Wczoraj, przeglądając strony, które obserwuję, trafiłam na pytanie, które mnie wbiło w ziemię. Tak po prostu, w pół zdania:
czy spotkałaś się z inspirującym modelem ojcostwa?
I powiem Wam szczerze rozsypałam się. Naprawdę.
Ojcostwo… i inspirujące?
Dla mnie to zestawienie przez lata brzmiało jak oksymoron.
Bo kiedy próbuję sięgnąć pamięcią albo wyobraźnią co właściwie mam?
Rodzina Borejków wiadomo, Ignacy.
No i Bóg w Biblii.
I… koniec. Pustka.
A przecież ojca mam.
Biologicznie wszystko się zgadza nazwisko jest, metryka się spina.
Tylko że na tym właściwie się kończy.
Nie mam z nim relacji. Nigdy nie miałam.
Zamiast tego było coś zupełnie innego: strach, napięcie, nieprzewidywalność.
Dom, który powinien być bezpieczny, był miejscem, gdzie człowiek uczył się czujności, a nie bliskości.
Ojciec, który zamiast budować niszczył.
Zamiast chronić ranił.
Zamiast być oparciem był ciężarem.
Do dziś nie potrafi zbudować z nami żadnej relacji.
I co najtrudniejsze uważa, że to nasza wina.
Że to my „olewamy”, że to my „nie szanujemy”.
Tylko jak szanować kogoś, kto nigdy nie nauczył Cię, czym jest szacunek?
I wiecie, co mnie naprawdę zastanawia?
Czy mężczyźni nie są głodni relacji ze swoimi dziećmi?
Czy naprawdę wierzą, że to dziecko kiedyś dorosłe przyjdzie i będzie zabiegać o więź, której nigdy nie było?
Bo przecież relacja nie zaczyna się wtedy, kiedy dziecko ma 30 lat.
Ona zaczyna się wtedy, kiedy ma trzy.
Albo trzy miesiące.
To wtedy buduje się fundament.
Albo… jego brak.
Ja tego fundamentu nie miałam.
Miałam za to moment, który mnie zaintrygował.
Jeden z tych, które zostają na zawsze.
Zobaczyłam mojego męża wtedy jeszcze chłopaka z jego ojcem.
Sposób, w jaki do siebie mówią.
Szacunek. Spokój. Naturalność.
Taka zwyczajna, cicha bliskość.
I zrobiło mi się… dziwnie.
Chyba pierwszy raz zobaczyłam coś, co mogłabym nazwać zdrową relacją ojciec syn.
Bez strachu. Bez napięcia. Bez udawania.
I tak zazdrościłam im tego.
Bo ja tego nie miałam.
Do dziś, kiedy jestem przy swoim ojcu, czuję, jak coś staje mi w gardle.
Zazdrościłam im nie rzeczy.
Zazdrościłam im doświadczenia.
Bo zobaczyłam coś, czego sama nigdy nie miałam.
I czego gdzieś głęboko zawsze mi brakowało.
Paradoksalnie to mój teść stał się dla mnie jedynym realnym przykładem „dobrego ojca”, jakiego znam.
Nieidealnego bo tacy nie istnieją.
Ale obecnego.
Normalnego.
Człowieka, przy którym nie trzeba się bać.
I to już jest bardzo dużo.
Kiedy myślę o Ignacym Borejce, przypomina mi się coś bardzo prostego, a jednocześnie ogromnego jego obecność.
To ojciec, który jest.
Który słucha.
Który traktuje swoje dzieci poważnie.
Chociaż pewnie mi zarzucicie, że Borejko jako ojciec się nie wykazał, ale dla mnie był przy swoich dzieciach był w domu.
W jednej z książek mówi do swoich dzieci :że człowieka trzeba traktować serio, nawet jeśli jest mały.
Nie pamiętam w której, ale obiło mi się o uszy.
I to jest dla mnie kwintesencja ojcostwa: widzieć w dziecku człowieka, a nie problem do wychowania.
A jeśli chodzi o Boga z Biblii…
to chyba najbardziej porusza mnie zdanie:
„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu? (…) A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49,15)
To jest obraz Ojca, który nie znika.
Który nie odwraca się plecami.
Który nie mówi: „to twoja wina”.
Ojca, który zostaje.
Dlatego dziś naprawdę zastanawiam się nad tym tematem.
Czy inspirujące ojcostwo to rzadkość?
Czy po prostu za mało o nim mówimy?
A może za wielu z nas dorastało w domach, gdzie ojciec był bardziej funkcją niż relacją?
Nie wiem.
Ale wiem jedno głód ojca jest realny.
I nie znika z wiekiem.
Można nauczyć się żyć bez tej relacji.
Można ją nazwać, poukładać, przepracować.
Ale gdzieś w środku zostaje pytanie:
jak to jest mieć ojca, który naprawdę jest?
A Ty?
Masz taki model ojcostwa, który Cię inspiruje?
Znasz ojca, na którego można patrzeć i myśleć: tak to powinno wyglądać?
Chętnie o tym poczytam.


