Ojcostwo, które inspiruje… naprawdę istnieje?

Wczoraj, przeglądając strony, które obserwuję, trafiłam na pytanie, które mnie wbiło w ziemię. Tak po prostu, w pół zdania:

czy spotkałaś się z inspirującym modelem ojcostwa?

I powiem Wam szczerze rozsypałam się. Naprawdę.

Ojcostwo… i inspirujące?

Dla mnie to zestawienie przez lata brzmiało jak oksymoron.

Bo kiedy próbuję sięgnąć pamięcią albo wyobraźnią co właściwie mam?

Rodzina Borejków wiadomo, Ignacy.

No i Bóg w Biblii.

I… koniec. Pustka.

A przecież ojca mam.

Biologicznie wszystko się zgadza nazwisko jest, metryka się spina.

Tylko że na tym właściwie się kończy.

Nie mam z nim relacji. Nigdy nie miałam.

Zamiast tego było coś zupełnie innego: strach, napięcie, nieprzewidywalność.

Dom, który powinien być bezpieczny, był miejscem, gdzie człowiek uczył się czujności, a nie bliskości.

Ojciec, który zamiast budować niszczył.

Zamiast chronić ranił.

Zamiast być oparciem był ciężarem.

Do dziś nie potrafi zbudować z nami żadnej relacji.

I co najtrudniejsze uważa, że to nasza wina.

Że to my „olewamy”, że to my „nie szanujemy”.

Tylko jak szanować kogoś, kto nigdy nie nauczył Cię, czym jest szacunek?

I wiecie, co mnie naprawdę zastanawia?

Czy mężczyźni nie są głodni relacji ze swoimi dziećmi?

Czy naprawdę wierzą, że to dziecko kiedyś dorosłe przyjdzie i będzie zabiegać o więź, której nigdy nie było?

Bo przecież relacja nie zaczyna się wtedy, kiedy dziecko ma 30 lat.

Ona zaczyna się wtedy, kiedy ma trzy.

Albo trzy miesiące.

To wtedy buduje się fundament.

Albo… jego brak.

Ja tego fundamentu nie miałam.

Miałam za to moment, który mnie zaintrygował.

Jeden z tych, które zostają na zawsze.

Zobaczyłam mojego męża wtedy jeszcze chłopaka z jego ojcem.

Sposób, w jaki do siebie mówią.

Szacunek. Spokój. Naturalność.

Taka zwyczajna, cicha bliskość.

I zrobiło mi się… dziwnie.

Chyba pierwszy raz zobaczyłam coś, co mogłabym nazwać zdrową relacją ojciec syn.

Bez strachu. Bez napięcia. Bez udawania.

I tak zazdrościłam im tego.

Bo ja tego nie miałam.

Do dziś, kiedy jestem przy swoim ojcu, czuję, jak coś staje mi w gardle.

Zazdrościłam im nie rzeczy.

Zazdrościłam im doświadczenia.

Bo zobaczyłam coś, czego sama nigdy nie miałam.

I czego gdzieś głęboko zawsze mi brakowało.

Paradoksalnie to mój teść stał się dla mnie jedynym realnym przykładem „dobrego ojca”, jakiego znam.

Nieidealnego bo tacy nie istnieją.

Ale obecnego.

Normalnego.

Człowieka, przy którym nie trzeba się bać.

I to już jest bardzo dużo.

Kiedy myślę o Ignacym Borejce, przypomina mi się coś bardzo prostego, a jednocześnie ogromnego jego obecność.

To ojciec, który jest.

Który słucha.

Który traktuje swoje dzieci poważnie.

Chociaż pewnie mi zarzucicie, że Borejko jako ojciec się nie wykazał, ale dla mnie był przy swoich dzieciach był w domu.

W jednej z książek mówi do swoich dzieci :że człowieka trzeba traktować serio, nawet jeśli jest mały.

Nie pamiętam w której, ale obiło mi się o uszy.

I to jest dla mnie kwintesencja ojcostwa: widzieć w dziecku człowieka, a nie problem do wychowania.

A jeśli chodzi o Boga z Biblii…

to chyba najbardziej porusza mnie zdanie:

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu? (…) A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49,15)

To jest obraz Ojca, który nie znika.

Który nie odwraca się plecami.

Który nie mówi: „to twoja wina”.

Ojca, który zostaje.

Dlatego dziś naprawdę zastanawiam się nad tym tematem.

Czy inspirujące ojcostwo to rzadkość?

Czy po prostu za mało o nim mówimy?

A może za wielu z nas dorastało w domach, gdzie ojciec był bardziej funkcją niż relacją?

Nie wiem.

Ale wiem jedno głód ojca jest realny.

I nie znika z wiekiem.

Można nauczyć się żyć bez tej relacji.

Można ją nazwać, poukładać, przepracować.

Ale gdzieś w środku zostaje pytanie:

jak to jest mieć ojca, który naprawdę jest?

A Ty?

Masz taki model ojcostwa, który Cię inspiruje?

Znasz ojca, na którego można patrzeć i myśleć: tak to powinno wyglądać?

Chętnie o tym poczytam.

Lek na COVID 35 dolarów czy 6 tysięcy złotych? Rzeczywistość, która daje do myślenia

Ostatnio odezwał się do mnie kolega z Facebooka i zapytał, ile musiałam zapłacić z własnej kieszeni za lek na COVID. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą  35 dolarów. Resztę pokryło moje ubezpieczenie.

I tak, wiem dla wielu osób to może być zaskakujące. Ale w USA to całkiem normalne. Nawet mając ubezpieczenie, często trzeba dopłacać do leków. Dopłacasz też za wizyty u lekarza. I zazwyczaj u internisty zapłacisz mniej niż u specjalisty ale to wszystko zależy od konkretnego ubezpieczenia i jego zasad.

No i wracając do rozmowy…

Znajomy odpisał mi, ile ten sam lek kosztuje w Polsce.

Ludzie… wmurowało mnie.

To nie było kilka złotych. Ani nawet kilkaset. To była kwota rzędu… prawie 6 tysięcy złotych.

Szok. Niedowierzanie. I jedno wielkie pytanie: dlaczego?

Bo serio mając ubezpieczenie, ktoś ma zapłacić tyle pieniędzy za lek? Za co dokładnie? Jak to jest możliwe?

Wiecie, życie w New York nie jest łatwe. Nie jest lekkie. Zmiana kraju, systemu, codzienności to wszystko potrafi dać w kość. I czasami naprawdę tęskni się za różnymi rzeczami, które w Polsce były prostsze albo bardziej dostępne.

Ale powiem Wam szczerze…

Gdybym miała płacić takie pieniądze za leki, to naprawdę wolę to życie tutaj. Może nie mam luksusów, może wiele rzeczy kosztuje mnie więcej nerwów i wysiłku, ale mam to, co mam i jestem za to wdzięczna.

I jednocześnie jest mi po prostu przykro.

Przykro, że są ludzie w Polsce, którzy nie mogą sobie pozwolić nawet na tak podstawową rzecz jak lek, który może realnie pomóc w chorobie.

Bo zdrowie nie powinno być luksusem.

Jak to wygląda u Was? Czy mieliście sytuację, w której cena leku albo leczenia Was zszokowała? I czy uważacie, że system w Polsce działa sprawiedliwie dla zwykłych ludzi?

Doceniam każdy oddech

Żyję. Wstałam i mam się znacznie lepiej niż wczoraj. Spałam jak niemowlak, ale od początku…

Lekarz przepisał mi lek. Wzięłam go, bo coś jakby usiadło mi na plecach… i tak się rozsiadło, że nie mogłam oddychać tak jak wcześniej. Niby człowiek oddycha całe życie i się nad tym nie zastanawia, a tu nagle każdy oddech był wysiłkiem.

Ból… cholerny ból. Dosłownie wszędzie. Całe ciało. Nawet powieki miałam tak ciężkie, że nie chciały się otwierać. Mówienie sprawiało trudność, bo zmęczenie było tak ogromne, że jedyne, czego chciałam, to spać. I spałam. Leżałam i spałam cały dzień. Może ktoś powie, że przesadzam. Niech powie. Ja naprawdę źle się czułam. Organizm po prostu walczył, jak mógł.

I powiem szczerze  gdyby nie te leki, pojechałabym do szpitala. Ta niemoc w oddychaniu, ten ciężar na płucach… tego nie da się przeskoczyć siłą woli. Bałam się. Naprawdę się bałam.

Dzisiaj wracam do żywych.

Oddycham pełną piersią. Normalnie. Bez tego ucisku. I aż trudno uwierzyć, że można się cieszyć z tak „zwykłej” rzeczy jak oddech. Idę do łazienki i nie czuję zmęczenia. Mogę zrobić kilka kroków i nie mam wrażenia, że zaraz opadnę z sił.

Głupie? Może dla kogoś. Dla mnie ogromna radość.

Widzę, że leki działają. I że czasem naprawdę trzeba im zaufać.

Nie rozumiem tylko jednego… dlaczego ludzie się śmieją, kiedy ktoś mówi o covidzie. Co w tym jest śmiesznego? Wirus to wirus tak samo jak grypa. Potrafi zniszczyć człowieka, zwłaszcza tego słabszego.

Ja widzę to codziennie. Ludzie walczą z rakiem, walczą o każdy dzień. Przychodzą na chemię, jeszcze mają siłę… a kilka dni później już ich nie ma, bo ktoś przyniósł wirusa. Tyle wystarczy. Jedno spotkanie. Jedna chwila.

Dlatego ja wierzę. Wierzę, że wirusy potrafią zrobić ogromny bałagan w życiu człowieka. Wierzę, że covid istnieje i że nie wolno go lekceważyć.

Dzisiaj jestem wdzięczna.

Dzięki Ci, Boże, za to doświadczenie… ale jeszcze bardziej dziękuję, że z tego wychodzę. Że mogę oddychać. Że mogę iść na spacer. Że wracam.

Chwilo… trwaj. Bo teraz wiem, ile jesteś warta.

Wielu z Was pisze do mnie na messengerze, pyta co brać, co stosować, żeby pozbyć się tego „dziada”. Jestem Wam ogromnie wdzięczna za tyle ciepłych myśli, dobrych porad i miłych słów to naprawdę dla mnie bardzo dużo znaczy. Do wielu z Was już odpisałam.

Dziękuję raz jeszcze ❤️

Byłam u lekarza, dostałam leki i to właśnie takie przepisał mi doktor  zamieszczam je na zdjęciu.

Pozdrawiam wszystkich i tych, którzy wierzą, i tych, którzy się śmieją. Oby nikt z Was nie musiał tego przechodzić.

Na koniec powiem tylko jedno…

Dopóki oddychasz swobodnie nawet nie wiesz, jakie to szczęście.

A Wy? Mieliście kiedyś taką sytuację, że nagle zabrakło Wam sił albo oddechu i dopiero wtedy zrozumieliście, jak kruche jest zdrowie? 

COVID

Czuję się fatalnie… naprawdę fatalnie. Nie mam siły nawet wstać z łóżka. Każdy ruch to wysiłek nie do opisania. Wszystko mnie boli… dosłownie wszystko. Mam wrażenie, że nawet włosy mnie bolą, jakby cebulki krzyczały. Oczy pieką, powieki ciężkie, światło mnie drażni, najchętniej leżałabym w ciemności i ciszy.

Biorę leki przeciwbólowe jeden za drugim, a i tak czuję tylko ulgę na chwilę… a potem znowu to samo. Próbuję coś zrobić w domu, wstać, ogarnąć się, ale po chwili wracam do łóżka, bo ciało odmawia współpracy. I to jest najgorsze… to poczucie bezsilności. Leżę i czuję się okropnie, że nic nie mogę.

COVID… tak, zaszczepiłam się, bo praca w szpitalu, bo obowiązek, bo odpowiedzialność… a i tak mnie dopadł. Nawet nie wiem kiedy. W zeszłym tygodniu coś było nie tak kaszel, ból kości, ale człowiek tłumaczył sobie, że to zmęczenie, że weekend pomoże… No nie pomógł.

Wczoraj mnie złamało całkowicie. W subway nagle poczułam, że coś jest bardzo nie tak. Jakby coś ciężkiego siadło mi na klatce piersiowej. Nogi zrobiły się jak z waty, nie mogłam się podnieść. Zalały mnie poty, zrobiło mi się gorąco, słabo… tak słabo, że myślałam, że zaraz poproszę obcych ludzi o pomoc.

Jakoś wyszłam… doczłapałam się do pierwszej przychodni. Myślałam, że to stres. Lekarz powiedział: przeciążenie organizmu i COVID. Mieszanka wybuchowa. Dał mi zwolnienie na 7 dni, żebym doszła do siebie.

Tylko że ja zamiast lepiej… czuję się gorzej.

Ciężko mi chodzić. Ciężko oddychać. Leję się potem, jest mi gorąco, duszno. Czuję się jakby moje ciało przestało być moje. Nie umiem zaakceptować, że jestem chora, że jakiś wirus mnie rozłożył tak totalnie.

Leżę. Bez siły. Bez energii. Bez kontroli.

Chciałabym po prostu wstać… tak normalnie, raz-dwa, bez tego ciężaru, bez tego bólu, bez tego uczucia, że każdy krok to walka.

Nie wiem co robić… naprawdę nie wiem.

Chce mi się płakać.

Pomocy

Moje ciało powiedziało STOP

Sześć lat temu. Luty 2020. Świeżo po porodzie.

Myślałam, że to jakieś zapalenie, osłabienie… cokolwiek.

Ale pamiętam jedno  przejście do łazienki było jak maraton.

Każdy krok był wysiłkiem nie do opisania.

Nie wiedziałam wtedy, że to był COVID.

Dowiedziałam się przypadkiem, dużo później, z badań.

Lekarz spojrzał i powiedział:

Przechodziła pani COVID, są przeciwciała.

Wmurowało mnie.

Bo moje ciało już wtedy mówiło.

Tylko ja go nie słuchałam.

Dziś historia wraca.

Znowu leżę. Znowu COVID.

Wczoraj byłam tak słaba, że zamiast iść do pracy  poszłam do lekarza.

Po wysłuchaniu mnie powiedział jedno:

Pani organizm jest przeciążony. On już nie da rady więcej.

Dostałam zwolnienie na tydzień.

I czas… żeby się zatrzymać.

I podjąć decyzję.

Ja ją podjęłam już jakiś czas temu.

Mam dość życia w trybie muszę

Mam dość nocnych zmian, które rozwalają mój sen, głowę i ciało.

