Powiem Wam szczerze żesz kurde się porobiło…

Młody skończył 6 lat. Sześć. I przez te wszystkie lata tak naprawdę nigdy poważnie nam nie chorował. Wiadomo kaszel, katar, sezonowe historie jak u każdego dziecka. Inhalacje, syropek sosnowy robiony przez moją mamę, jakieś kremy rozgrzewające dla maluchów… i zawsze jakoś to przechodziliśmy bez większych dramatów. Bez antybiotyków. Bez wielkiej medycznej historii.

Do teraz.

Jakiś czas temu młody zaczął mówić, że boli go ucho. No więc wiadomo nie ma co bohaterstwa odgrywać, jedziemy do lekarza. Doktor zagląda do ucha, mówi: czerwone, w środku płyn. Antybiotyk.

Pierwszy antybiotyk w jego młodym życiu.

Nie będę ukrywać nie jestem zwolenniczką antybiotyków. Nigdy nie byłam. Ale kiedy dziecko płacze, boli je ucho, lekarz mówi że trzeba… to zaciskasz zęby i robisz co trzeba. Podawaliśmy przez 7 dni. Łatwo nie było. Oj nie było. Każda dawka to był mały dramat.

Ale jakoś przeszliśmy przez to.

I myślałam, że koniec tematu.

Aż do dzisiejszej nocy.

Obudził się z płaczem. Gorączka. I pierwsze słowa:

— Mamo, ucho…

No i powiedzcie mi co jest grane?!

Czy to tak teraz będzie wyglądało? Będziemy bazować na antybiotykach? Jedno leczenie, chwilę spokoju i zaraz od nowa?

Powiem Wam szczerze wściekła jestem. I jednocześnie przerażona.

Dziś nie poszedł do szkoły. Jedziemy do lekarza, bo muszę to sprawdzić. Muszę wiedzieć czy to znów ucho, czy coś innego. Bo zaczynam się martwić. Naprawdę martwić.

Bo on przecież nigdy tak często nie chorował.

A w międzyczasie… wchodzi jeszcze jeden temat.

Moja mama.

Bo moja mama zawsze lubi mieć winnego. Zawsze ktoś musi być odpowiedzialny za to, że coś się wydarzyło. I tym razem oczywiście padło na mnie.

Bo przecież wiosna przyszła.

Bo młody zdjął bluzę.

Bo biegał w samej koszulce.

I już słyszę ten ton:

No i widzisz. Powiało go. Trzeba było go cieplej ubrać.

Twoja wina.

Nie trzeba było go tak rozbierać.

Moja wina. Moja wina. Biję się w pierś.

Bo przecież moja mama zawsze musi mieć winnego. A kto nadaje się do tej roli lepiej niż matka dziecka?

Według tej logiki powinnam była chyba owinąć go jeszcze kocem. Najlepiej czapką przykryć i pilnować, żeby się przypadkiem nie przewietrzył. Niech się gotuje, byle tylko przypadkiem nie było chłodno.

A przecież dzieci tak mają.

Biegają. Rozbierają się. Za chwilę znów coś na siebie zakładają. Żyją.

Ale kiedy dziecko choruje… to nagle zaczynasz się zastanawiać.

Może faktycznie?

Może powinnam była kazać mu zostać w bluzie?

Może powinnam bardziej pilnować?

I choć rozum mówi mi jasno to nie tak działa to gdzieś z tyłu głowy zaczynają się pojawiać te wszystkie czarne scenariusze.

Bo kiedy choruje dziecko… ja naprawdę sobie z tym nie radzę.

Panikuje.

Serio.

Mogę być twarda w wielu sprawach, ale kiedy chodzi o moje dzieci rozsypuję się w środku. Niby wiem, że to nie moja wina. Wiem, że dzieci chorują. Wiem, że ucho nie bierze się z tego, że ktoś zdjął bluzę na dworze.

Ale i tak siedzi to gdzieś we mnie.

Ten ciężar.

Te słowa.

To poczucie, że może jednak coś zrobiłam źle.

I dlatego dziś jest mi po prostu… smutno.

Martwię się o młodego. Martwię się czy to znów ucho. Czy to coś, co będzie wracać. Czy zaraz znów usłyszę o antybiotyku.

A w głowie krąży tysiąc myśli.

Jedziemy do lekarza i mam nadzieję, że zaraz będzie trochę spokojniej w mojej głowie.

Ale zanim to nastąpi… powiedzcie mi jedno.

Jak Wy sobie radzicie, kiedy chorują Wasze dzieci?

Czy też zdarza się Wam panikować tak jak mnie?

Czy też słyszycie czasem, że to „Wasza wina”, bo coś zrobiliście nie tak?

I czy tylko ja mam wrażenie, że kiedy chodzi o dzieci… to serce rodzica zawsze bierze wszystko na siebie? 


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź