Bieżnię mam. Chęci szukam.

Coraz częściej, kiedy odpalam Facebooka, wyskakują mi jakieś ćwiczenia.

Nie wiem, czy to przypadek,  czy telefon próbuje mi coś delikatnie zasugerować.

Jola. Spójrz. Może spróbujesz? Może od dzisiaj?

Taaaaa.

Nigdy nie byłam wielką zwolenniczką ćwiczeń. Nie mam zapału. Nie budzę się rano z myślą: Ale bym sobie dzisiaj zrobiła serię przysiadów!

Czytaj dalej

Niedziela.

Wstaliśmy jak zwykle rano. Ja obudziłam się z bólem głowy, chociaż na noc wzięłam tabletki. Ech, życie. Młody też wstał razem z nami, więc zebrałam człowieka i poszliśmy do kościoła.

Mieliśmy dzisiaj iść na Paradę Pułaskiego.

No właśnie. Mieliśmy.

Ale nie idziemy.

Jakoś nie mam ochoty. Nie chce mi się ciągnąć z młodym pociągiem, potem stać i czekać, zanim nas wypuszczą, przejść się kawałek Piątą Aleją i znowu tłuc się do domu. Może gdyby moje koleżanki były na miejscu, to jeszcze bym się zmobilizowała, ale one na rekolekcjach, więc stwierdziłam: nie.

I wiecie co?

Świat się nie zawalił.

Czytaj dalej

MECENAS MAKS KONTRA PANI OD PLASTYKI

Prawie siedemnaście lat. Prawie dwa metry człowieka. Uczy się. Homework odrabia. Testy zalicza. Po szkole prosto do pracy. Zarabia swoje pieniądze. Od matki kasy nie woła. Do domu wraca po pracy. Nie włóczy się, problemów nie robi.

No żyć, nie umierać.

Ostatniego dnia września mój szanowny małżonek przesyła mi wiadomość:

Nauczycielka Maksa napisała.

Oho.

Matczyny system alarmowy uruchomiony.

Co zrobił?

Narysował coś na tablicy?

Napisał coś?

Odpalił jakiś numer?

Czytaj dalej

Migrena rozpierdala mi życie

Zadzwoniłam do przychodni z mocnym postanowieniem, że zrobię sobie wizytę do neurologa.

Myślałam: poczekam miesiąc. Może dwa. No dobra, w najgorszym wypadku pół roku.

Rzeczywistość okazała się jednak trochę inna.

Otóż lekarz, który przyjmuje moje ubezpieczenie, może mnie zobaczyć 29 października.

Ale żeby nie było tak prosto…

2027 roku.

Czytaj dalej

Talk show

Bardzo często oglądam Kubę Wojewódzkiego na TVN i bardzo lubię jego talk show.

Chociaż właściwie… nie wiem, czy ja lubię Wojewódzkiego, czy nie.

Czasami jest uszczypliwy, czasami rzuca tymi swoimi głupimi podtekstami, których nie znoszę i wtedy mam ochotę powiedzieć:

Kuba, daj już spokój, chłopie.

Ale pytania? Goście? Rozmowy? To uwielbiam.

Ja chyba w ogóle mam słabość do talk show.

Czytaj dalej

Mamo, dlaczego ja nie dostaję listów?

Dzisiaj poszłam z młodym do mail roomu po pocztę. W skrzynce czekał na niego jego magazyn LEGO, na który wyczekuje każdego miesiąca, bo młody uwielbia kolorowe gazety.

Wziął go do ręki, zadowolony, jakby co najmniej dostał przesyłkę od samego Świętego Mikołaja, po czym nagle pyta:

Mamo, ale dlaczego ja tak mało listów dostaję? Dlaczego listonosz nie przynosi nic do mnie? Ja bym chciał dostać taki prawdziwy list od kogoś.

Czytaj dalej

Bóg nie zejdzie z nieba z bukietem kwiatów

Od dwóch dni leje.

Zimno, mokro i wietrznie. Cały New York jakby ktoś nagle wrzucił do wielkiej lodówki.

I ja naprawdę nie wiem, co jest z tą pogodą. Albo gorąco takie, że nie ma czym oddychać, albo zimno, które przeszywa człowieka na wylot. Brakuje mi czegoś pośrodku. Takiej zwyczajnej jesieni, która przychodzi powoli. Najpierw sweter, potem kurtka, później płaszcz. Człowiek ma czas przygotować się psychicznie, że nadciąga zima.

Ale nie w New York.

Czytaj dalej

Sobotni poranek

Cisza. Wszyscy jeszcze śpią, a krople deszczu bębnią o parapet. Za oknem mokro, zimno, wiatr i plucha. Taka sobota, że człowiek najchętniej zostałby w piżamie do południa.

Rosół już pyrka, leczo się robi, a ja krzątam się po kuchni i wcale mi się nie spieszy. Och, jak ja lubię takie sobotnie nicnierobienie ,kiedy cały dom jeszcze śpi, nigdzie nie trzeba pędzić i można po prostu pobyć sobie we własnej kuchni.

A za chwilkę wyciągnę z piekarnika upieczone, pachnące ciasto ze śliwkami, z nutą cynamonu i soku z cytryny. W całym domu już pachnie obłędnie, a przede mną chyba prawdziwe niebo w gębie.

Jeszcze tylko kawa i można powiedzieć, że sobota rozpoczęta jak należy.

Kto chce kawałek?

Ciasto ze śliwkami

Bajki na dobranoc

Codziennie wieczorem, kiedy kładziemy się spać, czytam z młodym bajki. Oczywiście po polsku, bo jakżeby inaczej.

Mój syn uwielbia, kiedy mu czytam. Zresztą, jak się okazuje, moje starsze dzieci też.

Bo kiedy wieczorem biorę książkę do ręki, młody układa się obok mnie i zaczynam czytać, nagle gdzieś w domu otwierają się drzwi.

Tylko czytaj głośno, żeby było słychać!

No więc czytam głośno.

Człowiek myślał, że starsze dzieci już z bajek wyrosły. A tu proszę, kiedy matka zaczyna czytać Andersena, drzwi się otwierają i wszyscy słuchają.

A ja nie umiem czytać tak po prostu.

Czytaj dalej

No i zaczęła się rutyna.

Szkoła.

A jak szkoła, to wiadomo, codzienne sprawdzanie pogody. Bo nowojorska pogoda nie może mieć po prostu jednej pogody. To byłoby zbyt łatwe. Tutaj w ciągu jednego dnia człowiek dostaje pakiet rodzinny wszystkich czterech pór roku.

Rano wychodzisz z domu i wieje tak, że zastanawiasz się, czy czapka wystarczy, czy może od razu założyć kominiarkę, rękawiczki i kurtkę po kostki. Wiatr od oceanu przeszywa człowieka do szpiku kości i daje do zrozumienia, że lato definitywnie się skończyło.

Po południu natomiast słońce wali niemiłosiernie i zaczynasz się rozbierać. Najpierw kurtka. Potem bluza. Potem kolejna warstwa. W okolicach trzeciej po południu człowiek najchętniej wracałby do domu w majtkach.

I to jeszcze nie jest najgorsze.

Czytaj dalej