Miał być weekend , wyszły okna .

Miał być weekend jak z reklamy. Słońce, spokój, ocean, książka i ja w wersji: nicnierobienie, totalny błogi relaks.

Plan był dopracowany niemal perfekcyjnie. Już widziałam siebie, jak łapię pierwsze promienie słońca, przewracam leniwie kolejne strony książki i oddycham pełną piersią bez kichania, co ważne, bo wiadomo… sezon alergiczny rozpoczęty!

No i wtedy… otworzyłam oczy.

Spojrzałam na okna.

I te okna spojrzały na mnie.

I to nie było miłe spojrzenie.

Do tego pajęczyny na ścianach zaczęły wyglądać jak dekoracje na Halloween tylko w wersji całorocznej. I w tym momencie cały mój plan błogiego relaksu zrobił cichutkie puf i wyparował.

Bo przecież zaraz Wielkanoc.

A ja się pytam: kiedy, no kiedy niby miałam to ogarnąć? W tygodniu? Między jednym pędem do pracy a drugim ogarniam kolejne rzeczy?

Więc zrobiłam to, co robi każda rozsądna (czytaj: zdeterminowana) kobieta.

Rzuciłam się w wir sprzątania.

Okna umyte wszystkie.

Kurz zlikwidowany .

Podłogi błyszczą .

Kwiaty wykąpane, dopieszczone, prawie jak w spa (a doniczek mamy tyle, że spokojnie moglibyśmy otworzyć ogród botaniczny).

Mój mąż patrzy na to wszystko i mówi:

Na cholerę tak się zabijasz? Usiądź, odpocznij, cały tydzień orasz.

No i wiecie co… teoretycznie ma rację.

Mogłabym to olać. Zostawić. Zapomnieć. Udawać, że kurz to nowy styl dekoracyjny.

Ale znam siebie. Im dłużej bym zwlekała, tym bardziej to wszystko by rosło… i rosło… aż w końcu potrzebny byłby serwis sprzątający z 12 osobami, a nie ściereczka.

Poza tym mam alergię na kurz, więc dla mnie trochę kurzu  to nie jest  trochę .To jest:

kichanie x100,

oczy jak po maratonie wzruszeń,

gardło jak po koncercie rockowym.

Ale! Tu mały sukces życia odkąd odstawiłam cukier i węglowodany, moja alergia jakby… odpuściła. Serio. Nie łykam już leków garściami, w tym sezonie nie wzięłam ani jednej tabletki. I to jest chyba największy plus tej całej historii.

Czyli jednak coś z tego weekendu mam 😄

A teraz?

Teraz idę do parku. Usiądę na chwilę. Pooddycham. Może nawet uda mi się poczuć te moje wymarzone pierwsze promienie słońca… tylko trochę później niż planowałam.

Bo roboty jeszcze przede mną tyle, że spokojnie starczyłoby na kolejny weekend.

Albo dwa.

Albo najlepiej…

Weekend powinien trwać co najmniej trzy dni.

Kto jest za? 😄

Życie na wysokich obrotach

Mój świat ostatnio kręci się szybciej niż pralka na najwyższych obrotach. Serio. Jeszcze chwila i ktoś mnie wyciągnie razem ze skarpetkami, które zawsze gdzieś znikają.

Sezon urodzinowy właśnie się na chwilę zamknął taki krótki oddech, pauza między jednym tortem a drugim. Bo u nas urodziny to nie jest „wszystkiego najlepszego” rzucone między jednym krokiem a drugim. O nie. U nas to jest wydarzenie. Spektakl. Czasem nawet… instalacja artystyczna z elementami survivalu.

Był na przykład tort ze śniegu. Tak, dobrze czytasz. Czternaste urodziny Oli, śniegu po kolana, więc co zrobiłam? Otworzyłam okno, zgarnęłam biały puch do foremek od ciasta i voilà tort gotowy. Były świeczki, był poranek, było świętowanie od pierwszego oddechu dnia. Trochę absurd, trochę magia, trochę „czy my jesteśmy normalni?” czyli dokładnie tak, jak lubię.

A kartki? Nie kupujemy. Żadnych CVS-ów, żadnych gotowców z brokatem, który potem znajdujesz na ubraniach .Moje dzieci robią kartki same. Piszą takie rzeczy, że człowiek raz się śmieje, raz płacze. Czasem dowiesz się, że jesteś cudowną mamą, a czasem… że puszczasz bąki. I to jest właśnie miłość w najczystszej formie 🤣

Te kartki zbieram. Każdą jedną. To jest moja prywatna kapsuła czasu trochę śmiechu, trochę łez i dużo życia między linijkami.

No i zdjęcia. Co roku. Bez względu na wszystko. Nieważne włosy, makijaż, czy ktoś wygląda jakby właśnie wstał .Język na wierzchu, oczy zamknięte idealnie. Bo ważne jest tylko jedno: że jesteśmy razem.

A na koniec roku tradycja. Wakacje. W tym roku padła deklaracja: tydzień na Florydzie, Disney World. Młody jeszcze nie był, dziewczyny chcą wrócić, bo nie widziały wszystkiego czyli klasyczne: trzeba powtórzyć, bo było za mało magii i za dużo kolejek. Plan jest. Teraz tylko życie niech się nie wtrąca.

No właśnie… życie.

Bo poza tym całym ciepłem i śmiechem jest też druga strona. Taka bardziej… thriller psychologiczny z elementami horroru.

W pracy cisza. Gęsta, lepka, taka co oblepia ściany i ludzi. Zmiany, rotacje, zwolnienia. Jednych wyrzucają, innych zatrudniają. Nikt nic nie wie. Każdy chodzi jakby właśnie usłyszał coś złego, ale nie do końca rozumie co.

Taki stan zawieszenia. Jak przed burzą. Albo gorzej jak w horrorze, kiedy już wiesz, że coś zaraz wyskoczy zza rogu, tylko nie wiesz kiedy.

Robisz swoje. Uśmiechasz się. Udajesz spokój. I gdzieś z tyłu głowy siedzi myśl: oby mnie nie dotknęło.

Bo życie w New York to już nie to samo co kiedyś. 30 lat temu było jakoś… lżej. Dziś wszystko kosztuje więcej nie tylko pieniądze, ale też spokój.

Ale dziś jest sobota.

I ja się cieszę jak dziecko, które właśnie dostało tort. Nieważne czy ze śniegu czy z cukierni.

Chwilo  trwaj. Proszę.

Czas na relaks. Zasłużony 😊

A co u Was? Podzielcie się swoimi wydarzeniami.

Urodziny mojego męża czyli kawa, marzenia i święty Józef 

Dziś mój mąż ma urodziny! No powiedzcie sami… czy można było wybrać lepszy dzień? Taki patron w niebie święty Józef! No to dopiero trzeba mieć „plecy” u góry 😄

Tylko wiecie… ja się czasem zastanawiam, czy mój mąż w ogóle z tych przywilejów korzysta. Bo coś mi się wydaje, że bardziej nie niż tak. Włącza mu się jego ukochana, klasyczna, polska mentalność:

A czy mi się należy?

A jak sam nie zrobię, to się nie liczy.

No i potem… pracuje, kombinuje, dźwiga, buduje bo przecież nic z nieba nie spadnie. A ja mu mówię:

– Ale przecież może!

A on:

– Taaak… ty to masz szczęście.

No mam! Bo ja to szczęście po prostu widzę. W kawie, w niebie, w chmurach, w tym, że jesteśmy razem. Ja marzę. Dużo. Czasem aż za bardzo 😉

A mój mąż? Twardo stoi na ziemi. Jak skała. Jakby ktoś go przybił gwoździem do rzeczywistości. Pytam:

– Umiesz marzyć?

A on na to:

– Phi… ile ja mam lat?

No i koniec rozmowy 😂

Dla niego marzenia to czary-mary, różdżka i bajki. A ja wierzę, że można prosić, ufać, marzyć i… dostawać. Że mamy całe niebo do pomocy świętych, Ducha Świętego, patronów… nawet takiego świętego Józefa! No halo!

Ale mój mąż?

Niech inni proszą. Mnie nic nie trzeba.

I tyle z podskakiwania w radości 😄

On nie chce być jak latawiec puszczony na wietrze.

On widzi tylko ten sznurek.

Ktoś trzyma. Ktoś kontroluje. Ktoś ściągnie, jak za wysoko poleci.

A ja?

Ja bym ten sznurek od razu puściła 😄

I właśnie dziś, w dniu Twoich urodzin, mój kochany mężu, życzę Ci…

Żebyś był zawsze jak moja gorąca, czarna kawa ☕

Bez której dzień nie ma sensu. Smaku. Aromatu. Magii.

Żebyś pozwolił sobie puścić ten sznurek.

Choć na chwilę.

I poszybował wysoko tam, gdzie są Twoje marzenia.

Żebyś zobaczył, że życie ma kolory.

I że radość naprawdę jest codziennie tylko trzeba ją zauważyć.

Żebyś czasem położył się ze mną na trawie…

i patrzył w niebo.

Bo te gwiazdy i chmury one naprawdę są też dla nas.

Żeby Twoje marzenia były jak piasek na plaży 

nie do policzenia.

Żebyś nie bał się żyć pełną piersią.

Bo dzień naprawdę zatroszczy się o siebie…

jeśli oddasz go w dobre ręce.

Żebyś miał w sobie odrobinę dziecka –

takiego, które ufa bezgranicznie i prosi o wszystko, czego potrzebuje.

A ja?

Ja kocham Cię jak powietrze.

Jak kawę  bez której życie nie ma smaku.

I cieszę się, że idziemy razem przez życie ❤️

Życzę Ci tego, co sam sobie życzysz…

tylko tysiąc razy więcej.

I tej radości, którą daje samo życie.

Cudownych urodzin, Sławek 🎉❤️😘

 Coś się zmienia…

Nie wiem jak Wy… ale ja naprawdę zaczynam się bać.

I pierwszy raz od dawna to nie jest taki zwykły niepokój, tylko coś głębszego… coś, co siedzi z tyłu głowy i nie daje spokoju.

Patrzę na to, co się dzieje na świecie i mam wrażenie, że wszystko zaczyna iść w kierunku, którego do końca nie rozumiem, ale który mnie zwyczajnie przeraża. Decyzje ludzi u władzy, takich jak Donald Trump, to już nie są tylko polityczne tematy gdzieś tam wysoko .

To są rzeczy, które realnie wpływają na nasze życie. Na nasze bezpieczeństwo. Na przyszłość naszych dzieci.

I widać to nawet w codziennym życiu…

Jedzenie drożeje z tygodnia na tydzień. Jedziemy na większe zakupy i co chwilę coś jest droższe jak nie mleko, to jajka. Jak nie jajka, to mięso. Jak nie mięso, to warzywa.

Zawsze coś idzie w górę. Zawsze o kilka dolarów więcej.

Nie wspominając już o benzynie…

Słyszy się o napięciach między krajami, o działaniach wobec innych państw, o różnych decyzjach, które uderzają w zwykłych ludzi… i człowiek zaczyna się zastanawiać: gdzie jest granica?

Dziś usłyszałam w wiadomościach o sytuacji na Kubie ,że ludzie są odcinani od prądu, że całe miejsca zostają bez energii… i człowiek się zatrzymuje i myśli jak to w ogóle jest możliwe w dzisiejszych czasach?

Historia już pokazała, jak to wygląda.

To nie zaczyna się od wojny.

To zaczyna się od małych kroków. Od decyzji. Od napięć. Od słów, które z czasem przeradzają się w coś dużo poważniejszego.

I właśnie to mnie przeraża najbardziej ta niepewność.

To, że nikt z nas tak naprawdę nie wie, co będzie dalej.

Ja naprawdę zaczynam się bać o przyszłość.

Nie swoją tylko naszych dzieci.

O to, w jakim świecie będą dorastać. Czy będą mogły żyć spokojnie… czy będą musiały mierzyć się z czymś, czego my nawet nie chcemy sobie wyobrażać.

Czy może dojść do czegoś większego?

Do konfliktu, który wymknie się spod kontroli?

Do sytuacji jak na Ukrainie?

Nie wiem.

I chyba właśnie to jest najgorsze ta niewiedza.

Złapałam się też na tym, że zaczynam myśleć…

czy to ma sens tutaj być?

Czy nie lepiej wrócić do Polski? Do miejsca bliższego, bardziej znanego, gdzie człowiek czuje się chociaż trochę „u siebie”.

Piszę szczerze, co czuję.

Bo mam wrażenie, że wiele osób czuje to samo tylko nie każdy mówi to na głos.

Z jednej strony strach.

Z drugiej próba życia normalnie. Tak jakby wszystko było okej… chociaż w środku czujemy, że coś się zmienia.

Może najważniejsze teraz to nie dać się całkowicie temu strachowi.

Być świadomym, patrzeć, słuchać ale nie podejmować decyzji tylko pod wpływem emocji.

Ale jedno czuję bardzo mocno 

coś się dzieje.

I coraz więcej osób to czuje.

A ty , co sądzisz o tej całej sytuacji na świecie ?Hmmmm…

24 lata temu  po raz pierwszy zostałam mamą.

Dwadzieścia cztery lata temu po raz pierwszy zostałam mamą.

I naprawdę nie wiem, kiedy to wszystko tak szybko minęło.

Kiedy wydobyli ją z głębin mojego brzucha a wiadomo, cesarka to nie byle co, kilka powłok do przecięcia moja córka nie mogła się już doczekać. Nie było żadnych delikatnych wstępów.

Nie.

Ona od razu weszła na scenę jak prawdziwa gwiazda.

Z krzykiem jak dzwon.

Takim, że pewnie pół oddziału położniczego podskoczyło na łóżkach.

Jakby chciała wszystkim ogłosić:

Uwaga, ludzie. Jestem tu! Ja wam jeszcze pokażę!

I tak właśnie zaczęła się historia mojej pierwszej Córki .

Mojej Gwiazdy.

Mojej pierwszej Latorośli.

Kiedy otworzyła oczy, były ogromne. Ciekawskie. Wielkie jak orzechy. Patrzyła nimi na świat tak, jakby już wtedy planowała go dokładnie obejrzeć, przeanalizować… a może jeszcze trochę poprawić.

A kiedy pierwszy raz się uśmiechnęła… tym swoim bezzębnym uśmiechem…

serce mi wtedy pękło ze szczęścia.

I wtedy zobaczyłam te dołeczki w policzkach. Dwa maleńkie wgłębienia, w których mieściła się cała miłość świata. Bo to przecież cały jej tata  jego twarz, jego uśmiech. A gdzieś w środku… coś mojego. Coś, czego nie da się nazwać, ale co wiąże matkę z dzieckiem na zawsze.

Aleksandra od początku była jedyna w swoim rodzaju.

I taka już została.

Dziś jest wysoka, szczupła, z włosami jak piasek pustyni.

Naturalna do bólu.

Zdolna, skubana.

Uparta jak mało kto.

Jeśli coś sobie postanowi idzie. Krok po kroku. Spokojnie, ale konsekwentnie. Świat może próbować ją zatrzymać, może ją powalić, skopać, przewrócić.

Ona popłacze.

Poleży chwilę.

Ale potem wstanie, otrzepie kurz, poprawi wlosy ,przekręci koronę, która gdzieś się przekrzywiła… uśmiechnie się i pójdzie dalej.

Bo ona się nie poddaje.

Nie ona.

Idzie krok za krokiem i bierze życie za rogi.

Zawsze powtarzam, że mogłaby zostać psychiatrą. Taką z prawdziwego powołania. Jednym zdaniem potrafiłaby ustawić pół świata.

Bo jest ostra jak brzytwa.

Ale w środku ma morze miłości.

Potrafi się opiekować.

Potrafi być dla innych.

Ale też potrafi wymagać.

I to nie tylko od świata.

Od siebie.

I… ode mnie.

— Mamo, zacznij w końcu jeździć samochodem.

— Mamo, zrób coś dla siebie.

I wtedy coś we mnie drży.

Bo wiem, że ona ma rację.

Tylko czasem człowiek po całym dniu życia czuje się jak po triatlonie. Biegł, płynął, jechał… a na końcu już tylko chce oddychać.

Nie dziś.

Może jutro.

Ale ona widzi we mnie siłę, której ja sama czasem nie potrafię znaleźć.

A ja?

Ja od niej wymagam najwięcej.

Bo wiem, że uniesie.

Bo widzę w niej potencjał, który aż krzyczy.

Bo wiem, że może być kimkolwiek zechce.

Tylko że matka… to też człowiek.

I czasem, gdy w domu zapada cisza, gdy wszyscy już śpią, a ja zostaję sama ze sobą, przychodzi refleksja.

Że mogłam powiedzieć coś inaczej.

Łagodniej.

A może wcale.

Bo słowo wypowiedziane już leci. Już działa.

A ja czasem zamiast przytulić  żądlę jak osa.

Kłócimy się.

Czasem ostro.

Ale kocham ją.

Do utraty tchu.

Tak, jak tylko matka potrafi.

Czasem myślę…

Gdybym wtedy przy niej była taką mamą, jaką jestem dziś dla najmłodszego… czy coś by się zmieniło?

Ale prawda jest taka, że ja wtedy też byłam jeszcze dzieckiem. Dzieckiem lat osiemdziesiątych. Z pokolenia, w którym nie mówiło się o emocjach. Nie przytulało się za często. Nie pytało dzieci o zdanie.

Dzieci się wychowywało.

Miłość była cicha.

A ja dopiero się uczyłam.

I właśnie ona była moją pierwszą lekcją.

Moja Aleksandra.

Ta, przy której popełniłam najwięcej błędów.

Ale też ta, która nauczyła mnie najwięcej o byciu mamą.

Moja Gwiazda.

Moja pierwsza Latorośl.

Świeci swoim światłem, a ja czasem patrzę na nią i myślę:

Jak to możliwe, że to moje dziecko?

I tylko jedno wiem na pewno.

Kocham ją.

Taką, jaka jest.

Z całą jej siłą.

Uporem.

Pięknem.

Bo miłość matki nie jest idealna.

Ale jest na zawsze.

A dziś minęły 24 lata od tamtego dnia.

Ola świat stoi przed Tobą otworem.

Bierz go śmiało i delektuj się życiem.

Choć ja stoję z boku i drżę, żebyś wróciła cała i zdrowa, to mówię: jedź, zwiedzaj, sprawdzaj, popełniaj mnóstwo błędów  bo to Twój czas.

A ja będę stała obok i z drżeniem serca będę wspierała Cię w Twoich wyborach. Choć, cholera…..wiesz, jakie to dla mnie trudne.

Nie raz Ci to mówię.

Bo ja tego nie miałam.

Ale uczę się.

I staram się.

Choć ciągle popełniam masę błędów.

Idź śmiało przez życie.

Spełniaj swoje marzenia i cele.

Delektuj się życiem wschodami i zachodami słońca, muzyką, światem i tym pięknem, które Bóg nam dał, żebyśmy mogli nim cieszyć się każdego dnia.

I bądź tym, kim Ty chcesz być.

To Ty masz być szczęśliwa.

To Ty masz mieć pracę, która będzie dawała Ci satysfakcję i poczucie spełnienia z tego, co robisz.

Jestem dumna z Twoich wyborów.

Z celów, które sobie stawiasz.

Z drogi, którą idziesz.

Bądź zawsze sobą  radosna, piękna i silna.

Niech Duch Święty Cię prowadzi i umacnia,

a Matka Najświętsza otula swoim płaszczem na każdej drodze.

Kocham Cię, Córeczko.

Twoja mama.

Ta czasem zlękniona,

czasem przestraszona życiem…

ale zawsze Twoja.

Piątek, trzynastego… 

Dziś mamy piątek 13-ego. Dla jednych zwykły dzień, dla innych prawie jak zwiastun końca świata. I tak sobie stoję w windzie na Manhattanie, patrzę na panel z numerami pięter… i czegoś brakuje. Nie, winda działa. Nie, nic się nie zepsuło. Po prostu nie ma piętra numer 13.

Tak, dobrze czytacie. W kraju rakiet kosmicznych, sztucznej inteligencji i lodówek z Wi-Fi… liczba 13 oficjalnie nie istnieje.

Ameryka to ciekawy kraj. Mieszanka kultur, narodów, religii i… przesądów. Można tu spotkać ludzi z czerwonymi sznureczkami na nadgarstkach, z talizmanami w kształcie oka, które mają chronić przed złym losem. Ale jednocześnie w ogromnych biurowcach, hotelach i apartamentowcach po piętrze 12 magicznie pojawia się… 14.

Trzynastka? Wyparowała. Skasowana. Wysłana na urlop.

Na Manhattanie to właściwie standard. W wielu wieżowcach piętro 13 po prostu nie istnieje. Windy jadą: 10… 11… 12… i hop – 14. Jakby ktoś wcisnął przycisk „skip”.

Co ciekawe, dziś  w piątek trzynastego sporo osób wzięło sobie wolne. Bo po co ryzykować? Lepiej zostać w domu, zrobić kawę, obejrzeć serial i przeczekać ten niebezpieczny dzień.

A ja sobie myślę…

mamy XXI wiek , latamy w kosmos, wysyłamy sondy na Marsa, ale jednocześnie… boimy się jednej liczby w windzie.

No cóż. Człowiek bez przesądów byłby chyba trochę nudny.

A jak jest u Was?

Wierzycie w piątek trzynastego… czy jednak wchodzicie do windy bez stresu? 😄

Kartka z napisem : GRUBA 

Od kilku dni pogoda robi ze mną co chce. Sama już nie wiem pod jaką porę roku ją podciągnąć. Rano wiatr, deszcz, siąpi, szaro, smutno. Człowiek wstaje i już ma wrażenie, że dzień go przygniótł zanim jeszcze zdąży wypić pierwszą kawę. Potem nagle śnieg, zimno, ciśnienie leci w dół i cały organizm zaczyna protestować.

