To była druga konferencja podczas Forum Charyzmatycznego w Amerykańskiej Częstochowie.

Po pierwszej zostało we mnie pytanie:

– Panie Jezu, czy my naprawdę się znamy?

Druga konferencja postawiła kolejne:

– Kto ma pożytek z tego, że ja wierzę?

Bo wiara nie jest czymś, co mam zatrzymać tylko dla siebie. Najpierw Bóg przychodzi do mnie, daje mi życie, miłość, przebaczenie i swoją obecność. Ale później chce przeze mnie dotrzeć do drugiego człowieka.

Najpierw od Boga do mnie.

Później przeze mnie do ludzi.

Ojciec Marcin przywołał fragment Ewangelii dotyczący prawa lewiratu. To jeden z tych tekstów, które dla współczesnego człowieka mogą być trudne do zrozumienia.

Prawo mówiło, że jeżeli mężczyzna umarł bezdzietnie, jego brat powinien poślubić wdowę i wzbudzić potomstwo zmarłemu. Chodziło o to, aby imię i ród zmarłego nie zaginęły.

Święty Grzegorz Wielki odczytywał ten fragment duchowo.

Bratem, który umarł, jest Jezus Chrystus.

Wdową po Nim jest Kościół.

Kościół staje przed każdym z nas i prosi:

– Wzbudź potomstwo swojemu Bratu. Zrób coś, aby śmierć Jezusa nie pozostała bezowocna. Pomóż, aby rodziły się nowe dzieci Boga.

To bardzo mocny obraz.

Kościół przychodzi do mnie i mówi:

– Jesteś potrzebna.

Nie dlatego, że ktoś nie radzi sobie z organizacją spotkania. Nie dlatego, że brakuje rąk do pracy.

Jezus mnie potrzebuje.

Potrzebuje mojego głosu, czasu, obecności, świadectwa i gotowości do wyjścia do drugiego człowieka.

Mogę jednak spojrzeć na Kościół i powiedzieć:

– Ta kobieta mi się nie podoba.

Bo Kościół bywa poraniony, grzeszny, niedoskonały i po ludzku nieatrakcyjny. Łatwo wyliczać jego słabości, błędy, skandale i zaniedbania. Można stać z daleka, krytykować i mówić, że nie chce się mieć z nim nic wspólnego.

A można również zobaczyć, że mimo wszystkich ran Bóg nadal dokonuje w nim pięknych rzeczy.

Kościół wciąż rodzi ludzi do życia wiecznego.

I nadal pyta każdego z nas:

– Czy pomożesz mi przekazywać życie?

W Liście do Hebrajczyków Kościół został nazwany zgromadzeniem pierworodnych.

Zwykle w rodzinie pierworodny jest jeden. To najstarsze dziecko, które w czasach biblijnych otrzymywało szczególne dziedzictwo. Miało przywileje, ale również ogromną odpowiedzialność.

A w Kościele wszyscy jesteśmy pierworodni.

Każdy jest dla Boga najważniejszy.

Każdy otrzymuje dziedzictwo.

I każdy jest odpowiedzialny za przekazanie go dalej.

Nie można więc powiedzieć:

– Ewangelizacja jest zadaniem księży.

– Od tego są liderzy.

– Niech głoszą ci, którzy umieją mówić.

– Ja się do tego nie nadaję.

Każdy ma udział w życiu Kościoła.

Każdy ma też pewną władzę.

Nie chodzi wyłącznie o władzę biskupa, księdza, przełożonego czy lidera. Matka ma władzę w domu. Ojciec ma władzę. Starsze rodzeństwo ma wpływ na młodsze. Człowiek opiekujący się chorym ma władzę podać mu wodę, lekarstwo i być przy nim albo odejść.

Mam władzę przebaczyć drugiemu człowiekowi albo odmówić mu przebaczenia.

Mam władzę podnieść kogoś słowem albo go zranić.

Mam władzę otworzyć drzwi albo je zamknąć.

Nie ma ludzi pozbawionych wpływu.

Pytanie brzmi tylko:

– Czy używam tego wpływu tak, jak używał go Jezus?

