Macie takie wspomnienie z dzieciństwa, które nosicie w sobie jak mały skarb?

Takie, do którego wracacie w myślach i nagle robi się cieplej na sercu… takie, które daje poczucie wolności, lekkości i czystej, niczym niezmąconej radości?

Ja mam. I pielęgnuję je w sobie do dziś.

Dziś do mnie wróciło… Może dlatego, że wyszło słońce i tak delikatnie muska twarz. Tak beztrosko… jak kiedyś.

Nie wiem dokładnie, ile miałam lat  może sześć, może siedem. Ale pamiętam emocje, zapachy, światło… wszystko, jakby to było wczoraj.

Mieliśmy wtedy najcudowniejszych sąsiadów na świecie. Takich prawdziwych nie tylko „dzień dobry” na klatce schodowej, ale relację jak z rodziną. Codziennie się odwiedzaliśmy. My mieszkaliśmy na czwartym piętrze, oni na trzecim dzieliło nas tylko kilka schodków.

I wiecie co? Mam wrażenie, że to szczęście do ludzi idzie za mną przez całe życie. Bo nawet teraz, na obczyźnie, znów trafiłam na wspaniałych sąsiadów, z którymi żyjemy jak bliscy. I chociaż dziś mieszkam na osiemnastym piętrze… nadal mam to samo szczęście do ludzi.

Ale wracając…

W czasach PRL-u nasi sąsiedzi wyjeżdżali do domków wczasowych organizowanych przez firmę, w której pracowali. I zawsze zabierali nas ze sobą.

Dla mnie to był inny świat. Prawdziwa magia.

Las. Jezioro. Cisza przeplatana śmiechem dzieci. Słońce, które grzało jakoś inaczej delikatnie… i nikt nie smarował nas żadnymi kremami. Biegaliśmy całymi dniami na słońcu, jakby czas nie istniał.

Bez telefonów. Bez zegarków. Bez pośpiechu. Bez tego ciągłego „chodź już, wracamy, trzeba obiad zrobić”.

Były jaszczurki, które obserwowaliśmy z zachwytem. Była woda, w której kąpaliśmy się do utraty sił. Były piętrowe łóżka największa przygoda świata.

I to uczucie… że nic więcej nie istnieje.

Byliśmy dużą grupą dzieci i dorosłych. Wieczorami ognisko. Śmiech, który niósł się po lesie. Kanapki, które smakowały najlepiej na świecie. Herbata pita z emaliowanych kubków.

Proste rzeczy. Najprostsze.

A jednak pełne wszystkiego.

Patrzę na to dziś i myślę… czy wtedy potrzebowałam czegoś więcej do szczęścia?

Nie.

To była czysta radość. Beztroska. Wolność. Poczucie, że jest się dokładnie tam, gdzie powinno.

I chyba właśnie do takich chwil wracamy najczęściej.

Bo przypominają nam, kim byliśmy zanim świat zaczął wszystko komplikować.

A dziś… na obczyźnie, próbuję dać to samo swoim dzieciom.

Zabieramy je pod namiot. Może nie ma piętrowych łóżek, ale jest ognisko, zapach drewna, herbata… i marshmallow bo przecież trochę luksusu też musi być 😉

Śpimy w śpiworach, czasem pod gołym niebem.

I w tym roku też zabieramy dzieci na camping do Jellystone Park. To miejsce w jakiś sposób przypomina mi moje dzieciństwo…

I tak bardzo chciałabym, żeby moje dzieci poczuły choć namiastkę tego, co ja wtedy czułam.

Biegając boso po porannej rosie.

Zajadając leśne poziomki.

Śmiejąc się bez powodu.

Niech tylko zrobi się trochę cieplej… i jedziemy.

A Wy?

Macie takie swoje wspomnienie, które wywołuje uśmiech nawet po najgorszym dniu?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź