Wtulić twarz w Jego bliskość

Gosia potrafi przyprawić mnie o prawdziwy zawrót głowy. Taki dobry, głęboki bo jej słowa nie przelatują przeze mnie jak stek informacji. One drążą we mnie jak woda w skale , do której potem wlewa się fala miłości i zadumy nad tym, co naprawdę ważne, co ma sens.

I dziś znowu tak było.

Podała nam fragment. Kilka zdań. A w nich słowa:

„wtulić twarz w Jego bliskość, odsłonić swoje przeżycia przed Nim w poczuciu bezpieczeństwa i więzi, być wysłuchanym i przyjętym bez żadnych warunków…”

Czytając to, aż chlipnęłam.

Bo zrobiło mi się ciężko… tak jakoś głęboko.

Bo ja tego nie znałam.

Mój ojciec nie był wylewny. Uczucia? To była słabość. Miękkość, na którą nie było miejsca. Płacz? Lepiej nie. A jak już był  to musiałaś wiedzieć, za co płaczesz… a jeśli nie wiedziałaś, to „pomagał” tak, że już wiedziałaś.

Nie było wtulenia. Nie było rozmów. Nie było tego poczucia, że jestem ważna.

„Zrozumiesz, jak dorośniesz” słyszałam.

Ale nikt nie uczył, jak żyć, jak kochać, jak być blisko.

Więc kiedy dziś słyszę te słowa wtulić twarz w Jego bliskość

one są dla mnie jak poduszka z puchu. Jak delikatność jedwabiu. Jak coś miękkiego, co mnie otula czego nigdy wcześniej nie znałam.

Ale to nie przyszło od razu.

Kiedy przyszłam do wspólnoty, miałam w sobie bunt. Złość. Może nawet nienawiść do Boga.

Bo jak mam ufać Komuś, kto jak mi się wydawało dał mi takie życie? Takie dzieciństwo?

Nie rozumiałam. Nie chciałam słuchać.

Byłam gotowa się kłócić, stawiać, odrzucać to wszystko.

Bo jak to wtulić się w ramiona Boga? Jak?

Przecież nikt mnie tego nie nauczył.

My dzieci wychowane w tamtych czasach nie byłyśmy uczone czułości. Nie byłyśmy tulone, wysłuchiwane, upewniane, że jesteśmy ważne. Może ktoś tak miał… ja nie.

I właśnie tam w tej mojej szorstkości, w tym bólu wspólnota pokazała mi coś innego.

Że mogę przyjść do Boga taka, jaka jestem.

Że mogę wylać przed Nim wszystko  cały ból, cały żal, wszystko, co noszę.

Że On nie odrzuci. Nie wyśmieje. Nie ukaże za łzy.

I pamiętam ten moment… kiedy pierwszy raz naprawdę „wtuliłam twarz w Jego bliskość”.

Oddałam Mu siebie. Bez udawania.

I wtedy zaczęła się rewolucja. Prawdziwa. Głęboka.

Bo w tej ciszy zaczęłam odkrywać, że w człowieku są miejsca ukryte takie, których nikt nie widzi. Przestrzenie tęsknoty, niedopowiedzianych pragnień, potrzeby bycia przyjętym bez warunków, bez lęku.

I właśnie tam w tej najdelikatniejszej głębi Bóg przychodzi.

Nie siłą.

Ale cicho… jak powiew wiatru.

Jak Ojciec, który nie odsuwa, gdy przychodzisz poraniona.

Jak Przyjaciel, który słucha, nawet gdy mówisz chaotycznie i przez łzy.

Jak Miłość, która po prostu jest bez warunków.

Bóg jest nieskończenie dobry.

Nie gdzieś daleko ale tu, blisko, w codzienności.

Widzi więcej. Rozumie więcej. Daje więcej, niż jesteśmy w stanie pojąć.

Daje swoją obecność nawet gdy wszystko się chwieje.

Daje pokój nie dlatego, że życie jest łatwe, ale dlatego, że On jest blisko.

Daje miłość nie za coś. Po prostu.

I co najpiękniejsze On chce relacji.

Nie opartej na strachu czy obowiązku.

Ale takiej, w której mogę być sobą. Całą sobą.

Z ranami. Z pytaniami. Z wiarą i jej brakiem.

Z tym wszystkim, co we mnie jeszcze nieuleczone.

Dziś wiem, że ta tęsknota, którą nosiłam całe życie za bliskością, za byciem kochaną to nie była słabość.

To było Jego wołanie we mnie.

I dlatego chcę iść za tym.

Chcę iść w głąb tej relacji.

Chcę żyć z Nim, mówić o Nim, wracać do Niego ciągle od nowa.

Bo czasem wystarczy zatrzymać się.

Zamilknąć.

I po prostu być.

Położyć swoje serce w Jego dłoniach.

Wtulić się w Jego obecność.

Pozwolić sobie być kochaną.

Bo Bóg naprawdę jest dobry.

I Jego miłość nie ma końca.

Ale trzeba chcieć Go szukać.

Trzeba pozwolić się prowadzić.

Potrzebujemy formacji żeby uczyć się rozpoznawać Jego głos, odróżniać go od własnych lęków i złych podszeptów.

Bo Bóg bardzo często mówi do nas przez drugiego człowieka.

Dlatego tak ważna jest wspólnota. Ludzie, którzy idą tą samą drogą, którzy pomagają zobaczyć więcej, głębiej, prawdziwiej.

Jeśli szukasz nie bój się.

Szukaj wspólnot przy kościołach. Szukaj ludzi, którzy też pragną Boga.

A jeśli czujesz w sercu poruszenie zapraszam Cię do mojej wspólnoty Lew Judy na Manhattanie.

EUTANAZJA — MÓWIĘ NIE

Nie zgadzam się na świat, w którym śmierć staje się rozwiązaniem.

Żyjemy w rzeczywistości, w której wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Człowiek potrafi polecieć w kosmos, przemierzać pustynie, przekraczać własne granice, zdobywać wiedzę, poznawać ludzi, odkrywać świat. A jednak właśnie dziś coraz częściej wracamy do tematu eutanazji.

I nie tylko się o tym mówi. Ludzie również młodzi zaczynają ją wybierać.

Dlaczego?

Czy to brak miłości?

Czy przesyt możliwości?

Czy świat, który kiedyś był marzeniem, stał się miejscem, w którym życie przestaje mieć wartość?

Próbuję to zrozumieć. Naprawdę próbuję. Ale nie potrafię.

Bo dla mnie życie jest cudem. I nie można go tak po prostu przerwać bo jest trudno, bo boli, bo ktoś stracił siły. Po prostu nie.

Czy powiedziałbyś swojemu dziecku:

Masz depresję poddaj się eutanazji ?

NIE !!!!!

Życie jest CUDEM .Każdego dnia można je smakować, doświadczać, przeżywać. Dlaczego więc ktoś wybiera jego zakończenie?

Co jest z tym światem nie tak, że ludzie, którzy powinni być głodni życia, zaczynają z niego rezygnować?

Nie zgadzam się na rzeczywistość, w której człowiek zamiast otrzymać pomoc, wsparcie i miłość, dostaje zgodę na odejście.

Bo życie nawet trudne, nawet bolesne, nawet niepełne nadal jest życiem.

A życie nie jest problemem do usunięcia.

Dziś ktoś mówi:

Nie mam już siły

Ale czy odpowiedzią naprawdę ma być:

To odejdź ?

Zadaj sobie jedno pytanie:

Jeśli Twoje dziecko powiedziałoby: chcę się poddać eutanazji….

czy zgodziłbyś się?

Czy uznałbyś, że to dobre rozwiązanie?

Czy raczej zrobiłbyś wszystko absolutnie wszystko żeby je zatrzymać przy życiu? Żeby mu pomóc? Żeby pokazać, że jeszcze może być dobrze?

Ja znam swoją odpowiedź.

Chroniłabym życie za wszelką cenę.

Bo życie jest piękne nawet jeśli czasem boli.

Gdzie w tym wszystkim jest miłość do drugiego człowieka?

Gdzie jest walka o niego?

Gdzie jest nadzieja?

Każdy z nas ma momenty ciemności. Każdy.

Są dni, kiedy nie widzimy kolorów, kiedy świat wydaje się ciężki i bez sensu.

Ale to nie znaczy, że ten stan trwa wiecznie.

Zawsze przychodzi słońce.

Nawet jeśli trzeba na nie długo czekać.

Eutanazja nie daje szansy na to światło.

Zamyka drzwi na zawsze.

Czy naprawdę chcemy żyć w świecie, w którym słabszych się nie podtrzymuje, tylko usuwa ich cierpienie razem z nimi?

Czy naprawdę chcemy mówić osobie chorej, starszej, zmagającej się z bólem:

Twoje życie nie ma już wartości ?

Ja mówię: nie.

Bo wartość człowieka nie zależy od jego sprawności, zdrowia czy nastroju.

Nie zależy od tego, czy jest silny, czy słaby.

Każde życie ma sens nawet jeśli my go w danym momencie nie widzimy.

Starsi ludzie często mówią jedno:

największą przygodą było ich życie.

Nie perfekcyjne. Nie łatwe.

Ale prawdziwe.

I właśnie o to chodzi. Życie nie ma być idealne.

Ma być przeżyte.

A gdzie w tym wszystkim jest Bóg?

Jeśli wierzysz, wiesz, że życie jest darem nie przypadkiem.

Nie my je dajemy i nie my powinniśmy decydować, kiedy się kończy.

Zamiast uczyć się umierać, powinniśmy uczyć się być dla siebie nawzajem.

Być obok. Pomagać. Słuchać.

Trzymać za rękę, kiedy ktoś nie ma siły iść dalej.

Bo często człowiek nie chce umrzeć.

On tylko nie chce już tak cierpieć.

A to ogromna różnica.

Powiem wprost to mnie w środku porusza i boli.

Bo jak można tak łatwo odpuścić życie?

Jak można uznać, że to koniec, zamiast walczyć?

Życie jest zbyt cenne.

Dlatego nie zgadzam się na eutanazję jako łatwe rozwiązanie.

Zgadzam się na miłość. Na obecność. Na walkę o człowieka do samego końca.

Bo życie nawet kruche zawsze jest warte więcej niż śmierć.

Są tematy, obok których nie potrafię przejść obojętnie.

I to jest jeden z nich.

Pracuję na oddziale chemioterapii.

Każdego dnia widzę ludzi, którzy łapią się każdej nawet najcieńszej nitki, żeby żyć.

Łapią oddech.

Walczą o każdy krok.

O jeszcze jeden dzień.

I wiesz, co mówią najczęściej?

„Wierzę, że wyjdę z tego.”

„Tak bardzo kocham życie.”

Tam nikt nie mówi o śmierci.

Nikt.

Tam jest głód życia.

Nadzieja.

Ogromna wola, żeby zostać.

Za każdym razem, kiedy wychodzę z oddziału, dziękuję Bogu.

Za każdy dzień.

Za uśmiech.

Za ludzi.

Za moje dzieci, męża, rodzinę.

I uczę się jednego życie, nawet kruche, jest bezcenne.

Dlatego mówię to jeszcze raz, głośno i wyraźnie:

Nie zgadzam się na eutanazję.

Wspomnienie dzieciństwa, do którego wracam 

Macie takie wspomnienie z dzieciństwa, które nosicie w sobie jak mały skarb?

Takie, do którego wracacie w myślach i nagle robi się cieplej na sercu… takie, które daje poczucie wolności, lekkości i czystej, niczym niezmąconej radości?

Ja mam. I pielęgnuję je w sobie do dziś.

Dziś do mnie wróciło… Może dlatego, że wyszło słońce i tak delikatnie muska twarz. Tak beztrosko… jak kiedyś.

Nie wiem dokładnie, ile miałam lat  może sześć, może siedem. Ale pamiętam emocje, zapachy, światło… wszystko, jakby to było wczoraj.

Mieliśmy wtedy najcudowniejszych sąsiadów na świecie. Takich prawdziwych nie tylko „dzień dobry” na klatce schodowej, ale relację jak z rodziną. Codziennie się odwiedzaliśmy. My mieszkaliśmy na czwartym piętrze, oni na trzecim dzieliło nas tylko kilka schodków.

I wiecie co? Mam wrażenie, że to szczęście do ludzi idzie za mną przez całe życie. Bo nawet teraz, na obczyźnie, znów trafiłam na wspaniałych sąsiadów, z którymi żyjemy jak bliscy. I chociaż dziś mieszkam na osiemnastym piętrze… nadal mam to samo szczęście do ludzi.

Ale wracając…

W czasach PRL-u nasi sąsiedzi wyjeżdżali do domków wczasowych organizowanych przez firmę, w której pracowali. I zawsze zabierali nas ze sobą.

Dla mnie to był inny świat. Prawdziwa magia.

Las. Jezioro. Cisza przeplatana śmiechem dzieci. Słońce, które grzało jakoś inaczej delikatnie… i nikt nie smarował nas żadnymi kremami. Biegaliśmy całymi dniami na słońcu, jakby czas nie istniał.

Bez telefonów. Bez zegarków. Bez pośpiechu. Bez tego ciągłego „chodź już, wracamy, trzeba obiad zrobić”.

Były jaszczurki, które obserwowaliśmy z zachwytem. Była woda, w której kąpaliśmy się do utraty sił. Były piętrowe łóżka największa przygoda świata.

I to uczucie… że nic więcej nie istnieje.

Byliśmy dużą grupą dzieci i dorosłych. Wieczorami ognisko. Śmiech, który niósł się po lesie. Kanapki, które smakowały najlepiej na świecie. Herbata pita z emaliowanych kubków.

Proste rzeczy. Najprostsze.

A jednak pełne wszystkiego.

Patrzę na to dziś i myślę… czy wtedy potrzebowałam czegoś więcej do szczęścia?

Nie.

To była czysta radość. Beztroska. Wolność. Poczucie, że jest się dokładnie tam, gdzie powinno.

I chyba właśnie do takich chwil wracamy najczęściej.

Bo przypominają nam, kim byliśmy zanim świat zaczął wszystko komplikować.

A dziś… na obczyźnie, próbuję dać to samo swoim dzieciom.

Zabieramy je pod namiot. Może nie ma piętrowych łóżek, ale jest ognisko, zapach drewna, herbata… i marshmallow bo przecież trochę luksusu też musi być 😉

Śpimy w śpiworach, czasem pod gołym niebem.

I w tym roku też zabieramy dzieci na camping do Jellystone Park. To miejsce w jakiś sposób przypomina mi moje dzieciństwo…

I tak bardzo chciałabym, żeby moje dzieci poczuły choć namiastkę tego, co ja wtedy czułam.

Biegając boso po porannej rosie.

Zajadając leśne poziomki.

Śmiejąc się bez powodu.

Niech tylko zrobi się trochę cieplej… i jedziemy.

A Wy?

Macie takie swoje wspomnienie, które wywołuje uśmiech nawet po najgorszym dniu?

 Hosanna Jezusowi

Niedziela Palmowa — dzień ważny dla katolików.

Tłum witający Jezusa, gałązki unoszone ku niebu, radość, która jeszcze nie zna nadchodzącego krzyża.

A jednak dziś zatrzymuję się na detalu na symbolu, jakim jest palma.

Bo palma to nie tylko znak tamtego wydarzenia sprzed wieków.

To coś, co przez pokolenia było żywe. Namacalne. Obecne w codzienności.

Dawniej w Polsce palma nie była dekoracją.

Była znakiem.

Tworzona ręcznie z gałązek, suszonych kwiatów, ziół niosła w sobie czas, pracę i intencję. Nie kupowało się jej. Powstawała w domu, w skupieniu, często wspólnie, czasem przy śpiewie. Każdy element miał znaczenie.

Po poświęceniu wracała do domu jak coś świętego.

Wtykano ją za obrazy.

Dotykano nią ścian, błogosławiono obejście.

Chroniła przed burzą, przed ogniem, przed tym, czego nie da się nazwać ale co ludzie kiedyś bardzo czuli.

Wiem, bo u moich dziadków takie palmy były jeszcze długo.

Nie była tylko pamiątką z kościoła.

Była obecnością sacrum w codzienności.

Z biegiem lat coś zaczęło się zmieniać.

Coraz mniej czasu.

Coraz mniej wspólnego tworzenia.

Palma powoli przestawała być procesem, a stawała się przedmiotem.

Kupiona ładna, gotowa, ale już nie taka sama.

Nie zniknęła całkowicie.

Ale gdzieś po drodze straciła swoją głębię.

Została bardziej w tradycji niż w przeżyciu.

I taka chwila jak dziś każe się zatrzymać nad tym, co jest teraz i co było kiedyś.

Dziś byłam w kościele, gdzie większość stanowili Meksykanie.

Wypełnili świątynię po brzegi nie było wolnego miejsca.

Ludzie stali także na zewnątrz. Już dawno nie widziałam takich tłumów.

I oni ludzie, którzy nadal trzymają palmę jak coś ważnego.

Nie jako zwyczaj, ale jako wyraz miłości, witając Jezusa.

Meksykańska wspólnota tłum, ręce uniesione wysoko, palmy plecione, kolorowe, żywe.

Dłonie w górze z tymi palmami.

I to wołanie: Hosanna. Z serca.

Aż się łezka w oku kręci, patrząc na tych ludzi zjednoczonych w wierze, z palmami w ręku.

Jak potrafią celebrować ten piękny, wzniosły czas.

Całymi rodzinami.

To naprawdę było dziś piękne.

Patrzę też na swoją palmę.

Zrobioną przez moją mamę ze świeżych kwiatów, z bazi i zielonego bukszpanu.

Prawie taka jak kiedyś.

Moja mama uwielbia podtrzymywać tradycję.

Chce nam przekazać kawałek historii.

Ja to szanuję. Biorę to.

Bo wiem, że kiedyś  gdy jej zabraknie będę o tym opowiadać kolejnym pokoleniom.

Może swoim wnukom.

Będę z nimi chodzić i pokazywać, jak katolicy potrafią celebrować ten dzień wznośle i pięknie.

U moich dziadków na wsi też były zwyczaje.

Dziadek zrywał gałązkę wierzbową i kto pierwszy wracał z kościoła z poświęconą palmą, biegł do tych, co jeszcze spali i wołał:

„Wierzba bije, nie zabije,

wstawaj śpiochu, bo za tydzień Wielki Dzień,

za sześć noc Wielkanoc!”

To było dla zdrowia, dla siły po zimie.

Taki był u nas zwyczaj ludowy na Podlasiu.

Dziś niewielu już o tym pamięta…

A przecież w tym wszystkim była radość, wspólnota i życie.

Różne palmy  a jeden cel.

Wyśpiewać wspólnie:

Hosanna.

Bo Niedziela Palmowa to nie tylko wspomnienie wydarzenia.

To pytanie:

Jak ja dziś witam Jezusa .

A Ty jak celebrujesz ten dzień?

Robisz palmę samemu czy wybierasz gotową?

Zastanawiasz się czasem, jak kiedyś ludzie przeżywali ten dzień?

A może u Was też były takie zwyczaje?

Podziel się

Kwiatowe spa

Sobota. Dzień święty. Dzień odpoczynku.

No chyba że jesteś mną wtedy to olimpiada wielobojowa w konkurencji: ogarnij wszystko, zanim czas cię pokona.

Zaczęło się niewinnie. Ja, kobieta sukcesu, pani swojego losu, zdobywczyni 18 piętra i królowa pralni, postanowiłam zrobić coś dobrego.

Nie sobie nie przesadzajmy.

Kwiatom.

Bo przecież one biedne. Stoją, patrzą, liście im klapły, bo nikt ich cały tydzień nie podlewa, ziemia sucha jak pustynia. No to mówię:

— Dziewczyny, dziś SPA!

I leci. Kąpiel, masaż, peeling, odżywka. Normalnie hotel pięciogwiazdkowy tylko zamiast szlafroków doniczki.

W międzyczasie:

• golonka się robi (bo przecież kto normalny robi jedną rzecz naraz),

• pralka śpiewa,

• ja biegam jak kurier ekspresowy pomiędzy piwnica  a 18. piętrem góra dół, góra dół.

I wtedy…

ON.

Cichy. Niewinny. Stoi. Udaje roślinkę.

Kaktus.

Ja  pewna siebie, szybka, zdeterminowana łapię go z góry. Bo przecież po co patrzeć.

Życie to przecież adrenalina.

I wtedy:

BAM.

On nie był rośliną.

On był zasadzką.

Moje dłonie zamieniają się w jeża. Nie, przepraszam jeż by się obraził.

Ja byłam żywym rzepem.

Stoję. Patrzę. Myślę:

To się nie wydarzyło.

Ale się wydarzyło.

Siadam w fotelu, pęseta w dłoń i zaczynam operację: Ratuj dłonie.

Wyciągam jeden kolec… czuję trzy następne.

Wyciągam dwa… pojawia się ich pięć.

To się rozmnaża szybciej niż obowiązki.

I oczywiście dom pusty.

Nikogo nie ma, kto by opatrzył moje dłonie! Także mam nauczkę, żeby doceniać domowników, ha, a nie delektować się tylko ciszą.

W pewnym momencie zaczynam negocjować z losem:

— Dobrze, już nie będę robić SPA kwiatom… możecie sobie schnąć jak chipsy.

Kaktus milczy.

Zwycięzca nie musi się tłumaczyć.

A ja siedzę, dłonie czerwone, golonka się robi, pralka kończy, życie trwa…

i dochodzę do jednego wniosku:

Nie wszystkie relacje są warte zaangażowania.

Zwłaszcza te z kaktusem.

Czy ktoś z Was przeżył taką przygodę z tym zielonym bandytą i ma dla mnie jakieś sprawdzone sposoby, żeby dłonie wróciły do normalności?

Bo ja tu siedzę, wyciągam kolce jak archeolog skarby…

a za chwilę muszę lecieć odebrać pranie.

Życie nie zwalnia.

Nawet dla ofiar kaktusów.

Z jakim obrazem Boga wyszedłeś ze swojego domu rodzinnego?

Dziś moja koleżanka ze wspólnoty podzieliła się pewnymi słowami.

Jedno zdanie szczególnie mnie zatrzymało.

Wmurowało mnie.

Zastygłam.

„Z jakim obrazem Boga wyszedłeś ze swojego domu rodzinnego?”

I nagle… cisza.

Stop.

Refleksja.

Z jakim?

Długo nie umiałam sobie na to odpowiedzieć.

Dziś też nie jest to łatwe.

Stoję trochę jak wtedy  mała dziewczynka, która słucha, ale nie rozumie.

Słyszy słowa, ale one nie zapuszczają korzeni.

Wychowałam się w małym podlaskim miasteczku.

Czasy PRL-u.

Kościół był oczywistością  jak niedziela, jak obiad…

jak rosół z kury na niedzielnym stole, bo przecież wszyscy wtedy jedli rosół.

I jeszcze te pytania po powrocie do domu:

Co było na kazaniu?

A ja… co ja mogłam odpowiedzieć?

Co mogłam zrozumieć z tych długich, trudnych słów, które przelatywały nade mną jak wiatr?

Mój obraz Boga nie był obrazem.

Był raczej wyimaginowanym starcem z długą brodą, który karze i strąca do piekła dosłownie za wszystko.

Był lękiem, którego się bałam i tylko czekałam, kiedy Jego palec Boży mnie dosięgnie.

Wiedziałam, że trzeba się modlić.

Wiedziałam, że trzeba być grzeczną.

Bo jak nie… to Bóg ukarze.

Nie pamiętam Boga, który przytula.

Pamiętam Boga, który patrzy i ocenia.

Nie pamiętam Boga, do którego biegnę z radością.

Pamiętam takiego, przed którym stoję na baczność.

Miłość?

Miłość była czymś, na co trzeba było zasłużyć.

A skoro trzeba było zasłużyć… to znaczy, że łatwo ją stracić.

A że ja byłam tym krnąbrnym, nieposłusznym dzieckiem, które było zainteresowane wszystkim obrywało mi się cały czas.

I wiedziałam, że Pan Jezus nie lubi takich niegrzecznych  dziewczynek.

Więc wiedziałam, że jestem w tej lidze, która będzie ukarana za swoje zachowanie.

Bo moje zachowanie… no cóż, dawało wiele do życzenia.

Ale co mogłam zrobić, skoro życie mnie interesowało?

Byłam głodna, żeby zobaczyć, dotknąć, doświadczyć.

Ale w czasach PRL-u takie dzieci się temperowało i stawiało do pionu, bo rozwalały system.

No i był jeszcze Pan Jezus którego się nie widziało, ale wiedziało się, że karze.

I to nie paskiem jak ojciec… tylko gorzej.

Więc nie prosiłam.

Nie mówiłam.

Nie zwierzałam się.

Bałam się.

I dziś, kiedy wracam do tego pytania, czuję, jakby ktoś dotknął miejsca, które długo było zamknięte.

Bo ja chyba nie wyszłam z obrazem Boga.

Ja wyszłam z ciszą.

Z niewiedzą.

Z lękiem, który długo brałam za wiarę.

Coś zaczęło się zmieniać później.

Trochę liznęłam Boga w oazie były pieśni, spotkania, rozmowy…

Coś zostało, ale to jeszcze nie było to.

Dopiero we wspólnocie Lew Judy, jakieś 15–17 lat temu, zaczęła się moja prawdziwa droga.

Tam zaczęłam poznawać Boga nie z opowieści, nie z nakazu, nie ze strachu…

ale z doświadczenia.

Dziś wiem, że Bóg nie musi być strachem.

Że nie stoi nade mną z listą moich błędów.

Że nie czeka, aż się potknę.

On czeka na mój krok.

Dziś wiem, że miłość nie jest nagrodą.

Nie jest czymś, na co trzeba zasłużyć.

Jest początkiem.

Bo On jest Miłością.

I jest Miłosierdziem.

I może dlatego dziś sama nie każę swoim dzieciom wierzyć.

Nie zmuszam ich do modlitwy.

Nie rozliczam z kazań.

Mówię tylko:

Bądźcie. Spróbujcie. Zobaczcie.

Chcę, żeby miały przestrzeń, nie przymus.

Żeby mogły spotkać Boga, a nie tylko o Nim słyszeć.

Chcę, żeby miały zdrowy obraz prawdziwego Boga który nie karze, a kocha.

A to ogromna różnica, prawda?

A potem?

Droga jest wolna.

Mogą wybrać Boga  i wtedy wszystko zaczyna układać się inaczej.

Albo mogą pójść swoją drogą.

To ich decyzja.

I dziś… wybierają Boga.

Chcą, żeby był w ich życiu.

Nie ze strachu.

Ale z potrzeby serca.

A Ty?

Z jakim obrazem Boga wyszedłeś ze swojego domu?

Czy to był Bóg, którego się bałeś…

czy Bóg, do którego chciałeś wracać?

I czy ten obraz, który w sobie nosisz,

jest naprawdę Twój…

czy tylko odziedziczony?

Może warto się zatrzymać…

i zapytać siebie jeszcze raz.

Atak paniki w metrze

Poniedziałek rano.

Deszcz. Zimno. Szaro.

Taki dzień, że masz ochotę nie ruszać się z domu, ale rachunki same się nie zapłacą. Chcesz czy nie chcesz  ruszasz, choć pogoda nie rozpieszcza.

Wsiadam do subwayu.

Pociąg rusza. Koła turkoczą. Ludzie przysypiają, ktoś pije kawę, ktoś je rogalika, ktoś wpatrzony w telefon.

I nagle stop.

Stoimy.

Głos w megafonie: pasażer chory, czekamy.

Czekamy.

Minuta. Druga. Dziesiąta.

Powietrze robi się gęste. Takie, że aż można je nożem kroić. Ludzie jeszcze udają spokój, ale coś zaczyna się dziać. Powoli. Po cichu.

Obok mnie siedzi kobieta.

Liczy oddechy.

Raz… dwa… trzy… cztery… wypuszcza powietrze.

I od nowa.

Patrzy na mnie i mówi cicho:

– Boję się.

I ja wiem.

Bo ja też się boję.

Czuję, jak nogi zaczynają mi się trząść. Jak coś podchodzi do gardła. Jak za chwilę mogę być dokładnie w tym samym miejscu co ona.

Ale próbuję się trzymać.

Myślę o czymś dobrym. O wczorajszym dniu. O mężu. Dzieciach. Wspólnocie.

Oddycham.

A ona liczy dalej.

Naprzeciwko stoi mężczyzna.

Z minuty na minutę coraz bledszy.

Ma zamknięte oczy.

Na czole pojawia się pot.

Ktoś zaczyna się przechadzać. Ktoś przeklina.

Ktoś udaje, że śpi.

A my stoimy.

30 minut.

I w pewnym momencie wiem, że atak paniki nie wygląda jak histeria.

On wygląda jak człowiek, który walczy o oddech i stara się nie rozsypać.

Bo atak paniki to nie jest tylko w głowie w takim sensie, jak ludziom się wydaje.

To ciało.

Serce bije jak szalone.

Oddech się rwie.

W głowie pojawia się chaos.

Czujesz, że zaraz coś się stanie. Że zaraz stracisz kontrolę.

I najgorsze nie możesz stąd wyjść.

Zamknięta przestrzeń.

Tłum ludzi.

Brak ruchu.

Brak kontroli.

Gotowy scenariusz.

I nie to nie jest choroba psychiczna.

To reakcja organizmu.

Może przyjść do każdego.

Do mnie. Do Ciebie. Do tej kobiety obok.

Wystarczy moment.

Patrzę na nią.

Jest przerażona tak bardzo, że aż przysuwa się bliżej.

I wtedy robię jedyną rzecz, na jaką mnie stać.

Mówię spokojnie:

– Wszystko jest dobrze. Zaraz ruszymy. Jestem tu.

Nie wiem, czy to prawda, że zaraz ruszymy.

Ale wiem, że ona tego potrzebuje.

Ona tylko kiwa głową.

I dalej liczy oddechy.

I wiecie, co jest w tym wszystkim istotne?

Nie to, że pociąg stał.

Nie to, że ktoś był chory.

Tylko to, ilu ludzi w tym wagonie było o krok od paniki…

i ilu z nich było z tym zupełnie samych.

My naprawdę nie wiemy, kto obok nas walczy.

Ta kobieta.

Ten mężczyzna.

Może ktoś, kto wygląda zupełnie spokojnie, ale w środku przeżywa dramat.

A czasem wystarczy naprawdę niewiele:

jedno zdanie,

spojrzenie,

ciche: hej, jesteś bezpieczny, jestem tu

Bo w ataku paniki najgorsze jest jedno uczucie:

że jesteś w tym sam.

I kiedy ona już prawie nie wytrzymuje…

pociąg rusza.

Jakby ktoś nacisnął przycisk ulga 

Widzę, jak z wielu z nich schodzi napięcie.

Mężczyzna naprzeciwko mnie ociera wierzchem dłoni krople potu i spogląda na mnie.

Kobieta obok dziękuje mi, że byłam obok i że nic jej się nie stało.

Co miało się jej stać?

To był tylko i aż atak paniki.

Zastanawiam się czasem, czy my, ludzie pasażerowie pociągów, autobusów, przechodnie potrafimy jeszcze być dla siebie ludźmi w takich momentach.

Czy widząc kogoś w panice, odwracasz wzrok,

czy robisz jeden mały krok, by mu pomóc?

Bo może właśnie to jedno zdanie,

jedno everything is ok 

jedno bycie obok…

może komuś uratować ten moment.

Pomóc przetrwać trudny poniedziałkowy poranek.

A może powinnam zrobić jakiś certyfikat i pomagać takim ludziom, którzy czują, że niebo spada im na głowę, że świat się rozpada, a oni zaraz umrą?

Może powinnam zostać life coachem albo pracować w social services?

Hmm… muszę się nad tym zastanowić.

A jeśli ktoś z Was kiedyś znajdzie się w takiej sytuacji jak my w tym wagonie, warto wiedzieć jedno.

Atak paniki — co to właściwie jest?

To moment, kiedy ciało włącza alarm, mimo że nie ma realnego zagrożenia.

Serce zaczyna bić szybciej.

Oddech się rwie.

Może zrobić się słabo, ciasno w klatce piersiowej, dziwnie w głowie.

Pojawia się strach — nagły i bardzo prawdziwy.

Czujesz, jakbyś zaraz miał stracić kontrolę albo że coś złego się wydarzy.

Ale to tylko reakcja organizmu.

To mija.

I choć jest bardzo nieprzyjemne nie jest niebezpieczne.

Co możesz zrobić, kiedy złapie Cię to np. w subwayu albo w innym miejscu, z którego nie możesz wyjść?

Spróbuj skupić się na oddechu.

Powoli wdech nosem… i długi wydech ustami.

Nawet jeśli wydaje się to trudne spróbuj zwolnić tempo.

Rozejrzyj się wokół.

Znajdź 3 rzeczy, które widzisz.

2 rzeczy, które słyszysz.

1 rzecz, której możesz dotknąć.

To pomaga wrócić tu i teraz.

Jeśli możesz oprzyj się, usiądź, złap coś stabilnego.

I jeśli masz obok siebie człowieka nie bój się powiedzieć:

Hej, źle się czuję

Naprawdę.

Czasem jedno zdanie i czyjaś obecność potrafią zrobić ogromną różnicę.

I najważniejsze:

nie jesteś w tym sam.

Nie mówię żegnajcie… mówię do zobaczenia…

W sobotę mieliśmy ważne wydarzenie w naszej wspólnocie.

Takie z tych… które zostają w sercu na długo.

Nasi przyjaciele tacy od zawsze, od niepamiętnych czasów  właśnie pakują walizki i wracają na stałe do Polski.

I niby… można powiedzieć: normalna kolej życia.

Jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają.

Tak po prostu jest.

Ale prawda jest taka, że to po prostu działa tylko wtedy, kiedy nie jesteś z kimś związany.

Kiedy to są znajomi.

Kiedy mijacie się gdzieś między niedzielą a codziennością.

A kiedy pojawia się więź…

kiedy są rozmowy, śmiech, wspólna modlitwa, wspólne chwile wtedy już nic nie jest po prostu…

Wtedy robi się trudniej.

Ciszej.

Ciężej.

Bo jak się pogodzić z tym, że kogoś tu po prostu… nie będzie?

Nie lubię pożegnań.

Nie lubię wyjazdów.

Nie lubię mówić do zobaczenia kiedyś , bo to  kiedyś zawsze brzmi tak daleko, tak niepewnie.

A jednak…

Przyszliśmy. Jak zawsze.

Była Msza Święta nasz kapłan celebrował ją właśnie za nich.

Było krótkie Uwielbienie Jezusa… i powiem Wam serce aż skakało z radości.

Bo w tym wszystkim była też ogromna wdzięczność.

Za nich.

Za czas razem.

Za relacje, które się nie kończą tylko dlatego, że zmienia się adres.

A potem przyszło to, co zawsze przychodzi…

Podziękowania.

Wzruszenia.

Łzy, które tak bardzo próbujesz zatrzymać.

I tort przepyszny, jak zwykle.

Bo życie, nawet w takich momentach, potrafi być jednocześnie piękne i trochę bolesne.

Było naprawdę pięknie.

Ale gdzieś w środku siedziała ta gula w gardle…

i trzeba było się pilnować, żeby łezka nie spłynęła.

Bo jak już spłynie jedna… to wiadomo.

Wiecie co jest najważniejsze?

Że oni idą razem.

Że mają siebie.

Że potrafią iść przez życie ramię w ramię, że lubią ze sobą być.

I wiem, że sobie poradzą.

Naprawdę wiem.

A ja?

Ja chyba jeszcze nie odnalazłabym się w polskiej rzeczywistości.

Jeszcze nie teraz.

Nie czuję tego.

Może kiedyś.

Może na emeryturze.

Może wtedy przyjdzie ten moment.

A na razie jestem tu.

I choć nie zawsze jest tu idealnie, słodko i lekko…

to jednak jakoś zakotwiczyliśmy.

I dobrze nam tu razem.

Ale wiecie…

Bez Was to już nie będzie to samo.

Bez Ciebie.

Bez Twojego męża i jego gitary…

coś zawsze będzie trochę ciszej.

Dlatego ja nie mówię żegnajcie 

Ja mówię:

do zobaczenia.

I to wcale nie  kiedyś tam

Bo takie relacje się nie kończą.

One tylko zmieniają miejsce.

A tęsknota?

Jest.

I będzie.

Bo serce… no cóż serce dziś jest jakieś takie cięższe.

Ale jednocześnie pełne miłości ❤️

Do zobaczenia.

Naprawdę.

Miał być weekend , wyszły okna .

Miał być weekend jak z reklamy. Słońce, spokój, ocean, książka i ja w wersji: nicnierobienie, totalny błogi relaks.

Plan był dopracowany niemal perfekcyjnie. Już widziałam siebie, jak łapię pierwsze promienie słońca, przewracam leniwie kolejne strony książki i oddycham pełną piersią bez kichania, co ważne, bo wiadomo… sezon alergiczny rozpoczęty!

No i wtedy… otworzyłam oczy.

Spojrzałam na okna.

I te okna spojrzały na mnie.

I to nie było miłe spojrzenie.

Do tego pajęczyny na ścianach zaczęły wyglądać jak dekoracje na Halloween tylko w wersji całorocznej. I w tym momencie cały mój plan błogiego relaksu zrobił cichutkie puf i wyparował.

Bo przecież zaraz Wielkanoc.

A ja się pytam: kiedy, no kiedy niby miałam to ogarnąć? W tygodniu? Między jednym pędem do pracy a drugim ogarniam kolejne rzeczy?

Więc zrobiłam to, co robi każda rozsądna (czytaj: zdeterminowana) kobieta.

Rzuciłam się w wir sprzątania.

Okna umyte wszystkie.

Kurz zlikwidowany .

Podłogi błyszczą .

Kwiaty wykąpane, dopieszczone, prawie jak w spa (a doniczek mamy tyle, że spokojnie moglibyśmy otworzyć ogród botaniczny).

Mój mąż patrzy na to wszystko i mówi:

Na cholerę tak się zabijasz? Usiądź, odpocznij, cały tydzień orasz.

No i wiecie co… teoretycznie ma rację.

Mogłabym to olać. Zostawić. Zapomnieć. Udawać, że kurz to nowy styl dekoracyjny.

Ale znam siebie. Im dłużej bym zwlekała, tym bardziej to wszystko by rosło… i rosło… aż w końcu potrzebny byłby serwis sprzątający z 12 osobami, a nie ściereczka.

Poza tym mam alergię na kurz, więc dla mnie trochę kurzu  to nie jest  trochę .To jest:

kichanie x100,

oczy jak po maratonie wzruszeń,

gardło jak po koncercie rockowym.

Ale! Tu mały sukces życia odkąd odstawiłam cukier i węglowodany, moja alergia jakby… odpuściła. Serio. Nie łykam już leków garściami, w tym sezonie nie wzięłam ani jednej tabletki. I to jest chyba największy plus tej całej historii.

Czyli jednak coś z tego weekendu mam 😄

A teraz?

Teraz idę do parku. Usiądę na chwilę. Pooddycham. Może nawet uda mi się poczuć te moje wymarzone pierwsze promienie słońca… tylko trochę później niż planowałam.

Bo roboty jeszcze przede mną tyle, że spokojnie starczyłoby na kolejny weekend.

Albo dwa.

Albo najlepiej…

Weekend powinien trwać co najmniej trzy dni.

Kto jest za? 😄

Życie na wysokich obrotach

Mój świat ostatnio kręci się szybciej niż pralka na najwyższych obrotach. Serio. Jeszcze chwila i ktoś mnie wyciągnie razem ze skarpetkami, które zawsze gdzieś znikają.

Sezon urodzinowy właśnie się na chwilę zamknął taki krótki oddech, pauza między jednym tortem a drugim. Bo u nas urodziny to nie jest „wszystkiego najlepszego” rzucone między jednym krokiem a drugim. O nie. U nas to jest wydarzenie. Spektakl. Czasem nawet… instalacja artystyczna z elementami survivalu.

Był na przykład tort ze śniegu. Tak, dobrze czytasz. Czternaste urodziny Oli, śniegu po kolana, więc co zrobiłam? Otworzyłam okno, zgarnęłam biały puch do foremek od ciasta i voilà tort gotowy. Były świeczki, był poranek, było świętowanie od pierwszego oddechu dnia. Trochę absurd, trochę magia, trochę „czy my jesteśmy normalni?” czyli dokładnie tak, jak lubię.

A kartki? Nie kupujemy. Żadnych CVS-ów, żadnych gotowców z brokatem, który potem znajdujesz na ubraniach .Moje dzieci robią kartki same. Piszą takie rzeczy, że człowiek raz się śmieje, raz płacze. Czasem dowiesz się, że jesteś cudowną mamą, a czasem… że puszczasz bąki. I to jest właśnie miłość w najczystszej formie 🤣

Te kartki zbieram. Każdą jedną. To jest moja prywatna kapsuła czasu trochę śmiechu, trochę łez i dużo życia między linijkami.

No i zdjęcia. Co roku. Bez względu na wszystko. Nieważne włosy, makijaż, czy ktoś wygląda jakby właśnie wstał .Język na wierzchu, oczy zamknięte idealnie. Bo ważne jest tylko jedno: że jesteśmy razem.

A na koniec roku tradycja. Wakacje. W tym roku padła deklaracja: tydzień na Florydzie, Disney World. Młody jeszcze nie był, dziewczyny chcą wrócić, bo nie widziały wszystkiego czyli klasyczne: trzeba powtórzyć, bo było za mało magii i za dużo kolejek. Plan jest. Teraz tylko życie niech się nie wtrąca.

No właśnie… życie.

Bo poza tym całym ciepłem i śmiechem jest też druga strona. Taka bardziej… thriller psychologiczny z elementami horroru.

W pracy cisza. Gęsta, lepka, taka co oblepia ściany i ludzi. Zmiany, rotacje, zwolnienia. Jednych wyrzucają, innych zatrudniają. Nikt nic nie wie. Każdy chodzi jakby właśnie usłyszał coś złego, ale nie do końca rozumie co.

Taki stan zawieszenia. Jak przed burzą. Albo gorzej jak w horrorze, kiedy już wiesz, że coś zaraz wyskoczy zza rogu, tylko nie wiesz kiedy.

Robisz swoje. Uśmiechasz się. Udajesz spokój. I gdzieś z tyłu głowy siedzi myśl: oby mnie nie dotknęło.

Bo życie w New York to już nie to samo co kiedyś. 30 lat temu było jakoś… lżej. Dziś wszystko kosztuje więcej nie tylko pieniądze, ale też spokój.

Ale dziś jest sobota.

I ja się cieszę jak dziecko, które właśnie dostało tort. Nieważne czy ze śniegu czy z cukierni.

Chwilo  trwaj. Proszę.

Czas na relaks. Zasłużony 😊

A co u Was? Podzielcie się swoimi wydarzeniami.