Najpierw osądź, potem kochaj bliźniego!

Wczoraj pod jednym z moich wpisów pojawił się komentarz dotyczący człowieka, który kiedyś był kapłanem, ale odszedł z kapłaństwa.

I co?

Ano najwyraźniej wystarczyło! Już sam fakt odejścia okazał się wystarczającym powodem, żeby człowieka ocenić. Na dokładkę pojawił się cytat z Apokalipsy o tym, który nie jest ani zimny, ani gorący, i którego Bóg wypluje ze swoich ust.

No proszę!

Człowiek odszedł z kapłaństwa, a my już wiemy, co na ten temat myśli sam Pan Bóg!

Nie znamy jego historii. Nie wiemy, przez co przeszedł, z czym się zmagał, ile kosztowała go ta decyzja. Nie siedzieliśmy w jego sumieniu, ale wyrok już gotowy!

Jeszcze tylko pieczątkę z nieba przybić i sprawa zamknięta!

Komentarz usunęłam. Zdjęcie zachowałam. A od wczoraj chodzi mi po głowie jedno pytanie.

Skąd, do jasnej cholery, bierze się w nas ta pewność, że wiemy, kogo Pan Bóg kocha, kogo potępia, a kogo najchętniej wykreśliłby ze swojej księgi?!

Czy my przypadkiem nie pomyliliśmy wiary z własnym poczuciem nieomylności?!

Bo odnoszę wrażenie, że niektórym Pismo Święte przestało służyć do rachunku własnego sumienia, a zaczęło służyć za młotek do okładania cudzych!

I żeby było jasne! Nie chodzi o to, że nie wolno oceniać czynów. Wolno! Czasem nawet trzeba! Ale między oceną czyjegoś postępowania a przekreśleniem całego człowieka jest przepaść!

A teraz przenieśmy się na inne podwórko.

Polityka!

Czerwony czy niebieski? Republikanin czy demokrata? Na kogo głosowałeś?

Aha! Na tamtych?!

No to już wszystko o Tobie wiem!

Nie muszę pytać, jakim jesteś człowiekiem. Czy jesteś uczciwy, czy pomagasz innym, czy szanujesz ludzi. Wystarczy, że wiem, przy którym nazwisku postawiłeś krzyżyk!

Cóż za oszczędność czasu! Psychologowie, socjologowie i filozofowie mogą zamykać interesy. Mamy przecież gotową diagnozę charakteru na podstawie karty wyborczej!

Ludzie! Czy myśmy już kompletnie powariowali?!

A może warto czasem zapytać, dlaczego ktoś głosuje tak, a nie inaczej?

Może ma dwadzieścia kilka lat, pracuje, próbuje stanąć na własnych nogach, a wynajęcie mieszkania kosztuje majątek? Może widzi, jak rosną ceny, jak trudno zacząć samodzielne życie i jak marzenia o własnym kącie oddalają się z każdym kolejnym rachunkiem?

Może ma zwyczajnie dość i chce zmiany?!

I co?! Nie wolno mu?!

Ma! Do jasnej cholery, ma!

Bo demokracja nie polega na tym, że wszyscy mają głosować zgodnie z naszym widzimisię!

A my tymczasem urządziliśmy sobie z polityki jakiś absurdalny konkurs na moralną wyższość!

Nasz polityk skłamie? Każdemu się zdarza!

Nasz kogoś obrazi? Pewnie został sprowokowany!

Nasz zachowa się jak ostatni cham? Trzeba zrozumieć kontekst!

Ale niech tylko ktoś z przeciwnego obozu zrobi dokładnie to samo!

Ooooo! Wtedy nagle budzi się w nas sumienie, moralność, przyzwoitość i wszystkie dziesięć przykazań naraz!

Cudowne zjawisko!

Sumienie uruchamiane partyjnym pilotem!

To gdzie są te nasze zasady?! W sumieniu czy na legitymacji partyjnej?!

Bo dla mnie przyzwoitość nie ma koloru! Ani czerwonego, ani niebieskiego!

Może człowiek, którego właśnie wyzywasz od najgorszych, pomaga starszej sąsiadce? Może opiekuje się chorym rodzicem? Może jest uczciwym pracownikiem, dobrym ojcem i człowiekiem, na którego zawsze można liczyć?

Ale co tam!

Głosował inaczej!

Skreślić!

I wiecie, co jest najgorsze? Że to szaleństwo wchodzi już dosłownie wszędzie!

Wczoraj byłam u koleżanki, która prowadzi salon fryzjerski. Opowiada mi, że wystarczy, żeby dwoje klientów siedzących na różnych fotelach zaczęło rozmawiać o polityce, a już robi się gorąco!

Jeden rzuci nazwisko polityka, drugi ma odmienne zdanie i zaczyna się jazda!

Mało tego! Kobieta musi uważać nawet na to, jakie radio włącza! Bo wystarczy audycja polityczna, jedno niewygodne zdanie i atmosfera robi się taka, że nożyczki można by w powietrzu zawiesić!

Ludzie kochani!

Przecież oni przyszli do fryzjera, a nie na debatę parlamentarną!

Jeszcze trochę i fryzjerka przed strzyżeniem będzie musiała przeprowadzać wywiad polityczny!

Pani jest za tym czy za tamtym? Bo muszę wiedzieć, na którym fotelu panią posadzić, żeby przypadkiem nie doszło do międzynarodowego konfliktu przy farbowaniu odrostów!

Absurd?!

No właśnie! Tylko że ten absurd dzieje się naprawdę!

Czy naprawdę nie potrafimy już znieść tego, że ktoś obok ma inne zdanie?!

Przecież można się spierać, dyskutować, nie zgadzać, a potem usiąść przy jednym stole, wypić kawę i nadal traktować się z szacunkiem!

Tylko do tego potrzeba dojrzałości!

A tej, mam wrażenie, zaczyna nam dramatycznie brakować!

I tu wracam do tego, od czego zaczęłam.

Do wiary.

Bo najbardziej boli mnie to wszystko wtedy, kiedy widzę, jak ludzie deklarujący głęboką wiarę z zadziwiającą łatwością osądzają innych.

Można mieć usta pełne Boga, miłosierdzia, przebaczenia i miłości bliźniego, a jednocześnie nie zostawić w sercu nawet kawałka miejsca dla człowieka, który myśli inaczej!

Można codziennie chodzić do kościoła, znać Pismo Święte na pamięć, odmawiać różaniec, a potem jednym komentarzem potraktować drugiego człowieka tak, jakby był niewart nawet odrobiny szacunku!

I co?!

Wszystko się zgadza?!

Sumienie czyste, bo przecież broniliśmy wartości?!

A może warto wreszcie zapytać, czy bronimy Boga, czy własnego wyobrażenia o tym, jacy to my jesteśmy święci?!

Jezus potrafił mówić trudną prawdę, upominać, nazywać zło po imieniu. Ale potrafił też usiąść przy jednym stole z ludźmi, których inni już dawno skreślili!

A my?

My najchętniej najpierw sprawdzilibyśmy życiorys, poglądy polityczne, historię błędów i wszystkie decyzje życiowe, a dopiero później zastanowili się, czy człowiek zasługuje na nasze dzień dobry!

I jeszcze nazwalibyśmy to troską o wartości!

No gratuluję!

Tylko czy nie zapomnieliśmy przypadkiem o przykazaniu miłości bliźniego?!

Bo tam nie ma dopisku drobnym drukiem: Pod warunkiem że głosuje tak jak Ty, myśli tak jak Ty i podejmuje decyzje, które Tobie się podobają.

Nie ma!

I żebyśmy się dobrze zrozumieli! Miłość bliźniego nie oznacza, że mam pochwalać wszystko, co robi drugi człowiek. Zło trzeba nazywać złem!

Ale niezależnie od tego, kto je popełnia!

Bo moralność stosowana wybiórczo przestaje być zasadą, a zaczyna być narzędziem do usprawiedliwiania własnej hipokryzji!

Bronimy wolności słowa, ale tylko wtedy, kiedy ktoś mówi to, co chcemy usłyszeć!

Bronimy demokracji, ale nie możemy pogodzić się z tym, że ktoś zagłosował inaczej!

Bronimy miłości bliźniego, jednocześnie wykluczając ludzi, którzy nie pasują do naszego światopoglądu!

Bronimy wiary, zapominając o miłosierdziu!

I jeszcze jesteśmy z siebie dumni!

Jakież to wszystko pięknie absurdalne!

Nie wiem, co Bóg myśli o człowieku, który odszedł z kapłaństwa. Nie znam jego sumienia, jego cierpienia ani powodów podjętej decyzji.

Nie wiem też, co Bóg myśli o moich wyborach ani o Twoich.

I nie zamierzam udawać, że mam bezpośrednie połączenie z niebem i dostęp do listy ludzi zaakceptowanych oraz odrzuconych!

Wiem natomiast, że zanim zacznę rozliczać innych z ich sumienia, powinnam najpierw zajrzeć do własnego.

Bo cudze błędy zawsze jakoś łatwiej dostrzec.

A własne?

No cóż! Własne mają przecież okoliczności łagodzące!

I może największym problemem dzisiejszego świata nie jest wcale to, że ludzie mają różne poglądy.

Może problem zaczyna się wtedy, kiedy własne przekonania uznajemy za przepustkę do pogardzania drugim człowiekiem?!

Bo jeśli Twoja wiara nie pozwala Ci szanować człowieka, który wybrał inną drogę, a Twoje rozumienie demokracji nie toleruje człowieka, który zagłosował inaczej, to może warto się zastanowić, czego tak naprawdę bronisz?!

Wartości?

Czy własnego ego?!

I jeszcze jedno.

Zanim następnym razem ktoś postanowi w imieniu Pana Boga wydać wyrok na drugiego człowieka, niech się upewni, czy przypadkiem nie pomylił nieba z własnym podwórkiem!

Bo Pan Bóg naprawdę nie potrzebuje rzecznika prasowego do ogłaszania, kogo kocha, a kogo już skreślił!

A na koniec zostawię Was z pytaniem.

Czy my jeszcze potrafimy kochać bliźniego, który nie myśli tak jak my, czy już tylko tych, którzy potwierdzają nasze przekonania?!

Bo jeśli szanujemy wyłącznie ludzi, którzy się z nami zgadzają, to nie jest żadna wielka sztuka miłości bliźniego.

To zwykła miłość do własnego odbicia w cudzych oczach!

A od samego krzyczenia o wartościach jeszcze nikt nie stał się wartościowym człowiekiem!

Niedziela.

Wstaliśmy jak zwykle rano. Ja obudziłam się z bólem głowy, chociaż na noc wzięłam tabletki. Ech, życie. Młody też wstał razem z nami, więc zebrałam człowieka i poszliśmy do kościoła.

Mieliśmy dzisiaj iść na Paradę Pułaskiego.

No właśnie. Mieliśmy.

Ale nie idziemy.

Jakoś nie mam ochoty. Nie chce mi się ciągnąć z młodym pociągiem, potem stać i czekać, zanim nas wypuszczą, przejść się kawałek Piątą Aleją i znowu tłuc się do domu. Może gdyby moje koleżanki były na miejscu, to jeszcze bym się zmobilizowała, ale one na rekolekcjach, więc stwierdziłam: nie.

I wiecie co?

Świat się nie zawalił.

Czytaj dalej

Nowojorska codzienność, czyli… traffic nie tylko na ulicach

New York. Miasto, które podobno nigdy nie śpi. I chyba wiem dlaczego bo czasami stoi się w pociągu i czeka, aż naprawią sygnalizację. 

Dzisiaj klasyczna nowojorska codzienność. Patrzę, a tu jeden pociąg za drugim. Wagoniki ustawione grzecznie w kolejce, jeden za drugim.

Sygnalizacja nie pracuje jak trzeba, więc wszystko stoi. A w środku? Tłum ludzi. Ktoś jedzie do pracy, ktoś do szkoły, ktoś pewnie ma spotkanie za dziesięć minut, ktoś nerwowo zerka na zegarek, ktoś już dawno pogodził się z losem, a jeszcze inny klnie pod nosem i drepta z miejsca w miejsce. 

I ja też mam jechać.

Ale patrzę na to wszystko i mówię: nie, dziękuję. Ja sobie postoję tutaj.

Czytaj dalej