Podczas konferencji padło bardzo konkretne zdanie:po co istnieje kościół ?

Kościół istnieje po to, aby ewangelizować.

Nie istnieje dla samego siebie.

Nie istnieje po to, aby troszczyć się wyłącznie o własne struktury, przepisy, zwyczaje, dekoracje, spotkania i dobre samopoczucie ludzi znajdujących się już w środku.

Kościół istnieje dla świata.

Istnieje po to, aby wychodzić z Ewangelią do ludzi, którzy bez Chrystusa tracą życie.

Oczywiście wszystko w Kościele może być potrzebne. Liturgia, katecheza, prawo, organizacja, tradycja i troska o piękno mają swoje miejsce.

Ale nie mogą stać się celem samym w sobie.

Możemy godzinami zastanawiać się, jak powinien wyglądać ołtarz, ile ma stać świec, jaką koronkę powinien mieć strój liturgiczny i czy wszystko zostało wykonane zgodnie z zasadami.

A obok nas ktoś może umierać duchowo.

Papież Franciszek porównywał Kościół do szpitala polowego.

W szpitalu polowym nie zaczyna się od poprawiania drobiazgów. Najpierw zatrzymuje się krwotok i ratuje życie.

I chyba właśnie tego czasem nam brakuje.

Zajmujemy się sobą, a ludzie czekają, aż ktoś pokaże im Jezusa.

Paweł VI pisał o przeszkodach w ewangelizacji.

Możemy oczywiście powiedzieć, że świat jest dziś nieprzychylny chrześcijaństwu. Że kultura odchodzi od Boga. Że ludzie nie chcą słuchać Kościoła, a media pokazują go często w negatywnym świetle.

To wszystko może być prawdą.

Jednak najpoważniejsza przeszkoda nie zawsze znajduje się na zewnątrz.

Często mieszka we mnie.

Paweł VI nazywał ją przeszkodą domową.

To brak gorliwości.

Brak nadziei.

Brak radości u tych, którzy głoszą Ewangelię.

Jak mam przekonać drugiego człowieka, że Jezus żyje, jeżeli wyglądam tak, jakby właśnie zawalił mi się cały świat?

Jak mam mówić o Dobrej Nowinie, jeżeli na mojej twarzy nie ma ani odrobiny radości?

Jak ktoś ma uwierzyć, że spotkanie z Bogiem daje wolność i życie, jeżeli widzi we mnie tylko napięcie, strach, osądzanie i zmęczenie?

Nie chodzi o sztuczny uśmiech.

Nie chodzi o udawanie, że nie ma problemów.

Radość chrześcijańska nie polega na tym, że wszystko zawsze jest dobrze.

Polega na tym, że nawet w cierpieniu wiem, do Kogo należę.

Największym problemem ewangelizacji może więc nie być wrogi świat.

Największym problemem mogę być ja, kiedy zabraknie mi odwagi, nadziei i prawdziwej relacji z Jezusem.

Jezus dotknął trędowatego.

Prawo zabraniało dotykania osób chorych na trąd. Człowiek, który to robił, sam stawał się rytualnie nieczysty i mógł wnieść nieczystość do wspólnoty.

Jezus jednak wyciągnął rękę.

Dotknął.

Nie bał się, że się pobrudzi.

I to jest obraz Kościoła, który wychodzi do świata.

My czasem boimy się ludzi innych od nas. Boimy się ich historii, wyborów, poglądów, sposobu życia i pytań.

Wolimy zamknąć się we własnym, bezpiecznym środowisku.

Tam znamy język.

Tam wszyscy wiedzą, kiedy wstać, kiedy uklęknąć i jak się modlić.

Tam jest bezpiecznie.

Tylko czy Jezus posłał nas wyłącznie do tych, którzy już są blisko?

Papież Franciszek mówił, że woli Kościół, który się pobrudzi, poobija i pomyli dlatego, że wyszedł na ulicę, niż Kościół chory z powodu zamknięcia i skupienia na sobie.

Można siedzieć w pięknej, czystej celi, nikogo nie spotykać, nie ryzykować i nie popełniać błędów.

Tylko można też niczego dobrego nie zrobić.

Nie wolno powstrzymywać się od dobra ze strachu przed złem.

Bardzo mocny był obraz Piotra nad jeziorem.

Całą noc pracował i niczego nie złowił.

Był zmęczony, rozczarowany i prawdopodobnie nie miał już ochoty podejmować kolejnej próby.

A Jezus powiedział:

– Rzuć sieci.

Piotr miał wykonać prosty gest.

Miał rzucić.

Nie on jednak decydował, ile ryb znajdzie się w sieci.

To bardzo uwalniające.

Moim zadaniem jest rzucić sieć.

Mam powiedzieć dobre słowo.

Napisać wiadomość.

Zaprosić kogoś do wspólnoty.

Opowiedzieć o tym, co Bóg zrobił w moim życiu.

Zadzwonić do osoby, o której nagle pomyślałam.

Usiąść obok kogoś samotnego.

Nie ja decyduję, jaki będzie skutek.

Nie ja nawracam człowieka.

Nie ja zmieniam jego serce.

To robi Bóg.

Ale jeżeli nie rzucę sieci, nie będzie czego napełnić.

Ziarno rośnie swoją mocą, ale najpierw ktoś musi wrzucić je w ziemię.

Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ale ktoś musi je wypowiedzieć.

Bóg dodaje nowych ludzi do wspólnoty, ale potrzebuje człowieka, który otworzy usta i drzwi.

W Dziejach Apostolskich Duch Święty powiedział do Filipa:

– Wstań i idź.

Użyte tam słowo można rozumieć również jako:

– Powstań.

– Zmartwychwstań.

– Wyjdź z grobu.

Mówiąc dzisiejszym językiem:

– Rusz się z kanapy.

Filip miał iść w południe na pustą drogę.

Po ludzku nie miało to żadnego sensu. W środku dnia panował upał. Nikt rozsądny nie wybierał się wtedy w drogę.

Filip mógł powiedzieć:

– Duchu Święty, chyba nie znasz tutejszych warunków.

– Nikogo tam nie będzie.

– To zły moment.

A jednak poszedł.

I spotkał człowieka z Etiopii, eunucha.

W dawnym prawie eunuch nie mógł należeć do zgromadzenia Pana. Nie mógł być kapłanem. Był człowiekiem stojącym na zewnątrz, pozbawionym możliwości, by w pełni uczestniczyć w życiu wspólnoty.

A właśnie on został jednym z pierwszych pogan przyjmujących chrzest.

Dostał w Kościele wszystko to, na co według starego prawa nigdy nie mógł liczyć.

Został włączony do ludu Bożego.

Przez chrzest otrzymał udział w królewskim kapłaństwie Chrystusa.

Człowiek uznawany wcześniej za bezowocnego został włączony w życie Boga.

A wszystko zaczęło się od tego, że Filip wstał i poszedł na drogę, która wydawała się pusta.

Ile razy Duch Święty mówi do mnie:

– Napisz.

– Zadzwoń.

– Podejdź.

– Zapytaj.

– Zaproś.

A ja odpowiadam:

– Nie teraz.

– Nie mam czasu.

– To chyba bez sensu.

– Co sobie o mnie pomyśli?

Może na tej pozornie pustej drodze czeka człowiek, do którego Bóg chce dotrzeć właśnie przeze mnie.

W Dziejach Apostolskich pojawia się piękne słowo oznaczające sklejenie się.

Duch Święty prowadzi ludzi do siebie i skleja ich w jedną wspólnotę.

Filip miał zbliżyć się do eunucha.

Piotr miał wejść do domu Korneliusza.

A Korneliusz był rzymskim oficerem. Członkiem armii okupującej żydowską ziemię. Dla Piotra był obcym, poganinem, a nawet wrogiem.

To chyba jeden z ostatnich ludzi, z którymi pobożny Żyd chciałby się skleić.

A Bóg powiedział Piotrowi:

– Nie nazywaj nieczystym tego, co Ja oczyściłem.

I kazał mu wejść do domu Korneliusza.

Piotr nie rozumiał, po co tam idzie.

Pierwsze pytanie, jakie zadał, brzmiało właściwie:

– Dlaczego mnie wezwaliście?

Korneliusz też nie znał całego planu.

Duch Święty po prostu zderzył ze sobą dwóch ludzi, którzy według ówczesnych podziałów nigdy nie powinni się spotkać.

Dopiero po latach Piotr zrozumiał, jak ogromne znaczenie miało to wydarzenie. Spotkanie w domu Korneliusza stało się jednym z najważniejszych argumentów podczas Soboru Jerozolimskiego, gdy Kościół decydował, czy poganie mogą zostać włączeni do wspólnoty bez przyjmowania wszystkich żydowskich zwyczajów.

Piotr poszedł, choć nie rozumiał.

Sens zobaczył później.

Może dziś Duch Święty prosi mnie o coś, czego znaczenia nie pojmę przez długi czas.

Może za kilka lat dopiero zrozumiem, dlaczego miałam spotkać konkretną osobę, wykonać telefon albo wejść w daną sytuację.

Posłuszeństwo nie zawsze oznacza, że wszystko rozumiem.

Czasem oznacza po prostu, że wstaję i idę.

Kościół nie jest źródłem życia.

Źródłem jest Bóg.

Kościół jest Matką, która to życie przekazuje.

Duch Święty nie jest własnością Kościoła. Nie możemy Nim dysponować, jakby należał do nas.

Nie możemy mówić:

– Przyjdźcie do nas, a my damy wam łaskę.

Łaska jest Boga.

Życie jest Boga.

Kościół jedynie pośredniczy w jego przekazywaniu.

To leczy z pychy.

Nie ja jestem źródłem.

Nie ja zbawiam.

Nie ja decyduję, kto zasługuje na spotkanie z Bogiem.

Mogę jedynie przyjąć życie od Ojca i przekazać je dalej.

A im mniej tego życia przekazujemy, tym bardziej zaczynamy koncentrować się na strukturach, przepisach, regulaminach, zwyczajach i bezpieczeństwie.

Gdy brakuje życia, zostaje administracja.

A Kościół nie jest przede wszystkim urzędem.

Jest Matką.

Ojciec Marcin przywołał postać świętego Tytusa Brandsmy, karmelity, profesora i dziennikarza, który sprzeciwiał się ideologii nazistowskiej.

Został aresztowany i zamordowany w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pielęgniarka, która podała mu śmiertelny zastrzyk, zapamiętała jego twarz pełną współczucia.

Ten człowiek pytał:

Dlaczego w czasach wielkiego rozwoju tak wielu ludzi oddala się od Boga?

Czy jest to tylko ich wina?

A może również my powinniśmy zrobić coś, aby prawdziwy obraz Boga ponownie zajaśniał przed światem?

To pytanie bardzo boli.

Może niektórzy ludzie nie odrzucają prawdziwego Boga.

Może odrzucają Jego karykaturę, którą im pokazaliśmy.

Boga przedstawionego jako surowego kontrolera.

Boga, który tylko wymaga.

Boga, który obserwuje każdy błąd i czeka, aby ukarać.

Boga, do którego prowadzi się człowieka siłą, mówiąc:

– Musisz chodzić do kościoła.

– Musisz się modlić.

– Musisz wierzyć.

A Jezus mówił:

– Jeśli chcesz.

O sobie powiedział, że musi cierpieć.

Człowieka jednak zapraszał.

Nie zmuszał.

Może ktoś mówi:

– Nie wierzę w takiego Boga.

A ja powinnam odpowiedzieć:

– I bardzo dobrze, bo takiego Boga rzeczywiście nie ma.

Prawdziwym obliczem Boga jest bezbronne Dziecko.

Baranek.

Jezus klęczący przed uczniami i myjący im nogi.

Bóg, który nie broni siebie, tylko oddaje życie za człowieka.

Jakiego Boga pokazuję innym swoim życiem?

Święty Paweł pisał:

„Jak piękne są stopy tych, którzy zwiastują dobrą nowinę”.

Nie napisał, że piękna ma być twarz głoszącego.

Nie chodzi o to, aby ludzie zachwycili się mną.

Piękne mają być stopy.

Dlaczego?

Bo mam chodzić drogami, o których mówię.

Jeżeli moje usta głoszą miłość, a moje nogi prowadzą mnie do osądzania, słowa stają się fałszywe.

Jeżeli mówię o przebaczeniu, ale nie chcę przebaczyć najbliższym, moje świadectwo traci moc.

Jeżeli głoszę ubóstwo, a żyję wyłącznie dla pieniędzy, ludzie widzą sprzeczność.

Jeżeli opowiadam o radości Ewangelii, a wszędzie wnoszę zniechęcenie i zgorzknienie, nikt nie uwierzy moim słowom.

Najlepszą odpowiedzią na ateizm nie jest więc kolejna kłótnia.

Jest nią autentycznie przeżywana wiara.

Moje życie i moje słowa muszą iść w tym samym kierunku.

Mam być świadkiem, a nie tylko człowiekiem powtarzającym teorie.

Pod koniec konferencji padły słowa, które mogą zaskakiwać.

Nie jest najgorzej, kiedy ludzie atakują Kościół.

Gorzej, kiedy staje się im całkowicie obojętny.

Kiedy coś boli, oznacza to, że miejsce wciąż żyje.

Brak bólu może oznaczać martwotę.

Może więc gniew niektórych ludzi wobec Kościoła jest dramatycznym wołaniem:

– Dlaczego nie jesteście tymi, za których się podajecie?

– Dlaczego nie widać w was mocy, o której mówicie?

– Dlaczego bardziej celebrujecie samych siebie niż Eucharystię?

– Dlaczego głosicie ubóstwo, a zależy wam na pieniądzach?

– Dlaczego mówicie o miłości, a ludzie czują się przez was odrzuceni?

To nie zawsze jest tylko atak.

Czasem jest to wołanie:

– Pokażcie nam prawdziwego Boga.

Oczywiście wielu wierzących obrywa za błędy innych. Ci, którzy idą, często ponoszą konsekwencje czynów tych, którzy pozostali w miejscu.

Ale Jezus również cierpiał za wszystkich.

Może więc nie powinniśmy najbardziej bać się gniewu.

Powinniśmy bać się obojętności.

Najgorzej byłoby, gdyby nasza obecność nikogo już ani nie grzała, ani nie ziębiła.

Gdyby nie wywoływała żadnego pytania.

Gdyby nie wskazywała na Boga.

Kto ma pożytek z mojej wiary?

To pytanie zostało ze mną po tej konferencji.

Kto ma pożytek z tego, że chodzę do kościoła?

Kto ma pożytek z tego, że należę do wspólnoty?

Kto ma pożytek z mojej modlitwy, wiedzy i doświadczenia Boga?

Czy ktoś dzięki mnie poczuł się kochany?

Czy komuś łatwiej było uwierzyć, że Bóg jest dobry?

Czy moje słowa dodały komuś odwagi?

Czy otworzyłam drzwi przed człowiekiem, którego inni uznali za obcego?

Czy rzuciłam sieć?

Czy wyszłam na pustą drogę?

Czy skleiłam się z kimś, z kim po ludzku nie miałam ochoty mieć nic wspólnego?

Nie muszę wiedzieć, ile ryb znajdzie się w sieci.

Nie muszę rozumieć, dlaczego Duch Święty posyła mnie właśnie tam.

Nie muszę znać całego planu.

Mam wstać.

Rzucić sieć.

Powiedzieć słowo.

Otworzyć drzwi.

Bóg zrobi resztę.

Bo Kościół nie istnieje dla siebie.

Kościół istnieje po to, aby przekazywać życie.

A skoro ja jestem częścią Kościoła, to również jestem posłana.

Najpierw od Boga do mnie.

A później przeze mnie do drugiego człowieka.

Pytanie brzmi:

Czy ruszę się z kanapy?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź