Miał być weekend jak z reklamy. Słońce, spokój, ocean, książka i ja w wersji: nicnierobienie, totalny błogi relaks.
Plan był dopracowany niemal perfekcyjnie. Już widziałam siebie, jak łapię pierwsze promienie słońca, przewracam leniwie kolejne strony książki i oddycham pełną piersią bez kichania, co ważne, bo wiadomo… sezon alergiczny rozpoczęty!
No i wtedy… otworzyłam oczy.
Spojrzałam na okna.
I te okna spojrzały na mnie.
I to nie było miłe spojrzenie.
Do tego pajęczyny na ścianach zaczęły wyglądać jak dekoracje na Halloween tylko w wersji całorocznej. I w tym momencie cały mój plan błogiego relaksu zrobił cichutkie puf i wyparował.
Bo przecież zaraz Wielkanoc.
A ja się pytam: kiedy, no kiedy niby miałam to ogarnąć? W tygodniu? Między jednym pędem do pracy a drugim ogarniam kolejne rzeczy?
Więc zrobiłam to, co robi każda rozsądna (czytaj: zdeterminowana) kobieta.
Rzuciłam się w wir sprzątania.
Okna umyte wszystkie.
Kurz zlikwidowany .
Podłogi błyszczą .
Kwiaty wykąpane, dopieszczone, prawie jak w spa (a doniczek mamy tyle, że spokojnie moglibyśmy otworzyć ogród botaniczny).
Mój mąż patrzy na to wszystko i mówi:
Na cholerę tak się zabijasz? Usiądź, odpocznij, cały tydzień orasz.
No i wiecie co… teoretycznie ma rację.
Mogłabym to olać. Zostawić. Zapomnieć. Udawać, że kurz to nowy styl dekoracyjny.
Ale znam siebie. Im dłużej bym zwlekała, tym bardziej to wszystko by rosło… i rosło… aż w końcu potrzebny byłby serwis sprzątający z 12 osobami, a nie ściereczka.
Poza tym mam alergię na kurz, więc dla mnie trochę kurzu to nie jest trochę .To jest:
kichanie x100,
oczy jak po maratonie wzruszeń,
gardło jak po koncercie rockowym.
Ale! Tu mały sukces życia odkąd odstawiłam cukier i węglowodany, moja alergia jakby… odpuściła. Serio. Nie łykam już leków garściami, w tym sezonie nie wzięłam ani jednej tabletki. I to jest chyba największy plus tej całej historii.
Czyli jednak coś z tego weekendu mam 😄
A teraz?
Teraz idę do parku. Usiądę na chwilę. Pooddycham. Może nawet uda mi się poczuć te moje wymarzone pierwsze promienie słońca… tylko trochę później niż planowałam.
Bo roboty jeszcze przede mną tyle, że spokojnie starczyłoby na kolejny weekend.
Albo dwa.
Albo najlepiej…
Weekend powinien trwać co najmniej trzy dni.
Kto jest za? 😄
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.