No i mamy kolejny odcinek życia w Ameryce. Kraju wielkich możliwości, spełnionych marzeń i nieograniczonych perspektyw. Tylko czasami mam wrażenie, że do tego całego American Dream powinni dołączać instrukcję obsługi. Najlepiej z ostrzeżeniem:
W razie choroby zażyć tabletkę, poprawić makijaż i nie zawracać nikomu dupy.
Wiktoria złapała COVID.
No cóż. Pracuje w przychodni lekarskiej, więc codziennie ma kontakt z taką ilością wirusów, bakterii i wszelkiego innego świństwa, że jej układ odpornościowy powinien dostawać dodatek za pracę w warunkach szczególnie niebezpiecznych.
Gorączka. Dreszcze. Ból całego ciała. Samopoczucie takie, że człowiek najchętniej zakopałby się pod kołdrą, wyłączył telefon i poprosił świat, żeby przez najbliższe trzy dni radził sobie bez niego.
A co robi moja córka?
SZYKUJE SIĘ DO PRACY!
Patrzę na nią i przez chwilę zastanawiam się, czy ja dobrze widzę.
Uniform naszykowany. Dziewczyna ledwo zipie, ale najwyraźniej zamierza udowodnić światu, że amerykański pracownik jest niezniszczalny.
Noż kurwa mać!
– Wiktoria, gdzie ty się wybierasz?!
– Mamo, do pracy.
– DO JAKIEJ PRACY?! PRZECIEŻ MASZ COVID!
– Ale nie ma ludzi do pracy…
Ahaaaaa!
No to teraz wszystko jasne!
Ludzi brakuje, więc wirus ma się dostosować do grafiku, gorączka powinna wykazać się odrobiną profesjonalizmu, a dreszcze najlepiej zostawić przed wejściem do przychodni.
AMERICAN DREAM, BABY!
Łyknij Advil, popij kawą, podeprzyj opadające powieki sztucznymi rzęsami, przyklej uśmiech do twarzy i GO TO WORK!
Bo przecież najważniejsze, żeby grafik się zgadzał!
I wtedy, moi drodzy, odpaliła mi się matka.
Nie taka spokojna, wyrozumiała, przemawiająca łagodnym tonem i tłumacząca dziecku, że zdrowie jest najważniejsze.
O NIE!
Odpaliła się matka w wersji alarmowej. Bez hamulców, bez dyplomacji i z poziomem decybeli, przy którym sąsiedzi mogli pomyśleć, że właśnie rozpoczęłam remont generalny.
– Wiktoria! STOP! Nigdzie nie idziesz!
– Mamo, ale menedżer…
– GÓWNO MNIE OBCHODZI TWÓJ MENEDŻER!
– Ale naprawdę nie ma kto pracować…
– A CO MNIE TO OBCHODZI?! TO TY UKŁADASZ GRAFIK?! TY ODPOWIADASZ ZA BRAKI KADROWE?!
I już się rozkręciłam.
– Dziewczyno! Ty zdajesz sobie sprawę, gdzie pracujesz?! Przecież do was przychodzą ludzie chorzy! Starsi! Z problemami z sercem! Po chorobach nowotworowych! Z obniżoną odpornością! Dla ciebie ten COVID może skończyć się na kilku dniach gorączki, ale dla kogoś innego może być naprawdę niebezpieczny! Chcesz kogoś zarazić?!
Cisza.
– A o sobie pomyślałaś?! Masz gorączkę, dreszcze, źle się czujesz i zamierzasz przepracować DWANAŚCIE GODZIN?! Po co?! Żeby udowodnić, że jesteś niezastąpiona?!
Bozszzzz!
Czasami naprawdę zastanawiam się, czy moje dzieci mają wbudowany jakiś specjalny filtr, który przepuszcza wszystko oprócz głosu matki.
Mówisz spokojnie – nie dociera.
Tłumaczysz logicznie – nie dociera.
Przedstawiasz argumenty – odbijają się jak groch od ściany.
Ale wystarczy, że matka podniesie głos, rzuci odpowiednio soczystą kurwą i nagle okazuje się, że komunikacja międzyludzka jednak działa!
