Dziś znowu przeczytałam wiadomość, że zmarł kolejny aktor. Nie chcę nawet przytaczać nazwiska, bo nie o niego tutaj chodzi. Chodzi o słowo, które pojawia się niemal natychmiast:
WYBITNY.
Wybitny aktor.
I kurka wodna… z czym się właściwie to słowo je?!
Bo co ono znaczy?
Wybitny, czyli jaki?
Lepszy od innych? Najlepszy? Genialny? Niezastąpiony? A może po prostu znany?
I co z tymi, których prasa po śmierci nie nazwie wybitnymi? To byli niewybitni?
Najbardziej zastanawia mnie jednak jedno: dlaczego człowiek tak często robi się „wybitny” dopiero wtedy, kiedy umrze?
Za życia jakoś tego „wybitnego” nie było widać w nagłówkach. Za życia można było człowieka skrytykować, przejechać się po nim jak walcem, wyciągnąć mu z szafy trzy trupy, pięć gaf i siedem nieudanych ról.
A potem człowiek umiera i nagle:
WYBITNY ARTYSTA NIE ŻYJE.
Pach!
Nagłówek jest.
Zdjęcie jest.
Kliknięcia lecą.
News gorący, trzeba szybko, bo za godzinę internet będzie już żył czymś innym.
I właśnie tego nie rozumiem.
Mamy przecież język polski tak bogaty, że można nim człowieka namalować słowami. Można poszukać. Poczytać. Zapytać ludzi, którzy go znali. Odkopać historię, której większość nie zna. Znaleźć jakąś perełkę. Napisać, czym się wyróżniał, co kochał, jaki był dla ludzi, z czego się śmiał, co zostawił po sobie.
Ale po co?
„Wybitny” załatwia całą robotę.
Jedno słowo i fajrant.
A mnie właśnie to słowo zaczęło działać na nerwy.
Bo kiedy niedawno zmarł Henryk Wołkołyski, którego ja kojarzę przede wszystkim jako komendanta z serii „U Pana Boga…”, to nie pomyślałam:
O, zmarł wybitny aktor
Pomyślałam:
Kurczę… Komendant przeszedł za miedzę.
Bo właśnie takim go zapamiętałam.
Ciepłym. Z tym swoim spokojem i humorem. Z miną człowieka, który już wie, że mieszkańcy Królowego Mostu za chwilę znowu coś wywiną, ale jeszcze daje im szansę, żeby sami się przyznali.
Sprawiedliwym, ale ludzkim. Troskliwym ojcem. Człowiekiem mocno związanym ze swoim Podlasiem, jego kulturą, ludźmi i wiarą.
I właśnie to jest dla mnie opis człowieka.
Nie „wybitny”.
Bo kiedy napiszesz mi, że ktoś był wybitny, to ja po przeczytaniu nadal niewiele o nim wiem.
Ale napisz mi, że miał niezwykłe poczucie humoru. Że kochał swoje Podlasie. Że był człowiekiem wierzącym. Że ludzie wspominają jego życzliwość. Że stworzył postać, przy której człowiek się uśmiechał, ale jednocześnie czuł do niej sympatię i szacunek.
Wtedy zaczynam tego człowieka widzieć.
Gdybym pisała do gazet czy portali, chyba właśnie tak chciałabym pisać. Kolorowo. Głęboko. Szukałabym tych małych historii, szczegółów, zdań i wspomnień, które sprawiają, że zza nazwiska wychodzi człowiek.
Nie interesowałoby mnie, żeby być pierwszą.
Wolałabym być tą, po której tekście ktoś powie:
Kurczę, nie wiedziałem o nim tego
I jeszcze jedna rzecz mnie uwiera.
Dlaczego my tak często zaczynamy ludzi doceniać, kiedy już ich nie ma?
Po śmierci nagle honorujemy. Wspominamy. Zachwycamy się. Nadajemy tytuły. Wyciągamy najlepsze role, najpiękniejsze zdjęcia i najmądrzejsze wypowiedzi.
Tylko po co mu to wtedy?
Czy przeczyta?
Czy się ucieszy?
Czy zadzwoni do żony i powie:
— Halina, patrz! Jednak byłem wybitny!
No nie.
Może więc warto częściej mówić ludziom za życia, że są dobrzy w tym, co robią?
Że ich cenimy.
Że coś dzięki nim przeżyliśmy.
Że jakaś ich rola, książka, piosenka, gest czy zwykłe zachowanie zostały z nami na lata.
Bo słowa wypowiedziane nad grobem mogą być piękne.
Ale słowa wypowiedziane człowiekowi mogą jeszcze sprawić mu radość.
A słowo „wybitny”?
Wybaczcie.
Ja najchętniej wzięłabym wielką gumkę do mazania i na jakiś czas wykreśliła je ze wszystkich nagłówków.
Nie piszcie mi, że ktoś był wybitny.
Napiszcie mi, jaki był.
Co miał w sobie?
Co po nim zostało?
Za co ludzie go kochali?
Co zrobił takiego, że warto o nim pamiętać?
A wtedy ja sama zdecyduję, czy był wybitny.
No dobra, teraz Wasza kolej.
Co sądzicie o słowie „wybitny”? I macie takie słowo, które działa Wam na nerwy tak bardzo, że najchętniej wymazalibyście je gumką ze słownika?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.