Człowiek co chwilę wyciera oczy, nos jakiś taki… no wiadomo. Wrzesień. Pyli. 😂

Patrzyłam na niego z taką dumą!

Synku, nie zgub tego błysku.

Nie zgub tej ciekawości świata. Pytaj. Szukaj. Kombinuj. Wymyślaj swoje niestworzone historie i plany na życie. Śmiej się. Popełniaj błędy. Ucz się. Znajduj ludzi, przy których będziesz mógł być sobą. Bądź dobrym przyjacielem i miej szczęście spotykać dobrych przyjaciół.

I wracaj do mnie z tym swoim milionem opowieści. Nawet jeśli wszystkie będziesz chciał opowiedzieć jednocześnie.

Ja będę słuchać.

Bo chyba właśnie na tym polega macierzyństwo najpierw uczysz małego człowieka chodzić, prowadzisz go za rękę, pokazujesz mu świat…

a potem pewnego dnia stoisz kawałek dalej i patrzysz, jak puszcza Twoją rękę, łapie za rękę przyjaciela i mówi całym sobą:

Mamo, spokojnie. Ja już idę. Chcę zobaczyć, co tam jest .

No i poszedł.

Dumny. Szczęśliwy. Podekscytowany.

A ja zostałam pod szkołą dumna jak paw i oczywiście z łezką w oku.

Chociaż trzymajmy się oficjalnej wersji.

Wrześniowa alergia. Zdecydowanie. 

I wydawałoby się, że matka przeżyła pierwszy dzień szkoły, więc teraz już będzie z górki.

Ha! Ha! Ha!

Dzisiaj rano podjechał YELLOW BUS. 

I dziś  się okazało, że pierwszy dzień szkoły to był dopiero trening dla mojego układu nerwowego. 

Bo mój syn po raz pierwszy miał sam pojechać szkolnym autobusem do szkoły.

On?

Radość. Odwaga. Duma. Ekscytacja level high! 

Ja?

Ból brzucha. Noc prawie nieprzespana. Oczywiście alergia. I jeszcze jakieś inne objawy, których medycyna prawdopodobnie nie zna, ale każda matka rozpozna je bez badań. 

A on wsiadł.

Po prostu.

Z plecakiem na plecach, z tą swoją ciekawością świata i miną człowieka, który właśnie rozpoczyna kolejną wielką wyprawę.

Żółty autobus zabrał mojego pierwszoklasistę.

Bozszzzz…

Kiedy to się wydarzyło?!

Przecież dopiero co prowadziłam go za małą rączkę. Dopiero co wszystkiego uczyliśmy się razem. A dziś stoję i patrzę, jak autobus odjeżdża, a w nim siedzi mój syn szczęśliwy, odważny i gotowy na swój dzień.

I wtedy chyba najmocniej człowiek czuje, że czas naprawdę nie pyta o zgodę.

On po prostu leci.

Dzieci rosną.

Ręce, które kurczowo trzymały nasze, powoli się rozluźniają.

Ich świat robi się coraz większy.

A my?

My stoimy trochę dalej.

Patrzymy.

Pękamy z dumy.

I próbujemy zapamiętać jak najwięcej.

Ten plecak.

Ten błysk w oczach.

Tę małą rękę w dłoni przyjaciela.

Ten wielki żółty autobus.

I tę radość dziecka, które jeszcze nie wie, jak bardzo właśnie rośnie na naszych oczach.

A ja już wiem jedno.

Po południu będzie co opowiadać! 

I znając mojego syna, wszystkie historie dostanę jednocześnie, bez przecinków, bez oddechu, z dokładną analizą autobusu, szkoły, kolegów, lunchu i zapewne kilkoma planami na najbliższe piętnaście lat.

I wiecie co?

Niech opowiada.

Ja będę słuchać.

Pierwsza klaso dbaj o mojego chłopaka.

Yellow busie dowoź mi go bezpiecznie. 

A Ty, Synku, jedź. Idź. Pytaj. Poznawaj. Śmiej się. Ucz się. Przyjaźnij. Odkrywaj ten swój wielki świat z tym samym błyskiem, z którym dzisiaj do niego ruszyłeś.

Jestem dumna jak paw.

Trochę niewyspana.

Z bolącym brzuchem.

I oczywiście z tą cholerną wrześniową alergią. 

Bozszz… jak ten czas ucieka.

Ale jest pięknie.

Naprawdę jest pięknie. ❤️

I chyba właśnie dlatego czasem tak bardzo ściska w gardle.

No i się zaczęło!!!

Ja naprawdę nie wiem, kto wymyślił, że Nowy Rok przypada 1 stycznia. Przecież prawdziwy Nowy Rok zaczyna się W PIERWSZY DZIEŃ SZKOŁY!

To właśnie wtedy rodzice powinni otwierać szampana, składać sobie życzenia, ściskać się ze łzami w oczach i mówić:

– Przetrwaliśmy wakacje! Dożyliśmy! 

Bo ja jestem wypompowana.

Mam już dość codziennego kombinowania:

– Co dzisiaj robimy?

– Gdzie jedziemy?

– Może muzeum?

– Może jakaś atrakcja?

– Może wycieczka?

– Może jeszcze coś, żeby młody  się nie nudził ?

NIE.

KONIEC.

Muzea zaliczone. Atrakcje zaliczone. Pomysły wyczerpane. Matka też wyczerpana. 

Teraz to JA chciałabym pojechać na wakacje. Najlepiej gdzieś, gdzie nikt nie mówi mamo , nikt niczego ode mnie nie potrzebuje i nikt dzień przed wyjazdem nie przypomina sobie, że nie ma spodni.

A skoro o spodniach mowa…

Dzień przed rozpoczęciem szkoły obudził się mój starszy syn.

Max.

Niedźwiedź wyszedł z wakacyjnej nory i zapewne już niedługo będzie szykował się do snu zimowego, ale zanim to nastąpi… właśnie doznał olśnienia!

– Mamo, potrzebuję kilku rzeczy do szkoły. I nowych spodni.

SŁUCHAM?!

Synu, szkoła zaczyna się JUTRO!

A Max, spokojny, jakby właśnie poinformował mnie, że jutro może padać:

– Przecież mówiłem ci na początku wakacji.

LUDZIE, TRZYMAJCIE MNIE!!!

Oczywiście, że mówił.

Dwa miesiące temu.

Podobno.

Bo ja przez całe wakacje pytałam:

– Max, czego potrzebujesz do szkoły?

– Masz wszystko?

– Trzeba coś kupić?

Cisza.

Kompletna.

Ale teraz okazuje się, że to nie on zapomniał.

TO JA NIE PAMIĘTAM. 

No więc stoję w kilometrowej kolejce do kasy w Staples, bo przecież wszystko musi być NA JUTRO.

Jakżeby inaczej.

I stojąc tak, zaczynam się zastanawiać…

Czy tylko mnie się wydaje, że dzieci mniej więcej do 13. roku życia są jakieś łatwiejsze w obsłudze?

Bo młodszy?

Rzeczy podpisane.

Zapakowane.

Plecak gotowy.

Wszystko stoi i grzecznie czeka na pierwszy dzień szkoły.

Patrzę i aż serce rośnie.

Organizacja!

Porządek!

Matka panuje nad sytuacją!

I jest jeszcze Max.

Max ma wywalone na wszystko. 

Szkoły nie cierpi. Twierdzi, że to więzienie. Zdecydowanie woli pracować, bo  jak sam stwierdził wtedy ma swoją kaskę, nie musi mnie o nic prosić i nie słyszy mojego odwiecznego:

– Max… a na co znowu potrzebujesz pieniędzy?!

I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze?

TEN CHŁOPAK CHCE BYĆ PRAWNIKIEM.

Przyszły prawnik.

Człowiek dokumentów, terminów, paragrafów i odpowiedzialności.

Tymczasem rok szkolny jeszcze się dobrze nie zaczął, a ZE SZKOŁY JUŻ ZADZWONILI.

Dlaczego?

Bo Max miał odesłać jakiś papier.

Papier, który JA miałam podpisać.

Problem jest tylko jeden.

DO DZISIAJ GO NIE WIDZIAŁAM.

Pytam więc:

– Max! Dlaczego ja nic o tym nie wiem?!

I pada odpowiedź, którą chyba powinnam sobie wydrukować, oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem:

– Mamo… przecież mówiłem ci dwa miesiące temu.

😂😂😂

No tak.

Przyszły prawnik już buduje linię obrony.

I co najgorsze  zawsze ma tę samą i zawsze jest niewinny!

Wszystko powiedział.

O wszystkim poinformował.

Wszystkie terminy podał.

Jedynym słabym ogniwem w całym systemie jestem najwyraźniej JA. 

I chyba właśnie na tym polega życie z nastolatkiem.

Do pewnego wieku człowiek jeszcze mniej więcej wie, co się dzieje. A potem nagle okazuje się, że dziecko ma swoje życie, swoje plany, swoje zdanie, swoją pracę, swoją kasę i cały pakiet informacji, które podobno zostały matce przekazane…

Tylko matka nic o nich nie wie.

Ale spokojnie.

To dopiero początek roku szkolnego.

Jeszcze nawet pierwszy dzwonek porządnie nie wybrzmiał, a ja już zaliczyłam Staples, brakujące zakupy, spodnie i telefon ze szkoły.

Nie wiem, co Max zaplanował dla mnie na październik, ale zaczynam się bać. 

Mam tylko jedno marzenie na ten rok szkolny:

żeby mój ukochany syn nie przysporzył mi zawału.

Chociaż znając Maxa…

Będzie jak zwykle.

ROLLERCOASTER.

Będą nagłe zwroty akcji.

Będą rzeczy potrzebne „na jutro”.

Będą papiery, które miałam podpisać.

Będą telefony ze szkoły.

I oczywiście będzie:

– Mamo, przecież ci mówiłem!

Dlatego oficjalnie ogłaszam:

NOWY ROK UWAŻAM ZA ROZPOCZĘTY! 🥂😂

Drodzy rodzice dzieci szkolnych wszystkiego najlepszego!

Życzę nam dużo zdrowia, cierpliwości, niskiego ciśnienia, krótkich kolejek w Staples i jak najmniej telefonów ze szkoły.

A rodzicom nastolatków życzę przede wszystkim dobrej pamięci.

Bo nasze dzieci najwyraźniej mówią nam WSZYSTKO.

To tylko my, biedni rodzice, niczego nie pamiętamy. 

A teraz przyznawać się!

Czy tylko ja tak mam?

Czy u Was też dzień przed rozpoczęciem szkoły budzi się niedźwiedź i nagle okazuje się, że potrzebuje połowy sklepu, nowych spodni i podpisu na dokumencie, o którym „przecież mówił dwa miesiące temu”?

Bo jeśli tak…

to kochani, otwieramy szampana.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU SZKOLNEGO! 🥂

Screenshot

Ja zostaję. Ale przestańmy udawać, że nie widzimy, dlaczego inni odchodzą

Odbylam nietuzinkową rozmowę.

Taką, która zaczęła się właściwie zwyczajnie, a skończyła tak ostrą dyskusją, że w pewnym momencie po prostu się rozłączyłyśmy.

I choć telefon zamilkł, rozmowa we mnie trwa nadal.

Siedzi mi w głowie. Wkurza mnie. Uwiera. Każe myśleć.

Bo rozmawiałyśmy o Kościele.

O naszym Kościele katolickim.

O Eucharystii. O księżach. O pieniądzach. O młodych, których w kościelnych ławkach coraz częściej po prostu nie ma.

I o ludziach, których znam osobiście, a którzy odchodzą z Kościoła katolickiego i wybierają wspólnoty protestanckie.

A takich osób wokół mnie jest coraz więcej.

I nie będę udawała, że tego nie widzę.

Zaczęło się od tego, że moja rozmówczyni powiedziała mi, że była w niedzielę na spotkaniu prowadzonym przez pastora.

Powiedziałam więc:

– Jeżeli jesteś katoliczką, to z punktu widzenia wiary katolickiej nie byłaś na Mszy Świętej.

I się zaczęło.

– Ale przecież modliliśmy się do Boga!

Oczywiście, że się modliliście.

– Czytaliśmy Biblię!

Wierzę.

– Śpiewaliśmy, wielbiliśmy Boga, pastor mówił o Bogu, ludzie byli razem!

Ja tego wszystkiego nie neguję.

Nie twierdzę, że ich modlitwa jest nieważna. Nie twierdzę, że Bóg nie słyszy człowieka modlącego się w kościele protestanckim. Nie mam również potrzeby wyśmiewania czy poniżania czyjejkolwiek wiary.

Ale powiedziałam jej coś, czego nie zamierzam wycofywać.

Dla mnie jako katoliczki nabożeństwo protestanckie nie jest tym samym, czym jest Msza Święta.

Bo w centrum Mszy Świętej jest Eucharystia.

I tu nie chodzi o kawałek opłatka. Nie chodzi o symboliczny gest. Nie chodzi o piękną tradycję naszych babć.

Ja naprawdę wierzę, że podczas konsekracji chleb i wino stają się Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa.

Naprawdę.

Nie tak jakby .Nie symbolicznie.

Wierzę, że On tam jest.

I jeżeli przestanę w to wierzyć, wtedy rzeczywiście mogę powiedzieć:

Wszystko jedno, gdzie pójdę. Przecież wszędzie jest ten sam Bóg .

Ale dopóki wierzę w Eucharystię, nie jest mi wszystko jedno.

I tu mogłabym zakończyć rozmowę. Wyciągnąć Katechizm, postawić kropkę i powiedzieć:

Mam rację 

Tylko co z tego?

Bo wtedy moja rozmówczyni zaczęła mówić o czymś, od czego znacznie trudniej było mi się odciąć.

Powiedziała mniej więcej:

– Wy, katolicy, możecie mówić o Eucharystii, ale popatrzcie, co dzieje się w waszych kościołach.

I poleciało.

Że księża przynudzają.

Że czasami człowiek wychodzi z kazania i nie pamięta ani jednego zdania, które mógłby zabrać do swojego życia.

Że zamiast usłyszeć o Bogu, słyszy kolejny apel, komunikat, ogłoszenie, zbiórkę i prośbę o pieniądze.

Daj na to.

Daj na tamto.

Koperta.

Taca.

Remont.

Zbiórka.

A człowiek zaczyna pytać:

Czy Kościół ma dla mnie coś poza kolejną prośbą o pieniądze?

Mocne?

Mocne.

Niesprawiedliwe wobec wielu parafii i wielu fantastycznych księży?

Oczywiście, że tak.

Ale czy naprawdę nikt z nas nigdy nie miał podobnego odczucia?

I właśnie tutaj zaczęło mnie boleć najbardziej.

Bo łatwo byłoby mi powiedzieć:

Bzdury! Atakujesz Kościół!

Tylko ja sama wiem, że część tego, co mówiła, nie wzięła się z powietrza.

Potem usłyszałam:

– Powiedz mi, co macie dla młodych?

I zrobiło mi się jeszcze mniej wygodnie.

Bo rzeczywiście…

Gdzie oni są?

Gdzie są nastolatki?

Gdzie są młodzi dorośli?

Dlaczego potrafimy mieć kościół pełen dzieci podczas Pierwszej Komunii, pełen młodzieży podczas bierzmowania, a potem nagle robi się pusto?

Bierzmowanie i do widzenia.

Następne spotkanie przy ślubie.

Potem może przy chrzcie dziecka.

A czasem dopiero przy pogrzebie.

I możemy przez następne dwadzieścia lat powtarzać:

Dzisiejsza młodzież jest taka i taka

Tylko może zamiast ciągle pytać:

Dlaczego młodzi nie przychodzą do Kościoła?

warto czasem odwrócić pytanie:

Co zrobiliśmy, żeby chcieli przyjść?

Nie dlatego, że mama każe.

Nie dlatego, że babcia będzie płakała.

Nie dlatego, że potrzebują papierka do bierzmowania.

Tylko dlatego, że czują:

To jest również moje miejsce .

Czy mają gdzie przyjść w piątek wieczorem?

Czy ktoś z nimi usiądzie?

Czy mogą zadać trudne pytania o związki, samotność, zwątpienie, homoseksualizm, cierpienie, naukę, sens życia i swoje wątpliwości dotyczące Boga bez natychmiastowego usłyszenia:

Nie wolno 

Tak nie można 

Kościół naucza

Kościół oczywiście musi nauczać.

Ale może zanim odpowiemy człowiekowi, trzeba go najpierw wysłuchać?

Może młody człowiek potrzebuje zobaczyć, że Kościół nie boi się jego pytań?

Bo jeśli nie zada ich nam, zada je komuś innemu.

I odpowiedź dostanie.

Tylko już niekoniecznie od nas.

Moja rozmówczyni powiedziała:

– U protestantów moje dzieci chcą iść. Są inne rodziny. Są młodzi. Jest muzyka. Spotykamy się. Rozmawiamy. Czytamy Biblię. Ludzie znają się po imieniu. Ktoś zauważa, że mnie nie było.

I wiecie, co jest najłatwiejszą odpowiedzią?

Bo robią show 

Możemy tak powiedzieć.

Tylko że człowiek, który tam poszedł, odpowie:

Może i show. Ale ktoś mnie tam zauważył .

I zaczyna się robić naprawdę niewygodnie.

Bo może nie chodzi tylko o muzykę.

Może chodzi o relację.

O wspólnotę.

O zwykłe:

Jak się masz?

I nie takie rzucone w drzwiach zakrystii, kiedy ksiądz już patrzy na zegarek.

Tylko prawdziwe:

Jak się masz? Co się u ciebie dzieje? Usiądź. Pogadajmy .

Z drugiej strony słyszymy:

„Znajdź sobie stałego spowiednika”.

„Porozmawiaj z księdzem”.

„Potrzebujesz kierownictwa duchowego”.

Pięknie.

Tylko co ma zrobić człowiek, który próbuje i słyszy:

„Nie mam czasu”.

„Jestem zajęty”.

„Umów się kiedy indziej”.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

I w końcu już nie przychodzi.

Nie dlatego, że przestał potrzebować rozmowy.

Po prostu znalazł kogoś, kto miał dla niego czas.

I tutaj muszę dopowiedzieć coś bardzo ważnego, bo piszę również z perspektywy Polki mieszkającej od lat w USA.

Na obczyźnie Kościół wygląda trochę inaczej.

Tutaj polska parafia nie jest tylko budynkiem, do którego wpadasz w niedzielę na Mszę, a potem wracasz do domu.

Dla wielu ludzi jest kawałkiem Polski.

Jest miejscem, gdzie słyszysz swój język.

Gdzie twoje dziecko poznaje polskie tradycje.

Gdzie spotykasz ludzi, którzy rozumieją, co znaczy żyć tysiące kilometrów od rodzinnego domu.

Tutaj wspólnota naprawdę potrafi stać się rodziną.

I właśnie dlatego tak trudno mi zrozumieć pewne decyzje, które obserwujemy na emigracji.

Pojawia się kapłan, który zaczyna coś budować.

Nie tylko odprawia swoje.

On wychodzi do ludzi.

Rozmawia.

Słucha.

Zna ich imiona.

Jest z młodymi.

Tworzy spotkania.

Daje im przestrzeń.

Młodzież, której wcześniej prawie nie było, zaczyna wracać.

Rodziny przychodzą z dziećmi.

Powstaje wspólnota.

Ludzie zaczynają czuć:

To jest mój Kościół. Tutaj jest moje miejsce.

Zaczyna się coś dziać.

Zaczyna być życie.

I właśnie wtedy czasami przychodzi cięcie.

Zmiana.

Przeniesienie.

Nowy kapłan.

I słyszymy argument:

Ludzie nie powinni przywiązywać się do księdza .

Tylko wiecie co?

Ja mam z tym ogromny problem.

Bo oczywiście, że nasza wiara nie może opierać się na człowieku.

Kapłan nie jest Bogiem.

Nie idziemy do kościoła dla księdza.

Centrum jest Chrystus.

Ale czy naprawdę więź z dobrym kapłanem jest czymś złym?

Przecież człowiek właśnie poprzez relacje uczy się wiary.

Dobry kapłan może być tym, który przyprowadzi młodego człowieka do Jezusa.

Który nauczy go modlitwy.

Który odpowie na pytania.

Który zobaczy, że coś się z nim dzieje.

Który sprawi, że młody człowiek po latach nieobecności pierwszy raz pomyśli:

Kurczę… może jednak chcę tutaj być

I kiedy właśnie zaczynają pojawiać się owoce, ktoś mówi:

Nie przyzwyczajajcie się

Ale dlaczego?

Na emigracji właśnie potrzebujemy takich więzi.

Potrzebujemy kapłanów, którzy nie są tylko administratorami parafii.

Potrzebujemy pasterzy.

Ludzi zaangażowanych.

Obecnych.

Takich, którzy są częścią wspólnoty, a nie tylko osobą stojącą po drugiej stronie ołtarza.

Bo my tutaj nie mamy za rogiem rodzinnej miejscowości, babci, ciotki, kuzynów i znajomych z dzieciństwa.

Wielu z nas właśnie wokół polskiego kościoła przez lata budowało swój mały kawałek domu.

Dlatego kiedy zabiera się kapłana, który stworzył relacje, czasami nie zmienia się po prostu nazwisko w biuletynie parafialnym.

Rozrywa się coś, co ludzie budowali latami.

I oczywiście kapłani są przenoszeni. Są potrzeby diecezji i zakonów, o których my, świeccy, często nie mamy pojęcia. Nie chcę udawać, że znam powody każdej decyzji.

Ale chcę mieć prawo zapytać:

Czy ktoś przy podejmowaniu tych decyzji patrzy również na ludzi?

Na młodzież, która właśnie zaczęła wracać?

Na dzieci?

Na rodziny?

Na wspólnotę, która właśnie zaczęła żyć?

Bo jeśli przez kilka lat uczymy ludzi:

Budujcie wspólnotę. Twórzcie relacje. Znajdźcie spowiednika. Rozmawiajcie z kapłanem. Zaufajcie mu

a kiedy oni naprawdę to zrobią, mówimy:

No dobrze, ale nie przywiązujcie się, bo go przeniesiemy

to przepraszam…

ale gdzie tu jest logika?

A potem przychodzi następny.

Może świetny ekonomista.

Może doskonały administrator.

Może tabelki się zgadzają, rachunki są opłacone i wszystko pięknie wygląda na papierze.

Tylko ludzi zaczyna ubywać.

Młodzi znowu znikają.

Spotkania umierają.

Wspólnota się rozsypuje.

I zostaje zarządzanie budynkiem.

A przecież Kościół to nie budynek.

Kościół to ludzie.

I jeszcze jedna rzecz, która padła w tej rozmowie.

Pieniądze.

Ludzie naprawdę wiedzą, że utrzymanie kościoła kosztuje.

Prąd kosztuje.

Ogrzewanie kosztuje.

Remont kosztuje.

Ubezpieczenia, naprawy, utrzymanie budynku  to nie bierze się z powietrza.

Nikt rozsądny nie oczekuje, że parafia będzie funkcjonowała za darmo.

Ale ludzie chcą wiedzieć, na co dają.

Jeżeli mówię:

„To jest dar na ołtarz”.

„To jest na remont kościoła”.

„To jest na młodzież”.

„To jest na konkretną potrzebę parafii”.

człowiek rozumie.

Widzę cel.

Wiem, na co daję.

Mogę zdecydować, że chcę być częścią tego dzieła.

Ale kiedy człowiek słyszy tylko:

„Trzeba zapchać dziurę, kolejny apel biskupi”

to coś w nim pęka.

Bo wierny nie chce być chodzącym portfelem do łatania kolejnej dziury w budżecie.

Chce być częścią wspólnoty.

Chce wiedzieć, że jego dar coś buduje.

I przede wszystkim chce czuć, że kiedy nie ma pieniędzy w ręku, nadal jest dla Kościoła tak samo ważny.

Bo jeśli o pieniądze potrafimy upomnieć się kilka razy, a o człowieka, którego od pół roku nie ma w kościele, ani razu…

to może właśnie tutaj powinna zapalić nam się czerwona lampka.

Zwłaszcza tutaj.

Na emigracji.

W Stanach Zjednoczonych.

Gdzie nasze dzieci dorastają już w zupełnie innym świecie niż my.

Gdzie język polski nie zawsze jest ich pierwszym językiem.

Gdzie mają tysiąc innych możliwości.

Gdzie naprawdę nie muszą przyjść do polskiego kościoła.

One muszą chcieć przyjść.

A żeby chciały, nie wystarczy powiedzieć:

„Bo jesteś Polakiem”.

„Bo jesteś katolikiem”.

„Bo babcia chodziła”.

Nie.

One muszą zobaczyć tam życie.

Relację.

Wspólnotę.

Autentyczność.

I Jezusa.

Dlatego kiedy w polskim Kościele w USA pojawia się kapłan, który potrafi dotrzeć do młodych, przyciągnąć rodziny, stworzyć wspólnotę i sprawić, że ludzie po Mszy nie uciekają do samochodów, ale chcą jeszcze zostać razem, może zamiast bać się, że ludzie za bardzo się do niego przywiążą, warto zapytać:

Co on robi dobrze?

Może zamiast ucinać coś, co zaczęło żyć, warto pomóc temu rosnąć?

Bo za kilka lat możemy mieć pięknie utrzymany budynek.

Dobre finanse.

Załatane wszystkie dziury.

Tylko może zabraknąć najważniejszego.

Ludzi.

A szczególnie młodych.

I wtedy żadna księgowość nie odpowie nam na pytanie:

„Gdzie oni wszyscy poszli?”

Padł też w naszej rozmowie temat nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej.

Wiem, że Kościół dopuszcza ich posługę.

Wiem, że istnieją dotyczące tego przepisy i konkretne okoliczności.

Ale wiem również, że dla części wiernych jest to trudne.

Patrzą i pytają:

„Skoro dla mnie to naprawdę jest Ciało Chrystusa, dlaczego rozdaje Je świecki człowiek?”.

Można odpowiedzieć:

„Bo Kościół na to pozwala. Koniec”.

Tylko czy naprawdę o to chodzi?

Może właśnie tutaj potrzeba katechezy.

Wyjaśnienia.

Rozmowy.

Bo bunt człowieka nie zawsze wynika ze złej woli.

Czasami wynika właśnie z tego, że Eucharystię traktuje tak poważnie.

I padło zdanie, które chyba najbardziej mnie rozwaliło:

– Wasz Kościół umrze śmiercią naturalną.

Zagotowało się we mnie.

Bo nie.

Wierzę, że Kościół Chrystusa nie jest tylko ludzką organizacją, której przyszłość zależy od wyników frekwencji.

Ale jednocześnie patrzę na ławki.

Patrzę na młodych.

Patrzę na ludzi, których znałam jako katolików, a którzy dziś są we wspólnotach protestanckich.

I nie chcę sobie wygodnie powiedzieć:

Ich problem. Mieli za mało wiary

Może czasem tak.

Ale może czasami my też zawaliliśmy.

Może mieliśmy Skarb, ale nie potrafiliśmy pokazać jego piękna.

Może mieliśmy Eucharystię, ale zabrakło nam relacji.

Mieliśmy sakramenty, ale zabrakło czasu.

Mieliśmy prawdę, ale czasami podawaliśmy ją bez miłości.

Mieliśmy kościół, ale człowiek nie znalazł w nim wspólnoty.

I to jest dla mnie dramat.

Bo przecież jeżeli naprawdę wierzę, że na ołtarzu jest Jezus Chrystus, to mam ochotę krzyczeć:

Ludzie, my mamy Skarb!

Tylko co z tego, że mamy Skarb, jeżeli czasem zasłaniamy Go człowiekowi sobą?

Biurokracją.

Obojętnością.

Brakiem czasu.

Kłótniami.

Pieniędzmi.

Skandalami.

Chłodem.

Bo zawsze tak było

Bo takie są przepisy

Bo proszę przyjść w godzinach kancelarii

A po drugiej stronie ulicy ktoś mówi:

Chodź. Usiądź z nami. Jak masz na imię? Przyprowadź dzieci. W piątek mamy spotkanie. W sobotę robimy coś dla rodzin. W niedzielę zostań po nabożeństwie. Napijemy się kawy.

I później jesteśmy zdziwieni, że człowiek poszedł.

Nie piszę tego przeciwko Kościołowi.

Piszę to właśnie dlatego, że jestem w Kościele.

I zostaję.

Ze swoim buntem.

Ze swoimi pytaniami.

Z tym, czego nie rozumiem.

Z tym, co mnie wkurza.

Z decyzjami ludzi Kościoła, z którymi czasami kompletnie się nie zgadzam.

Z księżmi, których uwielbiam słuchać, i z takimi, przy których walczę ze snem.

Z całym tym naszym ludzkim bałaganem.

Zostaję.

Wiecie dlaczego?

Bo ostatecznie nie przychodzę tam po księdza.

Nie przychodzę po biskupa.

Nie przychodzę po idealne kazanie.

Nie przychodzę po koncert.

Nie przychodzę po kawę i ciastko.

Nie przychodzę nawet po to, żeby ktoś mnie zabawiał.

Przychodzę po Jezusa.

