W sobotę mieliśmy ważne wydarzenie w naszej wspólnocie.

Takie z tych… które zostają w sercu na długo.

Nasi przyjaciele tacy od zawsze, od niepamiętnych czasów  właśnie pakują walizki i wracają na stałe do Polski.

I niby… można powiedzieć: normalna kolej życia.

Jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają.

Tak po prostu jest.

Ale prawda jest taka, że to po prostu działa tylko wtedy, kiedy nie jesteś z kimś związany.

Kiedy to są znajomi.

Kiedy mijacie się gdzieś między niedzielą a codziennością.

A kiedy pojawia się więź…

kiedy są rozmowy, śmiech, wspólna modlitwa, wspólne chwile wtedy już nic nie jest po prostu…

Wtedy robi się trudniej.

Ciszej.

Ciężej.

Bo jak się pogodzić z tym, że kogoś tu po prostu… nie będzie?

Nie lubię pożegnań.

Nie lubię wyjazdów.

Nie lubię mówić do zobaczenia kiedyś , bo to  kiedyś zawsze brzmi tak daleko, tak niepewnie.

A jednak…

Przyszliśmy. Jak zawsze.

Była Msza Święta nasz kapłan celebrował ją właśnie za nich.

Było krótkie Uwielbienie Jezusa… i powiem Wam serce aż skakało z radości.

Bo w tym wszystkim była też ogromna wdzięczność.

Za nich.

Za czas razem.

Za relacje, które się nie kończą tylko dlatego, że zmienia się adres.

A potem przyszło to, co zawsze przychodzi…

Podziękowania.

Wzruszenia.

Łzy, które tak bardzo próbujesz zatrzymać.

I tort przepyszny, jak zwykle.

Bo życie, nawet w takich momentach, potrafi być jednocześnie piękne i trochę bolesne.

Było naprawdę pięknie.

Ale gdzieś w środku siedziała ta gula w gardle…

i trzeba było się pilnować, żeby łezka nie spłynęła.

Bo jak już spłynie jedna… to wiadomo.

Wiecie co jest najważniejsze?

Że oni idą razem.

Że mają siebie.

Że potrafią iść przez życie ramię w ramię, że lubią ze sobą być.

I wiem, że sobie poradzą.

Naprawdę wiem.

A ja?

Ja chyba jeszcze nie odnalazłabym się w polskiej rzeczywistości.

Jeszcze nie teraz.

Nie czuję tego.

Może kiedyś.

Może na emeryturze.

Może wtedy przyjdzie ten moment.

A na razie jestem tu.

I choć nie zawsze jest tu idealnie, słodko i lekko…

to jednak jakoś zakotwiczyliśmy.

I dobrze nam tu razem.

Ale wiecie…

Bez Was to już nie będzie to samo.

Bez Ciebie.

Bez Twojego męża i jego gitary…

coś zawsze będzie trochę ciszej.

Dlatego ja nie mówię żegnajcie 

Ja mówię:

do zobaczenia.

I to wcale nie  kiedyś tam

Bo takie relacje się nie kończą.

One tylko zmieniają miejsce.

A tęsknota?

Jest.

I będzie.

Bo serce… no cóż serce dziś jest jakieś takie cięższe.

Ale jednocześnie pełne miłości ❤️

Do zobaczenia.

Naprawdę.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź