To była pierwsza konferencja podczas Forum Charyzmatycznego w Amerykańskiej Częstochowie.

Ojciec Marcin Ciechanowski powiedział, że przez wiele lat myślał, iż jako kapłan jest powołany do ludzi. I dopiero po pewnym czasie odkrył, że to jest tylko część prawdy.

Nie jesteśmy powołani wyłącznie do ludzi.

Jesteśmy powołani od Boga do ludzi.

Najpierw Bóg przychodzi do mnie. Najpierw ja mam przyjąć od Niego życie, miłość, przebaczenie i bliskość. Dopiero później mogę nieść je drugiemu człowiekowi.

Bo jak mam dać komuś coś, czego sama nie posiadam?

Matka, która karmi dziecko, najpierw sama musi się odżywić. Inaczej nie będzie miała czym go nakarmić. Podobnie jest z wiarą. Nie wystarczy mówić o Bogu, służyć w Kościele, śpiewać, grać, przygotowywać kanapki, prowadzić wspólnotę, sprzątać, rozdawać śpiewniki czy organizować spotkania.

Najpierw sama muszę być blisko Boga.

Dopiero później mogę próbować prowadzić do Niego innych.

Słowo „anioł” oznacza posłańca.

Każdy z nas staje się więc w pewnym sensie aniołem wtedy, gdy jest posłany od Boga do drugiego człowieka. Nie po to, aby zasłaniać Boga sobą, lecz żeby Go ukazywać.

A przecież można robić wiele dobrych rzeczy, a jednocześnie Boga zasłaniać.

Można tak bardzo skupić się na swojej posłudze, działalności, osiągnięciach i obowiązkach, że gdzieś po drodze zgubi się Tego, dla którego to wszystko miało być robione.

Można być cały czas dla ludzi, ale nie mieć już czasu na Boga.

Wtedy nawet dobra misja może stać się pułapką. Ci, którym chciałam pomagać, mogą zacząć mnie pochłaniać. Mogę uzależnić swoją wartość od ich opinii, wdzięczności albo uznania.

Dlatego najpierw musi być od Boga.

Dopiero potem do ludzi.

Zwykle, gdy pytamy o powołanie Maryi, odpowiadamy od razu:

– Była Matką Jezusa.

I oczywiście to prawda. Jednak zanim Maryja została Matką Boga, była Jego córką.

Jej najgłębszą tożsamością było bycie umiłowanym dzieckiem Boga. Macierzyństwo było misją, poprzez którą tę tożsamość wypełniała.

I dokładnie tak samo jest z nami.

Mogę być matką, żoną, pracownikiem, liderem wspólnoty, kapłanem, muzykiem czy wolontariuszem. Wszystkie te role są ważne. Ale żadna z nich nie jest moją najgłębszą tożsamością.

Najpierw jestem dzieckiem Boga.

Nie pracownikiem Królestwa Niebieskiego.

Nie osobą zatrudnioną w Niebiesko Kingdom Company, która podpisała umowę, odrobiła swoją zmianę, wykonała zadania i czeka na wypłatę.

Dzieckiem.

Relacja z Bogiem nie ma być firmowa ani urzędowa. Nie chodzi o podpisanie kontraktu i odhaczenie wszystkich obowiązków.

Najpierw mam wiedzieć, kim jestem dla Niego.

Dopiero potem mogę pytać:

– Boże, co mogę dla Ciebie zrobić?

Ojciec Marcin przywołał bardzo trudny fragment Ewangelii.

Ludzie stają przed Jezusem i mówią:

– Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoje imię. Wyrzucaliśmy złe duchy. Czyniliśmy cuda.

A Jezus odpowiada:

– Nie znam was.

To są straszne słowa.

Przecież oni robili wielkie rzeczy. Być może większe niż większość z nas zrobi przez całe życie. Mogli być kapłanami, liderami wspólnot, ewangelizatorami albo bardzo aktywnymi chrześcijanami.

Mogli przyjść przed Boga z całym archiwum swoich dokonań.

– Panie, zobacz, ile konferencji przeprowadziłem.

– Ile pieśni zaśpiewałam.

– Ile modlitw poprowadziłem.

– Ile kanapek zrobiłam na Forum.

– Ile kościołów wybudowałem.

– Ile razy pomagałam innym.

A Jezus mógłby zapytać:

– Dobrze, ale czy my się znamy?

I to pytanie wali po łbie.

Czy ja znam Boga?

Nie tylko wiem, że istnieje. Nie tylko chodzę do kościoła, modlę się, słucham konferencji i należę do wspólnoty.

Czy ja z Nim rozmawiam?

Czy spędzam z Nim czas?

Czy moja modlitwa jest spotkaniem przyjaciół, czy tylko kolejnym obowiązkiem?

Czy modlę się z miłości, czy ze strachu, przyzwyczajenia albo poczucia winy?

Można całe życie pracować w Kościele jak w firmie, odrabiać swoje zadania i ani razu nie wejść do gabinetu Szefa.

Można mówić o Bogu, a nie żyć z Bogiem.

Najważniejsze rzeczy w życiu duchowym są niewidoczne.

Łatwo nauczyć się poprawnych gestów. Można wiedzieć, kiedy wstać, kiedy uklęknąć, jak trzymać ręce, jak przeczytać czytanie, jak zaśpiewać psalm albo jak pięknie poprowadzić modlitwę.

Ludzie widzą to, co jest na zewnątrz.

Nie widzą jednak, co dzieje się w sercu.

Nie wiedzą, czy osoba czytająca Słowo Boże wcześniej przeczytała je samej sobie.

Nie wiedzą, czy kapłan stojący przy ołtarzu naprawdę spotyka się z Bogiem, czy tylko poprawnie czyta tekst z mszału.

Można mieć najlepszą i najdroższą gitarę, idealnie nastrojoną, ale jeśli ktoś nie umie na niej grać, dźwięki i tak będą fałszywe.

Podobnie jest ze Słowem Bożym.

Jeśli mówię je do innych, ale nie pozwalam mu wcześniej dotknąć siebie, moje słowa zaczynają brzmieć fałszywie.

Było tylko ode mnie do ludzi.

Zabrakło od Boga do mnie.

Jezus opowiadał o dwóch domach. Jeden został zbudowany na skale, drugi na piasku.

Być może z zewnątrz wyglądały identycznie. Miały podobne ściany, okna, drzwi, dach, a może nawet takie same firanki.

Przyszła jednak burza.

Na oba domy spadł ten sam deszcz. Uderzył ten sam wiatr.

Jeden dom przetrwał, a drugi runął.

Co je różniło?

Fundament.

A czym jest fundament?

To coś, czego nie widać.

Nikt nie widzi mojej osobistej relacji z Bogiem. Nikt nie widzi czasu, który spędzam z Nim w ciszy, kiedy nie mogę liczyć ani na pochwałę, ani na uznanie.

Nikt nie wie, jak wygląda moja modlitwa wtedy, gdy nic niezwykłego się nie dzieje. Gdy nie ma wzruszeń, łez, pięknej muzyki ani poczucia Bożej obecności.

A właśnie to niewidzialne spotkanie podtrzymuje cały dom.

Kiedy przychodzi życiowa burza, nie utrzymują nas ozdoby, piękne słowa ani religijne emocje.

Utrzymuje nas fundament.

Jeśli moja modlitwa jest szybka, sypka jak piasek, powierzchowna i rozproszona, mogę nie wytrzymać zawieruchy.

Jeśli jednak uczę się trwać przy Bogu, nawet gdy Go nie czuję i nie rozumiem, wtedy fundamentem staje się skała.

Bardzo mocno wybrzmiała również historia Mędrców ze Wschodu.

Nie wiemy, ilu ich dokładnie było. Biblia nie podaje ich liczby. Wiemy natomiast, że byli poganami i przebyli ogromną drogę, aby zobaczyć Jezusa.

A w Jerozolimie znajdowali się ludzie, którzy znali Pismo, proroctwa i wiedzieli dokładnie, gdzie ma narodzić się Mesjasz.

Do Betlejem mieli zaledwie kilka kilometrów.

Mędrcy przeszli setki, a może tysiące kilometrów.

Uczeni w Piśmie nie przeszli nawet sześciu.

Wskazali innym drogę, lecz sami nią nie poszli.

Święty Augustyn porównał ich do kamieni przydrożnych. Kamień może wskazywać właściwy kierunek, ale sam pozostaje nieruchomy. Pokazuje innym, gdzie iść, lecz sam nigdy nie dociera do celu.

Jak mocny jest to obraz.

Mogę mówić innym, gdzie jest Bóg.

Mogę cytować Biblię, wyjaśniać Ewangelię, zapraszać na rekolekcje i opowiadać o modlitwie.

