Zastanawiacie się czasem, jak bardzo zmienia się nasze podejście do życia? Jak inaczej smakuje ono, kiedy mamy dwadzieścia lat, a jak wtedy, kiedy stuknie nam czterdziestka i jeszcze trochę?
Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że ja naprawdę się zmieniłam. I to nie tylko w kwestii marzeń, upodobań czy sposobu spędzania wolnego czasu. Zmieniło się również moje podejście do ludzi, problemów i sytuacji, które kiedyś doprowadziłyby mnie do eksplozji!
A uwierzcie mi, potencjał wybuchowy mam całkiem niezły!
W obliczu tego, co ostatnio dzieje się wokół mnie, dawna ja zapewne urządziłaby taką rewolucję, że huk byłoby słychać na drugim końcu NY! I jeszcze słownictwo miałabym tak bogate, że niejeden słownik języka polskiego mógłby się ode mnie czegoś nauczyć!
A dziś? Dziś coraz częściej zastanawiam się, czy w ogóle warto odpalać ten cały arsenał.
I chyba właśnie to jest jedna z największych zmian, jakie w sobie dostrzegam.
Słucham czasem moich dzieci, przyglądam się ich pomysłom, planom, marzeniom i śmieję się pod nosem.
Dżizas! Czy ja też taka byłam?!
No pewnie, że byłam! I to jeszcze jaka!
Mając dwadzieścia lat, marzyłam o skoku na bungee, ekstremalnych przygodach, podróżach autostopem po Polsce. Koncerty, Woodstock, spontaniczne wypady, poznawanie ludzi, życie na pełnej petardzie!
Bożesz ty mój, ile ja miałam wtedy frajdy! Ile energii, odwagi i pomysłów, przy których dziś pewnie sama złapałabym się za głowę!
A teraz?
Teraz, moi drodzy, ja cenię sobie święty spokój!
Podróże? Oczywiście! Ale najlepiej samolotem albo samochodem, bez noclegów na dworcu i zastanawiania się, czy następny kierowca zabierze mnie sto kilometrów dalej.
I pomyśleć, że kiedyś sama jeździłam stopem, a dziś na samą myśl, że moje dzieci mogłyby wpaść na taki pomysł, dostaję gęsiej skórki!
Hipokryzja? A skądże! Doświadczenie życiowe! 😂
Co nie znaczy, że zrobiła się ze mnie jakaś potulna owieczka. O nie, kochani!
Nadal uwielbiam drapieżne fryzury, odważne kolory, mocny makijaż, nietypowe ubrania i dodatki. Lubię się wyróżniać, czasem zaszaleć. Tyle że dziś wolę mieć szaleństwo na głowie niż skakać z mostu na gumowej linie!
Patrzę na moje dzieci i widzę, jak bardzo chcą próbować życia. Mają swoje pomysły, marzenia, plany. Czasem tak odjechane, że zastanawiam się, po kim one to mają.
Po ojcu? No przecież nie! 😂
Nie zawsze zgadzam się z ich pomysłami. Bywa, że dochodzi u nas do takich wyładowań elektrycznych, że elektrownia mogłaby na tym zarobić! Ale pozwalam im próbować, szukać i podejmować własne decyzje.
Bo przecież ja też kiedyś chciałam żyć po swojemu. I żyłam!
Zmieniło się również moje podejście do codzienności.
Kiedyś wszędzie musiałam być, wszystko zobaczyć, wszystkiego spróbować. Im głośniej, im więcej się działo, tym lepiej!
Dziś potrafię cieszyć się zwyczajnym popołudniem, dobrą książką, rozmową, porządnym kuflem kawy i ciszą.
Tak, ciszą!
Ja i cisza! Kto by pomyślał?!
Nawet książki czytam inaczej. Kiedyś je połykałam, mieszkałam w nich, nie potrafiłam się oderwać. Naczynia w zlewie mogły poczekać, śmieci również!
Dziś częściej zatrzymuję się nad jakimś zdaniem, wracam do myśli, zastanawiam się nad tym, co przeczytałam. Chociaż nie oszukujmy się, obowiązki domowe nadal potrafią brutalnie przerwać najlepszą literacką przygodę.
Wydaje mi się nawet, że z wiekiem zrobiłam się spokojniejsza.
Chociaż mój szanowny małżon ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Według niego nadal jestem dynamitem, którego wystarczy lekko dotknąć, żeby wszystko wyleciało w powietrze!
No cóż. Każdy ma prawo do własnej opinii. Nawet jeśli jest ona kompletnie błędna! 😂
Ale tak poważnie.
Coraz wyraźniej widzę, że dojrzałość nie polega na tym, żeby człowiekowi wszystkiego się odechciało. Chodzi raczej o to, żeby wiedzieć, na co warto poświęcać swoją energię.
Kiedyś chciałam wszystkim wszystko wytłumaczyć, udowodnić swoje racje, odpowiedzieć na każde głupie słowo. Dziś coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie każda zaczepka zasługuje na odpowiedź, nie każdy konflikt na mój udział i nie każdy człowiek na mój czas.
Nie oznacza to, że nie mam własnego zdania. Mam! I to jakie! Nadal potrafię powiedzieć, co myślę, i postawić na swoim. Tyle że zaczynam rozumieć, iż nie muszę urządzać trzęsienia ziemi za każdym razem, kiedy ktoś nadepnie mi na odcisk.
Chociaż, nie ukrywam, czasami korci mnie niemiłosiernie!
Kiedyś wydawało mi się, że życie trzeba brać garściami, najlepiej obiema naraz, żeby przypadkiem niczego nie przegapić. Dziś wiem, że nie wszystko, co głośne, jest ciekawe, nie wszystko, co szalone, daje radość i nie każda bitwa jest warta stoczenia.
Czy żałuję tamtej dwudziestoletniej wariatki?
Ani trochę!
To dzięki niej mam dziś co wspominać, z czego się śmiać i przed czym ostrzegać własne dzieci. Chociaż one i tak wiedzą swoje. Zupełnie jak ja kiedyś!
I chyba na tym polega ta cała zmiana. Nie przestajemy być sobą. Nie tracimy marzeń, charakteru ani ochoty na życie. Po prostu z biegiem lat zaczynamy rozumieć, że nie wszystko trzeba przeżyć na pełnych obrotach, nie wszystkim trzeba coś udowadniać i nie na wszystko trzeba reagować.
A ten mój wewnętrzny dynamit?
Spokojnie! Nadal jest na swoim miejscu. Tylko dziś coraz częściej zastanawiam się, czy naprawdę warto odpalać lont.
Bo sztuką nie jest narobić huku. Sztuką jest wiedzieć, kiedy ten huk ma sens!
A jak jest u Was?
Czy z wiekiem też zmieniły się Wasze marzenia, potrzeby i podejście do życia? Czy nadal macie w sobie tego dwudziestoletniego wariata, który najchętniej spakowałby plecak i ruszył przed siebie?
Bo ja chyba nadal go mam. Tylko dziś przed wyjazdem sprawdziłabym pogodę, zarezerwowała hotel i upewniła się, że w pobliżu serwują porządną kawę!
A bungee? Niech skaczą młodzi! Ja sobie popatrzę. Z bezpiecznej odległości! 😂👊

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.