Tata dostał minusa, więc jedziemy pod namiot

Byliśmy ostatnio na cudownym pikniku u Przyjaciół. Takim, jaki kocham najbardziej.

Był grill, było kąpanie w jeziorze, siedzenie na plaży, rozmowy, śmiech, dzieci biegające po piasku i ten cudowny stan, kiedy człowiek przez kilka godzin naprawdę nic nie musi. Błogie lenistwo. Zero zegarka, zero pośpiechu  tylko ludzie, woda, słońce i zwyczajnie dobry czas.

Patrzyłam na Tymona i myślałam sobie: dziecko szczęśliwe!

Towarzystwo miał, w wodzie siedział, w piasku szalał, piruety urządzał takie, że chwilami zastanawiałam się, czy ja wychowuję dziecko, czy młodego delfina. 

Po powrocie do domu pytam:

— Tymon, jak było na pikniku?

— Super! Kiedy pojedziemy jeszcze raz?

No i matka zadowolona. Sukces. Piknik zaliczony na piątkę z plusem.

Ale chwila…

— Mamo, ale wiesz… tata Frania z nim pływał. Bawił się z nim w wodzie… a mojego taty tam nie było.

I nagle krokodyle łzy.

Ja w szoku.

— Tymon, ale przecież ja byłam w wodzie! Pilnowałam cię, patrzyłam, jak pływasz, jak skaczesz, jak robisz te wszystkie swoje cuda!

A on na to, z logiką sześciolatka, z którą naprawdę trudno dyskutować:

— Ale mama Frania też była. I jego tata też był. A ty byłaś… ale mojego taty ze mną nie było.

No i weź tu, człowieku, dyskutuj. 

Przyznam, że przez chwilę trochę mi się zagotowało. Człowiek wraca przekonany, że dziecko właśnie przeżyło dzień życia, wszystko było pięknie, wszyscy szczęśliwi, a tu się okazuje, że ojciec dostał minusa. 

Idę więc do mojego szanownego małżonka i mówię:

— Słuchaj, masz minusa.

— Za co?

— Syn twój z pikniku zadowolony, ale żal mu serce ściska, bo tata Frania był z nim w wodzie, a jego tata nie. Także nie wiem, co z tym zrobisz, ale sytuacja jest poważna. 

Mąż mój zamilkł.

Myśli.

Duma.

Widzę, że procesor pracuje. 😂

Po chwili oznajmia:

— Jedziemy w piątek na camping. Pod namiot.

No i tyle było dyskusji.

Deszcz w Pensylwanii zapowiadają

Jedziemy.

Namiot trzeba rozbić, ognisko rozpalić, a potem obowiązkowo wejść z synem do wody

Nie ma problemu.

Jak powiedział, tak zrobił. Miejsce campingowe zarezerwowane.

Jedziemy!

Kiedy Tymon usłyszał, co tata wymyślił, dostał takiej radości, że mało domu nie rozniosło. Tata w jednej chwili z minusa wskoczył chyba na piątkę z trzema plusami. 

Ale najlepsze było dopiero później.

Reszta naszych dzieci usłyszała hasła: camping, namiot, jezioro, ognisko i nagle wszyscy chcą jechać!

Każdy pracuje, każdy ma swoje obowiązki, ale rozpoczęło się kombinowanie:

— Może się zamienię…

— Może wezmę wolne…

— Może uda mi się wcześniej skończyć…

Bo u nas wystarczy rzucić hasło namiot i ognisko, a rodzina mobilizuje się szybciej niż sztab kryzysowy. 😂

I kiedy już emocje opadły, zaczęłam myśleć o tym, co właściwie wydarzyło się podczas tej krótkiej rozmowy z Tymonem.

My, dorośli, patrzymy na taki dzień i widzimy wszystko.

Piękną pogodę. Jezioro. Grill. Przyjaciół. Śmiech. Dzieci biegające po plaży. Dobry czas.

Patrzymy i myślimy: przecież było idealnie.

A dziecko może zapamiętać zupełnie coś innego.

Tata Frania wszedł z nim do wody, a mój tata nie.

Niby drobiazg.

Dla mnie.

Bo dla niego to wcale nie był drobiazg.

I może właśnie dlatego warto czasem naprawdę posłuchać tych dziecięcych żali, nawet jeśli w pierwszej chwili człowiek ma ochotę powiedzieć:

— Dziecko, przecież miałeś cudowny dzień! O co ci jeszcze chodzi?!

Bo za takim fochem czasem nie stoi kolejna zachcianka.

Czasem stoi bardzo proste:

„Chciałem, żebyś był tam ze mną”.

I chyba właśnie to najbardziej zostało mi w głowie po tej rozmowie.

Dzieci nie zawsze potrzebują od nas kolejnej atrakcji. Nie zawsze potrzebują, żebyśmy coś im kupili, gdzieś je zabrali czy pokazali im coś niezwykłego.

Czasami chcą po prostu, żeby mama usiadła obok.

Żeby tata wszedł do tej wody.

Żeby rozbił z nimi namiot.

Żeby rozpalił ognisko.

Żeby przez chwilę był naprawdę ich.

Więc jedziemy.

Pod namiot.

W deszcz, jeśli będzie trzeba.

Będzie jezioro, będzie ognisko, będzie namiot i tata, który tym razem ma wejść do tej wody z synem i odrobić piknikowego minusa. 

Bo okazuje się, że dzieci wcale nie potrzebują od nas wielkich rzeczy.

Czasem potrzebują tylko móc później powiedzieć:

Mój tata też był. Ze mną 

A ja będę patrzeć z brzegu i mam nadzieję, że tym razem młody wystawi nam piątkę.

Chociaż znając sześciolatka… po powrocie może się okazać, że camping był za krótki, ognisko za małe, a tata za szybko wyszedł z wody. 

No nic. Lecę ładować bagaże, bo zaraz wyjeżdżamy! 🫣

A Wy też tak macie, że czasem jedna rozmowa z dzieckiem nagle pokazuje Wam coś, czego wcześniej zupełnie nie zauważyliście?

Mammografia, czyli jak zostałam VIP-em, choć wcale się nie zgłaszałam 

Lekarzy nie lubię. No nie lubię i już. Unikam ich jak ognia i idę wtedy, kiedy naprawdę muszę. 

Nie należę do tych ludzi, którzy mają pięknie zapisane w kalendarzu: kontrola tego, kontrola tamtego, profilaktyka, badania, przegląd człowieka od góry do dołu. Nie. Ja raczej działam według zasady: żyje? Żyje. No to dobrze. 

Jedynie endokrynologa zaliczam regularnie, jak w szwajcarskim zegarku. Tu nie ma dyskusji. Bo palpitacji mieć nie lubię, oddychać też lubię głęboko, a nie łapać dech jak żaba wyrzucona na brzeg, więc tarczycę pilnuję. 

Reszta badań?

Hmmm…

Powiedzmy, że moja profilaktyka ma dość luźny grafik. 

No i mammografia.

Niby pierwszą powinno się zrobić po czterdziestce.

Ja tymczasem powoli witam się już z pięćdziesiątką, więc… hmmm… jestem odrobinkę z poślizgiem. 

Ale zrobiłam!

Wreszcie!

Pomyślałam: Jolka, idź, zrób, będziesz miała święty spokój. No bo co ja tam mogę mieć?

No i proszę Państwa…

A JAKŻE…..

Zacznijmy od tego, że cycki mam okazałe. Naprawdę OKAZAŁE. Takie, że na jednej można się położyć, a drugą przykryć. 

Biustonosze kupuję w rozmiarach przypominających spadochrony. Victoria’s Secret? Ja nawet tam nie wchodzę. Victoria może i ma swoje sekrety, ale mojego rozmiaru raczej wśród nich nie trzyma. 

Przyzwyczaiłam się. Taki model.

Fabrycznie bogato wyposażony. 😂

No więc zrobiłam tę cholerną mammografię i pomyślałam:

ODHACZONE! Do zobaczenia za pięć lat! 

Bo ja oczywiście w swojej błogiej nieświadomości uznałam, że skoro nic mnie nie boli, nic mi nie jest i generalnie moje dwa spadochrony mają się dobrze, to po co się z nimi częściej fotografować?

TAKIEGO WAŁA. 

Nie zdążyłam się dobrze nacieszyć wizją pięciu lat świętego spokoju, a tu telefon.

Proszę umówić kolejne badanie.

Dobra. Umówiłam.

Na listopad.

Myślicie, że im wystarczyło?

GDZIE TAM.

Dzwonią dalej.

Telefon.

Wiadomość.

Znowu telefon.

Proszę zadzwonić. Proszę zadzwonić. PROSZĘ ZADZWONIĆ.

Normalnie gorąca linia. 😂 Jeszcze chwila i zaczęłabym odbierać:

Tak, słucham, tu biust Joli. W czym możemy pomóc?🤣

No więc oddzwaniam.

A tam już wszystko przygotowane! Nowe skierowanie jest, lekarz ogarnięty, termin trzeba przyspieszyć.

Ja nawet u lekarza nie byłam, a oni działają, jakbym była jakimś VIP-em medycyny. Normalnie rozchwytywana kobieta! 

I tak z listopada zrobił się…

przyszły tydzień.

No dobra, ludzie, spokojnie! 😂 Co wy tam zobaczyliście, że takie larum?!

Okazało się, że na mammografii coś im się nie spodobało. Coś znaleźli, coś chcą obejrzeć dokładniej i trzeba zrobić kolejne badania.

No to dobra.

Robimy.

I tutaj humor humorem, ale gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się jednak ta jedna myśl:

Oby tylko nie było to TO na trzy litery.

Więc trzymajcie kciuki. 

Ale jestem spokojna. Naprawdę. Nie panikuję, bo co mi da zamartwianie się na zapas? Nic. Najpierw badania, potem będziemy wiedzieć, o co chodzi.

No cóż… zawsze musi być coś pod górkę.

Człowiek przez kilka lat skutecznie omija lekarzy szerokim łukiem, wreszcie daje się namówić na profilaktykę i myśli:

Odhaczę, zrobię i mam pięć lat świętego spokoju.

A tu zamiast spokoju dostałam abonament na telefony, nowe skierowanie i kolejną sesję zdjęciową własnych cycków już w następnym tygodniu. 

Taki oto mój plan pięcioletni.

Wytrzymał mniej więcej do pierwszego telefonu. 🤣

Ale idziemy dalej. Badamy się. Sprawdzamy. Nie uciekamy.

A może to nawet lekcja dla takiej upartej baby jak ja, która do lekarza idzie dopiero wtedy, kiedy już naprawdę musi?

Może.

Czy od teraz będę wzorową pacjentką i będę biegać na wszystkie badania kontrolne?

No dobra… nie rozpędzajmy się aż tak. 😂😂😂

Na razie zacznijmy od przyszłego tygodnia.

I trzymajcie kciuki, żeby moje dwa spadochrony okazały się tylko… duże, ciężkie i całkowicie zdrowe. 😂❤️

A teraz jestem ciekawa jak jest u Was? ❤️

Badacie się regularnie? Robicie wszystkie kontrole, pilnujecie terminów i trzymacie rękę na pulsie?

Czy może jesteście trochę jak ja ciągle coś się dzieje, dom, praca, dzieci, obowiązki, tysiąc spraw do załatwienia, a siebie człowiek wpisuje gdzieś na samym końcu listy? I ciągle powtarza: zrobię, pójdę, umówię się… tylko nie teraz, bo nie mam czasu…

No właśnie… a potem nagle się okazuje, że może jednak dla siebie też trzeba ten czas znaleźć.

Napiszcie, jak jest u Was. Jestem naprawdę ciekawa  wzorowi pacjenci czy drużyna pójdę, jak już naprawdę będę musiała? 

Wiara i to moje dlaczego

Dzisiaj przegryzam tekst, który podesłał kolega. Dość długi, pełen podniosłych zdań, mocny, dający do myślenia. Czytam, odkładam, wracam do niego i znowu przegryzam po kawałku.

I jedno zdanie szczególnie nie daje mi spokoju:

„Nauczono je, W CO. Nikt nie nauczył ich, DLACZEGO.”

I właśnie od tego zdania zaczęło we mnie coś kiełkować.

Bo mam dzieci i zaczęłam się zastanawiać: czy ja nauczyłam je, dlaczego wierzymy?

I wiecie co?

Nie wiem.

Ja w ogóle nie wiem, czy potrafię nauczyć swoje dzieci wiary.

Nie jestem teologiem. Moja wiara pewnie jest jeszcze mniejsza niż ziarnko gorczycy. Nie znam wszystkich dogmatów, nie studiuję teologii, nie siedzę nad mądrymi księgami.

Pojadę na Forum, czasem pójdę na rekolekcje, pójdę na wtorkowe spotkanie ,posłucham konferencji, coś przeczytam. Tyle mojej wielkiej wiedzy.

Ale staram się o jedno  mieć relację z Nim.

I tu pojawia się moje własne dlaczego

Bo gdyby moje dziecko zapytało mnie dzisiaj:

Mamo, dlaczego wierzysz?

nie odpowiedziałabym mu wykładem z teologii.

Powiedziałabym:

Bo Go w swoim życiu doświadczam

Bo kiedy się boję — Jego szukam.

Kiedy jestem wdzięczna — Jemu dziękuję.

Kiedy czegoś nie rozumiem — Jego pytam.

A czasem kłócę się z Bogiem jak cholera! 

On doskonale wie, jaka jestem  butna, kłótliwa, zadziorna, uparta. Jak czegoś nie rozumiem, to pytam: Dlaczego?! .Jak mi się coś nie podoba, też Mu o tym mówię.

I może właśnie to jest moja relacja z Nim.

Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania i nie chcę przed własnymi dziećmi udawać, że znam.

Jeśli zapytają mnie o coś, czego nie wiem, mogę powiedzieć:

Nie wiem. Poszukajmy odpowiedzi razem

I tego akurat nie uważam za porażkę.

Chcę, żeby moje dzieci pytały. Chcę, żeby wiedziały, dlaczego chrześcijanie wierzą w to, w co wierzą. Chcę, żeby szukały odpowiedzi, a nie tylko uczyły się ich na pamięć.

Ale nie wierzę, że mogę włożyć im wiarę do głowy czy serca.

Mogę nauczyć dziecko modlitwy.

Mogę zabrać je do kościoła.

Ale nie mogę nakazać mu spotkania z Bogiem.

Nie mogę powiedzieć: Masz wierzyć i oczekiwać, że tym jednym zdaniem załatwiłam sprawę.

Moje dzieci mają wolną wolę.

Mogą kiedyś wybrać inaczej niż ja.

I pewnie będzie mnie to bolało. Ale nie chcę, żeby wierzyły tylko dlatego, że matka kazała 

Wolę pokazywać im swoim życiem, dlaczego Bóg jest ważny dla mnie.

Niech widzą, że się modlę.

Że szukam.

Że pytam.

Że czasem wątpię.

Że się z Nim kłócę.

Że czasem kompletnie Go nie rozumiem.

Ale ciągle do Niego wracam.

I dlatego po przeczytaniu zdania:

„Nauczono je, W CO. Nikt nie nauczył ich, DLACZEGO”

pomyślałam, że to dlaczego rzeczywiście jest ważne.

Tylko może oprócz pytania:

Dlaczego chrześcijanie wierzą?

warto któregoś dnia zadać własnemu dziecku jeszcze jedno:

A dlaczego TY wierzysz?

I pozwolić mu szukać własnej odpowiedzi.

Bo moją odpowiedź mogę mu pokazać.

Ale jego odpowiedzi za niego nie napiszę.

A Wy?

Gdyby dziś Wasze dziecko zapytało: Mamo, tato, dlaczego TY wierzysz? co byście mu odpowiedzieli?

Nie pytam o odpowiedź z katechizmu. Pytam o Wasze własne dlaczego 

Sama jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi.

„WYBITNY”. Czyli właściwie jaki?

Dziś znowu przeczytałam wiadomość, że zmarł kolejny aktor. Nie chcę nawet przytaczać nazwiska, bo nie o niego tutaj chodzi. Chodzi o słowo, które pojawia się niemal natychmiast:

WYBITNY.

Wybitny aktor.

I kurka wodna… z czym się właściwie to słowo je?!

Bo co ono znaczy?

Wybitny, czyli jaki?

Lepszy od innych? Najlepszy? Genialny? Niezastąpiony? A może po prostu znany?

I co z tymi, których prasa po śmierci nie nazwie wybitnymi? To byli niewybitni? 

Najbardziej zastanawia mnie jednak jedno: dlaczego człowiek tak często robi się „wybitny” dopiero wtedy, kiedy umrze?

Za życia jakoś tego „wybitnego” nie było widać w nagłówkach. Za życia można było człowieka skrytykować, przejechać się po nim jak walcem, wyciągnąć mu z szafy trzy trupy, pięć gaf i siedem nieudanych ról.

A potem człowiek umiera i nagle:

WYBITNY ARTYSTA NIE ŻYJE.

Pach!

Nagłówek jest.

Zdjęcie jest.

Kliknięcia lecą.

News gorący, trzeba szybko, bo za godzinę internet będzie już żył czymś innym.

I właśnie tego nie rozumiem.

Mamy przecież język polski tak bogaty, że można nim człowieka namalować słowami. Można poszukać. Poczytać. Zapytać ludzi, którzy go znali. Odkopać historię, której większość nie zna. Znaleźć jakąś perełkę. Napisać, czym się wyróżniał, co kochał, jaki był dla ludzi, z czego się śmiał, co zostawił po sobie.

Ale po co?

„Wybitny” załatwia całą robotę. 

Jedno słowo i fajrant.

A mnie właśnie to słowo zaczęło działać na nerwy.

Bo kiedy niedawno zmarł Henryk Wołkołyski, którego ja kojarzę przede wszystkim jako komendanta z serii „U Pana Boga…”, to nie pomyślałam:

O, zmarł wybitny aktor 

Pomyślałam:

Kurczę… Komendant przeszedł za miedzę.

Bo właśnie takim go zapamiętałam.

Ciepłym. Z tym swoim spokojem i humorem. Z miną człowieka, który już wie, że mieszkańcy Królowego Mostu za chwilę znowu coś wywiną, ale jeszcze daje im szansę, żeby sami się przyznali. 

Sprawiedliwym, ale ludzkim. Troskliwym ojcem. Człowiekiem mocno związanym ze swoim Podlasiem, jego kulturą, ludźmi i wiarą.

I właśnie to jest dla mnie opis człowieka.

Nie „wybitny”.

Bo kiedy napiszesz mi, że ktoś był wybitny, to ja po przeczytaniu nadal niewiele o nim wiem.

Ale napisz mi, że miał niezwykłe poczucie humoru. Że kochał swoje Podlasie. Że był człowiekiem wierzącym. Że ludzie wspominają jego życzliwość. Że stworzył postać, przy której człowiek się uśmiechał, ale jednocześnie czuł do niej sympatię i szacunek.

Wtedy zaczynam tego człowieka widzieć.

Gdybym pisała do gazet czy portali, chyba właśnie tak chciałabym pisać. Kolorowo. Głęboko. Szukałabym tych małych historii, szczegółów, zdań i wspomnień, które sprawiają, że zza nazwiska wychodzi człowiek.

Nie interesowałoby mnie, żeby być pierwszą.

Wolałabym być tą, po której tekście ktoś powie:

Kurczę, nie wiedziałem o nim tego 

I jeszcze jedna rzecz mnie uwiera.

Dlaczego my tak często zaczynamy ludzi doceniać, kiedy już ich nie ma?

Po śmierci nagle honorujemy. Wspominamy. Zachwycamy się. Nadajemy tytuły. Wyciągamy najlepsze role, najpiękniejsze zdjęcia i najmądrzejsze wypowiedzi.

Tylko po co mu to wtedy?

Czy przeczyta?

Czy się ucieszy?

Czy zadzwoni do żony i powie:

— Halina, patrz! Jednak byłem wybitny! 

No nie.

Może więc warto częściej mówić ludziom za życia, że są dobrzy w tym, co robią?

Że ich cenimy.

Że coś dzięki nim przeżyliśmy.

Że jakaś ich rola, książka, piosenka, gest czy zwykłe zachowanie zostały z nami na lata.

Bo słowa wypowiedziane nad grobem mogą być piękne.

Ale słowa wypowiedziane człowiekowi mogą jeszcze sprawić mu radość.

A słowo „wybitny”?

Wybaczcie.

Ja najchętniej wzięłabym wielką gumkę do mazania i na jakiś czas wykreśliła je ze wszystkich nagłówków. 

Nie piszcie mi, że ktoś był wybitny.

Napiszcie mi, jaki był.

Co miał w sobie?

Co po nim zostało?

Za co ludzie go kochali?

Co zrobił takiego, że warto o nim pamiętać?

A wtedy ja sama zdecyduję, czy był wybitny.

No dobra, teraz Wasza kolej. 

Co sądzicie o słowie „wybitny”? I macie takie słowo, które działa Wam na nerwy tak bardzo, że najchętniej wymazalibyście je gumką ze słownika?

Piknik!!! Czy ktoś może zatrzymać czas?!

Kurde, ludziska kochani… ja nawet nie wiem, od czego zacząć! Tyle emocji jeszcze we mnie buzuje, że najchętniej opowiedziałabym Wam wszystko naraz, a potem jeszcze raz od początku!

Na ten piknik czekam cały rok. Serio. Od pięciu lat mamy tę naszą tradycję i za każdym razem jest tak samo: czekasz, planujesz, szykujesz, zastanawiasz się, co upiec, co ugotować, co zabrać… a potem człowiek tylko pstryknie palcami i już jest wieczór.

No jak?! Przecież dopiero przyjechaliśmy! 

Ale tegoroczny piknik był naprawdę wyjątkowy.

15 sierpnia obchodzimy Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a w naszej polskiej tradycji to również święto Matki Bożej Zielnej. I chyba nie mogliśmy przeżyć go piękniej.

Wśród drzew, kwiatów, zieleni i nad wodą nasz ojciec Karol odprawił dla nas Mszę Świętą polową.

Boże… ❤️

Stałam tam i powstrzymywałam łzy.

Ołtarz pośród zieleni, kwiaty zerwane prosto z ogrodu ozdabiające polowy ołtarz, słońce przedzierające się między drzewami, a zamiast organów… cykady i ptaki.

I powiem Wam, że dawały taki koncert, jakby ktoś im wcześniej powiedział:

– Słuchajcie, dzisiaj gramy na Mszy, proszę się postarać!

No i się postarały. 

To była najpiękniejsza naturalna orkiestra. Słodka symfonia stworzenia.

Podziwiałam ten ołtarz wśród kwiatów i dumałam sobie, że przecież właśnie tak powinno wyglądać święto Matki Bożej Zielnej. Prawdziwie po polsku. Z kwiatami, zielenią, modlitwą, ludźmi obok siebie i wdzięcznością za to, co mamy.

A po Mszy?

No cóż…

Święci świętymi, ale piknik sam się nie zrobi! 

Ruszyły grille, stoły zaczęły się uginać, jedzenia jak zwykle było chyba dla małej armii, rozmowy płynęły jedna za drugą, śmiechu było co niemiara, muzyka, śpiew, żarty… Czyli wszystko to, co kocham!

Bo ja kocham takie spotkania. Kocham ludzi. Kocham siedzieć przy stole i gadać. Kocham śpiewać. Kocham się śmiać. Kocham patrzeć, jak dzieciaki wskakują do wody i mają gdzieś cały dorosły świat. Kocham te rozmowy poważne i te kompletnie niepoważne, po których człowieka boli brzuch ze śmiechu.

A wierzcie mi działo się, oj działo! 🤣😂

Bo dzisiejsze wykonanie „Córki rybaka” to był taki sztos, że do tej pory leżę i kwiczę! A video, które przy okazji nakręciliśmy… powiem tylko tyle:

Internet nie jest na nie gotowy! 

Że też ludzie mają takie pomysły! Ale u nas, jak widać, wszystko jest możliwe. 😜

A panowie przy grillu też mieli swoje pięć minut. Kiedy normalne metody rozpalania przestały wystarczać, do akcji wkroczył ciężki sprzęt! 😂😂😂

Jak się zawzięli, jak się wzięli, tak węgiel na grilla rozpalili! Jeszcze chwila i pomyślałabym, że zamiast kiełbasy będziemy grillować pół lasu! 😂

Była woda, kąpiele, dziecięce szaleństwa, piękne widoki, cudowna pogoda, jedzenie, śmiech, rozmowy, muzyka i przede wszystkim…

BYLIŚMY RAZEM.

I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

Nie idealnie nakryty stół.

Nie to, kto co przywiózł.

Nie to, czy czegoś zabrakło albo zostało za dużo.

Ludzie. Obecność. Wspólny czas.

Bo jedzenie się zjada.

Grill gaśnie.

Stoły się sprząta.

Ręczniki wysychają.

I nawet ten dzień, na który czekało się cały rok, mija zdecydowanie za szybko.

Ale zostaje coś jeszcze.

Zdjęcia. Śmiech, który człowiek nadal słyszy w głowie. Zdania wypowiedziane przy stole. Dzieci biegające nad wodą. Smak jedzenia z grilla. Ciepło słońca. Cykady „grające” podczas Mszy.

I ten jeden obraz, który chyba zostanie ze mną najdłużej:

biały ołtarz pośród zieleni, kwiaty i Eucharystia sprawowana pod gołym niebem.

Matko Boża Zielna… chyba naprawdę byłaś dziś z nami pośród tych wszystkich kwiatów. ❤️

I tylko jedno mam zastrzeżenie do tego naszego pikniku.

KTO TAK PRZYSPIESZA CZAS?! 

Przecież dopiero przyjechaliśmy, a już trzeba było wracać!

Dziękuję Wam, Kochani, za ten dzień. Za każdą rozmowę, każdy uśmiech, każde „spróbuj tego”, każde „chodź, usiądź z nami”, za przygotowania, jedzenie, muzykę, pomoc, śmiech i zwyczajną obecność.

Za rok znowu będę czekała.

Cały rok.

A potem znowu minie jak pstryknięcie palcami.

Ale właśnie dlatego warto zbierać takie dni i chować je głęboko w sercu.

Bo życie składa się właśnie z takich chwil. ❤️

A teraz idę spać… tylko czy ja w ogóle usnę?! Oto jest pytanie! 😂

Bo muzyka dalej we mnie gra, śmiech jeszcze gdzieś dźwięczy w uszach, a wspomnienia wirują po głowie jak szalone. Zamykam oczy i już bym chciała tam wrócić. Nad wodę, do tych ludzi, rozmów, śpiewu, śmiechu… do tej atmosfery. ❤️

No kurde… tak pięknie było!

Ja po prostu lubię taki czas. Lubię, kiedy wokół są ludzie, kiedy jest gwar, muzyka, śmiech, kiedy nikt się nigdzie nie spieszy i człowiek przez kilka godzin po prostu jest i cieszy się chwilą.

I tylko serce trochę marudzi:

– A może byśmy tak jeszcze raz… od rana? 

Dobranoc… choć coś czuję, że zanim zasnę, przeżyję ten piknik w głowie jeszcze ze trzy razy. 😂❤️

Zanim rzucimy kamieniem w matkę…

Od niedzieli śledzę wiadomości o dziewczynce, która wypadła z balkonu w Łomży. Śledzę je chyba bardziej niż inne  historie, bo Łomża to moje rodzinne miasto. Niewielkie. Takie, w którym ludzie często się znają, a jeśli nie znają osobiście, to zawsze znajdzie się ktoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś…

Nie znam tej matki. Nie znam ojca. Nie wiem, co działo się w ich domu. Z informacji medialnych wynika, że rodzina była pod opieką kuratora, więc najwyraźniej wcześniej były tam problemy. Nie zamierzam ich bagatelizować ani kogokolwiek usprawiedliwiać. Jeśli dziecku działa się krzywda, powinny wyjaśnić to odpowiednie służby i przede wszystkim zadbać o bezpieczeństwo dziecka.

Ale jest coś, co przeraża mnie niemal tak samo jak sama wiadomość o tym wypadku.

Komentarze ludzi.

Ilość jadu. Nienawiści. Wyzwisk. Wyroków wydanych w kilka sekund.

Ludzie już wszystko wiedzą.

Wiedzą, jaka jest ta matka. Wiedzą, co robiła. Wiedzą, czego nie zrobiła. Wiedzą, jak powinna była wychowywać dziecko. Wiedzą nawet, jaka kara jej się należy.

I czytając to wszystko, patrzę na tę historię przede wszystkim oczami matki.

Sama mam sześcioletniego syna. Mieszkamy na osiemnastym piętrze i mamy balkon.

Po tej tragedii moja wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach. Już myślę o kolejnym zabezpieczeniu balkonu. Chcę poprosić męża, żeby zrobił dodatkowy zamek, którego młody sam nie będzie w stanie otworzyć.

Bo znam swoje dziecko.

To jest żywioł z głową pełną pomysłów, z których połowa nigdy nie przyszłaby mi do głowy.

Czasem gotuję, on się bawi i nagle robi się podejrzanie cicho. Idę go szukać, a on siedzi wysoko na szafce. Innym razem zwisa z szafy albo stoi na framudze łóżka. Patrzę na niego i zamiast zapytać: Co ty robisz?, mam ochotę zapytać:

Jak ty tam w ogóle wlazłeś?!

Potrafi też tak się schować, że przez chwilę naprawdę nie mogę go znaleźć.

Czy mam postawić go obok siebie i powiedzieć:

Masz tutaj stać. Nie ruszaj się. Mama musi cię widzieć przez dwadzieścia cztery godziny na dobę ? 

Wytrzyma pięć minut.

Potem znowu ruszy odkrywać swój świat.

Oczywiście naszym obowiązkiem jako rodziców jest przewidywać niebezpieczeństwo. Zabezpieczać. Pilnować. Uczyć. Robić wszystko, co możemy, żeby nasze dzieci były bezpieczne.

Ale rodzic nadal pozostaje człowiekiem.

I właśnie po tej tragedii widzę, jak niewiele czasem potrzeba, żeby zwyczajny dzień zamienił się w koszmar.

A potem przyszła druga myśl.

Gdyby, nie daj Boże, któremuś z nas wydarzyła się tragedia, czy ktokolwiek w internecie napisałby:

To było żywe, energiczne dziecko. Miało głowę pełną pomysłów. Wystarczyła chwila. Stało się coś strasznego ?

Nie.

Internet prawdopodobnie w kilka minut wydałby wyrok:

Zła matka 

Nie upilnowała 

Po co jej dzieci?

Nie nadaje się na matkę

Powinni jej zabrać dzieci 

A później zaczęłoby się prześciganie, kto wymyśli gorszą karę.

Ukamienować.

Dożywocie.

Najlepiej zabić.

Bo przecież po drugiej stronie ekranu nie siedzi już człowiek. Nie siedzi matka, która być może właśnie przeżywa największy dramat swojego życia.

Jest tylko bohaterka newsa, na którą można wylać wszystko.

I tego nie potrafię zrozumieć.

Nie twierdzę, że każda tragedia jest wyłącznie nieszczęśliwym wypadkiem. Nie twierdzę, że rodziców nie należy rozliczać z zaniedbań. Jeżeli w tej rodzinie dochodziło do czegoś złego, trzeba to wyjaśnić. Jeżeli dziecko nie było bezpieczne, trzeba je chronić. Jeżeli ktoś złamał prawo, są od tego policja, prokuratura i sąd.

Ale my nimi nie jesteśmy.

Nie znamy całej historii.

Nie byliśmy w tym mieszkaniu.

Nie wiemy wszystkiego, co wydarzyło się przed tragedią.

A jednak wystarcza nam kilka zdań przeczytanych w internecie, żeby odebrać drugiemu człowiekowi godność.

I jeszcze jedno.

Łomża jest małym miastem. W takich miejscach internetowy komentarz bardzo szybko przestaje być tylko komentarzem. Jutro ta kobieta może spotkać tych ludzi w sklepie, na ulicy, pod blokiem. Może próbować znaleźć pracę czy mieszkanie. I niezależnie od tego, jakie decyzje podejmą wobec niej sąd i służby, wyrok tłumu może ciągnąć się za nią przez lata.

Ojciec dziewczynki w jednej z wypowiedzi nazwał jej matkę „tą panią”.

Nie „matką mojego dziecka”.

„Panią”.

Nie wiem, co wydarzyło się między nimi. Nie wiem, dlaczego użył właśnie takich słów i nie zamierzam go za nie oceniać. One jednak pokazują mi, jak dramatyczna i skomplikowana może być sytuacja, o której my, ludzie z internetu, wiemy zaledwie kilka procent.

Dlatego ta historia nie sprawiła, że mam ochotę osądzać.

Sprawiła, że mam ochotę jeszcze raz sprawdzić własny balkon.

Jeszcze raz pomyśleć, czego nie przewidziałam.

Jeszcze raz spojrzeć na mojego sześciolatka, który potrafi w kilka minut wymyślić coś, czego ja nie wymyśliłabym przez czterdzieści lat.

Bo łatwo powiedzieć:

Mnie nigdy by się to nie przydarzyło

Ja nie mam odwagi tego powiedzieć.

Mogę powiedzieć tylko:

Będę pilnować.

Będę zabezpieczać.

Będę przewidywać najlepiej, jak potrafię.

A po tej historii poproszę męża o dodatkowy zamek na balkonie, bo wolę mieć jedno zabezpieczenie za dużo niż jedno za mało.

Ale nie powiem o innej matce: Mnie by się to nigdy nie przydarzyło

Bo życie nauczyło mnie pokory.

Jeżeli ta kobieta zawiniła — niech ocenią to ci, którzy znają fakty.

Jeżeli potrzebuje pomocy — oby ktoś podał jej rękę.

Jeżeli dziecko potrzebuje ochrony — niech dostanie jej tyle, ile tylko można.

Ale zanim my, siedząc bezpiecznie po drugiej stronie ekranu, napiszemy drugiemu człowiekowi: „Nie zasługujesz na dzieci”, może warto na chwilę spojrzeć na własne.

Na te nasze żywioły. Na ich szalone pomysły. Na wszystkie momenty, kiedy odwróciliśmy wzrok dosłownie na chwilę.

I przypomnieć sobie, że między „mnie to nigdy nie spotka” a tragedią czasami stoi tylko kilka sekund.

Dlatego zamiast rzucać kamieniem w inną matkę, ja dzisiaj mocniej przytulę swoje dziecko.

I poproszę męża o ten zamek.

Dziś Międzynarodowy Dzień Osób Leworęcznych, czyli… moje święto! 

Jestem leworęczna. I żebyście wiedzieli, że kiedyś nie była to taka zwyczajna sprawa!

Był nawet czas, kiedy żegnałam się w kościele lewą ręką i siałam tym niemałe zgorszenie. Byłam ciekawym okazem, bo choć próbowano mnie przestawić na „

właściwą stronę ,jakoś nikomu się nie udało. Lewa była moja i koniec!

Podobno my, leworęczni, jesteśmy artystycznymi duszami. No cóż… moje zdolności plastyczne zatrzymały się mniej więcej na poziomie czterolatka. Muzycznie też świata nie podbiję. Nie maluję, nie rzeźbię, nie gram na żadnym instrumencie może na nerwach mojego męża i żadnego szczególnego artystycznego talentu nie posiadam.

Ale!

Potrafię upiec zakalec. I to taki porządny!  Koszulę potrafię wyprasować. A przecież to też talent! Człowiek musi umieć docenić dary, które otrzymał. 

Choć dzisiaj się z tego śmieję, moje początki w szkole wcale takie zabawne nie były. Byłam jedynym leworęcznym dzieckiem w klasie i wzbudzałam zainteresowanie. Niestety nie zawsze takie, jakiego życzyłoby sobie dziecko.

Moja wychowawczyni, pedagog przecież z wykształcenia, oznajmiła mojej mamie, że ona mnie pisania lewą ręką oduczy. I miała swoje sposoby… Przez pierwsze trzy lata szkoły skutecznie uprzykrzała mi tym życie.

Tylko jednego nie przewidziała.

Trafił jej się wyjątkowo odporny egzemplarz. 

Moja mama też miała ze mną niezłe przejścia, bo przez tę moją leworęczność musiała chodzić ze mną do poradni psychologicznej. Takie były czasy!

Pamiętam te wszystkie testy. Kazali mi skakać na jednej nodze. Którą wybrałam? Oczywiście lewą!  Kazali patrzeć przez dziurkę od klucza. Które oko? No przecież lewe!

Test za testem, ewaluacja za ewaluacją, aż w końcu moja mama usłyszała, że moja prawa półkula mózgu jest bardziej dominująca i…

TA-DAM! 

Mamy odpowiedź! Dziecko jest mańkutem! 

Dla mnie prawa ręka właściwie mogłaby nie istnieć. Lewą piszę, lewą jem, lewą chwytam, lewą robię prawie wszystko. Tak było, jest i najwyraźniej pozostanie.

I wiecie co jest najlepsze?

Mój syn Maksymilian też jest leworęczny. ❤️

Tylko że ja z nim z tego powodu nie biegam po psychologach, nie robię tragedii, nie próbuję przekładać mu długopisu do prawej ręki i nie zastanawiam się, jak go naprawić

Ludzie! My, leworęczni, naprawdę jesteśmy tacy sami jak praworęczni! Po prostu długopis trzymamy w drugiej ręce, czasem rozmazujemy sobie to, co przed chwilą napisaliśmy, i od czasu do czasu zastanawiamy się, kto zaprojektował te wszystkie nożyczki, otwieracze i inne wynalazki. 

A moja wychowawczyni?

Celu nie osiągnęła. Jak byłam leworęczna, tak jestem. Cóż… nie każdy pedagog słuchał wszystkich wykładów. Moja pani chyba akurat ten o leworęcznych dzieciach przespała. 😂

Dlatego dzisiaj z dumą podnoszę moją lewą rękę! 

Bez talentu malarskiego.

Bez talentu muzycznego.

Za to z niepodważalnym talentem do zakalca, prasowania koszul i przetrwania prób zrobienia ze mnie praworęcznej. 

A jak jest u Was? Jesteście leworęczni? Macie leworęczne dzieci, męża, żonę, rodziców albo kogoś w rodzinie? I najciekawsze czy Was albo kogoś z Waszych bliskich też kiedyś próbowano „przestawiać” na prawą rękę?

Podzielcie się, bo jestem bardzo ciekawa, ile nas tutaj jest! 

15 tysięcy kroków i ani grama mniej!

Dobra. Postanowione. Codziennie wychodzę na spacer i robię minimum 15 tysięcy kroków. A jak się dobrze wezmę, to potrafię wydreptać nawet 25 tysięcy! Skrupulatnie liczy mi je  aplikacja steps w telefonie, więc nie ma oszukiwania.

Przestałam też zasilać parkowe ławeczki.

Koniec siedzenia! Teraz dreptam. Chodzę. Krążę. Zasuwam. Jak mnie ktoś widzi piąty raz okrążającą ten sam park, to pewnie zaczyna się zastanawiać, czy ja ćwiczę, czy zwyczajnie nie potrafię znaleźć wyjścia. 

I wiecie co? Naprawdę to polubiłam.

Zakładam wygodne buty, telefon ląduje w torebce, do tego mocno schłodzona woda i obowiązkowo zapas chusteczek. I ruszamy z młodym do parku.

Tylko nowojorska pogoda absolutnie nie zamierza nam tego ułatwiać.

Kto mieszka w New York, ten wie, że latem człowiek nie wychodzi z domu.

Człowiek wypływa. 

Wilgotność taka, że pierwszą koszulkę mogłabym zmienić zaraz po wejściu do parku, drugą gdzieś w połowie spaceru, a trzecią przy wyjściu. Spodenki też. O reszcie garderoby przez przyzwoitość nie wspomnę. Jak wracam do domu, to właściwie najlepiej byłoby wrzucić do pralki wszystko razem ze mną!

Pot leci z czoła, a ja elegancko wyciągam chusteczkę z torebki i osuszam twarz, jakbym właśnie spacerowała po nadmorskim deptaku przy przyjemnych 22 stopniach, a nie próbowała przeżyć nowojorską saunę na świeżym powietrzu.

Wszystko zgodnie z zaleceniami mojej pani dermatolog, która za skarby świata nie pozwala mi dotykać twarzy rękami. Więc nie tykam! Wyciągam chusteczkę i elegancko zasuwam nią po twarzy jak wycieraczki w samochodzie  raz w prawo, raz w lewo. 

Za to moje włosy trzymają fason! I to chyba jedyny atut tej letniej wilgotności. Co jakiś czas ktoś mnie zatrzymuje i słyszę:

I love your hair! Your haircut is so beautiful !

No proszę. Człowiek wygląda, jakby właśnie wyszedł spod prysznica w ubraniu, ale fryzura się broni! 

A waga?

No cóż… po tylu tysiącach kroków można by się spodziewać jakiegoś spektakularnego WOW!

Nie ma. 

Ani grama.

Ale wiecie co? Już nawet mnie to specjalnie nie rusza.

Lubię siebie. Lubię swoje ciało. Nie zamierzam się z nim codziennie kłócić o cyferkę na wadze. Chodzę, bo chcę się ruszać, chcę o siebie dbać, a jeśli przy okazji uda mi się trochę nad tą wagą zapanować świetnie.

A jeśli potrzebuje więcej czasu?

Trudno.

Najważniejsze, że mnie to dreptanie naprawdę zaczęło cieszyć.

Pani doktor powiedziała mi jeszcze, że skoro tyle chodzę, to mogłabym dołożyć jakieś ćwiczenia siłowe.

Taaa…

Chyba będę za sobą ciężary na sznurku ciągać podczas spaceru, bo jak ja zacznę robić ćwiczenia siłowe w tej nowojorskiej saunie, to zamiast formy życia zaliczę zgon. 

Najmniej zachwycony moim nowym hobby jest chyba młody.

Bo co tu latem w parku robić?

Towarzystwa brak. Każdy rozsądny dzieciak siedzi w domu przy AC i pyka w jakąś grę, a on ma matkę, która nagle odkryła w sobie zamiłowanie do robienia kilometrów.

No i musi iść. 

On ćwiczy, biega, huśta się, coś tam sobie wymyśla, a ja w tym czasie krążę wokół parku.

Kółko.

Jeszcze jedno.

I jeszcze jedno.

On już patrzy na mnie z miną: Matka, długo jeszcze?! , a moja aplikacja mówi, że przecież dopiero się rozkręcam. 

I tak sobie chodzimy.

Ja mokra jak pies, pogryziona przez jakieś niewidzialne meszki, z zimną wodą w torebce i chusteczkami idącymi jedna za drugą.

On trochę z przymusu.

Ja już całkiem z przyjemnością.

Parno? Jest.

Duszno? Jak diabli.

Nowojorskie powietrze przegrzane, ciężkie i momentami pachnące tak, że Chanel No. 5 zdecydowanie to nie jest.. Oczywiście. 

Ale dreptamy.

I chyba właśnie o to chodzi.

Nie o to, żeby za karę gonić za mniejszym numerem na wadze.

Tylko żeby ruszyć tyłek z ławki, zrobić coś dla siebie, przewietrzyć głowę, pośmiać się po drodze i wrócić do domu z poczuciem:

Kurczę, zrobiłam dzisiaj coś dobrego dla siebie.

A jeśli pewnego dnia przy okazji kilka kilogramów stwierdzi, że nie nadąża za moim tempem i zostanie gdzieś po drodze…

to przecież nie będę po nie wracać. 

Manhattan według Tymona. Następny przystanek: Connecticut! 😂

Wczoraj zrobiłam sobie z młodym wycieczkę na Manhattan.

Chociaż właściwie… czy ja ją zrobiłam?

Coraz bardziej mam wrażenie, że moja rola ogranicza się do zapewnienia karty do metra, jedzenia, picia i ogólnego nadzoru, bo kierownikiem naszych wakacyjnych wycieczek został Tymon. 

Młody rozłożył mapę metra, popatrzył, pomyślał i nagle mówi:

– Jedziemy tu!

I palcem wskazuje miejsce na mapie.

– Dobra – mówię. – Zaznaczaj punkt i sprawdzaj, jak jedziemy. Zobacz, ile stacji mamy przejechać, którym pociągiem i gdzie musimy się przesiąść.

Matko kochana, jaki on był dumny!

Mapa przed nim, palec jeździ po kolorowych liniach, stacje policzone, przesiadka znaleziona… Człowiek ma sześć lat, a minę miał taką, jakby właśnie przejął zarządzanie całym nowojorskim metrem. 

No i pojechaliśmy.

Była karuzela, był spacer ulicami Manhattanu, a potem poszliśmy jeszcze do Macy’s zobaczyć, jak naprawdę wygląda teraz budynek bez słynnego napisu.

Młodemu bardzo się podobało.

Tylko pogoda… wiadomo.

New York latem.

Parno tak, że człowiek po pięciu minutach zastanawia się, po co właściwie wychodził z klimatyzowanego mieszkania .

A do tego koło południa Manhattan zaczął się porządnie zapełniać. Turystów pełno. Ludzi pełno. Gdzie się człowiek nie obróci ktoś idzie, stoi, robi zdjęcie, zatrzymuje się nagle na środku chodnika albo idzie dokładnie w przeciwnym kierunku niż my.

I w pewnej chwili Tymon, już wyraźnie zmęczony tym całym tłumem, mówi do mnie:

– Mamo, weź im powiedz, niech się trochę przesuną. Nie mamy miejsca do chodzenia!

Taaaaa…

Synu.

Gdyby to było takie proste, dawno stanęłabym na środku Manhattanu i powiedziała:

– Przepraszam bardzo! Proszę się wszyscy przesunąć! My teraz idziemy! 😂

Niestety Manhattan nie działa według zasad Tymona.

A szkoda.

Pospacerowaliśmy jeszcze trochę, ale mój syn zdecydowanie nie jest miłośnikiem tłumów. Gdzie się nie ruszysz, wszędzie ludzie. Po pewnym czasie stwierdził:

– Wracajmy do domu.

I najlepiej pociągiem.

No dobrze.

Karuzela była.

Manhattan zaliczony.

Macy’s obejrzane.

Turyści nie chcieli się przesunąć.

Można wracać. 

Myślałam, że na tym zakończymy nasze wakacyjne podróżowanie w tym tygodniu.

Ale gdzie tam!

My mamy papierową mapę metra, a na jej drugiej stronie jest mapa połączeń kolejowych.

I tu zaczyna się mój problem.

Bo młody umie już czytać.

Więc oczywiście nie wystarczyło mu spojrzeć na mapę.

On ją PRZESTUDIOWAŁ.

Linia po linii.

Stacja po stacji.

Po czym oznajmił mi, że w piątek rano jedziemy na wycieczkę do Connecticut.

Do CT!!!

Bo przecież są wakacje.

Pociągi jeżdżą.

On umie czytać mapę.

Więc właściwie w czym ja widzę problem? 

Tylko że jest jeden mały szczegół.

W SOBOTĘ JEDZIEMY NA PIKNIK!

A ja przecież muszę upiec ciastka, zrobić sałatkę, przygotować kaszankę z jabłkiem, ogarnąć prowiant i milion innych rzeczy potrzebnych na piknik.

Bo człowiek mówi:

– Jedziemy na piknik!

Jakby wystarczyło wziąć koc pod pachę i wyjść z domu.

Taaaaa… jasne. 

Koc, jedzenie, picie, ciastka, sałatka, kaszanka z jabłkiem, talerzyki, sztućce, serwetki, pojemniki, torby, lodówka turystyczna i Bóg jeden wie, co jeszcze przypomnę sobie pięć minut przed wyjściem!

A mój syn w tym czasie spokojnie planuje mi piątkową wycieczkę do Connecticut.

No jak ja mam to wszystko ogarnąć?!

NO JAK?! 

Kiedy ja mam piec te ciastka?

W pociągu do Connecticut?!

Młody będzie studiował rozkład jazdy, a ja obok rozłożę miskę, mikser i blachę?

– Mamo, następna stacja!

– Dobrze, synku, tylko potrzymaj mi sałatkę, bo muszę jeszcze pokroić jabłko do kaszanki! 😂

O matko jedyna…

Ja chyba nie nadążam za własnym dzieckiem.

Wczoraj Manhattan.

W piątek Connecticut.

W sobotę piknik.

A pomiędzy tym wszystkim ciastka, sałatka, kaszanka z jabłkiem, prowiant i cała reszta piknikowego wyposażenia.

I tak oto zorientowałam się, że wychowuję sobie małego organizatora wycieczek.

Ja już chyba nie mam nic do powiedzenia.

Mam się tylko rano ubrać, spakować wodę i przegryzki i stawić się na peronie. 😂

Trochę zaczynam się bać, co jeszcze znajdzie na tej mapie.

Wczoraj Manhattan.

W piątek Connecticut.

W sobotę piknik.

Aż strach mu pokazać mapę całych Stanów Zjednoczonych, bo któregoś ranka usłyszę:

– Mamo, wstawaj. Jedziemy do Kalifornii. Zobacz, tutaj jest droga! 😂

Ale wiecie co?

Uwielbiam tę jego ciekawość. To, że chce sprawdzać, szukać, liczyć stacje, planować trasę i zobaczyć, dokąd można dojechać.

Bo dla dorosłego mapa to tylko mapa.

A dla sześciolatka?

To chyba lista miejsc, do których mama jeszcze nie zdążyła go zabrać. 

A dla mamy?

Lista kolejnych powodów, dla których nie ma kiedy usiąść. 

Chyba naprawdę zaczynam rozumieć, dlaczego po wakacjach rodzice potrzebują wakacji.

Tylko zanim zacznę marzyć o swoich…

KIEDY JA MAM UPIEC TE CIASTKA?! 

Umiecie odpoczywać? 

Umiecie odpoczywać?

Tak naprawdę.

Bez poczucia winy, że przecież można byłoby jeszcze coś zrobić, zarobić, załatwić, posprzątać, nadrobić.

Czym jest dla Was weekend?

Czy czekacie na niego przez cały tydzień? Czy pozwalacie sobie na wolną sobotę, niedzielę, wyjazd, wakacje? A może weekend stał się po prostu kolejnymi dwoma dniami pracy?

Ostatnio bardzo dużo myślę o odpoczynku.

Żyjemy w czasach, w których praca stała się niemal wyznacznikiem wartości człowieka. Kto więcej pracuje, ten bardziej zaradny. Kto bierze dodatkowe godziny, ten odpowiedzialny. Kto nie odmawia pracy, ten pracowity.

Tylko gdzie w tym wszystkim jest granica?

Bo przecież pieniądze są potrzebne. Rachunki same się nie zapłacą. Dzieci kosztują. Życie kosztuje. W New Yorku chyba szczególnie dobrze wiemy, jak szybko pieniądze potrafią znikać z konta.

Tylko czy naprawdę człowiek może pracować bez końca?

Siedem dni w tygodniu.

Tydzień za tygodniem.

Miesiąc za miesiącem.

Bez niedzieli.

Bez dnia, w którym rano nie trzeba patrzeć na zegarek.

Bez zwyczajnego:

– Dzisiaj nigdzie nie muszę iść.

I nie chodzi nawet o wielkie wakacje, drogie hotele czy egzotyczne podróże.

Chodzi o jeden zwyczajny dzień.

Śniadanie razem.

Kawę wypitą bez pośpiechu.

Mszę.

Spacer.

Grilla.

Film obejrzany z dziećmi.

Wyjście do parku.

Albo nawet siedzenie we własnym domu i robienie… niczego szczególnego.

Bo może właśnie te zwyczajne dni są jednymi z najważniejszych w naszym życiu?

A co na to Pismo Święte?

Odpoczynek pojawia się już na samym początku Biblii.

„A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego.”

(Rdz 2,2)

Bóg ustanawia rytm.

Praca.

I odpoczynek.

Sześć dni i dzień zatrzymania.

Jeszcze mocniej brzmią słowa z Księgi Wyjścia:

„Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci Pana.”

(Wj 20,9–10)

To nie jest propozycja dla tych, którzy akurat mają czas.

To nie jest luksus.

To część Bożego porządku.

Ale jest jeszcze scena z Ewangelii św. Marka, która mówi o odpoczynku bardzo konkretnie.

Uczniowie Jezusa byli tak zajęci, że ludzie przychodzili i odchodzili, a oni nie mieli nawet czasu, żeby spokojnie zjeść.

Brzmi znajomo?

I wtedy Jezus mówi:

„Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco.”

(Mk 6,31)

Jezus nie powiedział:

Jeszcze trochę.

Wytrzymajcie.

Trzeba pracować.

Ludzie czekają.

Dacie radę.

Powiedział:

Wypocznijcie.

Bo widział ich zmęczenie.

A my czasami przestajemy widzieć własne.

Czy praca może zabrać nam za dużo?

Ogromnie szanuję ludzi pracowitych. Tych, którzy potrafią zakasać rękawy, nie boją się ciężkiej pracy i chcą zapewnić rodzinie bezpieczeństwo.

Tylko że można pracować dla rodziny, a jednocześnie nie zauważyć momentu, w którym przez tę pracę zaczyna się tracić czas z rodziną.

Bo dzieci nie będą dziećmi wiecznie.

Nie będą zawsze czekały na wspólne wyjście.

Nie zawsze będą chciały siedzieć z nami przy stole.

Nie zawsze będą wołały:

– Tato, chodź!

– Mamo, zobacz!

Przyjdzie taki moment, kiedy będą miały swoje życie.

I wtedy możemy mieć więcej pieniędzy.

Tylko nie będziemy mogli kupić za nie ani jednej soboty sprzed dziesięciu lat.

Ani jednego wspólnego śniadania.

Ani jednego spaceru.

Ani jednego wieczoru, który można było spędzić razem.

Czasu nie da się odłożyć na później.

A może odpoczynek też jest odpowiedzialnością?

Czasami słyszymy:

– Muszę pracować.

– Teraz jest taki czas.

– Jeszcze trochę.

– Trzeba wykorzystać okazję.

– Odpocznę później.

Tylko kiedy jest to „później”?

Za miesiąc?

Za rok?

Kiedy dzieci dorosną?

Kiedy organizm sam powie: dość?

Nie wierzę, że człowiek został stworzony tylko po to, żeby pracować, płacić rachunki, spać kilka godzin i następnego dnia zaczynać wszystko od nowa.

Psalm 127 mówi:

„Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna – dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyle daje On i we śnie tym, których miłuje.”

(Ps 127,2)

Może czasami trzeba sobie przypomnieć, że nie wszystko zależy od nas.

Że świat się nie zawali, jeśli przez jeden dzień nie będziemy pracować.

Że odpoczynek nie jest lenistwem.

Że niedziela nie jest stratą czasu.

Że wspólny dzień z rodziną też ma swoją wartość – tylko nie da się jej wpisać do tabelki ani zobaczyć na koncie.

Jest jeszcze zdrowie.

I chyba o tym również za mało mówimy.

Człowiek może długo powtarzać:

– Nic mi nie jest.

– Daję radę.

– Jestem przyzwyczajony.

Tylko ciało ma swoje granice.

Psychika ma swoje granice.

Każdy człowiek je ma.

I czasami organizm przez bardzo długi czas znosi nasze tempo, aż w końcu sam zaczyna domagać się zatrzymania.

Dlatego odpoczynek nie powinien być nagrodą za wykonanie całej pracy.

Bo pracy przecież nigdy nie wykonamy całej.

Zawsze znajdzie się coś następnego.

Odpoczynek jest częścią życia.

A co dzieje się wtedy z małżeństwem?

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chyba za mało się mówi.

Co dzieje się z relacją dwojga ludzi, kiedy jedno z nich pracuje właściwie bez przerwy?

Czy można miesiącami mijać się w drzwiach, widzieć głównie rano albo późnym wieczorem, rozmawiać przede wszystkim o rachunkach, dzieciach, zakupach i tym, co jeszcze trzeba załatwić – i jednocześnie zachować tę samą bliskość?

Przecież małżeństwo też potrzebuje czasu.

Nie tylko wielkich randek, romantycznych wyjazdów czy kolacji przy świecach.

Potrzebuje zwyczajnej codziennej obecności.

Kawy wypitej razem.

Rozmowy bez patrzenia na zegarek.

Wspólnego obiadu.

Spaceru.

Śmiechu.

Czasem nawet wspólnego siedzenia na kanapie i nierobienia niczego.

Bo bliskość nie znika zazwyczaj jednego dnia.

Ona może rozluźniać się powoli.

Najpierw brakuje czasu na rozmowę.

Potem człowiek przyzwyczaja się, że drugiej osoby ciągle nie ma.

Każdy zaczyna żyć swoim rytmem.

Jedno pracuje.

Drugie organizuje dom, dzieci i swoją codzienność.

I nawet nie wiadomo, kiedy z małżeńskiego „my” zaczynają powstawać dwa osobne „ja”, które spotykają się gdzieś pomiędzy obowiązkami.

Czy ciągła praca może właśnie do tego prowadzić?

Czy można kochać się tak samo, a jednak przez brak wspólnego czasu zacząć się od siebie oddalać?

To ważne pytania, szczególnie dzisiaj, kiedy tak łatwo usprawiedliwić wszystko jednym zdaniem:

– Przecież robię to dla rodziny.

Tylko rodzina potrzebuje nie tylko tego, co przynosi się do domu.

Potrzebuje również człowieka, który do tego domu wraca i naprawdę w nim jest.

Małżeństwo nie żyje przecież samymi obowiązkami. Potrzebuje obecności, zainteresowania, rozmowy, dotyku, wspólnych chwil i poczucia, że nadal jesteśmy dla siebie ważni.

Może dlatego odpoczynek jest potrzebny nie tylko naszemu ciału.

Czasami odpoczynku potrzebuje również małżeństwo.

I jeszcze jedno  rodzina.

Czy uważacie, że wolne weekendy zbliżają rodzinę?

Ja uważam, że bardzo.

I wcale nie trzeba wyjeżdżać.

Czasami największą wartość ma dzień spędzony w domu. Wspólne gotowanie, grill, kawa, rozmowa, dzieci biegające obok, może jakiś film, spacer, planszówka.

Nic spektakularnego.

A jednak jesteśmy razem.

Bo rodziny nie buduje się tylko pieniędzmi.

Buduje się ją obecnością.

Czasem.

Rozmową.

Wspomnieniami.

Tym zwyczajnym:

Jestem dzisiaj z Wami. Nigdzie nie muszę iść.

I chyba właśnie tego nie powinniśmy odkładać na później.

Dlatego dzisiaj pytam Was zupełnie serio:

Umiecie odpoczywać?

Czym dla Was jest weekend?

Pozwalacie sobie na wolne soboty i niedziele? Na wakacje? Na dzień, w którym po prostu jesteście razem?

Czy Wasi mężowie albo żony pracują siedem dni w tygodniu? Jeśli tak, jak Wy do tego podchodzicie?

Akceptujecie to, bo takie jest życie i trzeba zarabiać?

Rozmawiacie o tym?

Próbujecie postawić jakąś granicę?

A może z czasem pogodziliście się z tym, że druga osoba pracuje tyle, ile chce albo ile musi?

Czy zauważyliście, że brak wspólnego czasu wpływa na Waszą relację?

Czy wolny weekend rzeczywiście zbliża rodzinę?

Czy wspólnie spędzony czas nawet najzwyklejszy dzień we własnym domu sprawia, że znowu jesteśmy bliżej siebie?

I jeszcze jedno pytanie, chyba najważniejsze:

Czy można tak bardzo pracować dla swojej rodziny, że któregoś dnia odkryje się, że zabrakło czasu, żeby z tą rodziną po prostu żyć?

Podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami.

Może ktoś, kto przeczyta Wasz komentarz, właśnie dzisiaj przypomni sobie o czymś bardzo prostym:

Praca zawsze jakaś będzie.

Ale dzieci dorosną.

My będziemy starsi.

Zdrowie nie jest dane raz na zawsze.

A czasu spędzonego razem nikt nam później nie odda.