Ludzie świata! Widzieliście? Słyszeliście, co się dzieje z Księdzem z Osiedla ?!
Mnie to naprawdę porusza! I nie tylko ta jedna historia. Porusza mnie każda kolejna wiadomość o księdzu, który chciał zrobić coś dobrego, wyjść do ludzi, szczególnie do młodych, a potem nagle okazuje się, że komuś na górze zaczyna to przeszkadzać.
Bo jak to?! Ksiądz ma własne pomysły? Wychodzi poza schematy? Nie stoi grzecznie w szeregu i nie czeka, aż ktoś mu pozwoli ruszyć palcem?!
No to puf! Trzeba go ustawić do pionu!
I wiecie co? Rzygać mi się chce, kiedy czytam o kolejnych takich sytuacjach!
Bo ja się pytam, do cholery, o co w tym wszystkim chodzi?!
O Kościół? O ludzi? O ewangelizację? O młodzież, która coraz częściej nie chce mieć z Kościołem nic wspólnego? Czy może o to, żeby wszyscy grzecznie siedzieli na swoich stołkach, nie wychylali się i przypadkiem nie naruszyli świętego spokoju przełożonych?!
Co takiego chciał zrobić Ksiądz z Osiedla ?Wyjść do młodych! Być tam, gdzie oni są! W mediach społecznościowych, w ich świecie, w ich codzienności. Rozmawiać ich językiem, zainteresować, przyciągnąć, pokazać, że ksiądz to nie tylko człowiek stojący za amboną, ale ktoś, kto potrafi słuchać, rozumieć i być blisko.
I dla mnie to jest właśnie świetna inicjatywa!
Bo gdzie dziś siedzą młodzi ludzie? W internecie! W mediach społecznościowych! I właśnie tam trzeba do nich wychodzić, a nie czekać z założonymi rękami, aż któregoś pięknego dnia sami zapukają do drzwi kościoła.
Tylko że taki ksiądz zaczyna być niewygodny.
Bo ma pomysły. Bo ludzie go lubią. Bo potrafi zgromadzić wokół siebie młodzież. Bo nie mieści się w tych cholernych schematach, w których wszystko ma być poukładane, zatwierdzone i najlepiej jeszcze opieczętowane przez wyższą instancję!
Ilu już takich księży w ostatnim czasie zostało odsuniętych, przeniesionych albo zniechęconych do działania? Ilu?!
Niedawno czytałam również o księdzu, który znał swoich parafian z imienia, znał ich historie, ich problemy, ich codzienne zmagania. Nie traktował człowieka jak kolejnego portfela, z którego trzeba wyciągnąć pieniądze. I wokół niego też zrobiło się zamieszanie.
Bo mam coraz większe wrażenie, że w niektórych miejscach ksiądz ma być przede wszystkim dobrym ekonomistą!
Kasa, kasa i jeszcze raz kasa!
Składki, zbiórki, apele, remonty, kolejne potrzeby finansowe. Daj, daj, daj!
A gdzie w tym wszystkim jest człowiek?!
Gdzie rozmowa? Gdzie zainteresowanie? Gdzie zwykłe ludzkie jak sobie radzisz?,czy mogę ci jakoś pomóc? ,co u ciebie słychać?
Gdzie jest ten pasterz, który zna swoje owce, a nie tylko liczy, ile wrzucono na tacę?!
I żeby było jasne! Nie wrzucam wszystkich księży do jednego worka. Znam wspaniałych kapłanów, oddanych ludziom, pracujących z prawdziwego powołania. I właśnie dlatego tak mnie to wszystko wkurwia! Bo widzę, że można inaczej!
Można być księdzem, do którego człowiek przyjdzie nie tylko po sakrament, ale również po rozmowę. Można znać swoich parafian, można z nimi usiąść, wypić kawę, pośmiać się, posłuchać ich problemów. Można wyjść do młodzieży i pokazać jej, że Kościół nie jest muzeum, w którym trzeba chodzić na paluszkach!
Tylko trzeba chcieć!
A jeśli rzeczywiście ksiądz zaniedbuje swoje obowiązki, to od czego są przełożeni?! Od czego jest rozmowa?! Dlaczego nie można usiąść przy jednym stole i poszukać rozwiązania? Dlaczego nie wykorzystać jego talentu, jego zaangażowania, jego umiejętności docierania do ludzi?!
Nie znam wszystkich kulis tej konkretnej sprawy . Ale czytając te publiczne oświadczenia, widzę przede wszystkim ogromny problem z komunikacją. I to mnie przeraża.
Bo Kościół uczy nas miłości, dialogu, przebaczenia, wzajemnego szacunku. Pięknie! Tylko dlaczego tak często mam wrażenie, że najtrudniej zastosować te nauki we własnych szeregach?!
A potem będzie wielkie zdziwienie!
Dlaczego kościoły pustoszeją? Dlaczego młodzi odchodzą? Dlaczego ludzie tracą zaufanie do instytucji?
Bo ludzie nie są głupi!
Widzą, słyszą, obserwują. I coraz częściej mają dość.
Jeszcze trochę, a zostaniecie sami w tych swoich wielkich kościelnych molochach i będziecie się zastanawiać, kto ma za to wszystko zapłacić. Bo wierni nie będą przychodzić tylko dlatego, że ktoś im każe. Będą szukać miejsc, w których spotkają żywego Boga i drugiego człowieka, a nie tylko kolejne wezwanie do otwarcia portfela!
I wiecie, co boli mnie najbardziej?
Że Kościół ma tylu wspaniałych ludzi. Tylu księży z pasją, pomysłami, odwagą i prawdziwym powołaniem. Ludzi, którzy mogliby przyciągać młodych, odbudowywać zaufanie, pokazywać piękno wiary.
A zamiast pomagać im rozwijać skrzydła, czasem mam wrażenie, że najchętniej by im te skrzydła podcięto.
Bo za wysoko latają!
Bo za dużo chcą!
Bo nie stoją równo w szeregu!
Tylko że, do cholery, Jezus też nie siedział wygodnie na stołku i nie czekał, aż ludzie sami do Niego przyjdą! Wychodził do nich! Rozmawiał z nimi! Siadał z tymi, których inni omijali szerokim łukiem!
I właśnie takiego Kościoła chcę!
Kościoła, który wychodzi do ludzi, a nie tylko wyciąga do nich rękę po pieniądze.
Kościoła, w którym ksiądz jest przede wszystkim kapłanem i człowiekiem, a dopiero potem administratorem.
Kościoła, który nie boi się ludzi z pomysłami!
Bo jeśli będziemy uciszać tych, którzy potrafią dotrzeć do młodych, to kto nam za kilka lat zostanie w tych ławkach?!
I nie, nie odchodzę od wiary. Nie przestaję kochać Kościoła. Właśnie dlatego tak cholernie mnie boli to, co się w nim dzieje.
Bo moja wiara jest w Boga, a nie w stołki, stanowiska i kościelne układy!
I naprawdę chciałabym, żeby ci wszyscy, którzy podejmują decyzje zza biurek, przypomnieli sobie jedno.
Kościół to nie budynki, nie pieniądze i nie instytucjonalne przepychanki.
Kościół to LUDZIE!
A bez ludzi nawet największa i najpiękniejsza świątynia pozostanie tylko pustym budynkiem.
I wtedy możecie sobie liczyć tę kasę. Tylko ciekawe, kto wam ją przyniesie?! 👊

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.