Kiedy pisałam wczoraj o kwiatach, zdałam sobie sprawę, że nie da się mówić o wymarzonym ogrodzie, nie wspominając o drzewach.
Bo ja kocham drzewa.
Każde jest piękne na swój sposób, ale gdybym miała wybrać jedno, bez chwili wahania wskazałabym lipę.
Uwielbiam jej zapach. Wystarczy kilka ciepłych, letnich dni, żeby powietrze wypełniło się tym słodkim aromatem. To jeden z tych zapachów, które zatrzymują człowieka w miejscu i każą na chwilę zapomnieć o całym świecie.
Mój mąż śmieje się czasem, że drewno lipowe to prawdziwa „lipa”, bo do wielu rzeczy się nie nadaje. A ja patrzę na nią zupełnie inaczej.
Widzę potężne, stare drzewo z szeroką koroną. Gałęzie pochylające się niemal do samej ziemi. Chłodny cień w upalne popołudnie. Szum liści, który uspokaja bardziej niż niejedna melodia.
Lipy mają w sobie coś dostojnego. Nie spieszą się. Po prostu są. Rosną przez dziesiątki, a nawet setki lat i cierpliwie towarzyszą kolejnym pokoleniom.
Gdybym kiedyś miała swój dom, posadziłabym wokół niego właśnie lipy.
A zaraz obok nich jarzębinę.
Nie wiem dlaczego, ale odkąd mieszkam w Stanach , nigdzie nie spotkałam takiej prawdziwej polskiej jarzębiny. Te czerwone korale jesienią zawsze mnie zachwycały. Dla jednych to zwykłe owoce. Dla mnie to jedno z najpiękniejszych wspomnień dzieciństwa.
Posadziłabym też brzozę.
Choć właśnie na brzozę jestem uczulona.
To zabawne, prawda?
Mimo alergii kocham jej biały pień, delikatną korę i drobne listki, które przy najmniejszym podmuchu wiatru zaczynają tańczyć. Jest w niej lekkość i elegancja, której trudno szukać w innych drzewach.
No i jeszcze wierzba.
Ale wierzba jest mi bliska z zupełnie innego powodu.
Przy ganku domu mojej babci rosła ogromna, majestatyczna wierzba. Dla kogoś była pewnie po prostu starym drzewem. Dla nas, dzieci, była całym światem.
Razem z siostrą wdrapywałyśmy się na jej potężne konary i urządzałyśmy sobie tam nasze małe królestwo. Była tak wielka i rozłożysta, że spokojnie mogłyśmy na niej siedzieć obok siebie, a długie, zielone gałązki opadały wokół nas niczym zasłona. Kiedy schowałyśmy się wśród nich, z dołu prawie nie było nas widać.
Mogłyśmy przesiedzieć tam kilka godzin.
I nigdy się nie nudziłyśmy.
Nie było telefonów, tabletów ani tysiąca atrakcji. Było drzewo, dwie siostry, dziecięca wyobraźnia i poczucie, że tam, wysoko między gałęziami, mamy swoje własne miejsce na świecie.
Może właśnie dlatego do dziś, kiedy widzę dużą wierzbę z gałęziami pochylającymi się ku ziemi, coś ściska mnie za serce.
Nie widzę tylko drzewa.
Widzę ganek u babci.
Widzę nas dwie ukryte w zieleni.
I na chwilę znowu jestem tamtą małą dziewczynką, która potrafiła przez pół dnia siedzieć na drzewie i do szczęścia nie potrzebowała absolutnie niczego więcej.
Bo drzewa to przecież nasze dzieciństwo.
Ile z nas bawiło się na drzewach albo pod nimi?
Ile wdrapywało się na gałęzie, budowało swoje kryjówki i wymyślało światy, których dorośli nawet nie potrafili zobaczyć?
Liście były pieniążkami.
Korale jarzębiny zamieniały się w kulki lodów albo najważniejszy składnik zupy gotowanej z błota.
Patyki były łyżkami, kamienie skarbami, a kawałek ziemi pod drzewem potrafił być kuchnią, sklepem, domem i restauracją jednocześnie.
Boże… jakie my miałyśmy wtedy bogactwo!
I jakie to niesamowite, że dzisiaj wystarczy spojrzeć na stare drzewo, żeby nagle to wszystko wróciło.
Piszę tylko o lipie, wierzbie, brzozie czy jarzębinie, a moje wspomnienia zaczynają buzować. Jedno pociąga za sobą następne.
Nagle widzę siebie jako małą dziewczynkę.
Widzę siostrę.
Widzę dom babci.
Czuję pod palcami korę starej wierzby i pamiętam te wszystkie dziecięce zabawy, do których nie potrzebowałyśmy właściwie niczego.
Tylko kawałka podwórka.
Kilku drzew.
I wyobraźni.
Może dlatego tak bardzo kocham drzewa.
Bo kiedy dzisiaj na nie patrzę, widzę nie tylko ich korony, liście i kwiaty.
Widzę kawałek własnego dzieciństwa.
