Dziś moja koleżanka ze wspólnoty podzieliła się pewnymi słowami.

Jedno zdanie szczególnie mnie zatrzymało.

Wmurowało mnie.

Zastygłam.

„Z jakim obrazem Boga wyszedłeś ze swojego domu rodzinnego?”

I nagle… cisza.

Stop.

Refleksja.

Z jakim?

Długo nie umiałam sobie na to odpowiedzieć.

Dziś też nie jest to łatwe.

Stoję trochę jak wtedy  mała dziewczynka, która słucha, ale nie rozumie.

Słyszy słowa, ale one nie zapuszczają korzeni.

Wychowałam się w małym podlaskim miasteczku.

Czasy PRL-u.

Kościół był oczywistością  jak niedziela, jak obiad…

jak rosół z kury na niedzielnym stole, bo przecież wszyscy wtedy jedli rosół.

I jeszcze te pytania po powrocie do domu:

Co było na kazaniu?

A ja… co ja mogłam odpowiedzieć?

Co mogłam zrozumieć z tych długich, trudnych słów, które przelatywały nade mną jak wiatr?

Mój obraz Boga nie był obrazem.

Był raczej wyimaginowanym starcem z długą brodą, który karze i strąca do piekła dosłownie za wszystko.

Był lękiem, którego się bałam i tylko czekałam, kiedy Jego palec Boży mnie dosięgnie.

Wiedziałam, że trzeba się modlić.

Wiedziałam, że trzeba być grzeczną.

Bo jak nie… to Bóg ukarze.

Nie pamiętam Boga, który przytula.

Pamiętam Boga, który patrzy i ocenia.

Nie pamiętam Boga, do którego biegnę z radością.

Pamiętam takiego, przed którym stoję na baczność.

Miłość?

Miłość była czymś, na co trzeba było zasłużyć.

A skoro trzeba było zasłużyć… to znaczy, że łatwo ją stracić.

A że ja byłam tym krnąbrnym, nieposłusznym dzieckiem, które było zainteresowane wszystkim obrywało mi się cały czas.

I wiedziałam, że Pan Jezus nie lubi takich niegrzecznych  dziewczynek.

Więc wiedziałam, że jestem w tej lidze, która będzie ukarana za swoje zachowanie.

Bo moje zachowanie… no cóż, dawało wiele do życzenia.

Ale co mogłam zrobić, skoro życie mnie interesowało?

Byłam głodna, żeby zobaczyć, dotknąć, doświadczyć.

Ale w czasach PRL-u takie dzieci się temperowało i stawiało do pionu, bo rozwalały system.

No i był jeszcze Pan Jezus którego się nie widziało, ale wiedziało się, że karze.

I to nie paskiem jak ojciec… tylko gorzej.

Więc nie prosiłam.

Nie mówiłam.

Nie zwierzałam się.

Bałam się.

I dziś, kiedy wracam do tego pytania, czuję, jakby ktoś dotknął miejsca, które długo było zamknięte.

Bo ja chyba nie wyszłam z obrazem Boga.

Ja wyszłam z ciszą.

Z niewiedzą.

Z lękiem, który długo brałam za wiarę.

Coś zaczęło się zmieniać później.

Trochę liznęłam Boga w oazie były pieśni, spotkania, rozmowy…

Coś zostało, ale to jeszcze nie było to.

Dopiero we wspólnocie Lew Judy, jakieś 15–17 lat temu, zaczęła się moja prawdziwa droga.

Tam zaczęłam poznawać Boga nie z opowieści, nie z nakazu, nie ze strachu…

ale z doświadczenia.

Dziś wiem, że Bóg nie musi być strachem.

Że nie stoi nade mną z listą moich błędów.

Że nie czeka, aż się potknę.

On czeka na mój krok.

Dziś wiem, że miłość nie jest nagrodą.

Nie jest czymś, na co trzeba zasłużyć.

Jest początkiem.

Bo On jest Miłością.

I jest Miłosierdziem.

I może dlatego dziś sama nie każę swoim dzieciom wierzyć.

Nie zmuszam ich do modlitwy.

Nie rozliczam z kazań.

Mówię tylko:

Bądźcie. Spróbujcie. Zobaczcie.

Chcę, żeby miały przestrzeń, nie przymus.

Żeby mogły spotkać Boga, a nie tylko o Nim słyszeć.

Chcę, żeby miały zdrowy obraz prawdziwego Boga który nie karze, a kocha.

A to ogromna różnica, prawda?

A potem?

Droga jest wolna.

Mogą wybrać Boga  i wtedy wszystko zaczyna układać się inaczej.

Albo mogą pójść swoją drogą.

To ich decyzja.

I dziś… wybierają Boga.

Chcą, żeby był w ich życiu.

Nie ze strachu.

Ale z potrzeby serca.

A Ty?

Z jakim obrazem Boga wyszedłeś ze swojego domu?

Czy to był Bóg, którego się bałeś…

czy Bóg, do którego chciałeś wracać?

I czy ten obraz, który w sobie nosisz,

jest naprawdę Twój…

czy tylko odziedziczony?

Może warto się zatrzymać…

i zapytać siebie jeszcze raz.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź