Poniedziałek rano.

Deszcz. Zimno. Szaro.

Taki dzień, że masz ochotę nie ruszać się z domu, ale rachunki same się nie zapłacą. Chcesz czy nie chcesz  ruszasz, choć pogoda nie rozpieszcza.

Wsiadam do subwayu.

Pociąg rusza. Koła turkoczą. Ludzie przysypiają, ktoś pije kawę, ktoś je rogalika, ktoś wpatrzony w telefon.

I nagle stop.

Stoimy.

Głos w megafonie: pasażer chory, czekamy.

Czekamy.

Minuta. Druga. Dziesiąta.

Powietrze robi się gęste. Takie, że aż można je nożem kroić. Ludzie jeszcze udają spokój, ale coś zaczyna się dziać. Powoli. Po cichu.

Obok mnie siedzi kobieta.

Liczy oddechy.

Raz… dwa… trzy… cztery… wypuszcza powietrze.

I od nowa.

Patrzy na mnie i mówi cicho:

– Boję się.

I ja wiem.

Bo ja też się boję.

Czuję, jak nogi zaczynają mi się trząść. Jak coś podchodzi do gardła. Jak za chwilę mogę być dokładnie w tym samym miejscu co ona.

Ale próbuję się trzymać.

Myślę o czymś dobrym. O wczorajszym dniu. O mężu. Dzieciach. Wspólnocie.

Oddycham.

A ona liczy dalej.

Naprzeciwko stoi mężczyzna.

Z minuty na minutę coraz bledszy.

Ma zamknięte oczy.

Na czole pojawia się pot.

Ktoś zaczyna się przechadzać. Ktoś przeklina.

Ktoś udaje, że śpi.

A my stoimy.

30 minut.

I w pewnym momencie wiem, że atak paniki nie wygląda jak histeria.

On wygląda jak człowiek, który walczy o oddech i stara się nie rozsypać.

Bo atak paniki to nie jest tylko w głowie w takim sensie, jak ludziom się wydaje.

To ciało.

Serce bije jak szalone.

Oddech się rwie.

W głowie pojawia się chaos.

Czujesz, że zaraz coś się stanie. Że zaraz stracisz kontrolę.

I najgorsze nie możesz stąd wyjść.

Zamknięta przestrzeń.

Tłum ludzi.

Brak ruchu.

Brak kontroli.

Gotowy scenariusz.

I nie to nie jest choroba psychiczna.

To reakcja organizmu.

Może przyjść do każdego.

Do mnie. Do Ciebie. Do tej kobiety obok.

Wystarczy moment.

Patrzę na nią.

Jest przerażona tak bardzo, że aż przysuwa się bliżej.

I wtedy robię jedyną rzecz, na jaką mnie stać.

Mówię spokojnie:

– Wszystko jest dobrze. Zaraz ruszymy. Jestem tu.

Nie wiem, czy to prawda, że zaraz ruszymy.

Ale wiem, że ona tego potrzebuje.

Ona tylko kiwa głową.

I dalej liczy oddechy.

I wiecie, co jest w tym wszystkim istotne?

Nie to, że pociąg stał.

Nie to, że ktoś był chory.

Tylko to, ilu ludzi w tym wagonie było o krok od paniki…

i ilu z nich było z tym zupełnie samych.

My naprawdę nie wiemy, kto obok nas walczy.

Ta kobieta.

Ten mężczyzna.

Może ktoś, kto wygląda zupełnie spokojnie, ale w środku przeżywa dramat.

A czasem wystarczy naprawdę niewiele:

jedno zdanie,

spojrzenie,

ciche: hej, jesteś bezpieczny, jestem tu

Bo w ataku paniki najgorsze jest jedno uczucie:

że jesteś w tym sam.

I kiedy ona już prawie nie wytrzymuje…

pociąg rusza.

Jakby ktoś nacisnął przycisk ulga 

Widzę, jak z wielu z nich schodzi napięcie.

Mężczyzna naprzeciwko mnie ociera wierzchem dłoni krople potu i spogląda na mnie.

Kobieta obok dziękuje mi, że byłam obok i że nic jej się nie stało.

Co miało się jej stać?

To był tylko i aż atak paniki.

Zastanawiam się czasem, czy my, ludzie pasażerowie pociągów, autobusów, przechodnie potrafimy jeszcze być dla siebie ludźmi w takich momentach.

Czy widząc kogoś w panice, odwracasz wzrok,

czy robisz jeden mały krok, by mu pomóc?

Bo może właśnie to jedno zdanie,

jedno everything is ok 

jedno bycie obok…

może komuś uratować ten moment.

Pomóc przetrwać trudny poniedziałkowy poranek.

A może powinnam zrobić jakiś certyfikat i pomagać takim ludziom, którzy czują, że niebo spada im na głowę, że świat się rozpada, a oni zaraz umrą?

Może powinnam zostać life coachem albo pracować w social services?

Hmm… muszę się nad tym zastanowić.

A jeśli ktoś z Was kiedyś znajdzie się w takiej sytuacji jak my w tym wagonie, warto wiedzieć jedno.

Atak paniki — co to właściwie jest?

To moment, kiedy ciało włącza alarm, mimo że nie ma realnego zagrożenia.

Serce zaczyna bić szybciej.

Oddech się rwie.

Może zrobić się słabo, ciasno w klatce piersiowej, dziwnie w głowie.

Pojawia się strach — nagły i bardzo prawdziwy.

Czujesz, jakbyś zaraz miał stracić kontrolę albo że coś złego się wydarzy.

Ale to tylko reakcja organizmu.

To mija.

I choć jest bardzo nieprzyjemne nie jest niebezpieczne.

Co możesz zrobić, kiedy złapie Cię to np. w subwayu albo w innym miejscu, z którego nie możesz wyjść?

Spróbuj skupić się na oddechu.

Powoli wdech nosem… i długi wydech ustami.

Nawet jeśli wydaje się to trudne spróbuj zwolnić tempo.

Rozejrzyj się wokół.

Znajdź 3 rzeczy, które widzisz.

2 rzeczy, które słyszysz.

1 rzecz, której możesz dotknąć.

To pomaga wrócić tu i teraz.

Jeśli możesz oprzyj się, usiądź, złap coś stabilnego.

I jeśli masz obok siebie człowieka nie bój się powiedzieć:

Hej, źle się czuję

Naprawdę.

Czasem jedno zdanie i czyjaś obecność potrafią zrobić ogromną różnicę.

I najważniejsze:

nie jesteś w tym sam.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź