Zagotowało się w moim życiu jak w garze ze smołą.
Jest gęsto, czarno i nie widać światła.
A może mi się tylko tak wydaje?
Jestem na życiowym rozdrożu.
I chyba każdy zna ten moment, kiedy jak się sypie to sypie się wszystko naraz i nie wiadomo, z której strony to zbierać.
No więc dzieje się.
Nigdy nie umiałam grać.
Nigdy nie ubierałam masek.
Nie byłam kimś, kim nie jestem.
Zawsze gram siebie czy jest dobrze, czy jest źle.
Jestem sobą.
I nawet jak coś mi nie pasuje mówię o tym.
Nie chowam tego. Nie udaję.
Lubię jasne sytuacje. Jasne momenty. Jasne relacje.
Może właśnie to jest problem.
W pracy zmiana zarządu.
Słodkie słowa, ochy i achy jacy to jesteśmy wspaniali i potrzebni.
Nie lubię takich słodkości, bo zazwyczaj pod tym kryje się drugie dno.
I nie pomyliłam się.
Dostałam więcej pracy, niż jestem w stanie zrobić.
Pierwszego dnia panika, telefony, proszenie o pomoc.
Drugiego dnia przyszłam porozmawiać, znaleźć rozwiązanie.
Usłyszałam jedno zdanie:
„Nie dajesz rady? Możesz odejść.”
I to był moment, w którym mnie powaliło na kolana .
Tak wygląda wsparcie?
Tak wygląda współpraca?
Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w twarz z obu stron.
Wiem też, że ktoś tam mnie po prostu nie lubi.
Dlaczego? Nie wiem.
Ale wiecie co jest niesamowite?
Że w tym wszystkim inni ludzie pokazali swoją prawdziwą twarz.
Pomoc. Wsparcie. Zrozumienie.
„My ci pomożemy, wiemy że to za dużo na jedną osobę.”
I to było piękne.
Bo nagle w chaosie pojawiło się coś prawdziwego.
A jednocześnie we mnie został żal.
Dlaczego ja dostałam coś, czego nie da się ogarnąć?
Dlaczego ktoś inny ma spokojną pracę, a ja walkę o przetrwanie każdego dnia?
Czuję presję. Ogromną.
I wiem, że ktoś liczy na to, że się poddam.
Zostały mi dwa miesiące.
Albo mnie to zgniecie.
Albo pokażę, że się nie złamię.
A potem przyszło kolejne uderzenie.
Od bardzo bliskiej osoby… a może tylko mi się wydawało, że bliskiej.
Usłyszałam, że „drę mordę”.
Że nie umiem rozmawiać spokojnie, ładnie, kulturalnie.
Że powinnam być inna.
Łagodniejsza. Cichsza. Lepsza.
I chyba jestem już w takim miejscu w życiu, że mówię: DOŚĆ.
Dość dostosowywania się.
Dość robienia czegoś, żeby zasłużyć.
Dość życia pod czyjeś oczekiwania.
Nie muszę niczego nikomu udowadniać.
Nie muszę zasługiwać.
Nie muszę się zmieniać.
I nie będę się zastanawiać, co zrobiłam, że ktoś tak o mnie pomyślał.
Bo jestem jaka jestem.
Jeśli uważasz, że jestem „za głośna”, „za dużo mnie”, „niewystarczająca”
to może po prostu nie jesteś dla mnie.
Bo ja już nie będę się zmniejszać, żeby zmieścić się w czyichś oczekiwaniach.
Jeśli nie akceptujesz mnie takiej, jaka jestem
to po co nam ta relacja?
Nie każdą relację trzeba ratować.
Niektóre trzeba odciąć
żeby nie gniły i nie kłuły jak sucha gałąź.
Coś we mnie pękło.
I może to dobrze.
Bo czasem jak coś pęka to dlatego, że już dawno przestało być zdrowe.
Nie chcę już tak żyć.
Nie chcę zasługiwać na czyjąś miłość.
Nie chcę być „wystarczająca” dla kogoś.
Chcę być sobą. Naprawdę.
Bez udawania. Bez ściszania siebie. Bez poprawiania się pod czyjeś standardy.
Nie jestem projektem do naprawy.
Jestem sobą.
I to musi w końcu wystarczyć.
Może to moment, w którym coś się kończy.
A może właśnie zaczyna.
Ale jedno wiem na pewno
już nie wrócę do miejsca, w którym trzeba było się gubić, żeby ktoś mnie chciał.
A może to właśnie po czterdziestce człowiek zaczyna naprawdę patrzeć na siebie inaczej?
Doceniać siebie. Swoje „ja”.
Co myślicie? Macie podobnie?
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.