Zastanawiam się czasem, jaką byłabym matką, gdyby przyszło mi żyć i wychowywać dzieci w latach 70. czy 80.

Jaka bym była? Czy byłabym taka jak dziś? Czy może bardziej strachliwa, zaszczuta, pełna niepokoju i frustracji? Czy bałabym się odezwać? Czy nauczyłabym się milczeć, nawet wtedy, kiedy wszystko we mnie krzyczałoby, że tak nie wolno?!

A gdybym do tego miała męża przemocowca? Takiego, który kilka razy w tygodniu urządzałby mi piekło na ziemi?

Co wtedy?!

Czy pozwoliłabym się tak pomiatać? Czy chodziłabym z posiniaczoną twarzą, rozciętymi ustami, obolałym ciałem i udawała, że nic się nie stało?

Czy tłumaczyłabym sobie, że przecież on jest dobrym człowiekiem, tylko czasem nerwy mu puszczają? Że wypił, że miał ciężki dzień, że go zdenerwowałam, że może następnym razem będzie inaczej?

A może jeszcze przepraszałabym za to, że dostałam?!

Matko kochana!

A dzieci?!

Gdzie w tym wszystkim byłyby moje dzieci?!

Czy patrzyłabym, jak kulą się ze strachu, kiedy ojciec wraca do domu? Jak nasłuchują kroków na klatce schodowej? Jak po odgłosie przekręcanego klucza w zamku próbują odgadnąć, jaki dziś będzie wieczór?

Czy nauczyłabym je rozpoznawać nastrój ojca po tonie głosu? Po sposobie, w jaki zamyka drzwi? Po tym, jak odkłada buty?

Czy moje dzieci musiałyby wiedzieć, kiedy wolno się śmiać, kiedy lepiej siedzieć cicho, a kiedy najlepiej w ogóle nie rzucać się w oczy?

Czy po kolejnej awanturze wstałabym rano, zrobiła śniadanie, wyszykowała dzieci do szkoły i zachowywała się tak, jakby poprzedniego wieczoru nic się nie wydarzyło?

Bo przecież rodzina musi być razem!

Bo dzieci potrzebują ojca!

Bo co ludzie powiedzą?!

Bo ślubowałam na dobre i na złe!

Tylko gdzie w tym wszystkim jest granica tego złego?!

Ile razy można dostać po twarzy, żeby w końcu powiedzieć DOŚĆ?!

Ile łez musi wylać dziecko, żeby dorosły zrozumiał, że ono też dostaje? Nawet jeśli nikt nie podniósł na nie ręki!

Bo przemoc to nie tylko siniaki. To również ten cholerny strach, który człowiek nosi w sobie latami. To ciągłe napięcie, nasłuchiwanie, obserwowanie. To dzieciństwo, w którym zamiast beztroski jest nieustanne zastanawianie się, czy dzisiaj będzie spokojnie.

I wiecie, co mnie najbardziej zastanawia?

Jaka musiała być kobieta żyjąca w tamtych czasach, żeby dać się tak zaszczuć? Jak bardzo musiała się bać? Jak bardzo musiała być samotna, bezradna, zależna od męża, od opinii innych, od tego przeklętego „co ludzie powiedzą”?

A może wcale nie była słaba? Może była tak cholernie silna, że każdego dnia wstawała i próbowała jakoś przeżyć kolejny dzień?

Tylko czy samo przetrwanie wystarczy, kiedy ma się dzieci?

Bo ja ciągle wracam do jednego pytania.

A CO Z DZIEĆMI?!

Czy naprawdę wystarczyło, że miały matkę i ojca pod jednym dachem? Nawet jeśli ten dach był miejscem, w którym codziennie mieszkał strach?

A potem przychodzi dorosłość.

Dzieci dorastają.

I nagle okazuje się, że te małe dzieci, które kiedyś siedziały cicho, bo bały się odezwać, mają już własny głos!

I zaczynają mówić!

Zaczynają zadawać pytania! Zaczynają rozumieć! Łączyć fakty! Przypominać sobie sytuacje, które przez lata próbowano zamieść pod dywan!

I w końcu mówią DOŚĆ!

Nie chcemy już żyć w tym zakłamaniu! Nie chcemy udawać, że mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo, skoro go nie mieliśmy!

I ja się pytam, co taka matka myślała przez te wszystkie lata?!

Że dzieci nigdy nie dorosną?!

Że nie będą pamiętały?!

Że nie zrozumieją, co działo się w ich własnym domu?!

Że będą ją kochały za to, że milczała, kłamała, udawała i zamiatała wszystko pod dywan?!

Że będą jej wdzięczne za dzieciństwo, w którym musiały dorosnąć, zanim zdążyły być dziećmi?!

Bo przecież ktoś musiał pocieszać matkę! Ktoś musiał wysłuchiwać jej płaczu, lamentów, narzekań! Ktoś musiał być silny, kiedy ona nie potrafiła!

I tym kimś było dziecko!

Dziecko, które zamiast bawić się, śmiać i cieszyć życiem, musiało być powiernikiem dorosłej kobiety!

Matką dla własnej matki!

Ludzie kochani! Czy wy w ogóle rozumiecie, jakie to jest chore?!

Dziecko nie jest od ratowania małżeństwa rodziców! Nie jest od pocieszania matki po kolejnej awanturze! Nie jest od dźwigania jej nieszczęścia!

Dziecko ma być dzieckiem!

Ma się śmiać! Bawić! Popełniać błędy! Mieć swoje małe problemy, a nie żyć problemami dorosłych!

A potem taka matka dziwi się, że dorosłe dzieci nie chcą z nią rozmawiać.

Że nie dzwonią.

Że nie odwiedzają.

Że nie chcą słuchać kolejnych żalów i pretensji.

Że stawiają granice!

A czego się spodziewała?!

Że dzieci będą ją kochały za wszystkie kłamstwa?! Że zapomną, ile razy musiały zaciskać zęby, żeby ona mogła dalej udawać, że wszystko jest w porządku?!

Że będą jej do końca życia wdzięczne za sam fakt, że je urodziła?!

Miłość dziecka nie jest dożywotnim abonamentem na znoszenie wszystkiego!

I nie! Nie chodzi o to, żeby teraz osądzać wszystkie matki tamtych czasów. Wiem, że wiele z nich nie miało dokąd pójść, nie miało pieniędzy, wsparcia, odwagi. Wiem, że żyły w innych realiach.

Próbuję to zrozumieć!

Ale czy zrozumienie oznacza, że mam usprawiedliwiać wszystko?!

Czy dlatego, że komuś było ciężko, jego dzieci mają całe życie płacić za jego wybory?!

A co, jeśli te dzieci już nie chcą?!

Jeśli mają dość?!

Jeśli po latach chcą po prostu żyć?!

Dziś jestem matką czwórki dzieci. I daleko mi do ideału! Potrafię się wściec, nakrzyczeć, zdenerwować. Czasem mam wszystkiego serdecznie dość! Jestem tylko człowiekiem.

Ale jednego nie chciałabym nigdy.

Żeby moje dzieci bały się wracać do własnego domu.

Żeby musiały odczytywać moje emocje z tonu głosu. Żeby zastanawiały się, czy dziś można ze mną porozmawiać, czy lepiej zejść mi z drogi.

Żeby dorastały w przekonaniu, że miłość oznacza cierpienie, poniżanie i milczenie.

I przede wszystkim nie chcę, żeby kiedykolwiek musiały być rodzicami dla mnie!

Nie chcę obarczać ich moimi żalami, frustracjami, nieprzepracowanymi historiami!

Nie chcę, żeby musiały mnie ratować!

Bo to ja jestem matką!

To ja mam być dla nich oparciem, a nie odwrotnie!

I wiecie co?

Właśnie odcięłam łodygi tego dzikiego bluszczu, który przez całe lata oplatał moje życie. Który wrastał coraz głębiej, dusił, odbierał spokój, a ja ciągle próbowałam go przycinać, zamiast wreszcie odciąć!

Mam dość!

Nie mogę już tak żyć! Nie chcę! Nie potrafię!

Mam dość tego brudu, który latami zamiatano pod dywan, a który dziś wylewa się spod niego ze zdwojoną siłą!

Mam dość nieprzepracowanych historii, niewypowiedzianych krzywd, pretensji, żalów i ciągłego rozdrapywania ran!

Mam dość tłumaczenia się z rzeczy, za które nie powinnam się tłumaczyć!

Dlaczego to ja mam ciągle wysłuchiwać lamentów, narzekań, pretensji i oskarżeń?! Dlaczego mam być tą, która rozumie, wybacza, przemilcza, zaciska zęby i udaje, że nic się nie stało?!

A kiedy wreszcie mówię: PRZESTAŃ! NIE CHCĘ TEGO SŁUCHAĆ! NIE RÓB MI TEGO WIĘCEJ!

To nagle ja jestem ta zła?!

I jeszcze moje własne dzieci mają być wciągane w tę chorą historię?! Mają mnie oceniać, osądzać, wysłuchiwać opowieści o tym, jaką to jestem złą córką, złą siostrą, a może jeszcze złą matką?!

Nie pozwolę na to!

Nie pozwolę, żeby historia zatoczyła koło!

Żeby moje dzieci stały się sędziami własnej matki w sprawach, które zaczęły się na długo przed ich narodzinami!

Żeby ktoś próbował budować z nimi relacje kosztem mojej godności!

Ile jeszcze można?!

Ile lat można żyć przeszłością, której nikt nie chce uczciwie przepracować?! Ile razy można wyciągać te same brudy, przedstawiać tylko wygodną dla siebie część historii i oczekiwać, że druga strona będzie siedziała cicho?!

Bo przecież rodzina!

Bo przecież matka!

Bo przecież trzeba szanować!

A GDZIE SZACUNEK DO MNIE?!

Gdzie moje uczucia?! Mój ból?! Moje wspomnienia?! Moje prawo do powiedzenia, że coś mnie krzywdzi?!

Czy naprawdę fakt, że jestem czyimś dzieckiem, oznacza, że do końca życia mam przyjmować wszystko z pokorą?!

Nie!

Ja też jestem człowiekiem! Jestem dorosłą kobietą! Jestem matką! Mam swoje życie, swoją rodzinę, swoje dzieci, które kocham nad życie!

I nie pozwolę, żeby historia, od której przez lata próbowałam się uwolnić, teraz wchodziła z buciorami w życie moich dzieci!

Nie chcę już udawać, że wszystko jest pięknie, kiedy nie jest!

Nie chcę kolejnych rozmów, po których zostaje mi tylko ból, roztrzęsione ręce i pytanie, dlaczego znowu dałam się w to wciągnąć.

Nie chcę kolejnych tłumaczeń, kolejnych pretensji, kolejnego udowadniania, że nie jestem wielbłądem!

Mam 47 lat. I naprawdę nie zamierzam reszty życia spędzić na rozliczaniu dzieciństwa, którego nie wybierałam!

Nie cofnę czasu. Nie zmienię tamtych lat. Nie sprawię, że nagle wszystko, co bolało, przestanie boleć.

Ale mogę zrobić jedno.

Mogę powiedzieć DOŚĆ!

I właśnie to robię.

Odcinam się. Stawiam granicę.

Nie z nienawiści. Nie z zemsty. Nie po to, żeby kogokolwiek ukarać.

Robię to dla siebie. Dla własnego spokoju. Dla tej małej dziewczynki, która kiedyś nie miała możliwości wyboru. I dla dorosłej kobiety, która dziś wreszcie ten wybór ma.

Jestem matką. Ale taką matką, która wie, co znaczy żyć! Która wie, jak boli strach, milczenie, zakłamanie i udawanie, że nic się nie stało!

I właśnie dlatego nie chcę przekazać tego dalej!

Nie wiem, jaką byłabym matką w latach 80.

Ale wiem, że dzisiaj nie chcę już być dzieckiem, które musi milczeć, żeby dorośli mogli spokojnie żyć ze swoją wersją wydarzeń.

Bo dzieci dorastają.

Zaczynają rozumieć.

I czasem odchodzą.

Nie dlatego, że nie potrafią kochać.

Ale dlatego, że wreszcie chcą nauczyć się żyć bez strachu.

Odcięłam ten bluszcz.

I nie zamierzam podlewać go własnymi łzami.

Niech wreszcie uschnie. Bo ja chcę żyć!


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz