KŁAMSTWO

Sądzę, że w dzisiejszym świecie jednym z największych zagrożeń dla człowieka jest KŁAMSTWO. I nie mówię tu tylko o rodzinie, małżeństwie czy przyjaźni. Mówię o życiu w ogóle. O relacjach między ludźmi, o zaufaniu, o zwykłej ludzkiej przyzwoitości!

Kłamstwo działa na mnie jak płachta na byka! Brzydzę się kłamstwem! Chcę żyć w prawdzie, nawet jeśli ta prawda boli jak cholera!

I wiecie co? Nie wzięło się to znikąd.

Wychowałam się w domu, w którym kłamstwo było niemal codziennością. W domu, w którym prawda była po prostu niewygodna. Łatwiej było coś przekręcić, przemilczeć, dopowiedzieć, stworzyć własną wersję wydarzeń niż zwyczajnie powiedzieć, jak było naprawdę.

I najgorsze jest to, że niewiele się zmieniło. Lata mijają, ludzie się starzeją, a mechanizmy pozostają te same. Nadal można opowiadać historie, których nie było, dorabiać komuś intencje, zmieniać fakty i oczekiwać, że wszyscy będą udawać, że nic się nie stało.

A ja już nie chcę w tym uczestniczyć!

Odcięłam się od tego. Świadomie. Ale to nie znaczy, że przestało mnie dotykać. Bo można odciąć się od ludzi, ale nie zawsze można uciec od konsekwencji ich kłamstw.

Kiedy poznałam swojego męża, powiedziałam sobie jedno. KONIEC Z KŁAMSTWEM! Nie chcę okłamywać jego ani nikogo innego. Nie chcę budować swojego życia na kłamstwie. I tej zasady trzymam się do dziś.

To moja żelazna zasada. Nie jakaś dieta cud, którą zaczynam w poniedziałek, a kończę we wtorek przy kawałku szarlotki. Nie! To zasada, według której chcę żyć.

I wiecie co? Naprawdę można żyć bez kłamstwa! Można!

Najbardziej rozwalają mnie ludzie, którzy patrzą ci prosto w oczy, opowiadają historie, przedstawiają fakty, przekonują, że było tak, a nie inaczej, a potem okazuje się, że połowa tej opowieści nigdy nie miała miejsca!

I kiedy mówię:

Przecież mnie okłamałaś!

Słyszę:

No i co się takiego stało? Trochę podkoloryzowałam fakty!

CO?!

Podkoloryzowałaś fakty?!

A po jaką cholerę?! Czemu to miało służyć?! Żeby lepiej wypaść? Żeby kogoś oczernić? Żeby zrobić z siebie ofiarę, a z drugiego człowieka potwora? Żeby ludzie uwierzyli w twoją wersję wydarzeń?!

Bo przecież kłamstwo bardzo często właśnie temu służy. Manipulowaniu drugim człowiekiem. Jego emocjami, oceną sytuacji, a czasami nawet całym życiem!

I jeszcze jedno mnie doprowadza do szewskiej pasji.

Kiedy ktoś mówi:

Nie powiedziałam prawdy, bo nie chciałam ci zrobić przykrości.

GÓWNO PRAWDA!

Przykrość robisz właśnie wtedy, kiedy kłamiesz! Kiedy świadomie wprowadzasz człowieka w błąd! Kiedy odbierasz mu możliwość poznania prawdy i samodzielnego zdecydowania, co z nią zrobić!

Bo prawda, nawet najtrudniejsza, daje człowiekowi wybór. Kłamstwo ten wybór odbiera.

I nie, nie twierdzę, że prawda zawsze jest przyjemna. Czasami boli jak cholera! Czasami człowiek wolałby jej nie usłyszeć. Ale wolę usłyszeć najgorszą prawdę niż najpiękniejsze kłamstwo.

Dla mnie człowiek, który świadomie mnie okłamuje, traci coś, czego nie da się kupić, wymusić ani odzyskać jednym słowem „przepraszam”.

ZAUFANIE.

A bez zaufania nie ma nic. Możemy sobie rozmawiać o pogodzie, o cenie pietruszki, o tym, czy jutro będzie padać, ale ja już nigdy nie będę słuchała cię tak samo.

Bo skąd mam wiedzieć, kiedy mówisz prawdę, a kiedy właśnie piszesz kolejny scenariusz do filmu, którego nigdy nie było?!

Nie jestem święta. Popełniam błędy, czasami powiem coś za szybko, czasami język wyprzedza mi rozum. Ale jest ogromna różnica między pomyłką a świadomym kłamstwem. Między zapamiętaniem czegoś inaczej a celowym przekręcaniem faktów!

Brzydzę się kłamstwem. Jestem na nie uczulona. I z wiekiem coraz mniej mam ochoty tolerować ludzi, którzy robią z prawdy plastelinę i lepią z niej to, co akurat im pasuje.

I właśnie dlatego tak bardzo pilnuję, żeby w moim własnym domu było inaczej.

Jestem matką czwórki dzieci. I nie chcę, żeby moje dzieci musiały kiedyś zastanawiać się, co było prawdą, a co kolejną historią wymyśloną na potrzeby chwili.

Nie chcę, żeby dorastały w przekonaniu, że trzeba kłamać, żeby uniknąć odpowiedzialności, że można oczernić drugiego człowieka, żeby samemu wyjść na świętego, albo że prawda jest dobra tylko wtedy, kiedy nam pasuje!

Chcę, żeby moje dzieci wiedziały, że matka może się pomylić, może zrobić coś głupiego, może nawet zawalić sprawę na całej linii! Ale potrafi powiedzieć: pomyliłam się, przepraszam, to moja wina.

Bo dla mnie to jest właśnie dorosłość. Wzięcie odpowiedzialności za własne słowa i czyny, a nie wymyślanie kolejnej bajki, żeby tylko nie przyznać się do prawdy!

Prawda sama się obroni. Może nie od razu. Może trzeba będzie na nią poczekać. Ale nie trzeba jej podtrzymywać kolejnymi wymyślonymi historiami.

A kłamstwo? Kłamstwo rodzi następne kłamstwo. Potem kolejne i kolejne, aż w końcu sam człowiek gubi się w tym, co komu powiedział.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? Że niektórzy ludzie tak długo żyją we własnych kłamstwach, że sami zaczynają w nie wierzyć!

Nie chcę tak żyć. Nie chcę udawać, że nie widzę, nie słyszę i nie rozumiem. Nie chcę przytakiwać tylko dlatego, że komuś prawda jest niewygodna.

Wolę trudną prawdę niż wygodne kłamstwo. Wolę bolesną rozmowę niż piękną bajkę. Wolę stracić człowieka przez prawdę niż zatrzymać go przy sobie kłamstwem.

I jednego jestem pewna.

NIE CHCĘ PRZEKAZAĆ SWOIM DZIECIOM W SPADKU TEGO, OD CZEGO SAMA PRZEZ LATA PRÓBOWAŁAM SIĘ UWOLNIĆ.

A teraz jestem naprawdę ciekawa Waszego zdania.

Czym dla Was jest kłamstwo? Czy potraficie wybaczyć komuś, kto świadomie Was okłamywał? Czy można odbudować zaufanie do człowieka, który wielokrotnie patrzył Wam prosto w oczy i kłamał?

I najważniejsze pytanie!

CZY POTRAFICIE POWIEDZIEĆ PRAWDĘ NAWET WTEDY, KIEDY JEST NIEWYGODNA, BOLI I MOŻE WAS WIELE KOSZTOWAĆ?

A może uważacie, że czasami lepiej skłamać, żeby mieć święty spokój?

Podzielcie się swoim zdaniem. Naprawdę jestem ciekawa, gdzie dla Was kończy się niewinne „podkoloryzowanie faktów”, a zaczyna zwykłe, świadome kłamstwo.

Bo dla mnie prawda jest fundamentem każdej relacji. A kiedy fundament jest zbudowany na kłamstwie, prędzej czy później wszystko się zawali.

Screenshot

DZIECI DORASTAJĄ. I PEWNEGO DNIA MÓWIĄ DOŚĆ!

Zastanawiam się czasem, jaką byłabym matką, gdyby przyszło mi żyć i wychowywać dzieci w latach 70. czy 80.

Jaka bym była? Czy byłabym taka jak dziś? Czy może bardziej strachliwa, zaszczuta, pełna niepokoju i frustracji? Czy bałabym się odezwać? Czy nauczyłabym się milczeć, nawet wtedy, kiedy wszystko we mnie krzyczałoby, że tak nie wolno?!

A gdybym do tego miała męża przemocowca? Takiego, który kilka razy w tygodniu urządzałby mi piekło na ziemi?

Co wtedy?!

Czy pozwoliłabym się tak pomiatać? Czy chodziłabym z posiniaczoną twarzą, rozciętymi ustami, obolałym ciałem i udawała, że nic się nie stało?

Czy tłumaczyłabym sobie, że przecież on jest dobrym człowiekiem, tylko czasem nerwy mu puszczają? Że wypił, że miał ciężki dzień, że go zdenerwowałam, że może następnym razem będzie inaczej?

A może jeszcze przepraszałabym za to, że dostałam?!

Matko kochana!

A dzieci?!

Gdzie w tym wszystkim byłyby moje dzieci?!

Czy patrzyłabym, jak kulą się ze strachu, kiedy ojciec wraca do domu? Jak nasłuchują kroków na klatce schodowej? Jak po odgłosie przekręcanego klucza w zamku próbują odgadnąć, jaki dziś będzie wieczór?

Czy nauczyłabym je rozpoznawać nastrój ojca po tonie głosu? Po sposobie, w jaki zamyka drzwi? Po tym, jak odkłada buty?

Czy moje dzieci musiałyby wiedzieć, kiedy wolno się śmiać, kiedy lepiej siedzieć cicho, a kiedy najlepiej w ogóle nie rzucać się w oczy?

Czy po kolejnej awanturze wstałabym rano, zrobiła śniadanie, wyszykowała dzieci do szkoły i zachowywała się tak, jakby poprzedniego wieczoru nic się nie wydarzyło?

Bo przecież rodzina musi być razem!

Bo dzieci potrzebują ojca!

Bo co ludzie powiedzą?!

Bo ślubowałam na dobre i na złe!

Tylko gdzie w tym wszystkim jest granica tego złego?!

Ile razy można dostać po twarzy, żeby w końcu powiedzieć DOŚĆ?!

Ile łez musi wylać dziecko, żeby dorosły zrozumiał, że ono też dostaje? Nawet jeśli nikt nie podniósł na nie ręki!

Bo przemoc to nie tylko siniaki. To również ten cholerny strach, który człowiek nosi w sobie latami. To ciągłe napięcie, nasłuchiwanie, obserwowanie. To dzieciństwo, w którym zamiast beztroski jest nieustanne zastanawianie się, czy dzisiaj będzie spokojnie.

I wiecie, co mnie najbardziej zastanawia?

Jaka musiała być kobieta żyjąca w tamtych czasach, żeby dać się tak zaszczuć? Jak bardzo musiała się bać? Jak bardzo musiała być samotna, bezradna, zależna od męża, od opinii innych, od tego przeklętego „co ludzie powiedzą”?

A może wcale nie była słaba? Może była tak cholernie silna, że każdego dnia wstawała i próbowała jakoś przeżyć kolejny dzień?

Tylko czy samo przetrwanie wystarczy, kiedy ma się dzieci?

Bo ja ciągle wracam do jednego pytania.

A CO Z DZIEĆMI?!

Czy naprawdę wystarczyło, że miały matkę i ojca pod jednym dachem? Nawet jeśli ten dach był miejscem, w którym codziennie mieszkał strach?

A potem przychodzi dorosłość.

Dzieci dorastają.

I nagle okazuje się, że te małe dzieci, które kiedyś siedziały cicho, bo bały się odezwać, mają już własny głos!

I zaczynają mówić!

Zaczynają zadawać pytania! Zaczynają rozumieć! Łączyć fakty! Przypominać sobie sytuacje, które przez lata próbowano zamieść pod dywan!

I w końcu mówią DOŚĆ!

Nie chcemy już żyć w tym zakłamaniu! Nie chcemy udawać, że mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo, skoro go nie mieliśmy!

I ja się pytam, co taka matka myślała przez te wszystkie lata?!

Że dzieci nigdy nie dorosną?!

Że nie będą pamiętały?!

Że nie zrozumieją, co działo się w ich własnym domu?!

Że będą ją kochały za to, że milczała, kłamała, udawała i zamiatała wszystko pod dywan?!

Że będą jej wdzięczne za dzieciństwo, w którym musiały dorosnąć, zanim zdążyły być dziećmi?!

Bo przecież ktoś musiał pocieszać matkę! Ktoś musiał wysłuchiwać jej płaczu, lamentów, narzekań! Ktoś musiał być silny, kiedy ona nie potrafiła!

I tym kimś było dziecko!

Dziecko, które zamiast bawić się, śmiać i cieszyć życiem, musiało być powiernikiem dorosłej kobiety!

Matką dla własnej matki!

Ludzie kochani! Czy wy w ogóle rozumiecie, jakie to jest chore?!

Dziecko nie jest od ratowania małżeństwa rodziców! Nie jest od pocieszania matki po kolejnej awanturze! Nie jest od dźwigania jej nieszczęścia!

Dziecko ma być dzieckiem!

Ma się śmiać! Bawić! Popełniać błędy! Mieć swoje małe problemy, a nie żyć problemami dorosłych!

A potem taka matka dziwi się, że dorosłe dzieci nie chcą z nią rozmawiać.

Że nie dzwonią.

Że nie odwiedzają.

Że nie chcą słuchać kolejnych żalów i pretensji.

Że stawiają granice!

A czego się spodziewała?!

Że dzieci będą ją kochały za wszystkie kłamstwa?! Że zapomną, ile razy musiały zaciskać zęby, żeby ona mogła dalej udawać, że wszystko jest w porządku?!

Że będą jej do końca życia wdzięczne za sam fakt, że je urodziła?!

Miłość dziecka nie jest dożywotnim abonamentem na znoszenie wszystkiego!

I nie! Nie chodzi o to, żeby teraz osądzać wszystkie matki tamtych czasów. Wiem, że wiele z nich nie miało dokąd pójść, nie miało pieniędzy, wsparcia, odwagi. Wiem, że żyły w innych realiach.

Próbuję to zrozumieć!

Ale czy zrozumienie oznacza, że mam usprawiedliwiać wszystko?!

Czy dlatego, że komuś było ciężko, jego dzieci mają całe życie płacić za jego wybory?!

A co, jeśli te dzieci już nie chcą?!

Jeśli mają dość?!

Jeśli po latach chcą po prostu żyć?!

Dziś jestem matką czwórki dzieci. I daleko mi do ideału! Potrafię się wściec, nakrzyczeć, zdenerwować. Czasem mam wszystkiego serdecznie dość! Jestem tylko człowiekiem.

Ale jednego nie chciałabym nigdy.

Żeby moje dzieci bały się wracać do własnego domu.

Żeby musiały odczytywać moje emocje z tonu głosu. Żeby zastanawiały się, czy dziś można ze mną porozmawiać, czy lepiej zejść mi z drogi.

Żeby dorastały w przekonaniu, że miłość oznacza cierpienie, poniżanie i milczenie.

I przede wszystkim nie chcę, żeby kiedykolwiek musiały być rodzicami dla mnie!

Nie chcę obarczać ich moimi żalami, frustracjami, nieprzepracowanymi historiami!

Nie chcę, żeby musiały mnie ratować!

Bo to ja jestem matką!

To ja mam być dla nich oparciem, a nie odwrotnie!

I wiecie co?

Właśnie odcięłam łodygi tego dzikiego bluszczu, który przez całe lata oplatał moje życie. Który wrastał coraz głębiej, dusił, odbierał spokój, a ja ciągle próbowałam go przycinać, zamiast wreszcie odciąć!

Mam dość!

Nie mogę już tak żyć! Nie chcę! Nie potrafię!

Mam dość tego brudu, który latami zamiatano pod dywan, a który dziś wylewa się spod niego ze zdwojoną siłą!

Mam dość nieprzepracowanych historii, niewypowiedzianych krzywd, pretensji, żalów i ciągłego rozdrapywania ran!

Mam dość tłumaczenia się z rzeczy, za które nie powinnam się tłumaczyć!

Dlaczego to ja mam ciągle wysłuchiwać lamentów, narzekań, pretensji i oskarżeń?! Dlaczego mam być tą, która rozumie, wybacza, przemilcza, zaciska zęby i udaje, że nic się nie stało?!

A kiedy wreszcie mówię: PRZESTAŃ! NIE CHCĘ TEGO SŁUCHAĆ! NIE RÓB MI TEGO WIĘCEJ!

To nagle ja jestem ta zła?!

I jeszcze moje własne dzieci mają być wciągane w tę chorą historię?! Mają mnie oceniać, osądzać, wysłuchiwać opowieści o tym, jaką to jestem złą córką, złą siostrą, a może jeszcze złą matką?!

Nie pozwolę na to!

Nie pozwolę, żeby historia zatoczyła koło!

Żeby moje dzieci stały się sędziami własnej matki w sprawach, które zaczęły się na długo przed ich narodzinami!

Żeby ktoś próbował budować z nimi relacje kosztem mojej godności!

Ile jeszcze można?!

Ile lat można żyć przeszłością, której nikt nie chce uczciwie przepracować?! Ile razy można wyciągać te same brudy, przedstawiać tylko wygodną dla siebie część historii i oczekiwać, że druga strona będzie siedziała cicho?!

Bo przecież rodzina!

Bo przecież matka!

Bo przecież trzeba szanować!

A GDZIE SZACUNEK DO MNIE?!

Gdzie moje uczucia?! Mój ból?! Moje wspomnienia?! Moje prawo do powiedzenia, że coś mnie krzywdzi?!

Czy naprawdę fakt, że jestem czyimś dzieckiem, oznacza, że do końca życia mam przyjmować wszystko z pokorą?!

Nie!

Ja też jestem człowiekiem! Jestem dorosłą kobietą! Jestem matką! Mam swoje życie, swoją rodzinę, swoje dzieci, które kocham nad życie!

I nie pozwolę, żeby historia, od której przez lata próbowałam się uwolnić, teraz wchodziła z buciorami w życie moich dzieci!

Nie chcę już udawać, że wszystko jest pięknie, kiedy nie jest!

Nie chcę kolejnych rozmów, po których zostaje mi tylko ból, roztrzęsione ręce i pytanie, dlaczego znowu dałam się w to wciągnąć.

Nie chcę kolejnych tłumaczeń, kolejnych pretensji, kolejnego udowadniania, że nie jestem wielbłądem!

Mam 47 lat. I naprawdę nie zamierzam reszty życia spędzić na rozliczaniu dzieciństwa, którego nie wybierałam!

Nie cofnę czasu. Nie zmienię tamtych lat. Nie sprawię, że nagle wszystko, co bolało, przestanie boleć.

Ale mogę zrobić jedno.

Mogę powiedzieć DOŚĆ!

I właśnie to robię.

Odcinam się. Stawiam granicę.

Nie z nienawiści. Nie z zemsty. Nie po to, żeby kogokolwiek ukarać.

Robię to dla siebie. Dla własnego spokoju. Dla tej małej dziewczynki, która kiedyś nie miała możliwości wyboru. I dla dorosłej kobiety, która dziś wreszcie ten wybór ma.

Jestem matką. Ale taką matką, która wie, co znaczy żyć! Która wie, jak boli strach, milczenie, zakłamanie i udawanie, że nic się nie stało!

I właśnie dlatego nie chcę przekazać tego dalej!

Nie wiem, jaką byłabym matką w latach 80.

Ale wiem, że dzisiaj nie chcę już być dzieckiem, które musi milczeć, żeby dorośli mogli spokojnie żyć ze swoją wersją wydarzeń.

Bo dzieci dorastają.

Zaczynają rozumieć.

I czasem odchodzą.

Nie dlatego, że nie potrafią kochać.

Ale dlatego, że wreszcie chcą nauczyć się żyć bez strachu.

Odcięłam ten bluszcz.

I nie zamierzam podlewać go własnymi łzami.

Niech wreszcie uschnie. Bo ja chcę żyć!

MAMO , A CO JEST WAŻNIEJSZE?!

Ostatnimi czasy na moim blogu coraz więcej wpisów o jedzeniu. Jeszcze trochę i pomyślicie, że prowadzę bloga kulinarnego!

Ale co ja poradzę, skoro codziennie mózg mi paruje od myślenia, co zrobić na obiad?!

U mnie niestety nie działa system ugotuję na trzy dni i będę odgrzewać .Nie ma tak dobrze! Jeden dzień, jeden obiad, a następnego od nowa gimnastyka głowy. I wymyśl tu, człowieku, coś, co przypadnie do gustu całej piątce! Siebie nie liczę, bo ja zjem wszystko, co ugotuję, byleby było keto.

Ale dzisiaj nie będzie o jedzeniu.

Dzisiaj podzielę się z Wami rozmową z moim  wspaniałym synem. Bo ten mój sześcioipółlatek potrafi tak człowieka zaskoczyć, że czasami mam ochotę przykryć się kołdrą po sam czubek głowy i udawać, że śpię.

Otóż mój syn zasypia z nami. Tak, tak, często śpimy we troje, bo kiedy już zaśnie, to zwyczajnie szkoda nam go przenosić. Taki z niego słodziak! A zanim zaśnie, lubi sobie z matką podyskutować. I nie są to, moi drodzy, rozmowy o tym, co jutro na śniadanie.

O nie!

Wczoraj leżymy sobie opatuleni kołdrą po samą szyję. Ciemno, ciepło, błogo. Matka już jedną nogą w krainie snów, a tu nagle:

Mamo, a co jest ważniejsze? Modlitwa czy Pledge of Allegiance?

Że co?!

No co jest ważniejsze? Modlitwa czy Pledge of Allegiance?

Dżizas!

Leżę i patrzę w sufit.

No i co ja, kurka wodna, mam odpowiedzieć temu młodemu człowiekowi?! No co?!

Mamo?!

Słucham, synku.

Śpisz?

Nie, nie śpię. Zastanawiam się nad tym, o co mnie zapytałeś.

Bozszzz! Dlaczego moje dziecko zadaje mi takie pytania?!

Dlaczego nie może zapytać, dlaczego liście są zielone?! Opowiedziałabym mu pięknie o chlorofilu, który pochłania światło potrzebne do fotosyntezy i sprawia, że liście widzimy jako zielone.

Albo dlaczego flamingi są różowe?!

Proszę bardzo! Bo w ich pożywieniu, między innymi w drobnych skorupiakach i glonach, znajdują się barwniki zwane karotenoidami, które nadają ich piórom różowy kolor.

I proszę! Matka błyszczy wiedzą!

Ale nie! Mój syn musi zapytać, co jest ważniejsze! Modlitwa czy przysięga wierności amerykańskiej fladze?!

Synku, dla mnie ważniejsza jest modlitwa.

Ale dlaczego, mamo? Dlaczego nie Pledge of Allegiance?

No i zaczynam.

Bo widzisz, dla mnie modlitwa to codzienna rozmowa z Bogiem. To mój Przyjaciel. Ktoś, kto jest obecny w moim życiu, kto mnie wspiera, pomaga mi i do kogo mogę się zwrócić zawsze, kiedy tego potrzebuję. Kiedy jestem szczęśliwa, smutna, kiedy się boję albo kiedy chcę za coś podziękować.

Chwila ciszy.

Myślę sobie, pięknie! Wyjaśniłam! Możemy spać!

Ale gdzie tam!

Mamo, ale gdzie On jest? Bo ja Go nie widzę. Widzę Go tylko na obrazku na ścianie i na krzyżu.

Widzisz, synku, Boga nie musimy widzieć oczami, żeby wierzyć, że jest z nami.

Ale mamo, przecież Jezusa zabili! To On nie żyje! To jak może cię słuchać?!

MATKO KOCHANA!

I weź teraz, człowieku, leżąc pod kołdrą, wytłumacz sześciolatkowi śmierć, zmartwychwstanie, wiarę i obecność Boga!

No więc tłumaczę, że Jezus umarł na krzyżu, ale zmartwychwstał. Że właśnie dlatego wierzymy, że żyje i jest z nami, chociaż Go nie widzimy.

A mój syn słucha, przetwarza, analizuje.

I już widzę po jego minie, że zaraz będzie następne pytanie.

Nie myliłam się.

Ale mamo, pani w szkole mówi, że Pledge of Allegiance jest najważniejsze!

No i masz babo placek!

A dlaczego tak mówi?

Bo to jest nasza flaga! Bo mieszkamy w Ameryce i musimy szanować nasz kraj! I obiecujemy, że będziemy wierni Ameryce, że będziemy razem, że wszyscy powinni być wolni i że dla wszystkich ma być sprawiedliwie!

No proszę!

Aż miło posłuchać, jak ten mój mały Amerykanin tłumaczy matce patriotyzm.

I widzisz, synku, to też jest bardzo ważne. Szacunek do kraju, w którym żyjemy, do jego flagi, do ludzi i do wolności. Ale to nie znaczy, że musisz wybierać między Bogiem a miłością do swojego kraju. Możesz kochać Boga i jednocześnie szanować Amerykę.

Ale co jest WAŻNIEJSZE?!

BOZSZZZZ!

No i wróciliśmy do punktu wyjścia!

Ja pierdziu!

Człowiek cały dzień lata, pracuje, gotuje, sprząta, ogarnia dom, a wieczorem zamiast spokojnie zasnąć, zdaje egzamin z religii, historii i wychowania obywatelskiego Stanów Zjednoczonych!

I to przed komisją jednoosobową, która ma sześć i pół roku, nie uznaje odpowiedzi wymijających i zadaje pytania dodatkowe!

I tutaj mam pytanie do ojca moich dzieci!

Mężu mój drogi! Dlaczego ty tyle pracujesz?! Dlaczego akurat wtedy, kiedy trzeba rozwiązywać tak poważne zagadnienia, ciebie nie ma pod ręką?!

Dlaczego matka musi być od wszystkiego?!

A potem jeszcze człowiek usłyszy: A co ty właściwie cały dzień robisz?!

NO WŁAŚNIE CO?!

Prowadzę, kurka wodna, wieczorne seminaria z teologii, patriotyzmu i filozofii dla sześciolatków!

Jeszcze trochę i otworzę własny program Matka Polka po godzinach .Dla ciekawskich dzieci i ich matek, którym od tych wszystkich pytań czacha dymi!

A ojcowie? Ojcowie mogą spokojnie pracować, a potem wrócić do domu, popatrzeć z miłością na owoc swojej twórczości, poprawić mu kołderkę i pomyśleć z dumą: Aleśmy fajnego dzieciaka stworzyliśmy !

Tylko dlaczego, mężu mój, ten nasz wspólny owoc wszystkie najtrudniejsze pytania kieruje do mnie?!

Ty śpisz spokojnie, a ja tu robię doktorat z macierzyństwa!

I to bez prawa do urlopu naukowego!

Wracam więc do mojego małego filozofa.

Synu mój, dla mnie najważniejszy jest Bóg. Ale każdy człowiek musi sam zrozumieć, co jest dla niego ważne. A ty masz jeszcze mnóstwo czasu, żeby się nad tym zastanawiać.

Cisza.

Ufff.

Mamo…

O NIE!

Synku, czytamy bajkę czy idziemy już spać? Bo ty dzisiaj wyciągasz na tapetę tak poważne tematy, że matka twa nie potrafi ich wyjaśnić ot tak, pstryknięciem palców!

Ale mamo, ja tylko pytam!

TYLKO PYTAM!

No właśnie!

I jak tu nie kochać tego małego ciekawskiego człowieka?!

Alexa, turn off the light!

Dobranoc, synku. Na dzisiaj wystarczy.

I leżę sobie jeszcze chwilę w tej ciemności, myśląc, jak niesamowicie pracuje głowa takiego małego człowieka. Jak on próbuje poukładać sobie świat, w którym jest miejsce na Boga, amerykańską flagę, szkołę, rodzinę i tysiące pytań, na które matka nie zawsze ma gotową odpowiedź.

Bo wiecie co? My, dorośli, czasami myślimy, że to my uczymy dzieci świata.

A potem przychodzi wieczór, człowiek kładzie się do łóżka i okazuje się, że sam ma jeszcze sporo do przemyślenia.

I powiedzcie mi teraz, że dzieci nie zadają trudnych pytań!

A ja chciałam tylko spokojnie zasnąć.

OCH, MATKO!

SPORT EKSTREMALNY

No i Maks zaraził sportami zimowymi swoje dwie starsze siostry.

Tyle że dziewczyny zamiast nart wybrały snowboard.

Od dwóch lat w ramach prezentów świątecznych kupowaliśmy im bilety na zjazdy. Ale w tym roku nastąpił przełom.

Starsza trójka wykupiła sobie karnety na cały sezon.

SOBIE.

I już samo to było dla mnie czymś nowym. Pracują, zarabiają swoje pieniądze, mają swoje wydatki i sami postanowili, że jeśli chcą jeździć całą zimę, to sobie za tę przyjemność zapłacą.

Ale wtedy Maks zrobił szum.

Bo Maks jak już coś wymyśli, to nie ma po cichu. Musi się zrobić głośno, parno i najlepiej, żeby pół domu zostało wciągnięte w jego pomysł.

No i zrobiło się.

Cała starsza trójka złożyła się i wykupiła karnet również Tymkowi.

W ramach prezentu.

I tutaj zrobiło mi się naprawdę miło.

Bo jedno to patrzeć, jak starsze dzieci dorastają, pracują, zarabiają swoje pieniądze i same płacą za swoje przyjemności.

A zupełnie co innego zobaczyć, że przy tym wszystkim pamiętają o najmłodszym bracie.

I znowu Maks.

Ten dzieciak, z którym chyba miałam w życiu najwięcej turbulencji. Ten, przy którym nieraz człowiek zastanawiał się, czy jeszcze wychowuje dziecko, czy już bierze udział w jakimś programie survivalowym.

A jednocześnie to właśnie on bardzo dużo widzi.

Dużo czuje.

Obserwuje ludzi.

I bardzo często jest prowokatorem naszych domowych rewolucji.

Tymek ma więc karnet dzięki rodzeństwu, a nam zostało wypożyczenie nart .

Czyli rodzinny plan na zimę jest gotowy.

Ola i Wiktoria na snowboardach.

Maks na nartach.

Tymek na nartach, na razie pod czujnym okiem instruktora w zimowej szkółce.

A ja z mężem bardzo odpowiedzialnie będziemy pilnować termosu z kawą.

I tak właśnie zaczęła się nasza wyprawa po sprzęt dla dziewczyn.

Oczywiście Maks wiedział, do jakiego sklepu mamy jechać.

Mało tego.

On nie rzucił tylko:

Jedźmy tam, bo fajny sklep.

Nie.

Młody wcześniej sprawdził ceny, asortyment, promocje i upusty. Porównał wszystko i zdecydował, że jedziemy na Long Island, bo tam jest większy wybór i lepsze ceny.

Czyli syn zrobił analizę rynku, kosztorys i logistykę wyprawy.

No dobra.

Jedziemy.

Dojechaliśmy i pierwsze, co zobaczyłam:

PARKING.

Normalny.

Własny.

Przy sklepie.

Popatrzyłam na męża.

No. Już go lubię.

Bo kto mieszka w New Yorku, ten wie, że sklep z własnym parkingiem zaczyna znajomość z klientem od bardzo mocnego argumentu.

Wchodzimy do środka i…

WOW.

TRZY PIĘTRA ZIMOWEGO SZALEŃSTWA.

Deski, buty, kaski.

Na kolejnym piętrze narty, kijki, wiązania.

W piwnicy hektary kurtek, spodni, czapek, rękawiczek i skarpet.

Wszystkiego tyle, że ja po kilku minutach nie wiedziałam już, gdzie patrzeć.

Za to Maks wiedział doskonale.

Wszedł między te narty i snowboardy jak do siebie.

Biegał góra, dół. Do dziewczyn, potem do Tymka, bo młodemu wybieraliśmy sprzęt do wypożyczenia na sezon, znowu do dziewczyn, które na górze debatowały nad deskami.

Oglądał.

Porównywał.

Dopytywał.

Tłumaczył siostrom.

Rozmawiał ze sprzedawcą.

I po kilku minutach patrzę na męża.

Mąż patrzy na mnie.

A ja mówię:

Ty leć po popcorn. Tu są piękne drewniane ławeczki. My tu chyba trochę posiedzimy.

Bo rozpoczął się spektakl.

Maks pomagał Oli i Wiktorii wybierać deski i buty. Tłumaczył im, na co mają zwrócić uwagę, czym różnią się poszczególne modele, co sprawdzić, o co zapytać.

Sam jeździ na nartach, ale o snowboardzie też wiedział tyle, że w pewnym momencie sprzedawca spojrzał na niego i zapytał:

Skąd ty, młody człowieku, masz tyle wiedzy o nartach i snowboardzie?

Maks chyba nawet nie bardzo rozumiał, dlaczego facet jest taki zdziwiony.

Czytam. Oglądam filmiki na YouTube. Rozmawiam z ludźmi w pracy.

I tyle.

Sprzedawca powiedział, że jest pod ogromnym wrażeniem jego wiedzy.

A ja miałam ochotę powiedzieć:

Panie kochany, PAN jest pod wrażeniem? Niech pan zobaczy jego rodziców na tej ławce!

Bo nam naprawdę kopary opadły.

Siedzieliśmy z mężem i co chwilę szturchaliśmy się łokciami.

Ty słyszysz?

Słyszę.

On naprawdę to wszystko wie?

No wygląda na to, że wie.

I właśnie w takich momentach człowiek odkrywa własne dziecko na nowo.

Bo przecież widzę tego Maksa codziennie.

Mieszkamy razem.

Rozmawiamy.

Wiem, że kocha narty. Wiem, że interesuje się tym sportem.

Ale nie miałam pojęcia, ILE on naprawdę wie.

Czyta.

Ogląda.

Pyta.

Rozmawia z ludźmi.

Zapamiętuje.

Interesuje się.

I przychodzi taki zwyczajny dzień, jedziesz z własnym dzieckiem do sklepu i nagle odkrywasz, że ono zna się na czymś o niebo lepiej niż matce się wydaje !

Ale na Maksie nasze zaskoczenie się nie skończyło.

Kiedy sprzedawca zaczął pomagać dziewczynom w ostatecznym wyborze, one miały już wybrane po kilka desek. Maks wcześniej przekazał im najważniejsze informacje, więc wiedziały, czego szukają i o co pytać.

Oczywiście zaczęło się szafowanie.

Ta ładniejsza.

Ta ma fajniejszy wzór.

Ta bardziej cool.

Ta może jednak nie.

Ale dziewczyny nie patrzyły tylko na wygląd.

Patrzyły na jakość.

Porównywały ceny.

Sprawdzały, czy warto dopłacać.

Pilnowały budżetu.

A ja w międzyczasie przeżywałam własne objawienie, bo dowiedziałam się, że porządna deska snowboardowa może kosztować od 300 dolarów w górę.

TRZYSTA DOLARÓW.

Za deskę.

A przecież deska sama nie pojedzie.

Potrzebne są jeszcze buty, kask, wiązania i cała reszta tego zimowego interesu.

I tutaj dziewczyny zaskoczyły mnie kolejny raz.

Miały swoje pieniądze.

Swoje karty.

Mogły kupić najdroższe i najbardziej wypasione deski.

Nie zrobiły tego.

Porównywały.

Liczyły.

Zastanawiały się, czy rzeczywiście warto dopłacić.

Czy ta droższa jest naprawdę lepsza, czy może tylko ładniejsza.

I wiecie, co wtedy poczułam?

Kurczę.

Chyba jednak coś zrobiliśmy dobrze.

Bo można dzieciom przez lata gadać:

Szanuj pieniądze.

Nie kupuj czegoś tylko dlatego, że jest modne.

Najdroższe nie zawsze znaczy najlepsze.

Najpierw sprawdź, potem wydawaj.

Można gadać, gadać i gadać.

A potem przychodzi taki moment, kiedy już nic nie mówisz.

Siedzisz na drewnianej ławce obok męża i tylko patrzysz.

I widzisz, że one naprawdę to potrafią.

Maks zrobił rozeznanie, sprawdził ceny i znalazł sklep.

Dziewczyny wybierały sprzęt rozsądnie i pilnowały swoich pieniędzy.

A wcześniej cała starsza trójka pomyślała jeszcze o Tymku i kupiła mu karnet.

I chyba właśnie to spodobało mi się najbardziej.

Bo rozsądnie wydawać własne pieniądze to jedno.

Ale pamiętać przy tym o młodszym bracie i zrobić mu wspólnie prezent to już zupełnie inna historia.

Tym bardziej że oni myślą też o nas.

Wiedzą, że jest chałupa , opłaty, jedzenie, rachunki i cała masa wydatków. Wiedzą, że przy czwórce dzieci pieniądze nie rozmnażają się nocą w portfelu.

I chcieli nas trochę odciążyć.

Nie dlatego, że ich o to prosiliśmy.

Sami.

I tak sobie patrzę na tę naszą starszą trójkę i myślę:

Kiedy oni się tak, kurczę, ogarnęli?

Przecież dopiero co zjeżdżaliśmy na TUBINGU!

A teraz jedno doradza drugiemu przy zakupie sprzętu za kilkaset dolarów, drugie pilnuje budżetu, trzecie porównuje ceny, a razem kupują prezent najmłodszemu.

I człowiekowi robi się jakoś tak dobrze.

Dumna jestem.

Z Maksa, że kiedy coś go interesuje, nie ślizga się po powierzchni, tylko naprawdę chce to poznać.

Z dziewczyn, że nie kupują bezmyślnie tylko dlatego, że coś jest modne, drogie albo ładne.

Z całej trójki, że pomyśleli o Tymku.

I trochę też z nas.

Bo może jednak przez te wszystkie lata coś im przekazaliśmy.

Chociaż nadal zastanawia mnie, po kim mają takie rozsądne podejście do pieniędzy.

Najchętniej napisałabym, że po matce.

Ale nie będę naciągać faktów.

Mój mąż to prawdziwy ekonomista i zdecydowanie po nim mają tę smykałkę do liczenia.

Ja chyba nie za bardzo mieszczę się w tych rubrykach, tabelkach i budżetach.

DOBRZE ICH WYCHOWALIŚMY.

Tak.

Pozwolę sobie dzisiaj to napisać.

W sklepie spędziliśmy CZTERY GODZINY.

Naprawdę.

Cztery!

Gdybym wiedziała, zabrałabym termos, kanapki, popcorn i poduszkę pod tyłek.

Ale wiecie co?

To były naprawdę fajne cztery godziny.

Bo czasami dopiero w takich zupełnie zwyczajnych sytuacjach widzisz, że twoje dzieci naprawdę dorastają.

Teraz czekamy na sezon.

Ola i Wiktoria będą szaleć na snowboardach.

Maks na nartach.

