Ostatnio odezwał się do mnie kolega z Facebooka i zapytał, ile musiałam zapłacić z własnej kieszeni za lek na COVID. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą  35 dolarów. Resztę pokryło moje ubezpieczenie.

I tak, wiem dla wielu osób to może być zaskakujące. Ale w USA to całkiem normalne. Nawet mając ubezpieczenie, często trzeba dopłacać do leków. Dopłacasz też za wizyty u lekarza. I zazwyczaj u internisty zapłacisz mniej niż u specjalisty ale to wszystko zależy od konkretnego ubezpieczenia i jego zasad.

No i wracając do rozmowy…

Znajomy odpisał mi, ile ten sam lek kosztuje w Polsce.

Ludzie… wmurowało mnie.

To nie było kilka złotych. Ani nawet kilkaset. To była kwota rzędu… prawie 6 tysięcy złotych.

Szok. Niedowierzanie. I jedno wielkie pytanie: dlaczego?

Bo serio mając ubezpieczenie, ktoś ma zapłacić tyle pieniędzy za lek? Za co dokładnie? Jak to jest możliwe?

Wiecie, życie w New York nie jest łatwe. Nie jest lekkie. Zmiana kraju, systemu, codzienności to wszystko potrafi dać w kość. I czasami naprawdę tęskni się za różnymi rzeczami, które w Polsce były prostsze albo bardziej dostępne.

Ale powiem Wam szczerze…

Gdybym miała płacić takie pieniądze za leki, to naprawdę wolę to życie tutaj. Może nie mam luksusów, może wiele rzeczy kosztuje mnie więcej nerwów i wysiłku, ale mam to, co mam i jestem za to wdzięczna.

I jednocześnie jest mi po prostu przykro.

Przykro, że są ludzie w Polsce, którzy nie mogą sobie pozwolić nawet na tak podstawową rzecz jak lek, który może realnie pomóc w chorobie.

Bo zdrowie nie powinno być luksusem.

Jak to wygląda u Was? Czy mieliście sytuację, w której cena leku albo leczenia Was zszokowała? I czy uważacie, że system w Polsce działa sprawiedliwie dla zwykłych ludzi?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź