Najcenniejsze rzeczy w moim domu 

Jakiś czas temu odwiedziła mnie koleżanka. Siedziałyśmy przy kawie, rozmawiałyśmy, a ona, rozglądając się po moim mieszkaniu, nagle powiedziała:

– Jola… ale Ty jesteś strasznie sentymentalna.

Wiecie co?

Wbiła mnie tym w podłogę.

Zaskoczyło mnie to stwierdzenie. Nigdy wcześniej nie pomyślałam o sobie w ten sposób. Ale później zaczęłam chodzić po mieszkaniu i patrzeć na nie jej oczami.

I doszłam do jednego wniosku.

Ona miała rację.

Bo w moim mieszkaniu nie ma drogich obrazów. Nie mam kolekcji biżuterii, markowych torebek ani ubrań, które można byłoby sprzedać za tysiące dolarów. Nie mam designerskich mebli ani rzeczy, które zachwycają swoją ceną.

Ale mam coś znacznie cenniejszego.

Gdyby ktoś zapytał mnie:

– Jola, co w Twoim domu jest najcenniejsze?

Pewnie wskazałabym coś, obok czego większość ludzi przeszłaby zupełnie obojętnie.

W przedpokoju wiszą zdjęcia.

Setki zdjęć.

Nasze życie.

Nasze wspomnienia.

Jest zdjęcie z narodzin każdego z naszych dzieci.

Jest Ola jako malutki bobas, cała wysmarowana Sudocremem. Do dziś, kiedy na nie patrzę, uśmiecham się pod nosem.

Jest Wiktoria z podbitym okiem po jednej ze swoich dziecięcych przygód. Wtedy serce matki bolało, a dziś to zdjęcie wywołuje uśmiech i przypomina, jak beztroskie potrafi być dzieciństwo.

Są zdjęcia Maksa i Tymka na różnych etapach życia.

Są nasze pierwsze rodzinne wyjazdy, wyprawy w nowe miejsca, spływ kajakowy, góry, ocean, lasy, wakacje i zwykłe niedzielne spacery.

Jest zdjęcie Oli w szpitalu, kiedy na rękach trzyma ją mój teść.

Jego już nie ma wśród nas.

Ale kiedy przechodzę obok tej fotografii, zawsze się zatrzymuję. To jedna z tych chwil, których nie da się już powtórzyć.

Jest zdjęcie domu, w którym wychował się mój mąż.

Są pradziadkowie tulący małą Olę.

Ich również nie ma już z nami.

Ale dzięki tym fotografiom nadal są częścią naszego domu i naszej historii.

Każde zdjęcie opowiada inną historię.

Jedno przypomina śmiech.

Drugie łzy.

Trzecie trudny moment.

Czwarte spełnione marzenie.

To nie są zwykłe fotografie.

To kronika naszego życia.

I wiecie, co jest najpiękniejsze?

Że tych zdjęć ciągle przybywa.

Już chyba najwyższy czas poprosić mojego szanownego męża, żeby zrobił kolejne rzędy ramek, bo ściany powoli się kończą. I bardzo mnie to cieszy. To znaczy, że wciąż tworzymy nowe wspomnienia.

Ale moje wspomnienia nie kończą się na zdjęciach.

Na moim regale stoją rzeczy, których nigdy, przenigdy nie wyrzucę.

Laurki.

Rysunki.

Prace z przedszkola.

Prezenty zrobione małymi rączkami.

Mam prace Oli z pre-K.

Mam kapsuły wspomnień z kindergarten.

Mam drobiazgi, które dzieci robiły dla mnie z takim przejęciem, jakby tworzyły największe dzieła sztuki.

I wiecie co?

Dla mnie one naprawdę nimi są.

Kiedy ktoś na nie patrzy, widzi kawałek papieru, trochę farby, brokatu i kleju.

Ja widzę małe rączki.

Widzę dzieci, które z dumą biegły do mnie i wołały:

– Mamo! Zobacz, zrobiłem to dla Ciebie!

Moje dzieci są dziś prawie dorosłe.

Dlatego te wszystkie prace mają dla mnie jeszcze większą wartość.

Przypominają mi, że czas płynie szybciej, niż nam się wydaje.

Że jeszcze wczoraj mieściły się na moich kolanach.

Jeszcze wczoraj uczyły się trzymać kredkę.

Jeszcze wczoraj z wypiekami na twarzy wręczały mi swoje małe dzieła.

Kiedyś ktoś może spojrzy na te wszystkie rysunki, laurki i prace plastyczne i zapyta:

– Po co Ty to wszystko trzymasz?

A ja tylko się uśmiechnę.

Bo to nie są kawałki papieru.

To nie są zaschnięte farby ani trochę brokatu.

To są małe fragmenty dzieciństwa moich dzieci.

To chwile, których nie da się już odzyskać.

To ich małe rączki zamknięte w kolorowych kartkach.

To ich miłość, cierpliwość i ogromna duma z tego, że mogli zrobić coś specjalnie dla mamy.

I właśnie dlatego są dla mnie bezcenne.

Chyba rzeczywiście jestem sentymentalna.

I wiecie co?

Wcale się tego nie wstydzę.

Bo dla mnie dom nie jest miejscem, w którym stoją najdroższe meble czy wiszą modne obrazy.

Dom to miejsce, w którym każda ściana opowiada historię.

Każda półka przypomina o miłości.

Każda ramka zatrzymuje chwilę, która już nigdy nie wróci.

I właśnie to najbardziej cieszy moje serce.

A Wy?

Macie w swoim domu taką rzecz, która dla innych może wydawać się zwykłym drobiazgiem, a dla Was jest bezcenna? Taką, której nie oddalibyście za żadne pieniądze świata?

Każdego wieczoru w moim domu dzieją się małe cuda…

Każdego wieczoru, kiedy moje dzieci wracają z pracy, w naszym domu jest takie małe święto. Naprawdę. Dla mnie jest ono warte więcej niż najlepsze świadectwa, dyplomy czy awanse.