Przychodzę do Eucharystii.

Przychodzę, bo wierzę, że On tam jest.

I właśnie dlatego boli mnie, kiedy widzę ludzi odchodzących.

Nie chcę za nimi krzyczeć:

Heretycy! Zdrajcy! Jak możecie?!

Chcę zapytać:

Co się wydarzyło, że przestaliście czuć się u nas jak w domu ?

A nas, katolików świeckich, księży, biskupów, wszystkich chciałabym zapytać jeszcze mocniej:

Czy zanim osądzimy tych, którzy odeszli, mieliśmy odwagę zapytać, dlaczego odeszli?

Może odpowiedź nie będzie dla nas przyjemna.

Może zaboli.

Może okaże się, że nie wszystko jest winą „dzisiejszego świata”, telefonów, internetu i młodzieży, której „nic się nie chce”.

Może część odpowiedzialności jest również po naszej stronie.

I jeszcze jedno.

Nie chcę Kościoła protestanckiego w katolickim przebraniu.

Nie chcę zmieniać Eucharystii w koncert.

Nie chcę rozwadniać wiary tylko po to, żeby ławki były pełne.

Nie o to chodzi.

Chcę Kościoła katolickiego, który wie, jaki Skarb posiada, i potrafi zanieść go człowiekowi.

Kościoła, w którym Eucharystia jest centrum, ale człowiek nie jest numerem.

Kościoła, w którym ksiądz jest kapłanem, ale również pasterzem.

Kościoła, w którym młody może zadawać pytania.

Dziecko ma swoje miejsce.

Rodzina znajduje wspólnotę.

Samotny znajduje człowieka.

Zagubiony może zapukać.

A ten, który zwątpił, nie usłyszy od razu kazania, tylko najpierw:

„Siadaj. Opowiedz mi, co się stało”.

Może właśnie tak trzeba dzisiaj bronić Kościoła.

Nie krzykiem, że wszyscy inni się mylą.

Nie udawaniem, że u nas wszystko działa doskonale.

Tylko powrotem do Tego, od którego wszystko się zaczęło.

Do Jezusa.

Bo Jezus miał czas.

Jezus siadał z ludźmi.

Jezus słuchał.

Jezus szedł do tych, których inni omijali.

Jezus mówił prawdę, ale człowiek wiedział, że jest kochany.

I może zanim zaczniemy zastanawiać się, jak zatrzymać ludzi w Kościele, powinniśmy zadać sobie prostsze pytanie:

Czy człowiek, który przekracza próg naszego kościoła, spotyka tam Jezusa również w nas?

Ja zostaję.

Nie dlatego, że nie widzę.

Właśnie dlatego, że widzę.

Nie dlatego, że wszystko akceptuję.

Nie dlatego, że nie mam pytań.

Nie dlatego, że Kościół tworzą sami idealni ludzie.

Zostaję, bo wiem, Kogo tam szukam.

Jezusa w Eucharystii.

Ale jednocześnie nie chcę milczeć, kiedy kolejni ludzie mówią mi, że odchodzą.

Bo może zamiast obrażać się na ich decyzję, najwyższy czas ich wysłuchać.

Dlatego naprawdę jestem ciekawa Waszych doświadczeń.

Czy Wy też to widzicie?

Czy Wasi znajomi albo bliscy odchodzą do wspólnot protestanckich?

Co tam znaleźli?

Czego zabrakło im w Kościele katolickim?

A może macie zupełnie inne doświadczenia i Wasza parafia żyje, młodzi przychodzą, rodziny się spotykają, księża są dostępni i naprawdę dzieje się dobro?

Napiszcie.

Tylko proszę bez wojny religijnej.

Nie interesuje mnie konkurs pod tytułem „czyj Kościół jest lepszy”.

Interesuje mnie znacznie trudniejsze pytanie:

Skoro wierzymy, że mamy Eucharystię Jezusa żywego i obecnego to dlaczego tak wielu ludzi od nas odchodzi?

I co możemy zrobić, żeby zamiast tylko za nimi krzyczeć…

znowu mieć dla nich otwarte drzwi?

Screenshot

Dzisiaj rozmyślam…

Dzisiaj przeczytałam, że zmarła młoda osoba. Glejak.

I wiecie co? Ja pierdziu… ta choroba naprawdę mnie przeraża.

Nie jestem lekarzem i nie zamierzam tutaj udawać specjalistki. Ale samo słowo glejak jest dla mnie jakieś zimne, straszne. Takie, które człowiekiem telepie.

Bo co jakiś czas słyszę: ktoś zachorował. Ktoś walczy. Ktoś odszedł.

I dzisiaj złapałam się na tym że myślę :

Skąd się bierze to gówno?

Naprawdę.

Żyjemy w czasach, kiedy medycyna potrafi rzeczy, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się niemożliwe. Przeszczepiamy narządy, mamy terapie celowane, immunoterapię, roboty operacyjne.Potrafimy zajrzeć człowiekowi niemal w każdy zakamarek ciała.

A jest glejak.

I nagle okazuje się, że nadal tak wielu rzeczy nie wiemy.

Zaczęłam trochę o nim czytać, bo wcześniej specjalnie tego nie robiłam. I chyba najbardziej uderzyło mnie to, że w większości przypadków nie da się wskazać jednej konkretnej przyczyny. Komórki zaczynają się zmieniać, namnażać, powstaje guz, ale dlaczego wydarzyło się to właśnie u tego człowieka?

Często nie ma odpowiedzi.

I to chyba przeraża mnie najbardziej.

Bo skoro nie znamy konkretnej przyczyny, to jak mamy się przed tym chronić?

Nie chcę tym wpisem nikogo straszyć. Absolutnie. Ból głowy nie oznacza guza mózgu. Gorsza pamięć również nie. Sama pewnie po przeczytaniu listy objawów znalazłabym u siebie połowę.

Ale są rzeczy, których nie powinniśmy ignorować. Nowe i nasilające się bóle głowy, problemy ze wzrokiem, mową czy równowagą, nagłe zmiany zachowania, osłabienie części ciała albo pierwszy w życiu napad padaczkowy to sygnały, które powinny zaprowadzić nas do lekarza.

I dzisiaj chce o tym napisać.

Bo my jesteśmy mistrzami tłumaczenia sobie wszystkiego.

Zmęczona jestem.

Nie wyspałam się.

Stres.

Pogoda.

Wiek.

Przejdzie.

No właśnie.

A może czasami nie powinniśmy czekać, aż przejdzie? Może czasami trzeba po prostu sprawdzić?

Najbardziej jednak siedzi mi dzisiaj w głowie coś zupełnie innego.

Jak to możliwe, że człowiek potrafi wysłać sondę miliardy kilometrów od Ziemi, przeszczepić serce, stworzyć sztuczną inteligencję, a nadal istnieją choroby, przy których lekarz nie może po prostu powiedzieć:

„Mamy lek. Wyleczymy cię”.

Oczywiście glejaki się leczy. Są operacje, radioterapia, chemioterapia, pojawiają się nowe metody i prowadzone są badania. Są również ludzie, którzy żyją z tą diagnozą znacznie dłużej, niż początkowo przewidywano.

Ale nie będę też udawać, że ta choroba mnie nie przeraża.

Przeraża.

Może właśnie dlatego dzisiaj o niej piszę.

Bo czasami wiadomość o śmierci nawet zupełnie obcego człowieka zatrzymuje nas na chwilę. Wyrywa z tego naszego codziennego biegu i mówi:

Hello.

