Jest jedna rzecz, z której przed wyjazdem nigdy nie zrezygnuję.
Kawa.
Nieważne, czy jedziemy pół godziny, dwie godziny czy pół dnia. Zawsze przygotowuję ją w domu. Lubię mój ekspres, moje ulubione ziarna i przede wszystkim… mój kubek.
No ale…
Jest jeszcze mój szanowny mąż. 😂
I on stanowczo twierdzi, że mojego codziennego kubka do samochodu zabierać nie wolno.
– Rozleje się.
– Przewróci się.
– To niepraktyczne.
Argumentów ma całkiem sporo.
Więc za każdym razem słyszę:
– Przelej do kubka turystycznego.
A ja tego kubka turystycznego… po prostu nie znoszę.
Nie wiem, jak to jest, ale kawa smakuje w nim zupełnie inaczej. Niby ta sama. Z tego samego ekspresu. Te same ziarna. A jednak czegoś jej brakuje.
Mimo wszystko przelewam.
Bo kawa zawsze woła mocniej niż moje marudzenie. 😂
Kiedy już ruszamy w drogę, odkręcam wieczko i delektuję się tym pierwszym momentem.
Uwielbiam zapach świeżo zaparzonej kawy.
Uwielbiam patrzeć, jak unosi się z niej para.
Uwielbiam ten pierwszy łyk.
To taki mały rytuał, bez którego podróż po prostu nie jest taka sama.
Oczywiście po chwili częstuję męża.
I tu zaczyna się kolejny rozdział naszej małżeńskiej historii.
On bierze kubek i mówi:
– Zakręć wieczko.
Bo inaczej się nie napije.
Ja najchętniej zostawiłabym je otwarte, żeby czuć ten zapach i patrzeć na kawę. On koniecznie chce mieć wszystko szczelnie zamknięte.
Dwie osoby.
Jeden kubek.
Ta sama kawa.
A jednak zupełnie inne przyzwyczajenia.
I wiecie co?
Chyba właśnie za to lubię takie wyjazdy. Bo nawet zwykła kawa potrafi pokazać, jak bardzo się od siebie różnimy.
Ja muszę czuć jej aromat, patrzeć na unoszącą się parę i pić powoli, delektując się każdą chwilą.
Mój mąż woli wygodę. Zakręcone wieczko i spokój.
I chyba oboje mamy rację.
Więc zakręcam.
Niech pije tak, jak lubi.
A po chwili znowu odkręcam i wracam do swojego rytuału. 😂
Czasem myślę, że szczęście nie kryje się w wielkich rzeczach.
Ono siedzi właśnie w takich drobiazgach.
W jednej kawie wypitej razem podczas podróży.
W krótkiej rozmowie.
W śmiechu, kiedy jedno mówi: „otwórz”, a drugie: „zakręć”.
I nagle okazuje się, że zwykła droga staje się kolejnym wspólnym wspomnieniem.
A jak jest u Was?
Przygotowujecie kawę w domu czy kupujecie ją po drodze? Macie swoje ulubione kubki? Każdy pije swoją czy dzielicie się jedną? Wolicie mocną czarną, a może latte z syropem orzechowym albo waniliowym?
Jestem bardzo ciekawa Waszych kawowych rytuałów, bo mam wrażenie, że za każdą filiżanką kawy kryje się jakaś mała historia. ☕
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.