Tymek będzie w tym roku przez kilka godzin w szkółce, pod okiem instruktora, bo matka jednak chciałaby odzyskać dziecko w jednym kawałku.

A ja z mężem?

Po zapoznaniu się z cenami całego tego zimowego szaleństwa podjęliśmy bardzo rozsądną decyzję finansową.

Będziemy spacerować.

Potem usiądziemy przy kominku.

Wyciągniemy termos z gorącą kawą.

I będziemy czekać, aż nasza czwórka wróci ze stoku.

Bo naprawdę cieszę się, że moje dzieci kochają sport.

Jeszcze bardziej cieszę się, że potrafią myśleć.

A najbardziej chyba z tego, że mimo różnicy wieku, własnego życia, pracy i swoich spraw potrafią pomyśleć jedno o drugim.

A my z mężem?

My sport ekstremalny uprawiamy już od lat.

Wychowujemy czwórkę dzieci.

DZISIAJ BĘDĘ IDEALNĄ PANIĄ DOMU!

Sąsiadka obdarowała mnie jabłkami. Byli na farmie, nazbierali i postanowili się podzielić.

No przecież nie powiem, że nie wezmę! Wzięłam! A jakżeby inaczej!

Zresztą u nas jabłka schodzą jak świeże bułeczki, więc nic się nie zmarnuje.

ALE!!!

Od samego patrzenia na tę michę jabłek marzy mi się SZARLOTKA!

Taka wiecie, z bezą, niezbyt słodka, najlepiej bez cukru. Z cieniutkim spodem, a najlepiej to prawie bez ciasta, bo ja chcę JABŁKA! Dużo jabłek! Takich podsmażonych, mięciutkich, pachnących, z ogromną porcją cynamonu!

Matko kochana!!!

Ja już czuję ten zapach unoszący się po całym domu. Już widzę tę szarlotkę na talerzyku, obok wielki kubek kawy i mnie, jak się rozpływam z rozkoszy nad każdym kęsem.

Tylko jest jeden drobny problem.

NIE MAM PRZEPISU!

Czytaj dalej

MATKA, A GDZIE OBIAD?!

Syn mój wrócił ze szkoły i z miną człowieka, który właśnie odkrył poważne zaniedbania w funkcjonowaniu naszego gospodarstwa domowego, zadał mi pytanie.

Mamo, a dlaczego u nas w domu nie ma obiadu na stole, jak wracam ze szkoły? No dlaczego?

LUDZIE KOCHANI!!!

Stanęłam jak wryta.

Ręce mi opadły. Szczęka również. A mózg na kilka sekund odmówił współpracy.

ZANIK MOWY!!!

Czytaj dalej

SENIOR SHAPE, CZYLI ĆWICZENIA DLA MNIE

Nie uwierzycie, co ja zrobiłam.

Po mojej wczorajszej sportowej katastrofie postanowiłam znaleźć sobie jakieś ćwiczenia. Takie dla początkujących. Naprawdę początkujących.

No i szukam.

Klikam jeden trening.

Poległam.

Klikam drugi.

Poległam jeszcze szybciej.

Przy trzecim już nawet nie ćwiczyłam. Patrzyłam tylko na panią w telewizorze i zastanawiałam się, czy ona ma stawy z gumy, czy ja jestem zrobiona z desek.

Ludzie świata, TRAGEDIA.

Wszędzie piszą: BEGINNER.

Jaki beginner?!

Pani podnosi nogę, rękę, skręca tułów i jeszcze się przy tym uśmiecha. Ja podnoszę nogę i zastanawiam się, kto mi ją potem odłoży na miejsce.

Czytaj dalej

KALISTENIKA DLA POCZĄTKUJĄCYCH

O matko i córko.

Ubrałam legginsy.

Nóg nie ogoliłam, bo i po co? W domu ćwiczę, więc LUZ TOTALNY. Na razie ogarniam coś innego.

I już samo to uznałam za pierwszy sukces sportowy.

W domu cicho, wszyscy zajęci swoimi sprawami, więc pomyślałam: NO! To jest ten moment. Jak zapowiedziałam, że zacznę ćwiczyć, tak zacznę.

Przygotowałam sobie na YouTube kalistenikę dla początkujących w domu z Anią Kozłowską.

DLA POCZĄTKUJĄCYCH.

Podkreślam to, bo to będzie za chwilę bardzo istotne.

Czytaj dalej

Zapisane na skrawkach smutku

Kiedyś ludzie wysoko wrażliwi pisali wiersze, komponowali muzykę, malowali obrazy, pisali pamiętniki i listy. Przelewali na papier, płótno i nuty wszystko to, co ich bolało, uwierało, gniotło od środka, czego nie potrafili powiedzieć drugiemu człowiekowi. I czasami zastanawiam się, gdzie dzisiaj podziali się ci ludzie. Czy naprawdę jest nas mniej? Czy może nadal jesteśmy, tylko nauczyliśmy się tak dobrze udawać, że wszystko jest w porządku? Robimy zdjęcia, uśmiechamy się, idziemy do pracy, robimy zakupy, gotujemy obiad, odbieramy dzieci ze szkoły, płacimy rachunki, spotykamy się z ludźmi, żartujemy, odpowiadamy wszystko dobrze, a potem zostajemy sami ze sobą i okazuje się, że wcale nie jest dobrze. Ja piszę. Pisanie daje mi wolność. Gdybym tylko potrafiła, wyjęłabym z siebie cały ból i położyła go na kartce papieru, żeby tam został, żeby wsiąkł w papier zamiast we mnie. Może nie byłyby to wiersze, może nigdy nie powstanie z tego wielka literatura, ale byłaby prawda. Prawda o życiu człowieka, który nauczył się przetrwać dużo wcześniej, niż nauczył się żyć.

Czytaj dalej