Nie jesteś niezniszczalny.

Życie naprawdę jest kruche.

Więc dbaj o siebie. Badaj się. Nie ignoruj tego, co mówi Ci własne ciało.

Ale przede wszystkim  żyj.

Nie kiedyś

Nie jak dzieci dorosną.

Nie jak będzie więcej pieniędzy.

Nie jak schudnę.

Nie jak zmienię pracę.

Nie jak wreszcie będzie spokojniej.

Bo może nigdy nie będzie idealnego momentu.

Żyj dzisiaj.

Przytul człowieka, którego kochasz.

Zadzwoń, jeśli za kimś tęsknisz.

Powiedz kocham , zamiast zakładać, że przecież wie.

Idź na ten spacer.

Wypij tę kawę.

Śmiej się głośno.

Nie odkładaj całego życia na później.

Bo chyba właśnie o tym dzisiaj rozmyślam najbardziej.

Nie o śmierci.

O życiu.

A Wy?

Spotkaliście się kiedyś z glejakiem w swojej rodzinie albo wśród znajomych? Pamiętacie, jakie były pierwsze symptomy? Wiedzieliście wcześniej coś więcej o tej chorobie?

Bo ja przyznaję bez bicia wiedziałam niewiele.

I nadal mam więcej pytań niż odpowiedzi.

Screenshot

Wkurzona wiara

W niedzielę siedziałam w moim ulubionym fotelu i wpatrywałam się w ekran telefonu.

Czytałam wiadomość od koleżanki.

Raz.

Potem drugi.

I jeszcze raz, jakby za kolejnym razem słowa miały ułożyć się inaczej.

Nie ułożyły się.

Choroba postępuje.

I te dwa słowa wcisnęły mnie głęboko w fotel.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

Nie wiedziałam, co napisać.

Nie wiedziałam nawet, co pomyśleć.

W głowie zaczęło tłuc mi się tylko jedno pytanie.

Boże, dlaczego?

Dlaczego?!

Dlaczego chorują ludzie, którzy tak bardzo chcą żyć?

Dlaczego cierpią ci, którzy mają jeszcze tyle miłości do rozdania, tyle planów, tyle ludzi obok siebie?

Dlaczego moja koleżanka musi przez to przechodzić?

Przecież ją kochasz.

Przecież mówimy, że jesteś dobry.

Że jesteś Ojcem.

Że chcesz dla nas życia w obfitości.

No to gdzie ono jest, Boże?

Gdzie?!

Pytałam.

I nic.

Cisza.

Żadnej odpowiedzi.

I wiecie co?

W tej ciszy zaczął rodzić się we mnie bunt.

Najpierw mały.

A po chwili już się we mnie gotowało.

Złość.

Bezsilność.

Żal.

Taki, że gdybym mogła, przywaliłabym głową w ścianę, bo nie potrafiłam tego wszystkiego poukładać.

Kurwa mać, jak mnie nosiło.

Tak.

Właśnie tak wyglądała w niedzielę moja modlitwa.

Nie była piękna.

Nie była pobożna.

Nie nadawała się na obrazek z zachodem słońca.

Był we mnie krzyk.

Boże, dlaczego?!

I było jeszcze jedno pytanie.

Tym razem już nie do Boga.

Do siebie.

Jola, gdzie jest ta twoja wiara?

No gdzie?

Tak łatwo mówić: „Jezu, ufam Tobie”, kiedy wszystko jakoś się układa.

Tak łatwo mówić o Bożym prowadzeniu, kiedy dzieci są zdrowe, telefon nie przynosi złych wiadomości, a życie mimo swoich zakrętów toczy się dalej.

Ale co zostaje z mojej wiary, kiedy przychodzi cierpienie, którego nie potrafię zaakceptować?

Gdzie jest wtedy moje ziarnko gorczycy?

Szukałam go w sobie i, cholera, ledwo je widziałam.

A może wcale go nie widziałam.

I pomyślałam o Niej .

O jej spokoju.

O jej zawierzeniu.

O tym, że to  Ona przechodzi przez coś, czego ja nawet nie potrafię sobie wyobrazić, a jednak jest w niej coś, czego mnie wtedy brakowało.

Ufność.

Przypomniał mi się jej głos.

Ten aksamitny, ciepły głos, którym śpiewa psalmy w kościele.

Boże… jaki ona ma głos.

Taki, przy którym człowiek na chwilę przestaje patrzeć dookoła i po prostu słucha.

I chciało mi się wyć jeszcze bardziej.

Musiałam wyjść.

Założyłam buty i poszłam.

Nie spacerowałam.

Ja właściwie uciekałam.

Przed własnymi myślami, przed bezradnością, przed pytaniami, na które nikt nie dawał mi odpowiedzi.

Nie biegam, ale tego dnia ruszyłam z kopyta.

Szłam coraz szybciej.

A potem zaczęłam biec.

Biegłam, choć przecież nie biegam.

Biegłam, jakbym mogła wybiegać z siebie tę wściekłość, ten bunt, tę cholerną bezradność.

Klnęłam jak szewc.

W pewnym momencie walnęłam nogą w drzewo, jakby było winne całemu cierpieniu tego świata.

Łzy kapały mi po twarzy.

Nie wycierałam ich.

Niech lecą.

Bo wtedy nie umiałam inaczej.

W końcu zaczęło brakować mi tchu.

I może właśnie tego potrzebowałam.

Bo kiedy ciało wreszcie kazało mi zwolnić, w głowie pojawiła się jedna myśl.

Nie odpowiedź.

Nie wyjaśnienie.

Nie wielkie objawienie, po którym nagle zrozumiałam sens cierpienia.

Nic z tych rzeczy.

Tylko:

Jestem z Nią .

Zatrzymałam się z tą myślą.

Jestem z nią.

Jakby Bóg nie odpowiadał mi na moje „dlaczego”, tylko mówił:

Nie zostawiłem jej.

Jestem.

Prowadzę ją.

Trzymam ją za rękę.

I wtedy coś we mnie pękło.

Bo może ja cały czas żądam od Boga odpowiedzi, a On przecież nie obiecał mi, że wszystko zrozumiem.

Może wiara nie polega na tym, że przestajesz pytać.

Może nie polega na tym, że cierpienie nagle zaczyna mieć sens.

Może wiara wcale nie oznacza spokojnego przyjmowania wszystkiego ze spuszczoną głową i mówienia:

Widocznie tak miało być

Nie.

Ja nie potrafię tak powiedzieć.

Nie chcę oswajać cierpienia pięknymi zdaniami.

Rak nie jest piękny.

Choroba nie jest piękna.

Strach nie jest piękny.

Bezradność rodziny nie jest piękna.

Łzy nie są piękne.

I nie będę udawała przed Bogiem, że mnie to nie wkurza.

Bo wkurza.

Potwornie.

Ale może wiara zaczyna się właśnie tutaj.

Nie wtedy, kiedy wszystko rozumiem.

Tylko wtedy, kiedy nie rozumiem już nic.

Kiedy stoję przed Bogiem wściekła, zapłakana, bezradna i mówię:

Boże, nie rozumiem Cię.

Nie podoba mi się to.

Nie umiem pogodzić się z cierpieniem drugiego człowieka.

Mam do Ciebie tysiąc pytań.

Ale Cię nie puszczę.

Może właśnie to jest moje ziarnko gorczycy.

Nie wielka wiara.

Nie niezachwiana pewność.

Nie święty spokój.

Tylko to jedno:

Nie odchodzę.

Mogę krzyczeć.

Mogę płakać.

Mogę się złościć.

Mogę pytać Boga po raz tysięczny: Dlaczego?

Ale nadal pytam Jego.

Nadal idę do Niego.

Nadal wierzę, że kiedy ja nie potrafię zrobić już absolutnie nic, On jest tam, gdzie ja nie mogę być.

Przy niej.

I dlatego dzisiaj nie proszę Was o odpowiedzi.

Nie potrzebuję tłumaczenia, dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie.

Dzisiaj nie chcę teologii.

Proszę tylko o modlitwę za moją koleżankę.

Bóg wie, za kogo.

Pomódlcie się za Nią .

O siłę.

O pokój.

O potrzebne łaski.

O mądrość dla tych, którzy się nią opiekują.

O nadzieję dla niej i jej najbliższych.

I tak.

Pomódlmy się również o cud.

Bo dopóki wierzę w Boga, będę miała czelność prosić Go o rzeczy po ludzku niemożliwe.

Boże, proszę Cię o jej życie.

Proszę Cię o zdrowie.

Proszę Cię, zatrzymaj chorobę.

Proszę Cię o cud.

A kiedy znowu zapytam:

Dlaczego?

i znowu nie usłyszę odpowiedzi…

pozwól mi przynajmniej usłyszeć w tej ciszy:

„Jestem.

Jestem przy niej.

Nie puściłem jej ręki”.

Bo może moja wiara jest dzisiaj wkurzona, zapłakana i poobijana.

Może jest mniejsza niż ziarnko gorczycy.

Ale ciągle jest zwrócona w Twoją stronę.

Patrzę na nią i myślę o jej spokoju.

O jej ufności.

O tym, że to ona ma tysiąc powodów, żeby krzyczeć, a jednak potrafi oddać się Bogu.

A ja chyba krzyczę trochę za nią.

I może właśnie dlatego nie muszę wszystkiego rozumieć.

Może nie muszę znać odpowiedzi.

Może wystarczy mi świadomość, że można przechodzić przez największą burzę i wciąż trzymać Boga za rękę.

A może jest jeszcze inaczej.

Może to nie my trzymamy Jego.

Może to On trzyma nas.

Kiedy wierzymy.

Kiedy wątpimy.

Kiedy się modlimy.

Kiedy płaczemy.

Kiedy jesteśmy spokojni.

I kiedy ze złości walimy nogą w drzewo i krzyczymy do Niego:

Boże, dlaczego?!

On nadal trzyma.

Ją.

Mnie.

Nas.

Dlatego dzisiaj, Boże, nie będę udawała, że rozumiem.

Nie rozumiem.

Ale proszę Cię trzymaj ją mocno.

Mocniej niż choroba.

Mocniej niż strach.

Mocniej niż wszystko, co przed nią.

A ja będę się modlić.

Będę prosić.

Będę krzyczeć.

I będę bezczelnie wierzyć w cud.

Bo może moja wiara jest dzisiaj wkurzona, zapłakana i poobijana.

Ale wciąż patrzy w Twoją stronę.

I chyba właśnie dlatego wciąż jest wiarą.

JESTEM PRO-LIFE

Przeczytałam dziś piękny wpis kobiety, matki dziewięciorga dzieci. O lęku przed kolejną ciążą. O pytaniach, które zna chyba niejedna matka: czy damy radę? Czy wystarczy pieniędzy, czasu, miejsca, siły? Czy chcę jeszcze raz przechodzić przez trudy ciąży, pieluchy, nieprzespane noce? Czy jestem gotowa zrezygnować z części swojej wygody, pracy, planów?

Pisała o tym, że z czasem lęk ustąpił miejsca zaufaniu. Że otwarcie na kolejne życie nie zabrało jej szczęścia, ale nauczyło ją, czym to szczęście naprawdę jest. Że dzieci są darem, a człowiek czasami dopiero z perspektywy czasu dostrzega, ile dobra przyszło do jego życia drogą, której sam nigdy by nie zaplanował.

I wiecie co?

To jest piękne świadectwo.

Naprawdę.

Potrzebujemy takich świadectw. Potrzebujemy kobiet, które powiedzą innym: „Ja też się bałam. Ja też miałam wątpliwości. Nie wszystko było łatwe, ale zaufałam i dzisiaj widzę w tym życiu dar”.

Tylko że czytając ten wpis, poczułam, że coś we mnie pęka.

Bo ja też mówię:

Jestem pro-life.

I  zadałam sobie bardzo niewygodne pytanie:

Jola, a co ty właściwie zrobiłaś w swoim życiu, żeby móc powiedzieć, że naprawdę jesteś pro-life?

I zabolała mnie odpowiedź.

Niewiele.

Zdecydowanie za mało.

Mieszkam w New York .

Gdyby dzisiaj stanęła przede mną kobieta z dziećmi i powiedziała:

„Boję się wrócić do domu. Nie mam pieniędzy. Nie mam rodziny. Nie mam gdzie spać. Pomóż mi”.

Czy potrafiłabym natychmiast podać jej konkretny adres?

Nie.

Czy znam adres miejsca, do którego może zgłosić się samotna matka z dziećmi?

Nie.

Czy wiem, gdzie w mojej okolicy znajduje się jadłodajnia dla ubogich?

Nie.

Czy znam noclegownię, do której mogłabym skierować bezdomnego człowieka, żeby tej nocy nie spał na ulicy?

Nie.

I właśnie to mną dzisiaj wstrząsnęło.

Bo bardzo łatwo powiedzieć:

„Jestem pro-life”.

Tylko co to właściwie znaczy?

Masz nakładkę PRO-LIFE na zdjęciu profilowym?

Dobrze.

A znasz adres domu dla samotnej matki w mieście, w którym mieszkasz?

Interesowałeś się tym kiedyś?

Pytałeś?

Szukałeś?

Wiesz, gdzie kobieta uciekająca z dziećmi przed przemocą może znaleźć bezpieczne schronienie?

Wiesz, gdzie w twoim mieście jest jadłodajnia dla ubogich?

Wiesz, gdzie jest noclegownia?

Wiesz, gdzie człowiek bez pieniędzy może dostać jedzenie, ubrania albo podstawową pomoc?

Byłeś tam kiedyś?

Pomagałeś?

Dałeś swój czas?

Swoje pieniądze?

Swoje ręce?

Bo ja muszę sobie dzisiaj uczciwie odpowiedzieć:

Nie zrobiłam wystarczająco dużo.

I dlatego miarka się przebrała.

Pękłam.

Mam dość cukierkowych wpisów o pro-life.

Mam dość lukrowanych zdjęć, serduszek, nakładek na zdjęcia profilowe i pięknych zdań o wybieraniu życia, jeśli na tych pięknych zdaniach wszystko się kończy.

Nie dlatego, że piękne świadectwa są złe.

Nie są.

Potrzebujemy nadziei. Potrzebujemy świadectw szczęśliwych rodzin. Potrzebujemy ludzi mówiących, że dziecko może być darem, nawet jeśli najpierw pojawił się strach.

Ale potrzebujemy również konkretu.

Bo nie każda kobieta czyta taki piękny wpis, siedząc w bezpiecznym domu przy kawie.

Jedna czyta go i zastanawia się, za co jutro kupi dzieciom jedzenie.

Druga boi się człowieka, który śpi obok niej.

Trzecia nie ma rodziny.

Czwarta nie ma pracy.

Piąta nie ma gdzie mieszkać.

A szósta słyszy:

„To odejdź od niego”.

Dokąd?

Podaj jej adres.

Nie ocenę.

Nie kazanie.

Nie serduszko.

Adres.

Powiedz:

„Tutaj pojedziesz. Tutaj cię przyjmą. Tutaj dostaniesz jedzenie. Tutaj możesz przenocować z dziećmi. Tutaj otrzymasz pomoc. A jeśli się boisz, pojadę z tobą”.

I właśnie dzisiaj usłyszałam w wiadomościach Radia ZET historię, która chyba ostatecznie przelała we mnie czarę.

W Błoniu pod Warszawą przed bramą klasztoru pozostawiono nowo narodzonego chłopca. Nie w Oknie Życia w tym miejscu takiego okna nie było. Ktoś zostawił dziecko przed bramą, zadzwonił i odszedł. Chłopiec trafił pod opiekę medyczną.

I od tamtej chwili nie daje mi spokoju jedno pytanie:

Dlaczego właśnie tam?

Nie znam historii osoby, która zostawiła tego chłopca. Nie wiem, co przeżywała, co nią kierowało ani dlaczego podjęła właśnie taką decyzję.

I nie chcę jej osądzać.

Ale może ta historia powinna zmusić nas do zadania sobie innego pytania:

Czy człowiek znajdujący się w skrajnym kryzysie w ogóle wie, gdzie ma szukać pomocy?

Czy w naszych miastach naprawdę widać takie miejsca?

Gdzie są wielkie banery:

„Jesteś w ciąży i nie dajesz rady? Zadzwoń tutaj”.

Gdzie są ulotki:

„Uciekasz z dziećmi przed przemocą? Tutaj znajdziesz bezpieczne miejsce”.

Gdzie są informacje w parafiach, przychodniach, szkołach, sklepach, na przystankach?

Gdzie są numery telefonów i adresy, które człowiek w rozpaczy zobaczy, zanim wydarzy się dramat?

Bo hasło PRO-LIFE potrafimy napisać wielkimi literami.

Potrafimy powiedzieć:

„Wybierz życie”.

Tylko czy równie wielkimi literami pokazujemy człowiekowi, co ma zrobić pięć minut później, kiedy odpowie:

„Dobrze. Wybieram życie. Ale nie mam pojęcia, jak mam sobie z nim poradzić. Pomożesz mi?”

I może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy egzamin z naszych deklaracji.

Bo pro-life nie kończy się na porodzie.

Dziecko jest życiem.

Ale jego matka też jest życiem.

Kobieta uciekająca przed przemocą jest życiem.

Bezdomny człowiek jest życiem.

Głodny człowiek jest życiem.

Samotny senior jest życiem.

Rodzina, której brakuje na czynsz i jedzenie, jest życiem.

Człowiek uzależniony, pogubiony, zaniedbany, odrzucony również jest życiem.

I kiedy pisałam ten tekst, przypomniałam sobie o pewnej starej kartce, która od kilku dobrych lat wisi u mnie.

Jest pożółkła, poplamiona, daleko jej do pięknej grafiki na Facebooka.

Jest na niej adres i numer telefonu do miejsca, w którym osoby z problemem narkotykowym mogą szukać bezpłatnej pomocy.

Przez te lata podałam ten kontakt wielu osobom.

I patrząc dzisiaj na tę starą kartkę, pomyślałam:

Przecież właśnie o to mi chodzi.

O informację.

O konkret.

O zwykły kawałek papieru, który dla mnie jest tylko kartką wiszącą od lat, a dla kogoś w kryzysie może stać się pierwszym krokiem do ratowania życia.

I  pomyślałam:

Dlaczego nie mam takich kartek więcej?

Dlaczego nie znam adresu domu dla samotnej matki?

Dlaczego nie mam zapisanego numeru do miejsca, które przyjmie kobietę uciekającą z dziećmi przed przemocą?

Dlaczego nie wiem, gdzie jest najbliższa jadłodajnia?

Gdzie bezdomny może dostać ciepły posiłek?

Gdzie może przenocować?

Gdzie kobieta w ciąży, która jest przerażona i nie widzi wyjścia, może usłyszeć:

„Przyjdź. Pomożemy ci”.

Może czasami do uratowania czyjegoś życia nie potrzeba wielkich słów.

Może potrzeba właśnie takiej kartki.

Adresu.

Numeru telefonu.

I człowieka, który zamiast powiedzieć:

„Musisz sobie poradzić”,

powie:

„Masz. Zadzwoń tutaj. Oni pomagają. A jeśli się boisz, pomogę ci zrobić pierwszy krok”.

I dlatego nie piszę tego wszystkiego z piedestału.

Sama właśnie z niego zeszłam.

To jest mój rachunek sumienia.

Bo jeśli mówię, że jestem wierząca, muszę zapytać siebie, co robię z tą wiarą.

Wiara bez uczynków jest martwa.

Może więc zamiast kolejnej nakładki „Jestem pro-life” powinnam najpierw mieć w telefonie adresy miejsc, do których mogę skierować potrzebującego człowieka.

Może powinnam wiedzieć, gdzie nakarmią głodnego.

Gdzie przenocują bezdomnego.

Gdzie przyjmą matkę z dziećmi.

Gdzie pomogą kobiecie uciekającej przed przemocą.

A może powinnam zrobić jeszcze więcej.

Pójść tam.

Zapukać.

I zapytać:

„W czym mogę pomóc?”

Bo nie chcę, żeby moje pro-life kosztowało mnie zero.

Nie chcę tylko mówić.

Chcę robić.

Dlatego mam ogromną prośbę.

Jeśli jesteś z New Yorku i znasz takie miejsca podziel się nimi.

Podaj nazwę, adres, telefon.

Jeśli pomagasz gdzieś jako wolontariusz napisz gdzie.

Jeśli znasz jadłodajnię, noclegownię, schronienie dla kobiet z dziećmi, organizację pomagającą rodzinom, osobom uzależnionym, bezdomnym albo miejsce, które zwyczajnie potrzebuje dodatkowych rąk do pracy  napisz.

A jeśli mieszkasz gdzie indziej, zadaj sobie dzisiaj dokładnie to samo pytanie:

Czy wiem, gdzie w moim mieście człowiek może dostać pomoc?

I jeszcze jedno.

Chcę poznać Wasze zdanie.

Jak odbieracie te wszystkie piękne, czasami wręcz cukierkowe wpisy o pro-life, które mówią wiele o wartości życia, ale niewiele albo nic o tym, jak pomóc człowiekowi, kiedy już wybierze życie i zostanie ze swoim strachem, biedą, przemocą, samotnością i rachunkami?

Może patrzę na to zbyt ostro.

Ale dzisiaj naprawdę pękłam.

Bo nie chcę już tylko powiedzieć człowiekowi:

„Wybierz życie”.

Chcę umieć powiedzieć:

„Wybierz życie. A kiedy będzie ci ciężko, daj mi rękę. Wiem, gdzie możemy pójść. Pójdę z tobą. Nie zostawię cię samej”.

Bo dla mnie właśnie tym powinno być pro-life.

Nie napisem.

Nie nakładką.

Nie pięknym postem.

Nie deklaracją.

Tylko życiem, które pochyla się nad drugim życiem.

Bo jeśli prosimy człowieka, żeby wybrał życie, miejmy również odwagę pomóc mu to życie unieść.

Screenshot