A jednocześnie sama mogę stać w miejscu.

Mogę pokazywać innym źródło życia, a sama umierać z pragnienia.

Mogę przyzwyczaić się do mówienia o Bogu i jednocześnie żyć bez Niego.

To chyba jedna z największych pułapek ludzi wierzących. Słucham konferencji o miłosierdziu i już wydaje mi się, że miłosierdzia doświadczyłam. Mówię o przebaczeniu i czuję się tak, jakbym naprawdę przebaczyła. Słucham o pokucie i już mam wrażenie, że pokutę odbyłam.

A przecież co innego mówić.

Co innego wiedzieć.

I jeszcze czymś innym jest naprawdę żyć.

Ojciec Marcin zwrócił uwagę na piękny sens słów z Dziejów Apostolskich.

Uczniowie nie tylko głosili dobrą nowinę o Jezusie.

Oni głosili Jezusem.

Dobrą Nowiną nie jest sama teoria, informacja ani wiedza religijna.

Dobrą Nowiną jest Osoba.

Jezus Chrystus.

Teologia może opowiadać o Bogu, ale nie jest Bogiem. Katechizm może pomóc Go poznać, ale nie zastąpi spotkania z Nim.

Człowiek może nauczyć się wszystkich odpowiedzi, zdać egzamin, poznać przykazania i prawdy wiary, a nadal nie mieć doświadczenia Boga ani Kościoła.

Można znać słowa, ale nigdy nie usłyszeć głosu.

A Jezus powiedział:

„Moje owce słuchają mojego głosu”.

Nie tylko treści.

Głosu.

Owce rozpoznają pasterza nie dlatego, że zrozumiały wszystkie jego zdania. Rozpoznają głos kogoś, komu ufają.

Tak samo jest w relacji z Bogiem.

Kiedy wiem, kto do mnie mówi, zaczynam ufać również temu, co mówi. Nawet jeśli nie wszystko rozumiem. Nawet gdy Jego słowa są wymagające.

Nie chodzi więc wyłącznie o wiedzę o Jezusie.

Chodzi o znajomość Jego głosu.

Wielu ludzi, którym próbujemy pomagać, wie o Jezusie bardzo dużo.

Ale czy z Nim rozmawiają?

Czy zadają Mu pytania?

Czy wiedzą, że mogą przyjść do Niego ze swoim lękiem, samotnością, grzechem i bezradnością?

Ludzie mają prawo domagać się od nas, abyśmy im Jezusa pokazali, a nie tylko o Nim opowiadali.

I tego nie zrobi sama książka.

Wiara przekazywana jest przez wspólnotę, relacje i świadectwo życia.

Nie oznacza to, że musimy czynić cuda, wygłaszać wielkie konferencje czy znać odpowiedzi na każde pytanie.

Może wystarczy, że ktoś zobaczy w nas pokój.

Miłość.

Cierpliwość.

Prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem.

Może właśnie wtedy stajemy się posłańcami. Aniołami, którzy nie zasłaniają Boga sobą, lecz pozwalają drugiemu człowiekowi Go dostrzec.

Ta konferencja wzbudziła we mnie pytanie:

– Panie Jezu, czy my naprawdę się znamy?

Nie pytam, czy robię wystarczająco dużo.

Nie pytam, czy jestem idealną chrześcijanką, matką, żoną albo członkiem wspólnoty.

Pytam o relację.

Czy mam czas, aby z Nim usiąść?

Czy umiem z Nim być bez wykonywania zadań?

Czy potrafię pobyć przy Nim wtedy, gdy niczego ode mnie nie oczekuje?

Czy moja wiara jest relacją dziecka z Ojcem, czy tylko listą obowiązków do wykonania?

Bo na końcu może się okazać, że Bóg nie zapyta mnie przede wszystkim, ile zrobiłam.

Może zapytać:

– Czy byłaś ze Mną?

I właśnie dlatego nie jestem powołana tylko do ludzi.

Jestem powołana od Boga do ludzi.

Najpierw mam pozwolić, aby On mnie kochał, karmił, przemieniał i prowadził. Dopiero wtedy mogę iść dalej.

Bo mogę dać tylko tyle, ile sama wcześniej od Niego przyjęłam.

A jak wygląda Twój niewidoczny fundament? Czy znajdujesz czas, żeby po prostu być z Bogiem?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź