Sobota. Dzień święty. Dzień odpoczynku.
No chyba że jesteś mną wtedy to olimpiada wielobojowa w konkurencji: ogarnij wszystko, zanim czas cię pokona.
Zaczęło się niewinnie. Ja, kobieta sukcesu, pani swojego losu, zdobywczyni 18 piętra i królowa pralni, postanowiłam zrobić coś dobrego.
Nie sobie nie przesadzajmy.
Kwiatom.
Bo przecież one biedne. Stoją, patrzą, liście im klapły, bo nikt ich cały tydzień nie podlewa, ziemia sucha jak pustynia. No to mówię:
— Dziewczyny, dziś SPA!
I leci. Kąpiel, masaż, peeling, odżywka. Normalnie hotel pięciogwiazdkowy tylko zamiast szlafroków doniczki.
W międzyczasie:
• golonka się robi (bo przecież kto normalny robi jedną rzecz naraz),
• pralka śpiewa,
• ja biegam jak kurier ekspresowy pomiędzy piwnica a 18. piętrem góra dół, góra dół.
I wtedy…
ON.
Cichy. Niewinny. Stoi. Udaje roślinkę.
Kaktus.
Ja pewna siebie, szybka, zdeterminowana łapię go z góry. Bo przecież po co patrzeć.
Życie to przecież adrenalina.
I wtedy:
BAM.
On nie był rośliną.
On był zasadzką.
Moje dłonie zamieniają się w jeża. Nie, przepraszam jeż by się obraził.
Ja byłam żywym rzepem.
Stoję. Patrzę. Myślę:
To się nie wydarzyło.
Ale się wydarzyło.
Siadam w fotelu, pęseta w dłoń i zaczynam operację: Ratuj dłonie.
Wyciągam jeden kolec… czuję trzy następne.
Wyciągam dwa… pojawia się ich pięć.
To się rozmnaża szybciej niż obowiązki.
I oczywiście dom pusty.
Nikogo nie ma, kto by opatrzył moje dłonie! Także mam nauczkę, żeby doceniać domowników, ha, a nie delektować się tylko ciszą.
W pewnym momencie zaczynam negocjować z losem:
— Dobrze, już nie będę robić SPA kwiatom… możecie sobie schnąć jak chipsy.
Kaktus milczy.
Zwycięzca nie musi się tłumaczyć.
A ja siedzę, dłonie czerwone, golonka się robi, pralka kończy, życie trwa…
i dochodzę do jednego wniosku:
Nie wszystkie relacje są warte zaangażowania.
Zwłaszcza te z kaktusem.
Czy ktoś z Was przeżył taką przygodę z tym zielonym bandytą i ma dla mnie jakieś sprawdzone sposoby, żeby dłonie wróciły do normalności?
Bo ja tu siedzę, wyciągam kolce jak archeolog skarby…
a za chwilę muszę lecieć odebrać pranie.
Życie nie zwalnia.
Nawet dla ofiar kaktusów.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.