Ostatnio rozmawiałam z koleżanką w moim wieku. Miałyśmy spotkać się na Manhattanie.
Ona nie pracuje zawodowo. Jest w domu z dziećmi. Mąż pracuje i utrzymuje rodzinę.
Od jakiegoś czasu mówiła, że chciałaby coś zmienić. Ruszyć z miejsca. Zacząć robić coś dla siebie, a nie tylko siedzieć w domu.
No to mówię:
– Spotkajmy się na Union Square. Pochodzimy po bazarku, usiądziemy w parku na ławce, wypijemy kawę i pogadamy.
Świetny pomysł.
Umawiamy się.
Ja jestem na miejscu.
Czekam.
Mija pół godziny.
Piszę:
– Gdzie jesteś?
Po chwili dostaję odpowiedź:
– Ojej, Jola, przepraszam. Dopiero wstałam…
– Nie miałam motywacji. Mąż zaprowadził dzieci do szkoły, a ja zostałam w łóżku.
Przyznam szczerze.
Na chwilę mnie zatkało.
Bo czegoś chyba nie rozumiem.
Naprawdę człowiek potrzebuje motywacji, żeby wstać z łóżka?
Żeby żyć?
Żeby zrobić śniadanie, ogarnąć dom, pojechać do pracy, zrobić zakupy czy ugotować obiad?
Od kiedy motywacja stała się warunkiem normalnego funkcjonowania?
Dla mnie motywacją jest samo życie.
Otwieram rano oczy.
Żyję.
No to wstaję.
Nie czekam, aż poczuję przypływ energii.
Nie czekam na olśnienie.
Nie oglądam filmików pod tytułem:
„Jak odmienić swoje życie w 30 dni”.
Mam czasem wrażenie, że trochę pogubiliśmy się w tym wszystkim.
Coach od motywacji.
Coach od życia.
Coach od szczęścia.
Coach od porannego wstawania.
Jeszcze chwila i pojawi się coach od ścielenia łóżka.
I serio pytam.
Naprawdę potrzebujemy obcego człowieka, żeby powiedział nam:
„Dasz radę. Wstań”?
Bez tego już nie umiemy funkcjonować?
Bo nasze mamy i babcie kto je motywował?
Kto im codziennie powtarzał:
„Uwierz w siebie”?
One po prostu żyły.
Wstawały.
Szły do pracy.
Wychowywały dzieci.
Gotowały obiady.
Płaciły rachunki.
Czasem płakały.
Czasem się śmiały.
A następnego dnia znowu robiły swoje.
Nie dlatego, że miały motywację.
Po prostu miały życie.
I wiecie co?
Kiedy zimą o piątej rano dzwoni budzik, też nie zawsze mam ochotę wyskoczyć z łóżka jak gazela.
Jest ciemno.
Jest zimno.
Wieje.
Kołdra jest ciepła.
I człowiek najchętniej przewróciłby się na drugi bok.
Wtedy często przypomina mi się moja koleżanka.
Codziennie rano zakładała swoje niezawodne UGG-i i ruszała do pracy na Manhattan.
Nieważne, czy świeciło słońce, lał deszcz, sypał śnieg czy wiał lodowaty wiatr.
Dzień po dniu.
Rok po roku.
Najpierw promem, potem dalej do pracy.
A kto mieszkał w okolicach New Yorku, ten wie, że zimą na pokładzie ferry potrafiło naprawdę porządnie przewiać.
Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mówiła:
„Nie mam dziś motywacji”.
Miała rodzinę.
Miała obowiązki.
Miała rachunki.
I po prostu robiła swoje.
Nie dlatego, że codziennie budziła się pełna energii i entuzjazmu.
Po prostu wiedziała, że trzeba.
Bo rachunki nie pytają o motywację.
Życie też nie bardzo.
I może właśnie tutaj jest problem.
Może za bardzo uwierzyliśmy, że wszystko trzeba robić wtedy, kiedy nam się chce.
A prawda jest taka, że większość ważnych rzeczy robimy właśnie wtedy, kiedy nam się nie chce.
Bo jesteśmy dorośli.
Bo mamy obowiązki.
Bo tak wygląda życie.
Chociaż…
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się, czy czasem pod tym słynnym „brakiem motywacji” nie kryje się coś więcej.
Zmęczenie.
Samotność.
Przyzwyczajenie do życia w czterech ścianach.
Strach przed zmianą.
Bo łatwo powiedzieć:
„Nie mam motywacji”.
A dużo trudniej przyznać:
„Boję się ruszyć z miejsca”.
Nie wiem.
Może.
Wiem tylko jedno.
Ja nie umiałabym chodzić cały dzień w piżamie.
Nie umiałabym zostawić niepościelonego łóżka do wieczora.
Nie umiałabym przeleżeć całego dnia pod kołdrą.
Lubię być ogarnięta od rana.
Nie z motywacji.
Z przyzwyczajenia.
Z charakteru.
Bo motywacja dziś jest.
Jutro jej nie ma.
A charakter zostaje.
Złość już dawno mi przeszła.
Posiedziałam wtedy na Union Square, posłuchałam ulicznych muzyków, nacieszyłam oczy kwiatami i ruszyłam dalej.
Ale ta sytuacja dała mi do myślenia.
Bo najpierw słyszę:
„Chcę coś zmienić w swoim życiu”.
A potem:
„Nie mam motywacji, więc zostaję w łóżku”.
I człowiek zaczyna się zastanawiać.
Czy naprawdę brakuje nam motywacji?
Czy może coraz częściej brakuje nam odwagi, żeby zrobić pierwszy krok?
A jak jest u was?
Też was czasem irytuje, gdy słyszycie o braku motywacji, czy patrzycie na to trochę inaczej?