Myślałam, że ten etap mamy już dawno za sobą.

Naprawdę.

Że po tylu latach, po tylu historiach, po tylu rozmowach w końcu zrozumieliśmy, że nie każde dziecko musi być wybitne, żeby było wartościowe.

A jednak nie.

Spotkałam się ostatnio w babskim gronie. Większość z nas to już mamy dorosłych dzieci, niektóre są już babciami. Rozmowa zeszła oczywiście na dzieci i wnuki.

I nagle słyszę:

– Moja wnusia ma cztery lata, ale ubrania kupujemy jej na siedem–osiem lat, bo jest taka duża.

Za chwilę kolejne zachwyty.

– Jest taka mądra. Recytuje wiersze. Pisze. Mówić zaczęła praktycznie, jak tylko się urodziła.

Siedzę, słucham, przytakuję…

Ale ile można?

Naprawdę zastanawiam się, po co to robimy.

Po co z przeciętnego, zdrowego, kochanego dziecka na siłę robić cud świata?

Przecież to niczego nie zmienia.

Owszem, zdarzają się dzieci wyjątkowo uzdolnione. Są czterolatki, które zadziwiają świat. Widziałam kiedyś chłopca recytującego “Pana Tadeusza”. Takie dzieci istnieją.

Tylko… ile ich jest?

Garstka .

Reszta to po prostu dzieci.

I to jest piękne.

Mam czwórkę dzieci. Wychowałam je. Wiem, jak wygląda rozwój dziecka. Wiem też, ile maluch uczy się w przedszkolu i szkole. Piosenki, rymowanki, modlitwy jasne. Dzieci chłoną to jak gąbka.

Ale kiedy słyszę, że czterolatek już pisze, recytuje wszystko z pamięci, a ubrania nosi jak ośmiolatek… to włącza mi się zdrowy rozsądek.

Powiedziałam tylko:

– Mój sześciolatek nosi ubrania odpowiednie do swojego wieku. Czasem kupię większy rozmiar, bo zależy od marki, ale kiedy przymierzyłam kurtkę na dziesięciolatka, wszystko na nim  wisiało. Ramiona opadały, rękawy za długie. To po prostu nie wyglądało dobrze.

I wiecie co?

Obraziła się.

A ja nie rozumiem dlaczego.

Bo czy powiedzenie prawdy jest dziś czymś niewłaściwym?

Coraz częściej mam wrażenie, że nie umiemy już powiedzieć:

Moje wnuki są zwyczajne.

Moje dzieci rozwijają się normalnie.

Jakby zwyczajność była czymś gorszym.

Jakby każde dziecko musiało być ponadprzeciętne.

Najmądrzejsze.

Najwyższe.

Najszybsze.

Najbardziej uzdolnione.

A przecież większość dzieci jest po prostu… normalna.

Mam czasem wrażenie, że takie przechwałki nie służą dzieciom. Bardziej służą dorosłym.

Podbudowują ego.

Tworzą dziwną atmosferę rywalizacji.

Jedna opowiada o swoim wnuku, druga musi przebić historię jeszcze bardziej, a trzecia dorzuca kolejną niezwykłą opowieść.

I tak zamiast zwykłej rozmowy zaczyna się konkurs.

Tylko po co?

Naprawdę nie wystarczy powiedzieć:

Mam cudownego wnuka. Jest zdrowy, uśmiechnięty i bardzo go kocham.

Dla mnie to brzmi o wiele piękniej niż lista nadzwyczajnych osiągnięć, które czasem mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.

A może się mylę?

Może Wy też spotykacie się z takim babcinym zachwytem ponad miarę?

Jestem bardzo ciekawa, czy tylko ja odnoszę wrażenie, że wciąż próbujemy udowodnić światu, że nasze dzieci i wnuki są wyjątkowe… zamiast po prostu cieszyć się tym, że są nasze.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź