Niedziela Palmowa — dzień ważny dla katolików.
Tłum witający Jezusa, gałązki unoszone ku niebu, radość, która jeszcze nie zna nadchodzącego krzyża.
A jednak dziś zatrzymuję się na detalu na symbolu, jakim jest palma.
Bo palma to nie tylko znak tamtego wydarzenia sprzed wieków.
To coś, co przez pokolenia było żywe. Namacalne. Obecne w codzienności.
Dawniej w Polsce palma nie była dekoracją.
Była znakiem.
Tworzona ręcznie z gałązek, suszonych kwiatów, ziół niosła w sobie czas, pracę i intencję. Nie kupowało się jej. Powstawała w domu, w skupieniu, często wspólnie, czasem przy śpiewie. Każdy element miał znaczenie.
Po poświęceniu wracała do domu jak coś świętego.
Wtykano ją za obrazy.
Dotykano nią ścian, błogosławiono obejście.
Chroniła przed burzą, przed ogniem, przed tym, czego nie da się nazwać ale co ludzie kiedyś bardzo czuli.
Wiem, bo u moich dziadków takie palmy były jeszcze długo.
Nie była tylko pamiątką z kościoła.
Była obecnością sacrum w codzienności.
Z biegiem lat coś zaczęło się zmieniać.
Coraz mniej czasu.
Coraz mniej wspólnego tworzenia.
Palma powoli przestawała być procesem, a stawała się przedmiotem.
Kupiona ładna, gotowa, ale już nie taka sama.
Nie zniknęła całkowicie.
Ale gdzieś po drodze straciła swoją głębię.
Została bardziej w tradycji niż w przeżyciu.
I taka chwila jak dziś każe się zatrzymać nad tym, co jest teraz i co było kiedyś.
Dziś byłam w kościele, gdzie większość stanowili Meksykanie.
Wypełnili świątynię po brzegi nie było wolnego miejsca.
Ludzie stali także na zewnątrz. Już dawno nie widziałam takich tłumów.
I oni ludzie, którzy nadal trzymają palmę jak coś ważnego.
Nie jako zwyczaj, ale jako wyraz miłości, witając Jezusa.
Meksykańska wspólnota tłum, ręce uniesione wysoko, palmy plecione, kolorowe, żywe.
Dłonie w górze z tymi palmami.
I to wołanie: Hosanna. Z serca.
Aż się łezka w oku kręci, patrząc na tych ludzi zjednoczonych w wierze, z palmami w ręku.
Jak potrafią celebrować ten piękny, wzniosły czas.
Całymi rodzinami.
To naprawdę było dziś piękne.
Patrzę też na swoją palmę.
Zrobioną przez moją mamę ze świeżych kwiatów, z bazi i zielonego bukszpanu.
Prawie taka jak kiedyś.
Moja mama uwielbia podtrzymywać tradycję.
Chce nam przekazać kawałek historii.
Ja to szanuję. Biorę to.
Bo wiem, że kiedyś gdy jej zabraknie będę o tym opowiadać kolejnym pokoleniom.
Może swoim wnukom.
Będę z nimi chodzić i pokazywać, jak katolicy potrafią celebrować ten dzień wznośle i pięknie.
U moich dziadków na wsi też były zwyczaje.
Dziadek zrywał gałązkę wierzbową i kto pierwszy wracał z kościoła z poświęconą palmą, biegł do tych, co jeszcze spali i wołał:
„Wierzba bije, nie zabije,
wstawaj śpiochu, bo za tydzień Wielki Dzień,
za sześć noc Wielkanoc!”
To było dla zdrowia, dla siły po zimie.
Taki był u nas zwyczaj ludowy na Podlasiu.
Dziś niewielu już o tym pamięta…
A przecież w tym wszystkim była radość, wspólnota i życie.
Różne palmy a jeden cel.
Wyśpiewać wspólnie:
Hosanna.
Bo Niedziela Palmowa to nie tylko wspomnienie wydarzenia.
To pytanie:
Jak ja dziś witam Jezusa .
A Ty jak celebrujesz ten dzień?
Robisz palmę samemu czy wybierasz gotową?
Zastanawiasz się czasem, jak kiedyś ludzie przeżywali ten dzień?
A może u Was też były takie zwyczaje?
Podziel się
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.