Ja jestem niskociśnieniowcem. Od zawsze. Każdą zmianę pogody czuję jakby ktoś w mojej głowie przekręcał pokrętła. Głowa pulsuje, migrena potrafi mnie złapać w najmniej odpowiednim momencie, ciało robi się ciężkie jak z ołowiu. Czuję się jak zombie. Serio. Żyję, oddycham, pracuję, rozmawiam z ludźmi… ale funkcjonuję jak maszyna na autopilocie.

Piję hektolitry kawy. Litry. Kubek za kubkiem. I nic. Zero efektu. Ciśnienie dalej przy ziemi, energia też. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie baterie.

Najbardziej brakuje mi słońca.

Tak zwyczajnie. Po ludzku. Chciałabym stanąć gdzieś na chwilę i poczuć ciepło na twarzy. Zamknąć oczy i ogrzać się w promieniach. Bo teraz wszystko jest zimne, szare i ciężkie. Nawet myśli.

Pracować trzeba. Nie ma opcji „dzień wolny bo źle się czuję”. Życie nie działa na takich zasadach. Człowiek zakłada uśmiech, robi swoje i jedzie dalej. Nawet kiedy w środku ma ochotę tylko położyć się pod kocem i przespać pół świata.

A jakby tego było mało… zaczynam tyć.

I to jest moment, w którym naprawdę chciało mi się wyć.

Bo ja się pilnuję. Serio. Nie jem pieczywa. Nie jem słodyczy. Nie jem ciastek z pracy, chipsów, tortów urodzinowych, bułek i całej tej cukrowo-mącznej armii, która zawsze krąży po oddziale.

Co więcej  moi znajomi z pracy wzięli sobie do serca moje gadanie. Przestali żreć ciastka, przestali podjadać i teraz chodzą dumni jak pawie, bo chudną.

A ja?

Ja idę w drugą stronę.

Staje na wagę i… prawie mnie zmiotło. Prawie dziesięć kilo do przodu.

DZIESIĘĆ.

Stałam i patrzyłam na tę liczbę jakby była pomyłką systemu. Jakby ktoś źle ustawił skalę. Jakby to nie była moja waga.

A jednak.

Brzuch rośnie. Tyłek rośnie. Twarz opuchnięta jakbym była ulana wodą. Patrzę w lustro i zastanawiam się kiedy to się wydarzyło.

Może to brak snu.

Śpię cztery i pół godziny na dobę. Czasem mniej. Organizm jedzie na rezerwie. Może się buntuje. Może zatrzymuje wodę. Może hormony wariują. Może to wszystko razem.

Lunch w pracy jem o dziewiątej wieczorem. Wiem  późno. Ale tak wygląda mój rytm dnia. I co ja jem? Jabłko. Cottage cheese. Czasem maliny. Czasem banana. Do tego kawa.

I teraz powiedzcie mi… od czego ja mam przytyć dziesięć kilo?

Bo ja naprawdę nie wiem.

W mojej głowie krąży tysiące niewiadomych. Może to tarczyca. W kwietniu idę do endokrynologa, może trzeba podkręcić tabletki. Może hormony się rozjechały. Może to stres. Może zmęczenie. A może po prostu starość puka do drzwi i mówi: no witaj, teraz będzie trudniej.

Nie wiem.

Wiem tylko, że kiedy stanęłam na wadze na naszym oddziale, to miałam wrażenie, że zaraz się przewrócę. Bo liczba rosła jak szalona.

I dobiła mnie ta jedna myśl.

Że chyba już do końca życia będzie na mnie przyklejona kartka z napisem : GRUBA .

I wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze?

Ta bezsilność.

Bo kiedy człowiek wie, że zawalił jadł za dużo, ruszał się za mało  to przynajmniej zna przyczynę. Może coś zmienić. Może zacząć od nowa.

A ja mam wrażenie, że robię wszystko jak trzeba… a ciało i tak idzie swoją drogą.

Dlatego dziś siedzę i piszę to wszystko trochę z frustracji, trochę ze smutku, trochę z nadzieją.

Bo może ktoś z was też tak ma.

Może też wstaje rano zmęczony pogodą, zmęczony brakiem słońca, zmęczony własnym organizmem który nagle przestaje współpracować.

Jeśli tak powiedzcie mi proszę, że nie jestem w tym sama.

Bo czasem naprawdę chce się wyć.

Tak zwyczajnie. Z bezsilności.

Znów ucho… i znów moja wina?