Mam dość presji, napięcia i ciągłego udowadniania, że dam radę.

Nie dam.

I nie chcę już dawać.

Chcę spać w nocy.

Chcę mieć spokój.

Chcę normalnie funkcjonować, a nie jechać na resztkach energii i lęku.

Bo tak zaczęłam mieć lęki.

I nie to nie jest przesada.

To moment, w którym moje ciało powiedziało: STOP.

Mam dość myślenia co ludzie powiedzą

Mam dość przekonania, że etat jest najważniejszy za wszelką cenę.

Praca jest ważna ale tylko wtedy, gdy nie niszczy człowieka.

Gdy ludzie, którzy nią zarządzają, nie doprowadzają cię do momentu, w którym masz dość samej siebie.

Żyłam spokojnie.

Brakowało mi etatu.

Teraz go mam  i czuję się nieszczęśliwa.

Nie chcę tak żyć przez kolejne 20 lat.

Chcę mieć radość z życia.

Chcę widzieć kolory.

Chcę być szczęśliwa.

Bo co mi z pracy, która wysysa ze mnie życie?

Czuję codziennie narastającą presję taką, której już nie potrafię unieść.

I mówię: dość.

To koniec.

Nie chcę tam pracować.

Już wybrałam.

Czy dobrze?

Nie wiem.

Ale wiem jedno chcę spokoju.

Chcę normalnego życia.

Nie pędu donikąd.

Tym razem wybieram siebie.

Bez tłumaczenia się.

Bez poczucia winy.

Bez presji.

Bo zdrowie to nie opcja.

To granica

Już się nie dopasuje

Zagotowało się w moim życiu jak w garze ze smołą.

Jest gęsto, czarno i nie widać światła.

A może mi się tylko tak wydaje?

Jestem na życiowym rozdrożu.

I chyba każdy zna ten moment, kiedy jak się sypie to sypie się wszystko naraz i nie wiadomo, z której strony to zbierać.

No więc dzieje się.

Nigdy nie umiałam grać.

Nigdy nie ubierałam masek.

Nie byłam kimś, kim nie jestem.

Zawsze gram siebie czy jest dobrze, czy jest źle.

Jestem sobą.

I nawet jak coś mi nie pasuje mówię o tym.

Nie chowam tego. Nie udaję.

Lubię jasne sytuacje. Jasne momenty. Jasne relacje.

Może właśnie to jest problem.

W pracy zmiana zarządu.

Słodkie słowa, ochy i achy jacy to jesteśmy wspaniali i potrzebni.

Nie lubię takich słodkości, bo zazwyczaj pod tym kryje się drugie dno.

I nie pomyliłam się.

Dostałam więcej pracy, niż jestem w stanie zrobić.

Pierwszego dnia panika, telefony, proszenie o pomoc.

Drugiego dnia przyszłam porozmawiać, znaleźć rozwiązanie.

Usłyszałam jedno zdanie:

„Nie dajesz rady? Możesz odejść.”

I to był moment, w którym mnie powaliło na kolana .

Tak wygląda wsparcie?

Tak wygląda współpraca?

Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz z obu stron.

Wiem też, że ktoś tam mnie po prostu nie lubi.

Dlaczego? Nie wiem.

Ale wiecie co jest niesamowite?

Że w tym wszystkim inni ludzie pokazali swoją prawdziwą twarz.

Pomoc. Wsparcie. Zrozumienie.

„My ci pomożemy, wiemy że to za dużo na jedną osobę.”

I to było piękne.

Bo nagle w chaosie pojawiło się coś prawdziwego.

A jednocześnie we mnie został żal.

Dlaczego ja dostałam coś, czego nie da się ogarnąć?

Dlaczego ktoś inny ma spokojną pracę, a ja walkę o przetrwanie każdego dnia?

Czuję presję. Ogromną.

I wiem, że ktoś liczy na to, że się poddam.

Zostały mi dwa miesiące.

Albo mnie to zgniecie.

Albo pokażę, że się nie złamię.

A potem przyszło kolejne uderzenie.

Od bardzo bliskiej osoby… a może tylko mi się wydawało, że bliskiej.

Usłyszałam, że „drę mordę”.

Że nie umiem rozmawiać spokojnie, ładnie, kulturalnie.

Że powinnam być inna.

Łagodniejsza. Cichsza. Lepsza.

I chyba jestem już w takim miejscu w życiu, że mówię: DOŚĆ.

Dość dostosowywania się.

Dość robienia czegoś, żeby zasłużyć.

Dość życia pod czyjeś oczekiwania.

Nie muszę niczego nikomu udowadniać.

Nie muszę zasługiwać.

Nie muszę się zmieniać.

I nie będę się zastanawiać, co zrobiłam, że ktoś tak o mnie pomyślał.

Bo jestem jaka jestem.

Jeśli uważasz, że jestem „za głośna”, „za dużo mnie”, „niewystarczająca” 

to może po prostu nie jesteś dla mnie.

Bo ja już nie będę się zmniejszać, żeby zmieścić się w czyichś oczekiwaniach.

Jeśli nie akceptujesz mnie takiej, jaka jestem

to po co nam ta relacja?

Nie każdą relację trzeba ratować.

Niektóre trzeba odciąć 

żeby nie gniły i nie kłuły jak sucha gałąź.

Coś we mnie pękło.

I może to dobrze.

Bo czasem jak coś pęka to dlatego, że już dawno przestało być zdrowe.

Nie chcę już tak żyć.

Nie chcę zasługiwać na czyjąś miłość.

Nie chcę być „wystarczająca” dla kogoś.

Chcę być sobą. Naprawdę.

Bez udawania. Bez ściszania siebie. Bez poprawiania się pod czyjeś standardy.

Nie jestem projektem do naprawy.

Jestem sobą.

I to musi w końcu wystarczyć.

Może to moment, w którym coś się kończy.

A może właśnie zaczyna.

Ale jedno wiem na pewno 

już nie wrócę do miejsca, w którym trzeba było się gubić, żeby ktoś mnie chciał.

A może to właśnie po czterdziestce człowiek zaczyna naprawdę patrzeć na siebie inaczej?

Doceniać siebie. Swoje „ja”.

Co myślicie? Macie podobnie?

Jezus Zmartwychwstał. Prawdziwie Zmartwychwstał! Alleluja! 

Dziś jest dzień, który przypomina jedną prostą, a zarazem niezwykle ważną prawdę:

najpierw jest ciemność… a potem przychodzi światło.

Tak jak wczoraj w kościele zaczęło się od ciszy i mroku, a potem wszystko powoli rozjaśniało się światłem.

I dokładnie tak bywa w naszym życiu.

Czasem jest trudno.

Czasem ciężko.

Czasem nie rozumiemy…

Ale On przychodzi. Zawsze.

I przynosi światło.

Dziś nie chodzi o wielkie rzeczy.

Nie chodzi o idealne święta.

Dziś najważniejsza jest bliskość.

Obecność.

Rozmowa.

Spacer.

Uścisk dłoni.

Przytulenie.

Krótki telefon do kogoś bliskiego ze słowami:

„Dobrze, że jesteś… kocham Cię.”

Bo cała magia życia kryje się właśnie w tych prostych chwilach.

W tym, co niewidzialne a tak bardzo prawdziwe.

Dziś warto też pamiętać, że jesteśmy dla Niego ważni.

Każdy z nas. Bez wyjątku.

Nieidealni, czasem pogubieni, czasem zmęczeni…

a jednak kochani.

To jest dzień nadziei.

Dzień światła po ciemności.

Dzień miłości silniejszej niż wszystko inne.

Niech to będzie dobry dzień

Spokojny. Prawdziwy. Bliski

Alleluja! Zmartwychwstał Pan i żyje dziś!

Zmartwychwstał Pan i żyje dziś,

Blaskiem jaśnieje noc.

Nie umrę, lecz będę żył —

Pan okazał swą moc.

Blaskiem jaśnieje noc…

Alleluja! ❤️

Żyje! A my razem z Nim! ❤️❤️

Kochani, pięknego, rodzinnego czasu dla Was 😊

Daj mi jeszcze 5 minut…

Przeczytałam dziś na jednym z portali pewien wpis o tym, jak ktoś chciałby, żeby wyglądało jego ostatnie pożegnanie.

I tak mnie to zatrzymało…

Zwłaszcza dziś, kiedy jutro Wielki Piątek.

Dzień ciszy, refleksji, zatrzymania.

I kurde… zaczęłam nad tym myśleć tak serio.

Bo ja tak naprawdę nie boję się swojej śmierci.

Oczywiście śmierci bliskich? Nawet nie chcę tam iść myślami.

Ale swojej? Zdarza mi się.

Tylko że u nas to temat zamknięty.

Niewygodny.

Odsuwany gdzieś daleko.

„Nie mów, nie myśl, nie przywołuj”.

A powiedz tak szczerze…

nigdy się nad tym nie zastanawiałaś?

Jak by to miało wyglądać? Twoje ostatnie pożegnanie?

Ja cholernie kocham życie.

Tak bardzo, że gdyby przyszło mi już odejść, to chyba podniosłabym głowę i powiedziała:

Ej… poczekaj. Daj mi jeszcze 5 minut. Jeszcze chwilę. Ja się nim chcę jeszcze nacieszyć.

Złapać oddech. Popatrzeć na kolory.

Serio. Tak bym zrobiła.

Bo kocham to moje życie.

Nieidealne. Czasem zmęczone. Czasem poplątane.

Ale moje.

Kocham moje dzieci.

Męża.

Nasz dom.

Te duże okna, przez które wpada światło.

Moją kuchnię.

Moje łóżko.

Moje książki.

Wspólnotę.

Rozmowy.

Śmiech.

To, że mogę iść. Że mogę być. Że mogę czuć.

I może dlatego mam w sobie też taką odwagę, żeby pomyśleć o czymś, czego większość unika.

Wiem, jak chciałabym, żeby wyglądał mój pogrzeb.

Poważnie.

Katolicki oczywiście.

Z Bogiem, z wiarą, z tym, co dla mnie ważne.

Moje organy są do pobrania mam to zapisane.

Bo chcę jeszcze coś dobrego po sobie zostawić.

Chciałabym, żeby grał zespół z mojej wspólnoty.

Żeby była muzyka. Śpiew. Życie.

Nie cisza i smutek.

Żeby wszyscy byli ubrani na biało.

Żadnej czerni.

Żadnej żałoby.

No dobra… łzy mogą być, ale takie z miłości, nie z rozpaczy.

Ja?

Czerwona sukienka.

Czerwone usta.

Czerwone paznokcie.

I szpilki – bo je kocham.

Albo czarne martensy które stoją na dnie szafy  😎

Nie chcę rozpaczy.

Chcę radości.

Chcę śmiechu.

Chcę śpiewu takiego jak na weselu.

Żeby było głośno.

Żeby było prawdziwie.

Bo ja kocham życie.

Naprawdę.

Nie jest idealne, ale jest moje.

Kolorowe. Piękne. Pełne emocji.

I tak samo chcę być pożegnana 

w kolorach, w miłości, w radości.

Bez tej całej ciężkiej, czarnej narracji.

Tylko życie. Do samego końca ❤️

I mam jeszcze jedną myśl…

Chciałabym, żeby każdy, kto stanie nad moim grobem, powiedział jedno zdanie.

Za co jest wdzięczny.

Bez poezji. Bez udawania. Bez patosu.

Tak normalnie. Po ludzku.

Bo serio… nie ma opcji, żeby z kimś żyć, znać się, śmiać się razem i potem nie mieć nic do powiedzenia. No nie wierzę.

A jakby zapadła cisza…

to pewnie znając siebie, pierwsza bym się odezwała:

„Jolka, jestem wdzięczna za Twoje życie.

Za to, że nawet jak było bagno, to brałaś się za bary i szłaś dalej.

Za Twój śmiech.

Ale też za to, że darłaś się za głośno i byłaś żandarmem w spódnicy w swoim domu 😅

I za naleśniki.

I rosół jak u babci.

I placki z jabłkami…”

Dobra, już bym popłynęła 😄

Ale serio…

czyż nie jest tak, że zawsze coś zostaje?

A może się mylę?

I może najważniejsze w tym wszystkim nie jest to, jak odejdziemy…

ale jak żyjemy teraz.

Czy naprawdę jesteśmy tu, gdzie jesteśmy?

Czy widzimy to, co mamy?

Czy umiemy się tym zachłysnąć choćby na chwilę?

Bo może największym przygotowaniem na śmierć…

jest życie tak, żeby niczego nie żałować.

A Ty?

Gdybyś dziś w tej ciszy przed Wielkim Piątkiem zatrzymała się na moment…

to jak wygląda Twoje życie?

I czy miałoby odwagę być tak prawdziwe, jakbyś chciała, żeby było zapamiętane?

No i najważniejsze chcę poduszkę przypominam: profilowana, żadnych miękkich 😎

No to tyle 

Wtulić twarz w Jego bliskość

Gosia potrafi przyprawić mnie o prawdziwy zawrót głowy. Taki dobry, głęboki bo jej słowa nie przelatują przeze mnie jak stek informacji. One drążą we mnie jak woda w skale , do której potem wlewa się fala miłości i zadumy nad tym, co naprawdę ważne, co ma sens.

I dziś znowu tak było.

Podała nam fragment. Kilka zdań. A w nich słowa:

„wtulić twarz w Jego bliskość, odsłonić swoje przeżycia przed Nim w poczuciu bezpieczeństwa i więzi, być wysłuchanym i przyjętym bez żadnych warunków…”

Czytając to, aż chlipnęłam.

Bo zrobiło mi się ciężko… tak jakoś głęboko.

Bo ja tego nie znałam.

Mój ojciec nie był wylewny. Uczucia? To była słabość. Miękkość, na którą nie było miejsca. Płacz? Lepiej nie. A jak już był  to musiałaś wiedzieć, za co płaczesz… a jeśli nie wiedziałaś, to „pomagał” tak, że już wiedziałaś.

Nie było wtulenia. Nie było rozmów. Nie było tego poczucia, że jestem ważna.

„Zrozumiesz, jak dorośniesz” słyszałam.

Ale nikt nie uczył, jak żyć, jak kochać, jak być blisko.

Więc kiedy dziś słyszę te słowa wtulić twarz w Jego bliskość

one są dla mnie jak poduszka z puchu. Jak delikatność jedwabiu. Jak coś miękkiego, co mnie otula czego nigdy wcześniej nie znałam.

Ale to nie przyszło od razu.

Kiedy przyszłam do wspólnoty, miałam w sobie bunt. Złość. Może nawet nienawiść do Boga.

Bo jak mam ufać Komuś, kto jak mi się wydawało dał mi takie życie? Takie dzieciństwo?

Nie rozumiałam. Nie chciałam słuchać.

Byłam gotowa się kłócić, stawiać, odrzucać to wszystko.

Bo jak to wtulić się w ramiona Boga? Jak?

Przecież nikt mnie tego nie nauczył.

My dzieci wychowane w tamtych czasach nie byłyśmy uczone czułości. Nie byłyśmy tulone, wysłuchiwane, upewniane, że jesteśmy ważne. Może ktoś tak miał… ja nie.

I właśnie tam w tej mojej szorstkości, w tym bólu wspólnota pokazała mi coś innego.

Że mogę przyjść do Boga taka, jaka jestem.

Że mogę wylać przed Nim wszystko  cały ból, cały żal, wszystko, co noszę.

Że On nie odrzuci. Nie wyśmieje. Nie ukaże za łzy.

I pamiętam ten moment… kiedy pierwszy raz naprawdę „wtuliłam twarz w Jego bliskość”.

Oddałam Mu siebie. Bez udawania.

I wtedy zaczęła się rewolucja. Prawdziwa. Głęboka.

Bo w tej ciszy zaczęłam odkrywać, że w człowieku są miejsca ukryte takie, których nikt nie widzi. Przestrzenie tęsknoty, niedopowiedzianych pragnień, potrzeby bycia przyjętym bez warunków, bez lęku.

I właśnie tam w tej najdelikatniejszej głębi Bóg przychodzi.

Nie siłą.

Ale cicho… jak powiew wiatru.

Jak Ojciec, który nie odsuwa, gdy przychodzisz poraniona.

Jak Przyjaciel, który słucha, nawet gdy mówisz chaotycznie i przez łzy.

Jak Miłość, która po prostu jest bez warunków.

Bóg jest nieskończenie dobry.

Nie gdzieś daleko ale tu, blisko, w codzienności.

Widzi więcej. Rozumie więcej. Daje więcej, niż jesteśmy w stanie pojąć.

Daje swoją obecność nawet gdy wszystko się chwieje.

Daje pokój nie dlatego, że życie jest łatwe, ale dlatego, że On jest blisko.

Daje miłość nie za coś. Po prostu.

I co najpiękniejsze On chce relacji.

Nie opartej na strachu czy obowiązku.

Ale takiej, w której mogę być sobą. Całą sobą.

Z ranami. Z pytaniami. Z wiarą i jej brakiem.

Z tym wszystkim, co we mnie jeszcze nieuleczone.

Dziś wiem, że ta tęsknota, którą nosiłam całe życie za bliskością, za byciem kochaną to nie była słabość.

To było Jego wołanie we mnie.

I dlatego chcę iść za tym.

Chcę iść w głąb tej relacji.

Chcę żyć z Nim, mówić o Nim, wracać do Niego ciągle od nowa.

Bo czasem wystarczy zatrzymać się.

Zamilknąć.

I po prostu być.

Położyć swoje serce w Jego dłoniach.

Wtulić się w Jego obecność.

Pozwolić sobie być kochaną.

Bo Bóg naprawdę jest dobry.

I Jego miłość nie ma końca.

Ale trzeba chcieć Go szukać.

Trzeba pozwolić się prowadzić.

Potrzebujemy formacji żeby uczyć się rozpoznawać Jego głos, odróżniać go od własnych lęków i złych podszeptów.

Bo Bóg bardzo często mówi do nas przez drugiego człowieka.

Dlatego tak ważna jest wspólnota. Ludzie, którzy idą tą samą drogą, którzy pomagają zobaczyć więcej, głębiej, prawdziwiej.

Jeśli szukasz nie bój się.

Szukaj wspólnot przy kościołach. Szukaj ludzi, którzy też pragną Boga.

A jeśli czujesz w sercu poruszenie zapraszam Cię do mojej wspólnoty Lew Judy na Manhattanie.

EUTANAZJA — MÓWIĘ NIE

Nie zgadzam się na świat, w którym śmierć staje się rozwiązaniem.

Żyjemy w rzeczywistości, w której wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Człowiek potrafi polecieć w kosmos, przemierzać pustynie, przekraczać własne granice, zdobywać wiedzę, poznawać ludzi, odkrywać świat. A jednak właśnie dziś coraz częściej wracamy do tematu eutanazji.

I nie tylko się o tym mówi. Ludzie również młodzi zaczynają ją wybierać.

Dlaczego?

Czy to brak miłości?

Czy przesyt możliwości?

Czy świat, który kiedyś był marzeniem, stał się miejscem, w którym życie przestaje mieć wartość?

Próbuję to zrozumieć. Naprawdę próbuję. Ale nie potrafię.

Bo dla mnie życie jest cudem. I nie można go tak po prostu przerwać bo jest trudno, bo boli, bo ktoś stracił siły. Po prostu nie.

Czy powiedziałbyś swojemu dziecku:

Masz depresję poddaj się eutanazji ?

NIE !!!!!

Życie jest CUDEM .Każdego dnia można je smakować, doświadczać, przeżywać. Dlaczego więc ktoś wybiera jego zakończenie?

Co jest z tym światem nie tak, że ludzie, którzy powinni być głodni życia, zaczynają z niego rezygnować?

Nie zgadzam się na rzeczywistość, w której człowiek zamiast otrzymać pomoc, wsparcie i miłość, dostaje zgodę na odejście.

Bo życie nawet trudne, nawet bolesne, nawet niepełne nadal jest życiem.

A życie nie jest problemem do usunięcia.

Dziś ktoś mówi:

Nie mam już siły

Ale czy odpowiedzią naprawdę ma być:

To odejdź ?

Zadaj sobie jedno pytanie:

Jeśli Twoje dziecko powiedziałoby: chcę się poddać eutanazji….

czy zgodziłbyś się?

Czy uznałbyś, że to dobre rozwiązanie?

Czy raczej zrobiłbyś wszystko absolutnie wszystko żeby je zatrzymać przy życiu? Żeby mu pomóc? Żeby pokazać, że jeszcze może być dobrze?

Ja znam swoją odpowiedź.

Chroniłabym życie za wszelką cenę.

Bo życie jest piękne nawet jeśli czasem boli.

Gdzie w tym wszystkim jest miłość do drugiego człowieka?

Gdzie jest walka o niego?

Gdzie jest nadzieja?

Każdy z nas ma momenty ciemności. Każdy.

Są dni, kiedy nie widzimy kolorów, kiedy świat wydaje się ciężki i bez sensu.

Ale to nie znaczy, że ten stan trwa wiecznie.

Zawsze przychodzi słońce.

Nawet jeśli trzeba na nie długo czekać.

Eutanazja nie daje szansy na to światło.

Zamyka drzwi na zawsze.

Czy naprawdę chcemy żyć w świecie, w którym słabszych się nie podtrzymuje, tylko usuwa ich cierpienie razem z nimi?

Czy naprawdę chcemy mówić osobie chorej, starszej, zmagającej się z bólem:

Twoje życie nie ma już wartości ?

Ja mówię: nie.

Bo wartość człowieka nie zależy od jego sprawności, zdrowia czy nastroju.

Nie zależy od tego, czy jest silny, czy słaby.

Każde życie ma sens nawet jeśli my go w danym momencie nie widzimy.

Starsi ludzie często mówią jedno:

największą przygodą było ich życie.

Nie perfekcyjne. Nie łatwe.

Ale prawdziwe.

I właśnie o to chodzi. Życie nie ma być idealne.

Ma być przeżyte.

A gdzie w tym wszystkim jest Bóg?

Jeśli wierzysz, wiesz, że życie jest darem nie przypadkiem.

Nie my je dajemy i nie my powinniśmy decydować, kiedy się kończy.

Zamiast uczyć się umierać, powinniśmy uczyć się być dla siebie nawzajem.

Być obok. Pomagać. Słuchać.

Trzymać za rękę, kiedy ktoś nie ma siły iść dalej.

Bo często człowiek nie chce umrzeć.

On tylko nie chce już tak cierpieć.

A to ogromna różnica.

Powiem wprost to mnie w środku porusza i boli.

Bo jak można tak łatwo odpuścić życie?

Jak można uznać, że to koniec, zamiast walczyć?

Życie jest zbyt cenne.

Dlatego nie zgadzam się na eutanazję jako łatwe rozwiązanie.

Zgadzam się na miłość. Na obecność. Na walkę o człowieka do samego końca.

Bo życie nawet kruche zawsze jest warte więcej niż śmierć.

Są tematy, obok których nie potrafię przejść obojętnie.

I to jest jeden z nich.

Pracuję na oddziale chemioterapii.

Każdego dnia widzę ludzi, którzy łapią się każdej nawet najcieńszej nitki, żeby żyć.

Łapią oddech.

Walczą o każdy krok.

O jeszcze jeden dzień.

I wiesz, co mówią najczęściej?

„Wierzę, że wyjdę z tego.”

„Tak bardzo kocham życie.”

Tam nikt nie mówi o śmierci.

Nikt.

Tam jest głód życia.

Nadzieja.

Ogromna wola, żeby zostać.

Za każdym razem, kiedy wychodzę z oddziału, dziękuję Bogu.

Za każdy dzień.

Za uśmiech.

Za ludzi.

Za moje dzieci, męża, rodzinę.

I uczę się jednego życie, nawet kruche, jest bezcenne.

Dlatego mówię to jeszcze raz, głośno i wyraźnie:

Nie zgadzam się na eutanazję.