Ale skoro już urządzam w wyobraźni ten mój wymarzony ogród, to przecież nie może w nim zabraknąć magnolii.
Bo czym byłaby wiosna bez jej kwiatów?
Kiedy magnolia zakwita, trudno przejść obok niej obojętnie. Te ogromne kwiaty wyglądają jak delikatne kielichy przygotowane do picia nektaru. Całe drzewo obsypane wiosennym kwieciem cieszy oczy tak bardzo, że człowiek najchętniej zatrzymałby ten widok na dłużej.
Magnolia nie potrzebuje jeszcze nawet zielonych liści. Najpierw pokazuje światu swoje kwiaty, jakby chciała powiedzieć:
Wiosna naprawdę już przyszła.
I jeszcze pink dogwood.
Majestatyczne drzewko, które wiosną wygląda, jakby ktoś od góry do dołu obsypał je różowymi kwiatami. Dopiero później pojawiają się listki.
Uwielbiam na nie patrzeć.
Każde drzewko niby podobne do drugiego, a jednak każde inne. Jedno bardziej różowe, drugie delikatniejsze, jedno rozłożyste, inne smukłe. Kiedy kwitną, są po prostu przepiękne.
I chyba właśnie za to kocham drzewa.
Każde ma swój czas.
Magnolia i dogwood zachwycają wiosną.
Lipa oddaje nam swój zapach latem.
Jarzębina rozpala jesień czerwonymi koralami.
Brzoza szumi przy najmniejszym podmuchu wiatru.
A wierzba przypomina mi dzieciństwo.
Im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę ten mój wymarzony zakątek.
Niewielki drewniany dom.
Taras z kubkiem dobrej kawy.
Jezioro odbijające poranne słońce.
Ogród pełen kwiatów.
A wokół drzewa.
Lipy pachnące latem.
Brzozy szumiące na wietrze.
Jarzębiny rozpalające jesień czerwonymi owocami.
Magnolie i różowe dogwoody oznajmiające swoimi kwiatami, że przyszła wiosna.
I koniecznie wierzba.
Duża.
Rozłożysta.
Najlepiej gdzieś blisko wody.
Taka, pod której zielonymi gałęziami można się schować i choć przez chwilę przypomnieć sobie, jak to było, kiedy miało się kilka lat i cały świat mieścił się na jednym drzewie.
I może jeszcze mały zagajnik, do którego można wejść bez celu. Tylko po to, żeby posłuchać śpiewu ptaków i szumu liści.
Niedawno napisałam do koleżanki, że patrząc na zdjęcia jej miejsca nad wodą, trochę jej zazdroszczę. Tak pozytywnie.
Odpisała mi wtedy coś, co schowałam w swoim sercu . Napisała, że ona też przez wiele lat marzyła o takim miejscu i ogromnie cieszy się, że w końcu je ma.
A na końcu dodała jeszcze jedno zdanie:
„Wierzę, że i Tobie kiedyś uda się znaleźć swój własny spokojny zakątek.”
Serce podskoczyło mi z radości ,kiedy przeczytałam jej słowa , a może z marzeniami jest właśnie tak…?
Nie wszystkie spełniają się od razu.
Niektóre potrzebują wielu lat, cierpliwości i Bożego czasu.
Ale jeśli są dobre i nosimy je w sercu, może warto ich nie porzucać.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że człowiek nie potrzebuje do szczęścia wielkich rzeczy.
Potrzebuje miejsca, w którym może odetchnąć.
Miejsca, gdzie zamiast odgłosu samochodów słychać wiatr, zamiast wszechobecnego betonu są drzewa, a zamiast pośpiechu jest zwykła cisza.
Nie wiem, czy kiedyś uda mi się spełnić to marzenie.
Czy będzie mi dane kupić działkę nad jeziorem, zbudować mały dom i stworzyć ogród pełen kwiatów oraz drzew.
Ale marzenia są po to, żeby je nosić w sercu.
A kto wie…
Może Pan Bóg już dziś uśmiecha się pod nosem i myśli:
„Poczekaj jeszcze trochę. Mam dla ciebie miejsce piękniejsze, niż potrafisz sobie wyobrazić.”
No proszę…
Wystarczyło zacząć pisać o drzewach, a ja znowu odpłynęłam w marzenia.
A może nie tylko w marzenia.
Trochę również we wspomnienia.
Chyba taki właśnie jest ten mój wolny czas.
Pozwala zatrzymać się na chwilę i odkryć nie tylko to, za czym tęskni moje serce, ale również przypomnieć sobie rzeczy, o których wydawało mi się, że dawno zapomniałam.
A Wy?
Czy jest takie drzewo, które kochacie najbardziej?
A może drzewa też przypominają Wam dzieciństwo?
Wspinaliście się na nie? Budowaliście kryjówki? Gotowaliście zupy z błota, w których liście były pieniążkami, a czerwone korale jarzębiny zamieniały się w kulki lodów?
Ciekawa jestem, jakie wspomnienia obudzą się w Was, kiedy zaczniecie o tym myśleć.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.