Powiem Wam szczerze żesz kurde się porobiło…

Młody skończył 6 lat. Sześć. I przez te wszystkie lata tak naprawdę nigdy poważnie nam nie chorował. Wiadomo kaszel, katar, sezonowe historie jak u każdego dziecka. Inhalacje, syropek sosnowy robiony przez moją mamę, jakieś kremy rozgrzewające dla maluchów… i zawsze jakoś to przechodziliśmy bez większych dramatów. Bez antybiotyków. Bez wielkiej medycznej historii.

Do teraz.

Jakiś czas temu młody zaczął mówić, że boli go ucho. No więc wiadomo nie ma co bohaterstwa odgrywać, jedziemy do lekarza. Doktor zagląda do ucha, mówi: czerwone, w środku płyn. Antybiotyk.

Pierwszy antybiotyk w jego młodym życiu.

Nie będę ukrywać nie jestem zwolenniczką antybiotyków. Nigdy nie byłam. Ale kiedy dziecko płacze, boli je ucho, lekarz mówi że trzeba… to zaciskasz zęby i robisz co trzeba. Podawaliśmy przez 7 dni. Łatwo nie było. Oj nie było. Każda dawka to był mały dramat.

Ale jakoś przeszliśmy przez to.

I myślałam, że koniec tematu.

Aż do dzisiejszej nocy.

Obudził się z płaczem. Gorączka. I pierwsze słowa:

— Mamo, ucho…

No i powiedzcie mi co jest grane?!

Czy to tak teraz będzie wyglądało? Będziemy bazować na antybiotykach? Jedno leczenie, chwilę spokoju i zaraz od nowa?

Powiem Wam szczerze wściekła jestem. I jednocześnie przerażona.

Dziś nie poszedł do szkoły. Jedziemy do lekarza, bo muszę to sprawdzić. Muszę wiedzieć czy to znów ucho, czy coś innego. Bo zaczynam się martwić. Naprawdę martwić.

Bo on przecież nigdy tak często nie chorował.

A w międzyczasie… wchodzi jeszcze jeden temat.

Moja mama.

Bo moja mama zawsze lubi mieć winnego. Zawsze ktoś musi być odpowiedzialny za to, że coś się wydarzyło. I tym razem oczywiście padło na mnie.

Bo przecież wiosna przyszła.

Bo młody zdjął bluzę.

Bo biegał w samej koszulce.

I już słyszę ten ton:

No i widzisz. Powiało go. Trzeba było go cieplej ubrać.

Twoja wina.

Nie trzeba było go tak rozbierać.

Moja wina. Moja wina. Biję się w pierś.

Bo przecież moja mama zawsze musi mieć winnego. A kto nadaje się do tej roli lepiej niż matka dziecka?

Według tej logiki powinnam była chyba owinąć go jeszcze kocem. Najlepiej czapką przykryć i pilnować, żeby się przypadkiem nie przewietrzył. Niech się gotuje, byle tylko przypadkiem nie było chłodno.

A przecież dzieci tak mają.

Biegają. Rozbierają się. Za chwilę znów coś na siebie zakładają. Żyją.

Ale kiedy dziecko choruje… to nagle zaczynasz się zastanawiać.

Może faktycznie?

Może powinnam była kazać mu zostać w bluzie?

Może powinnam bardziej pilnować?

I choć rozum mówi mi jasno to nie tak działa to gdzieś z tyłu głowy zaczynają się pojawiać te wszystkie czarne scenariusze.

Bo kiedy choruje dziecko… ja naprawdę sobie z tym nie radzę.

Panikuje.

Serio.

Mogę być twarda w wielu sprawach, ale kiedy chodzi o moje dzieci rozsypuję się w środku. Niby wiem, że to nie moja wina. Wiem, że dzieci chorują. Wiem, że ucho nie bierze się z tego, że ktoś zdjął bluzę na dworze.

Ale i tak siedzi to gdzieś we mnie.

Ten ciężar.

Te słowa.

To poczucie, że może jednak coś zrobiłam źle.

I dlatego dziś jest mi po prostu… smutno.

Martwię się o młodego. Martwię się czy to znów ucho. Czy to coś, co będzie wracać. Czy zaraz znów usłyszę o antybiotyku.

A w głowie krąży tysiąc myśli.

Jedziemy do lekarza i mam nadzieję, że zaraz będzie trochę spokojniej w mojej głowie.

Ale zanim to nastąpi… powiedzcie mi jedno.

Jak Wy sobie radzicie, kiedy chorują Wasze dzieci?

Czy też zdarza się Wam panikować tak jak mnie?

Czy też słyszycie czasem, że to „Wasza wina”, bo coś zrobiliście nie tak?

I czy tylko ja mam wrażenie, że kiedy chodzi o dzieci… to serce rodzica zawsze bierze wszystko na siebie? 

8 marzec Dzień Kobiet

Droga Kobieto…

Zatrzymaj się na chwilę. Weź głęboki oddech.

Poczuj jak bije Twoje serce.

Żyj pełną parą.

Bierz z życia to, co najpiękniejsze i najprawdziwsze.

Bądź dla siebie najlepszym przyjacielem – takim, który nie ocenia, tylko wspiera.

Wsłuchuj się w swoje ciało, w swoje serce, w swoją duszę.

Pamiętaj…

Nic nie musisz. Wszystko możesz.

Naprawdę możesz więcej, niż myślisz.

Zrozum to wreszcie.

Kochaj siebie.

Nie tylko w dni, kiedy wszystko się udaje.

Ale szczególnie wtedy, kiedy jest trudniej – bo właśnie wtedy Twoja siła świeci najmocniej.

Ciesz się każdym dniem.

Każdą chwilą.

Każdym uśmiechem, spojrzeniem, dobrym słowem.

Wierz.

Bo kiedy kobieta zaczyna wierzyć w siebie – zaczynają dziać się cuda.

A nad tym wszystkim jest Bóg, który idzie z nami każdego dnia.

Czasem niesie nas na rękach, kiedy brakuje już sił.

Czasem prowadzi cicho, pokazując drogę.

Wiara daje siłę, a On nigdy nas nie zostawia.

I za to dziś dziękuję…

Za miłość.

Za cudowności dnia codziennego.

Za męża, który jest wsparciem.

Za dzieci, które uczą mnie miłości, cierpliwości i radości z małych rzeczy.

Bo największe cuda często dzieją się właśnie w zwykłych chwilach.

Dlatego dziś, Droga Kobieto:

Bądź szczęśliwa.

Bądź dumna z tego, kim jesteś.

Bądź odważna w marzeniach.

I pamiętaj – jesteś wyjątkowa, silna i piękna.

A jeśli czasem zwątpisz…

spójrz w niebo i przypomnij sobie:

Bóg jest z Tobą.

Zawsze.

Każdego dnia.

Z miłością.

Dla każdej Kobiety.

Jak marzec z miesiąca nijakiego stał się jednym z moich ulubionym

Lubicie marzec?

Ja przez większość życia nie byłam z nim w dobrej komitywie. Tak szczerze mówiąc nie było nam po drodze. Dla mnie miesiące bez słońca są po prostu smutne. A marzec… no cóż. Przednówek. Jeszcze śnieg, jeszcze plucha, trochę deszczu, trochę błota. Szaro, buro i ponuro.

A ja kocham słońce. Takie prawdziwe. Kiedy wiatr tańczy we włosach, muska twarz, a promienie słońca całują cię na powitanie. Wtedy od razu chce się żyć.

A marzec? Marzec był taki… nijaki.

Do czasu.

Bo kiedy spotkałam mojego męża okazało się, że urodził się właśnie w marcu. No i proszę pierwszy punkt dla marca. Musiał coś zrobić, żeby się zrehabilitować.

A potem czekaliśmy na nasze pierwsze dziecko. Plan był piękny 1 kwietnia. Ale jak wiadomo, wytyczne sobie, a dziecko sobie. I tak moja pierwsza córka wybrała sobie marzec na miesiąc narodzin.

I proszę państwa… od tego momentu marzec przejął prowadzenie.

Teraz to miesiąc radości. Miesiąc urodzin ważnych dla mnie osób. Miesiąc, który zapowiada wiosnę. No i jak tu się z nim nie zaprzyjaźnić?

Polubiliśmy się. A jakżeby miało być inaczej?

Teraz jesteśmy już całkiem dobrzy znajomi. Dekoracje urodzinowe wiszą u nas od lutego bo przecież mogą sobie powisieć kilka tygodni dłużej, prawda? Nic im się nie stanie. A klimat robią.

No i sprężam się, bo w następny weekend zaczynamy imprezy urodzinowe.

A wy? Też macie takie miesiące, których kiedyś nie lubiliście, a potem jakoś tak… życie sprawiło, że się z nimi zaprzyjaźniliście? Teraz czekacie na nie z uśmiechem? Podzielcie się. 😊