Dziewczyny wracają z pracy w medycznych scrubach. Maks wraca z korporacji elegancko ubrany w koszuli i spodniach. Czasem śmieję się, że wygląda jak prezes zarządu.

Ale nie to jest dla mnie najważniejsze.

Najpiękniejsze zaczyna się dopiero wtedy, gdy cała trójka siada razem.

Czasem w kuchni.

Czasem w którymś z pokoi.

Czasem u nas w salonie.

I po prostu zaczynają rozmawiać.

Opowiadają sobie o swoim dniu. O tym, czego się nauczyli. Kogo poznali. Co ich zaskoczyło. Z czym było trudno. Co ich rozbawiło.

Każdy mówi.

Każdy słucha.

Nikt nikogo nie przekrzykuje.

W tym wszystkim uczestniczy też najmłodszy rodzynek naszej rodziny.

Siedzi z nimi z wypiekami na twarzy. Słucha każdej historii, klaszcze, śpiewa i dopytuje:

– Kto jutro ma wolne?

– Kto zabierze mnie na wycieczkę?

– Czy idę do babci?

Bo jego głos też jest ważny.

On też ma coś do powiedzenia.

Dziewczyny przytulają go, bo zdążyły się za nim stęsknić. Całują go w tę jego jasną czuprynę. Maks oczywiście, jak to starszy brat, posyła mu kuksańca. Tymek od razu piszczy, bo przecież trzeba wszystkim pokazać, że został poturbowany i teraz należy mu się szczególna atencja.

I wtedy nagle rozmowy o pracy schodzą na dalszy plan.

Zaczyna się codzienna bitwa.

– On mnie uderzył!

– Ona się na mnie krzywo spojrzała!

– On mnie przedrzeźnia!

Codzienność…

I wiecie co?

Ja uwielbiam na to patrzeć.

Obserwuję to wszystko i w sercu dziękuję Bogu.

Jest we mnie tyle wdzięczności, tyle radości i cichej dumy.

Coraz częściej myślę, że właśnie takie wieczory są najpiękniejszą inwestycją w przyszłość. Nie da się kupić bliskości ani rodzinnych więzi. Buduje się je właśnie w takich zwyczajnych chwilach  przy rozmowie, wspólnej herbacie, śmiechu i nawet tych drobnych sprzeczkach, które następnego dnia wszyscy mają już za sobą.

Bo wiem, że największym sukcesem rodzica nie jest tylko to, że dzieci znajdą dobrą pracę.

Największym sukcesem jest to, że po całym dniu nadal chcą usiąść obok siebie.

Że mają ze sobą relację.

Że są siebie ciekawi.

Że potrafią się słuchać.

I że mimo codziennych drobnych sprzeczek wciąż wybierają swoją obecność.

Patrzę na nich i myślę sobie, że chyba właśnie o to w rodzicielstwie chodzi najbardziej.

Bo kiedyś przyjdzie dzień, kiedy każde z nich pójdzie swoją drogą, założy własną rodzinę i stworzy własny dom.

Mam tylko nadzieję, że wtedy będą chcieli spotykać się tak samo jak dziś. Że nadal będą ciekawi tego, co dzieje się u siebie nawzajem, będą mieli dla siebie czas i będą umieli usiąść przy jednym stole, żeby po prostu pobyć razem.

A ja będę mogła usiąść z boku i z uśmiechem patrzeć na to, jak więź, którą budowali przez wszystkie te lata, przetrwała próbę czasu.

A Wy?

Czy Wasze dzieci albo rodzeństwo mają taki codzienny rytuał, który zbliża Was do siebie? Czy zdarza Wam się zatrzymać na chwilę i z wdzięcznością popatrzeć na to, jak budują między sobą więzi?

Mam wrażenie, że właśnie takie zwyczajne, niepozorne wieczory zostają z nami na całe życie. To one stają się najpiękniejszymi wspomnieniami, do których wracamy po latach.

Bóg nie zawsze głaszcze…

Wczoraj wróciłam ze spotkania z głową pełną myśli.

Są takie konferencje, których człowiek wysłucha, wróci do domu i po kilku dniach już niewiele pamięta.

Ale są też takie, które nie dają spokoju.

Które wracają w najmniej spodziewanym momencie.

Które zmuszają do spojrzenia w głąb siebie.

I właśnie taka była dla mnie wczorajsza konferencja o Bożym miłosierdziu.

Przez całe życie chyba trochę źle rozumiałam Boże miłosierdzie.

Myślałam, że skoro Bóg mnie kocha, to będzie usuwał z mojego życia wszystko, co trudne.

Zabierze cierpienie.

Uzdrowi każdą relację.

Usunie ludzi, którzy mnie ranią.

Pozwoli żyć spokojnie.

A tymczasem usłyszałam zdanie, które przewróciło moje myślenie.

Bóg najpierw mówi.

Mówi przez swoje Słowo.

Przez Ewangelię.

Przez sumienie.

Przez ludzi, których stawia na naszej drodze.

Najpierw głaszcze słowem.

Zaprasza.

Woła.

Czeka.

Ale kiedy człowiek uparcie nie chce słuchać…

czasem dopuszcza doświadczenia.

Nie dlatego, że przestał kochać.

Właśnie dlatego, że kocha.

Bo Jego celem nie jest nas zniszczyć.

Jego celem jest nas uratować.

Najbardziej poruszyła mnie przypowieść o pszenicy i chwaście.

Każdy ma swój chwast.

Niby znam tę Ewangelię od lat.

Ale dopiero wczoraj zrozumiałam, że zawsze myślałam o chwastach jako o kimś obok mnie.

To ta trudna sąsiadka.

Ten współpracownik.

Tamten człowiek.

Ta relacja.

Ta choroba.

A ojciec Marcin zadał pytanie, które dosłownie mną wstrząsnęło.

A jeśli tym chwastem jesteś ty?

Zapadła cisza.

Bo nagle przestałam patrzeć na innych.

Zaczęłam patrzeć na siebie.

Na swoją pychę.

Na swoją niecierpliwość.

Na swoje lęki.

Na swoje zranienia.

Na swoje grzechy.

Na swoje ograniczenia.

Przecież każdy z nas ma jakiś chwast.

I wiecie, co było dla mnie najtrudniejsze?

Że Bóg nie pozwala od razu go wyrwać.

Dlaczego?

Bo właśnie dzięki niemu wzrastamy.

Padło zdanie:

Nie ma pokory bez upokorzeń.

I pomyślałam…

to prawda.

Dopóki wszystko mi wychodzi, łatwo uwierzyć, że świetnie sobie radzę.

Dopiero porażka.

Dopiero słabość.

Dopiero bezradność.

Uczy mnie mówić:

Boże, bez Ciebie nie dam sobie rady.

Ojciec Marcin powiedział też coś, co bardzo mnie poruszyło.

Święci również mieli swoje słabości.

Swoje wady.

Swoje zmagania.

Nie byli ludźmi bez chwastów.

Byli ludźmi, którzy pozwolili Bogu działać pośród tych chwastów.

Nigdy wcześniej nie spojrzałam na swoje wady w ten sposób.

Może właśnie one uczą mnie pokory.

Może dzięki nim przestaję budować życie na sobie.

Bo kiedy człowiek widzi tylko swoje zalety, bardzo łatwo wpada w pychę.

A pycha jest jednym z największych niebezpieczeństw.

Bardzo poruszyło mnie również porównanie do lasu.

Drzewo rosnące samotnie nigdy nie urośnie tak wysoko jak drzewo rosnące w lesie.

Dlaczego?

Bo inne drzewa zmuszają je do wzrostu.

Ściskają je.

Ograniczają.

Zmuszają do walki o światło.

I właśnie dzięki temu rośnie wyżej.

Pomyślałam wtedy o wspólnocie.

O rodzinie.

O małżeństwie.

O ludziach, którzy czasem doprowadzają mnie do szału.

Może właśnie oni są moim lasem.

Może to dzięki nim uczę się cierpliwości.

Przebaczenia.

Pokory.

Miłości.

Może gdybym była sama, nigdy bym nie urosła.

Padło też bardzo mocne zdanie.

Nie uciekaj.

Nie zmieniaj ciągle pola.

Bo gdziekolwiek pójdziesz…

tam też będzie chwast.

Zmiana pracy.

Zmiana miasta.

Zmiana wspólnoty.

Zmiana ludzi.

Nie sprawi, że nagle wszystko stanie się idealne.

Bo chwasty rosną na każdym polu.

Pytanie nie brzmi więc:

Jak uciec od chwastów?

Ale:

Czy zgodzę się wzrastać pośród nich?

Druga część konferencji była jeszcze bardziej poruszająca.

Dotyczyła grzechu.

Nie tego, który został wyznany.

Ale tego, który ukrywamy.

Ojciec Marcin mówił, że wszystko, co ukryte, pozostaje w ciemności.

A ciemność nigdy nie pochodzi od Boga.

Pomyślałam wtedy, że często bardziej boimy się powiedzieć Bogu prawdę niż żyć z tą prawdą całe lata.

Ukrywamy grzech.

Ukrywamy żal.

Ukrywamy bunt.

Ukrywamy pretensje do Boga.

A przecież On już o nich wie.

To my udajemy, że ich nie ma.

Bardzo mocno wybrzmiały słowa, że modlitwa ma być prawdziwa.

Jeżeli masz żal do Boga…

Powiedz Mu.

Jeżeli czegoś nie rozumiesz…

Powiedz Mu.

Jeżeli jesteś zły…

Powiedz Mu.

Bóg nie boi się naszych emocji.

On boi się tylko jednego.

Że zamkniemy przed Nim serce.

Usłyszałam też zdanie, którego chyba długo nie zapomnę.

Tylko Bóg może przykryć moje grzechy.

Ale żeby On je przykrył…

ja najpierw muszę je przed Nim odkryć.

Na tym polega spowiedź.

Nie na odhaczeniu obowiązku.

Ale na wniesieniu światła tam, gdzie przez lata panowała ciemność.

Bo to, co oddajemy Bogu, przestaje być ukryte.

A to, co pozostaje ukryte, niszczy człowieka od środka.

Na końcu usłyszałam jeszcze jedno zdanie.

Bóg jest Zbawcą.

Nigdy sprawcą zła.

To wróg chce niszczyć.

Bóg nawet z największego cierpienia potrafi wyprowadzić dobro.

I chyba właśnie na tym polega Jego miłosierdzie.

Nie zawsze zabiera chwasty.

Nie zawsze usuwa cierpienie.

Nie zawsze zmienia ludzi wokół nas.

Ale zawsze daje łaskę, abyśmy mogli wzrastać.

Wracałam do domu i pomyślałam, że chyba całe życie modliłam się niewłaściwymi słowami.

Panie, zabierz ten chwast.

A może powinnam częściej modlić się tak:

Panie, jeśli jeszcze go zostawiasz, spraw, abym dzięki niemu stała się bardziej podobna do Ciebie.

I z takim pytaniem zostawiam również Was.

Jaki jest Twój chwast?

Czy próbujesz przed nim uciekać…

czy może zaczynasz dostrzegać, że właśnie tam Bóg przygotowuje dla Ciebie miejsce wzrostu?

A na koniec chcę Was serdecznie zaprosić.

Jeśli jeszcze nie macie planów na sobotę, przyjedźcie na XIII Forum Charyzmatyczne w Amerykańskiej Częstochowie.

Po tej konferencji wiem jedno.

Naprawdę warto słuchać ludzi, którzy nie tylko mówią o Bogu, ale pomagają Go lepiej zrozumieć.

Może właśnie tam Pan Bóg przygotował słowo, które zmieni także Twoje życie. ❤️

Wkurza mnie, że muszę prosić własną matkę o pomoc

Tak.

Dobrze przeczytałaś.

Wkurza mnie.

I nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej.

Są takie poranki, kiedy już od siódmej rano mam ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami i przez resztę dnia z nikim nie rozmawiać.

Bo wystarczy pięć minut z moją matką.

Pięć minut.

I ciśnienie skacze mi do nieba.

Dziś zaprowadziłam Tymka wcześniej. Była siódma rano.

Nie zdążyłam dobrze wejść do mieszkania, a już usłyszałam pretensje.

– Mogłaś wczoraj napisać, że przyprowadzisz go tak wcześnie.

Bo przecież pokrzyżowałam jej plany.

I naprawdę zaczęłam się zastanawiać…

Jakie plany?

Moja matka jest na emeryturze.

Nie jedzie do pracy.

Nie ma spotkań.

Nie ma terminów.

Nie gonią jej żadne projekty.

Więc jakie plany?

Umycie kuchni?

Posprzątanie łazienki?

Wytarcie kurzu?

Bo moja matka od lat żyje głównie sprzątaniem.

Rozumiem.

Każdy chce mieć porządek.

Ale naprawdę można całe życie spędzić ze szmatą w ręku?

Lato.

Piękna pogoda.

Można pojechać do parku.

Na lody.

Na plac zabaw.

Na wycieczkę.

Można zapisać się do klubu seniora.

Spotkać z koleżankami.

Pojechać do sanatorium.

Nawet do Polski.

Cieszyć się emeryturą.

A ona wybiera cztery ściany.

I sprzątanie.

Najgorsze jest jednak to, że ja naprawdę zrobiłam wszystko, żeby jak najmniej korzystać z jej pomocy.

Poukładałam swoją pracę.

Kombinuję jak mogę.

Dziewczyny, kiedy tylko nie pracują, zostają z Tymkiem.

Naprawdę nie zrzucam go na matkę.

To są zaledwie trzy dni w tygodniu.

Kilka godzin.

I tylko dlatego, że nie mam innego wyjścia.

Składaliśmy dokumenty na letni camp.

Liczyliśmy, że się dostanie.

Nie udało się.

Nie było miejsc.

Więc muszę sobie radzić inaczej.

I właśnie dlatego proszę matkę o pomoc.

Nie dlatego, że mi się nie chce.

Nie dlatego, że chcę mieć święty spokój.

Tylko dlatego, że czasem życie nie zostawia innego wyboru.

Najbardziej boli mnie jednak coś zupełnie innego.

Moja matka potrafi w pięć minut zepsuć mi cały dzień.

Jedno zdanie.

Jedna mina.

Jeden foch.

Jedna uszczypliwość.

I już czuję się, jakbym znowu miała kilkanaście lat.

Bo przy niej bardzo często nie czuję się dorosłą kobietą.

Czuję się dziewczynką, której znowu coś wytknięto.

A przecież nie proszę o luksusy.

Nie proszę o wakacje.

Nie proszę o pieniądze.

Proszę tylko o kilka godzin pomocy z własnym wnukiem.

Wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej przewrotne?

Tymek uwielbia chodzić do babci.

Dziś obudził się o czwartej rano.

O czwartej.

Tak bardzo cieszył się, że do niej idzie.

Dla niego to święto.

Bo u babci wszystko wolno.

Telewizor?

Proszę bardzo.

Telefon?

Ile chcesz.

Nie ma limitów.

Nie ma zasad.

Nie ma “już wystarczy”.

Jest wygodnie.

I oczywiście, że sześciolatek to kocha.

Tylko mnie czasami jest zwyczajnie przykro.

Bo zamiast wykorzystać ten czas na budowanie wspomnień…

na spacer…

na karmienie kaczek…

na wspólne pieczenie ciastek…

na czytanie książek…

najłatwiej jest posadzić dziecko przed ekranem.

Najbardziej jednak boli mnie jedno.

Moja matka chyba nie widzi, jaki dostała dar.

Nie każdy dziadek i nie każda babcia mają wnuka, który o czwartej rano budzi się z radości, bo idzie właśnie do nich.

Nie każdy wnuk chce spędzać z dziadkami czas.

Wielu dziadków oddałoby wszystko za takie chwile.

A ona ma to na wyciągnięcie ręki.

I mam wrażenie, że częściej widzi ciężar niż błogosławieństwo.

Czasami, kiedy wychodzę od niej, myślę sobie…

Dlaczego każda prośba o pomoc musi kosztować mnie tyle nerwów?

Dlaczego zamiast usłyszeć:

„Jedź spokojnie. Poradzimy sobie.”

muszę wysłuchiwać pretensji?

Naprawdę nie wiem.

I może właśnie dlatego najbardziej boli mnie to, że proszę o pomoc własną matkę.

Bo od obcych ludzi człowiek niczego nie oczekuje.

Ale gdzieś głęboko w sercu, niezależnie od wieku, każdy z nas nadal ma nadzieję, że matka będzie miejscem, do którego można przyjść bez lęku.

Bez tłumaczenia się.

Bez poczucia winy.

Bez tego ścisku w żołądku.

Niestety…

Nie każdy ma takie miejsce.

I to jest chyba najsmutniejsza część tej historii.

Kawa po mojemu

Jest jedna rzecz, z której przed wyjazdem nigdy nie zrezygnuję.

Kawa.

Nieważne, czy jedziemy pół godziny, dwie godziny czy pół dnia. Zawsze przygotowuję ją w domu. Lubię mój ekspres, moje ulubione ziarna i przede wszystkim… mój kubek.

No ale…

Jest jeszcze mój szanowny mąż. 😂

I on stanowczo twierdzi, że mojego codziennego kubka do samochodu zabierać nie wolno.

– Rozleje się.

– Przewróci się.

– To niepraktyczne.

Argumentów ma całkiem sporo.

Więc za każdym razem słyszę:

– Przelej do kubka turystycznego.

A ja tego kubka turystycznego… po prostu nie znoszę.

Nie wiem, jak to jest, ale kawa smakuje w nim zupełnie inaczej. Niby ta sama. Z tego samego ekspresu. Te same ziarna. A jednak czegoś jej brakuje.

Mimo wszystko przelewam.

Bo kawa zawsze woła mocniej niż moje marudzenie. 😂

Kiedy już ruszamy w drogę, odkręcam wieczko i delektuję się tym pierwszym momentem.

Uwielbiam zapach świeżo zaparzonej kawy.

Uwielbiam patrzeć, jak unosi się z niej para.

Uwielbiam ten pierwszy łyk.

To taki mały rytuał, bez którego podróż po prostu nie jest taka sama.

Oczywiście po chwili częstuję męża.

I tu zaczyna się kolejny rozdział naszej małżeńskiej historii.

On bierze kubek i mówi:

– Zakręć wieczko.

Bo inaczej się nie napije.

Ja najchętniej zostawiłabym je otwarte, żeby czuć ten zapach i patrzeć na kawę. On koniecznie chce mieć wszystko szczelnie zamknięte.

Dwie osoby.

Jeden kubek.

Ta sama kawa.

A jednak zupełnie inne przyzwyczajenia.

I wiecie co?

Chyba właśnie za to lubię takie wyjazdy. Bo nawet zwykła kawa potrafi pokazać, jak bardzo się od siebie różnimy.

Ja muszę czuć jej aromat, patrzeć na unoszącą się parę i pić powoli, delektując się każdą chwilą.

Mój mąż woli wygodę. Zakręcone wieczko i spokój.

I chyba oboje mamy rację.

Więc zakręcam.

Niech pije tak, jak lubi.

A po chwili znowu odkręcam i wracam do swojego rytuału. 😂

Czasem myślę, że szczęście nie kryje się w wielkich rzeczach.

Ono siedzi właśnie w takich drobiazgach.

W jednej kawie wypitej razem podczas podróży.

W krótkiej rozmowie.

W śmiechu, kiedy jedno mówi: „otwórz”, a drugie: „zakręć”.

I nagle okazuje się, że zwykła droga staje się kolejnym wspólnym wspomnieniem.

A jak jest u Was?

Przygotowujecie kawę w domu czy kupujecie ją po drodze? Macie swoje ulubione kubki? Każdy pije swoją czy dzielicie się jedną? Wolicie mocną czarną, a może latte z syropem orzechowym albo waniliowym?

Jestem bardzo ciekawa Waszych kawowych rytuałów, bo mam wrażenie, że za każdą filiżanką kawy kryje się jakaś mała historia. ☕

Lubicie Święta Bożego Narodzenia? 🎄

Ja też! Ale chyba nie aż tak bardzo jak amerykańskie sklepy. 🤣

Słuchajcie… mamy dopiero lipiec. Za oknem upał, człowiek myśli o basenie, grillu i wakacjach, a ja wchodzę do sklepu… i bach! Kokardy, wstążki  i ozdoby świąteczne. No po prostu zabrakło tylko Mikołaja, który zapytałby, czy byłam grzeczna. 😂

W New York wszystko dzieje się szybciej. Nie zdążysz dobrze pożegnać jednego sezonu, a następny już stoi na półkach i macha do Ciebie z uśmiechem. Dzieci jeszcze nie wróciły do szkoły, lato w pełni, a handel już zaprasza na… Boże Narodzenie. 🤣

Najbardziej rozbawiła mnie dziś rozmowa z moją siostrą.

Dzwoni i pyta:

– Byłaś już w Costco? Widziałam rzeczy na Halloween!

A ja na to:

– Kochana… Halloween to już było dwa tygodnie temu. Dzisiaj mamy już Boże Narodzenie. Nie jesteś na czasie ze sklepowymi nowinkami! 🤣😂

Na co ona bez chwili zastanowienia:

– To we wrześniu pewnie będą już zające na Wielkanoc! 🤣😂

I wiecie co? Wcale by mnie to nie zdziwiło! 😂

Śmiałyśmy się obie do łez, ale jest w tym też trochę prawdy.

Mam czasem wrażenie, że życie w New York narzuca takie tempo, że człowiek przestaje cieszyć się tym, co jest tu i teraz. Jeszcze nie zdążymy nacieszyć się latem, a marketing już każe nam myśleć o jesieni. Jesieni? Nie… od razu o zimie! Wszystko pędzi na złamanie karku i ciągle goni następny sezon.

A ja czasem chciałabym po prostu nacieszyć się lipcem… bez bombek w koszyku. 😂🎄

A jak jest u Was? W sklepach też już pojawiły się świąteczne klimaty, czy tylko New York oszalał? Dajcie znać, co widzicie na sklepowych półkach. Jestem bardzo ciekawa! 🎄

Kiedy ksiądz żyje tym, co głosi.

Czytałam dziś artykuł o księdzu z Bydgoszczy, który przeznaczył boczną kaplicę na schronienie dla osób w kryzysie bezdomności.

Czytałam… i szczękę zbierałam z podłogi.

Bo dla mnie taki powinien być kapłan.

Nie tylko ten, który pięknie głosi kazania.

Ale ten, który żyje tym, co głosi.

Ten, który nie przechodzi obojętnie obok człowieka.

Ten, który potrafi poświęcić swój czas, usiąść z bezdomnym, wysłuchać go, nakarmić, podać kubek gorącej herbaty i dać mu miejsce, gdzie nie zamarznie.

Przecież właśnie tak robił Chrystus.

Nie wybierał ludzi pachnących, bogatych i idealnych.

Siadał z tymi, których inni omijali szerokim łukiem.

Dotykał trędowatych.

Rozmawiał z grzesznikami.

Karmił głodnych.

To była Ewangelia w praktyce.

I kiedy czytam o takim księdzu, odzyskuję nadzieję, że właśnie tacy pasterze są dziś najbardziej potrzebni.

Powiem coś jeszcze.

Coraz częściej zastanawiam się, czy naprawdę potrzebujemy coraz większych i coraz bogatszych kościołów.

Marmurów.

Złoconych ołtarzy.

Najdroższych materiałów.

Oczywiście świątynia powinna być piękna i godna, bo jest domem Boga.

Ale jeszcze bardziej powinna być domem dla człowieka.

Bo jeśli potrafimy wydać ogromne pieniądze na kamień, a obok marznie człowiek, to gdzieś po drodze zgubiliśmy sens Ewangelii.

Najpiękniejszy kościół to taki, w którym człowiek czuje się przyjęty.

W którym głodny dostanie chleb.

Samotny rozmowę.

Bezdomny koc.

A zagubiony nadzieję.

Bo właśnie taki Kościół zostawił nam Chrystus.

I właśnie za takich księży będę zawsze trzymała kciuki.

Nie za tych, których pamięta się z pięknych kazań.

Ale za tych, których pamięta się dlatego, że uratowali czyjeś życie. ❤️

Cisza…

Jeszcze kilka lat temu powiedzenie mi, że powinnam pobyć w ciszy, było chyba najgorszą radą, jaką mogłabym usłyszeć.

Ja naprawdę nie umiałam być w ciszy.

Dorastałam w domu, w którym zawsze było głośno. Potem pojawiły się dzieci i tego gwaru było jeszcze więcej. Śmiech, rozmowy, przekrzykiwanie się, codzienny chaos… I wiecie co? Nigdy mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. To było moje naturalne środowisko.

Kiedy dzieci wychodziły z domu, a mieszkanie nagle wypełniała cisza, czułam się bardzo nieswojo.

Musiałam coś włączyć.

Radio Zet.

Polski rock.

Albo Metallicę i „Nothing Else Matters”. Kto zna ten utwór, ten wie, że nie słucha się go po cichu. U mnie grał tak głośno, że szyby prawie drżały.

Dziś uśmiecham się na samo wspomnienie.

Bo wtedy byłam przekonana, że uciekam przed ciszą.

Dzisiaj wiem, że wcale nie uciekałam przed ciszą.

Uciekałam przed spotkaniem z samą sobą.

Bałam się zostać sama ze swoimi myślami.

Bałam się tego, co mogłabym usłyszeć we własnym sercu.

Łatwiej było zagłuszyć wszystko muzyką.

Łatwiej było znaleźć sobie kolejne zajęcie.

Łatwiej było być ciągle w ruchu.

Bo kiedy człowiek jest ciągle zajęty, nie musi zadawać sobie trudnych pytań.

Aż pewnego dnia ktoś zasiał we mnie małe ziarenko.

Rozmawiałam z Gregiem.

I  usłyszałam:

– Jola, a może pojechałabyś na rekolekcje ignacjańskie w ciszy?

Roześmiałam się.

Ja?

Rekolekcje w milczeniu?

Przecież ja nie potrafię usiedzieć spokojnie nawet pięciu minut. Tydzień bez rozmów? Byłam przekonana, że po jednym dniu spakowałabym walizkę i wróciła do domu.

Ale to jedno zdanie nie dawało mi spokoju.

Wracało.

Kiełkowało.

Coraz częściej łapałam się na tym, że myślę:

„A gdyby jednak spróbować?”

Od tamtej pory zaczęłam uczyć się ciszy.

Nie od razu na tydzień.

Nie od razu na rekolekcjach.

Najpierw w domu.

Wyłączałam radio.

Nie włączałam muzyki.

Nie zagłuszałam każdej wolnej chwili dźwiękami.

Po prostu zostawałam sama ze swoimi myślami.

Na początku było bardzo trudno.

Czułam niepokój.

Miałam ochotę natychmiast po coś sięgnąć.

Włączyć muzykę.

Sprawdzić telefon.

Posprzątać.

Zrobić cokolwiek.

Byle tylko nie siedzieć w ciszy.

Dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od hałasu.

Nie tylko tego wokół nas.

Ale przede wszystkim tego, który nosimy w sobie.

Bo cisza wcale nie jest pusta.

Ona jest pełna.

Pełna naszych myśli.

Pełna pytań.

Pełna tęsknot.

Pełna niewypowiedzianych słów.

Pełna ran, które przykrywaliśmy kolejnymi obowiązkami.

Pełna pragnień, o których już dawno przestaliśmy marzyć.

To właśnie w ciszy zaczynamy słyszeć to, co przez cały dzień zagłusza hałas codzienności.

Może właśnie dlatego tak wielu z nas się jej boi.

Bo w ciszy nie ma już gdzie uciec.

Nie ma telewizora.

Nie ma radia.

Nie ma telefonu.

Nie ma kolejnego zadania.

Nie ma ludzi.

Nie ma rozmów.

Nie ma obowiązków.

Zostajesz tylko Ty.

I nagle okazuje się, że przez lata zagłuszaliśmy nie tylko świat.

Czasem zagłuszaliśmy własny smutek.

Niewypłakane łzy.

Rozczarowania.

Lęki.

Poczucie samotności.

Pytania, na które baliśmy się odpowiedzieć.

Cisza jest jak lustro.

Nie pokazuje człowieka, za którego chcemy uchodzić.

Pokazuje tego, kim naprawdę jesteśmy.

I myślę, że właśnie tego bałam się najbardziej.

Bałam się zobaczyć siebie bez masek.

Bez obowiązków.

Bez ciągłego działania.

Bez ludzi.

Tylko mnie.

Taką, jaka naprawdę jestem.

A jednak wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.

Im dłużej trwałam w ciszy, tym mniej mnie przerażała.

Zaczęłam odkrywać, że cisza nie osądza.

Nie krzyczy.

Nie pogania.

Nie wymaga.

Po prostu jest.

I cierpliwie czeka.

A wraz z nią zaczęłam coraz wyraźniej słyszeć Boga.

Bo mam wrażenie, że Bóg najczęściej nie mówi przez hałas.

Nie przekrzykuje świata.

On przychodzi bardzo cicho.

Tak cicho, że można Go usłyszeć tylko wtedy, gdy w sercu zrobi się trochę miejsca.

Coraz bardziej rozumiem, dlaczego Jezus tak często odchodził na miejsce pustynne.

Nie uciekał od ludzi.

Wracał do Ojca.

Dzisiaj czuję, że jestem gotowa.

Gotowa na to, żeby przeżyć taki czas.

Gotowa, żeby pobyć w ciszy.

Gotowa, żeby niczego nie zagłuszać i pozwolić Bogu mówić do mojego serca.

Bardzo chciałam pojechać na rekolekcje ignacjańskie, które pod koniec września odbędą się w New Jersey.

Niestety wiem, że w tym roku nie będzie to możliwe. Mam sześcioletniego synka, który właśnie zaczyna szkołę, i wiem, że teraz moje miejsce jest przy nim. Są etapy życia, których nie da się przeskoczyć.

Ale nie czuję z tego powodu żalu.

Czuję raczej pokój.

Bo wierzę, że jeśli to pragnienie zostało zasiane w moim sercu, to Pan Bóg sam pokaże odpowiedni moment.

Może w przyszłe wakacje.

Może za rok.

A może wtedy, kiedy najmniej będę się tego spodziewać.

A ponieważ ja w tym roku nie mogę z tego skorzystać, pomyślałam, że może ktoś z Was właśnie może.

Może Wasze dzieci są już dorosłe.

Może jesteście na takim etapie życia, że możecie na kilka dni zatrzymać się i pobyć sam na sam z Bogiem.

Dlatego dzielę się tą informacją.

Nie po to, żeby kogokolwiek namawiać.

Po prostu pomyślałam, że może dla kogoś będzie to odpowiedź na ciche pragnienie, które od dawna nosi w sercu.

A teraz jestem ciekawa Was.

Lubicie ciszę?

Potraficie usiąść bez telefonu, bez muzyki i po prostu… być?

Byliście kiedyś na rekolekcjach w milczeniu?

Chętnie przeczytam Wasze doświadczenia.

Bo może największy hałas wcale nie jest wokół nas.

Może największy hałas nosimy w sobie.

I właśnie dlatego tak trudno usłyszeć ten cichy, delikatny głos Boga. ❤️

Babciu… naprawdę musimy z tego wnuka zrobić geniusza?

Myślałam, że ten etap mamy już dawno za sobą.

Naprawdę.

Że po tylu latach, po tylu historiach, po tylu rozmowach w końcu zrozumieliśmy, że nie każde dziecko musi być wybitne, żeby było wartościowe.

A jednak nie.

Spotkałam się ostatnio w babskim gronie. Większość z nas to już mamy dorosłych dzieci, niektóre są już babciami. Rozmowa zeszła oczywiście na dzieci i wnuki.

I nagle słyszę:

– Moja wnusia ma cztery lata, ale ubrania kupujemy jej na siedem–osiem lat, bo jest taka duża.

Za chwilę kolejne zachwyty.

– Jest taka mądra. Recytuje wiersze. Pisze. Mówić zaczęła praktycznie, jak tylko się urodziła.

Siedzę, słucham, przytakuję…

Ale ile można?

Naprawdę zastanawiam się, po co to robimy.

Po co z przeciętnego, zdrowego, kochanego dziecka na siłę robić cud świata?

Przecież to niczego nie zmienia.

Owszem, zdarzają się dzieci wyjątkowo uzdolnione. Są czterolatki, które zadziwiają świat. Widziałam kiedyś chłopca recytującego “Pana Tadeusza”. Takie dzieci istnieją.

Tylko… ile ich jest?

Garstka .

Reszta to po prostu dzieci.

I to jest piękne.

Mam czwórkę dzieci. Wychowałam je. Wiem, jak wygląda rozwój dziecka. Wiem też, ile maluch uczy się w przedszkolu i szkole. Piosenki, rymowanki, modlitwy jasne. Dzieci chłoną to jak gąbka.

Ale kiedy słyszę, że czterolatek już pisze, recytuje wszystko z pamięci, a ubrania nosi jak ośmiolatek… to włącza mi się zdrowy rozsądek.

Powiedziałam tylko:

– Mój sześciolatek nosi ubrania odpowiednie do swojego wieku. Czasem kupię większy rozmiar, bo zależy od marki, ale kiedy przymierzyłam kurtkę na dziesięciolatka, wszystko na nim  wisiało. Ramiona opadały, rękawy za długie. To po prostu nie wyglądało dobrze.

I wiecie co?

Obraziła się.

A ja nie rozumiem dlaczego.

Bo czy powiedzenie prawdy jest dziś czymś niewłaściwym?

Coraz częściej mam wrażenie, że nie umiemy już powiedzieć:

Moje wnuki są zwyczajne.

Moje dzieci rozwijają się normalnie.

Jakby zwyczajność była czymś gorszym.

Jakby każde dziecko musiało być ponadprzeciętne.

Najmądrzejsze.

Najwyższe.

Najszybsze.

Najbardziej uzdolnione.

A przecież większość dzieci jest po prostu… normalna.

Mam czasem wrażenie, że takie przechwałki nie służą dzieciom. Bardziej służą dorosłym.

Podbudowują ego.

Tworzą dziwną atmosferę rywalizacji.

Jedna opowiada o swoim wnuku, druga musi przebić historię jeszcze bardziej, a trzecia dorzuca kolejną niezwykłą opowieść.

I tak zamiast zwykłej rozmowy zaczyna się konkurs.

Tylko po co?

Naprawdę nie wystarczy powiedzieć:

Mam cudownego wnuka. Jest zdrowy, uśmiechnięty i bardzo go kocham.

Dla mnie to brzmi o wiele piękniej niż lista nadzwyczajnych osiągnięć, które czasem mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.

A może się mylę?

Może Wy też spotykacie się z takim babcinym zachwytem ponad miarę?

Jestem bardzo ciekawa, czy tylko ja odnoszę wrażenie, że wciąż próbujemy udowodnić światu, że nasze dzieci i wnuki są wyjątkowe… zamiast po prostu cieszyć się tym, że są nasze.

Nie umiem milczeć. A Ty?

Codziennie wychodzimy z Tymkiem do parku.

To już nasza mała codzienna rutyna. Nasz czas. Nasze miejsce.

Każdego dnia idziemy tą samą drogą. Lubię ten park, bo wydaje mi się bezpieczny. Wieczorem jest zamykany. Jest czysto. Nie walają się igły, potłuczone szkło ani inne rzeczy, które mogłyby zrobić krzywdę dzieciom.

Dlatego to, co wydarzyło się tamtego dnia, poruszyło mnie tak bardzo.

Dwóch rosłych nastolatków usiadło przy stoliku i zaczęło palić skręty.

W New York taki widok chyba już nikogo nie dziwi.

Ale w parku?

W miejscu, gdzie biegają małe dzieci?

Gdzie spacerują kobiety w ciąży?

Gdzie rodzice przyszli odpocząć z rodziną?

Naprawdę?

Spojrzałam na męża.

– Przeszkadza mi to.

Spojrzał na mnie i powiedział:

– Tylko mi się tu zaraz nie odpal. Nic nie mów. Widzisz, żeby ktoś reagował? Przeszkadza to komuś? Nie. Więc ty też siedź cicho. Rozumiesz?

Och…

Jak on mnie dobrze zna.

Bo we mnie już się gotowało.

Rozglądam się dookoła.

Pełno ludzi.

Rodzice.

Dzieci.

Maluchy na hulajnogach.

Kobieta z wózkiem.

A mój syn bawi się zaledwie kilka metrów od dwóch chłopaków wypuszczających dym z marihuany.

Nie wytrzymałam.

Ja już chyba taka jestem.

Kiedy coś kłóci się z moim sumieniem, nie potrafię udawać, że tego nie widzę.

Nie zwracałam już uwagi na męża. Widziałam, że był zły, ale wiedziałam też, że kierował nim strach o mnie.

Podeszłam.

– Wiecie, że w tym parku nie wolno palić? Jest tabliczka przy wejściu. Widzieliście ją?

Jeden z nich spojrzał na mnie.

Uśmiechnął się drwiąco.

I zaciągnął się jeszcze mocniej.

Odwróciłam się i wróciłam.

A mąż tylko pokręcił głową.

– A nie mówiłem? Po co się odzywałaś? Co, jeśli miałby nóż? Co, jeśli zrobiłby ci krzywdę?

I wiecie co?

Na sekundę zamilkłam.

Bo nie jestem ze stali.

Ja też się boję.

Mam dla kogo żyć.

Mam cudownego męża.

Mam czwórkę dzieci, które każdego dnia czekają, aż wrócę do domu.

To nie jest tak, że niczego się nie boję.

Po prostu są chwile, kiedy moje sumienie krzyczy głośniej niż strach.

I wtedy człowiek musi zdecydować, którego głosu posłucha.

Pojawia się we mnie pytanie…

Co jeśli nikt nigdy nic nie powie?

Co jeśli wszyscy będziemy tylko odwracać wzrok?

Co jeśli każde łamanie zasad zaczniemy tłumaczyć tym, że lepiej się nie wychylać ?

Kiedyś zastanawiało mnie, jak to możliwe, że ludzie potrafią patrzeć na zło i nie reagować.

Dzisiaj już wiem.

Strach potrafi zamknąć usta.

I nie potępiam nikogo, kto wybiera bezpieczeństwo.

Naprawdę to rozumiem.

Ale jednocześnie zastanawiam się…

Kiedy przyzwyczailiśmy się do tego, że przy dzieciach można palić marihuanę?

Kiedy uznaliśmy, że to normalne?

Kiedy zaczęliśmy mówić:

Daj spokój.

Nie wtrącaj się.

To nie twoja sprawa.

A przecież to była także moja sprawa.

Bo tam bawił się mój syn.

Nie palę.

Nie chcę, żeby moje dziecko wdychało cudzy dym tylko dlatego, że komuś nie chce się odejść kilka metrów dalej.

Nie chodzi o to, że ten chłopak mnie posłuchał.

Nie posłuchał.

Nie chodzi nawet o to, że coś się zmieniło.

Pewnie nie.

Dla mnie ważne było coś innego.

Że usłyszał, iż nie wszyscy się na to godzą.

Że są jeszcze ludzie, którzy potrafią powiedzieć:

To nie jest w porządku.

Nie walczę z ludźmi.

Walczę o wartości.

O prawo dzieci do bezpiecznej przestrzeni.

O szacunek dla wspólnego miejsca.

O zwykłą przyzwoitość.

Czy zawsze warto reagować?

Nie wiem.

Czy zawsze jest to bezpieczne?

Na pewno nie.

I być może następnym razem rozsądniej będzie zgłosić sprawę pracownikom parku albo odpowiednim służbom, zamiast samemu zwracać uwagę.

Bo odwaga nie polega na tym, żeby za wszelką cenę narażać własne życie.

Odwaga to także umiejętność mądrego reagowania.

Ale wiem jedno.

Nie chcę wychować syna na człowieka, który będzie myślał, że zło trzeba omijać szerokim łukiem i udawać, że go nie ma.

Chcę, żeby wiedział, że można powiedzieć:

Nie zgadzam się.

Nawet jeśli świat patrzy w drugą stronę.

A Ty?

Jak zachowałbyś się w takiej sytuacji?

Zwróciłbyś uwagę?

Zgłosiłbyś sprawę pracownikom parku albo zadzwonił po odpowiednie służby?

A może uznałbyś, że lepiej odejść i nie ryzykować?

Nie pytam po to, żeby kogokolwiek oceniać.

Naprawdę jestem ciekawa, gdzie dziś przebiega granica między odwagą a rozsądkiem.