Przeczytałam dziś na jednym z portali pewien wpis o tym, jak ktoś chciałby, żeby wyglądało jego ostatnie pożegnanie.
I tak mnie to zatrzymało…
Zwłaszcza dziś, kiedy jutro Wielki Piątek.
Dzień ciszy, refleksji, zatrzymania.
I kurde… zaczęłam nad tym myśleć tak serio.
Bo ja tak naprawdę nie boję się swojej śmierci.
Oczywiście śmierci bliskich? Nawet nie chcę tam iść myślami.
Ale swojej? Zdarza mi się.
Tylko że u nas to temat zamknięty.
Niewygodny.
Odsuwany gdzieś daleko.
„Nie mów, nie myśl, nie przywołuj”.
A powiedz tak szczerze…
nigdy się nad tym nie zastanawiałaś?
Jak by to miało wyglądać? Twoje ostatnie pożegnanie?
Ja cholernie kocham życie.
Tak bardzo, że gdyby przyszło mi już odejść, to chyba podniosłabym głowę i powiedziała:
Ej… poczekaj. Daj mi jeszcze 5 minut. Jeszcze chwilę. Ja się nim chcę jeszcze nacieszyć.
Złapać oddech. Popatrzeć na kolory.
Serio. Tak bym zrobiła.
Bo kocham to moje życie.
Nieidealne. Czasem zmęczone. Czasem poplątane.
Ale moje.
Kocham moje dzieci.
Męża.
Nasz dom.
Te duże okna, przez które wpada światło.
Moją kuchnię.
Moje łóżko.
Moje książki.
Wspólnotę.
Rozmowy.
Śmiech.
To, że mogę iść. Że mogę być. Że mogę czuć.
I może dlatego mam w sobie też taką odwagę, żeby pomyśleć o czymś, czego większość unika.
Wiem, jak chciałabym, żeby wyglądał mój pogrzeb.
Poważnie.
Katolicki oczywiście.
Z Bogiem, z wiarą, z tym, co dla mnie ważne.
Moje organy są do pobrania mam to zapisane.
Bo chcę jeszcze coś dobrego po sobie zostawić.
Chciałabym, żeby grał zespół z mojej wspólnoty.
Żeby była muzyka. Śpiew. Życie.
Nie cisza i smutek.
Żeby wszyscy byli ubrani na biało.
Żadnej czerni.
Żadnej żałoby.
No dobra… łzy mogą być, ale takie z miłości, nie z rozpaczy.
Ja?
Czerwona sukienka.
Czerwone usta.
Czerwone paznokcie.
I szpilki – bo je kocham.
Albo czarne martensy które stoją na dnie szafy 😎
Nie chcę rozpaczy.
Chcę radości.
Chcę śmiechu.
Chcę śpiewu takiego jak na weselu.
Żeby było głośno.
Żeby było prawdziwie.
Bo ja kocham życie.
Naprawdę.
Nie jest idealne, ale jest moje.
Kolorowe. Piękne. Pełne emocji.
I tak samo chcę być pożegnana
w kolorach, w miłości, w radości.
Bez tej całej ciężkiej, czarnej narracji.
Tylko życie. Do samego końca ❤️
I mam jeszcze jedną myśl…
Chciałabym, żeby każdy, kto stanie nad moim grobem, powiedział jedno zdanie.
Za co jest wdzięczny.
Bez poezji. Bez udawania. Bez patosu.
Tak normalnie. Po ludzku.
Bo serio… nie ma opcji, żeby z kimś żyć, znać się, śmiać się razem i potem nie mieć nic do powiedzenia. No nie wierzę.
A jakby zapadła cisza…
to pewnie znając siebie, pierwsza bym się odezwała:
„Jolka, jestem wdzięczna za Twoje życie.
Za to, że nawet jak było bagno, to brałaś się za bary i szłaś dalej.
Za Twój śmiech.
Ale też za to, że darłaś się za głośno i byłaś żandarmem w spódnicy w swoim domu 😅
I za naleśniki.
I rosół jak u babci.
I placki z jabłkami…”
Dobra, już bym popłynęła 😄
Ale serio…
czyż nie jest tak, że zawsze coś zostaje?
A może się mylę?
I może najważniejsze w tym wszystkim nie jest to, jak odejdziemy…
ale jak żyjemy teraz.
Czy naprawdę jesteśmy tu, gdzie jesteśmy?
Czy widzimy to, co mamy?
Czy umiemy się tym zachłysnąć choćby na chwilę?
Bo może największym przygotowaniem na śmierć…
jest życie tak, żeby niczego nie żałować.
A Ty?
Gdybyś dziś w tej ciszy przed Wielkim Piątkiem zatrzymała się na moment…
to jak wygląda Twoje życie?
I czy miałoby odwagę być tak prawdziwe, jakbyś chciała, żeby było zapamiętane?
No i najważniejsze chcę poduszkę przypominam: profilowana, żadnych miękkich 😎
No to tyle
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.