Mój świat ostatnio kręci się szybciej niż pralka na najwyższych obrotach. Serio. Jeszcze chwila i ktoś mnie wyciągnie razem ze skarpetkami, które zawsze gdzieś znikają.
Sezon urodzinowy właśnie się na chwilę zamknął taki krótki oddech, pauza między jednym tortem a drugim. Bo u nas urodziny to nie jest „wszystkiego najlepszego” rzucone między jednym krokiem a drugim. O nie. U nas to jest wydarzenie. Spektakl. Czasem nawet… instalacja artystyczna z elementami survivalu.
Był na przykład tort ze śniegu. Tak, dobrze czytasz. Czternaste urodziny Oli, śniegu po kolana, więc co zrobiłam? Otworzyłam okno, zgarnęłam biały puch do foremek od ciasta i voilà tort gotowy. Były świeczki, był poranek, było świętowanie od pierwszego oddechu dnia. Trochę absurd, trochę magia, trochę „czy my jesteśmy normalni?” czyli dokładnie tak, jak lubię.
A kartki? Nie kupujemy. Żadnych CVS-ów, żadnych gotowców z brokatem, który potem znajdujesz na ubraniach .Moje dzieci robią kartki same. Piszą takie rzeczy, że człowiek raz się śmieje, raz płacze. Czasem dowiesz się, że jesteś cudowną mamą, a czasem… że puszczasz bąki. I to jest właśnie miłość w najczystszej formie 🤣
Te kartki zbieram. Każdą jedną. To jest moja prywatna kapsuła czasu trochę śmiechu, trochę łez i dużo życia między linijkami.
No i zdjęcia. Co roku. Bez względu na wszystko. Nieważne włosy, makijaż, czy ktoś wygląda jakby właśnie wstał .Język na wierzchu, oczy zamknięte idealnie. Bo ważne jest tylko jedno: że jesteśmy razem.
A na koniec roku tradycja. Wakacje. W tym roku padła deklaracja: tydzień na Florydzie, Disney World. Młody jeszcze nie był, dziewczyny chcą wrócić, bo nie widziały wszystkiego czyli klasyczne: trzeba powtórzyć, bo było za mało magii i za dużo kolejek. Plan jest. Teraz tylko życie niech się nie wtrąca.
No właśnie… życie.
Bo poza tym całym ciepłem i śmiechem jest też druga strona. Taka bardziej… thriller psychologiczny z elementami horroru.
W pracy cisza. Gęsta, lepka, taka co oblepia ściany i ludzi. Zmiany, rotacje, zwolnienia. Jednych wyrzucają, innych zatrudniają. Nikt nic nie wie. Każdy chodzi jakby właśnie usłyszał coś złego, ale nie do końca rozumie co.
Taki stan zawieszenia. Jak przed burzą. Albo gorzej jak w horrorze, kiedy już wiesz, że coś zaraz wyskoczy zza rogu, tylko nie wiesz kiedy.
Robisz swoje. Uśmiechasz się. Udajesz spokój. I gdzieś z tyłu głowy siedzi myśl: oby mnie nie dotknęło.
Bo życie w New York to już nie to samo co kiedyś. 30 lat temu było jakoś… lżej. Dziś wszystko kosztuje więcej nie tylko pieniądze, ale też spokój.
Ale dziś jest sobota.
I ja się cieszę jak dziecko, które właśnie dostało tort. Nieważne czy ze śniegu czy z cukierni.
Chwilo trwaj. Proszę.
Czas na relaks. Zasłużony 😊
A co u Was? Podzielcie się swoimi wydarzeniami.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.