CUD!
Wiktoria zdjęła uniform, wzięła Advil i grzecznie poszła się położyć.
A ja zostałam z podniesionym ciśnieniem i pytaniem, które od rana nie daje mi spokoju.
Kiedy myśmy doszli do momentu, w którym człowiek musi się tłumaczyć z tego, że jest chory?!
Że nie daje rady?!
Że potrzebuje odpocząć?!
Przecież choroba to nie jest urlop na Bahamach! Nikt sobie nie zamawia gorączki do porannej kawy, bo akurat ma ochotę poleżeć trzy dni w łóżku!
Ale żebyście mnie dobrze zrozumieli.
Ja wiem, dlaczego Wiktoria tak się przejmuje.
Ona ma swoje plany. Swoje marzenia. Swoją drogę, którą konsekwentnie próbuje iść.
Chce dostać się do medical school.
Pracuje, zbiera potrzebne godziny doświadczenia, których jeszcze trochę jej brakuje. Przed nią aplikacje, listy rekomendacyjne, o które będzie musiała poprosić, i cała ta amerykańska machina, przez którą trzeba przejść, żeby zbliżyć się do wymarzonego zawodu.
A to nie jest takie hop-siup.
Tutaj nie wystarczy powiedzieć: Chcę zostać lekarzem, bo kocham medycynę i chcę pomagać ludziom.
Tutaj trzeba jeszcze udowodnić to na siedemnaście sposobów, najlepiej z podpisem, pieczątką, rekomendacją i odpowiednią liczbą przepracowanych godzin.
I ona się stara.
Naprawdę się stara.
Nie chce nikogo zawieść. Nie chce podpaść. Nie chce stracić szansy, na którą ciężko pracuje.I pracuje w każdy weekend !
I ja to wszystko rozumiem.
Ale, do jasnej cholery, czy naprawdę mamy wychowywać młodych ludzi w przekonaniu, że ich wartość mierzy się tym, ile potrafią wytrzymać?!
Że dobry pracownik to taki, który przyjdzie nawet wtedy, kiedy ledwo stoi na nogach?!
Że ambicja oznacza ignorowanie własnego organizmu?!
A potem się dziwimy, że ludzie są przemęczeni, zestresowani i żyją w ciągłym poczuciu, że robią za mało.
Bo zawsze można więcej.
Jeszcze jedna zmiana.
Jeszcze kilka godzin.
Jeszcze trochę wysiłku.
Jeszcze tylko ten tydzień.
A potem następny.
I kolejny.
I tak człowiek goni za tym swoim amerykańskim snem, aż pewnego dnia orientuje się, że jest tak cholernie zmęczony, że nawet nie ma siły śnić!
I żeby była jasność, nie twierdzę, że wszyscy pracodawcy w Ameryce są tacy sami. Nie znam też wszystkich zasad obowiązujących w przychodni Wiktorii.
Ale sam fakt, że moja córka z gorączką i COVID-em bardziej przejmowała się brakiem ludzi do pracy niż własnym zdrowiem, daje mi do myślenia.
Bo coś tu jest nie tak.
I wiecie co jeszcze?
Ja naprawdę nie chcę wychować dzieci, które będą się bały powiedzieć nie.
Które będą przepraszały za to, że zachorowały.
Które będą stawiały oczekiwania innych ponad własnym zdrowiem, bo przecież tak trzeba.
Nie!
Chcę, żeby były odpowiedzialne, pracowite, ambitne i uczciwe.
Ale chcę też, żeby wiedziały, kiedy powiedzieć STOP.
Bo praca jest ważna.
Marzenia są ważne.
Kariera jest ważna.
Ale człowiek też jest ważny!
I żaden menedżer, żaden grafik ani żadna rekomendacja nie powinny odbierać nam zdrowego rozsądku.
A teraz przejdźmy do drugiej części naszego rodzinnego dramatu.
Bo COVID w naszym domu to nie jest zwykły wirus.
To jest imprezowicz!
Jak już wpadnie, to najchętniej zaprosiłby wszystkich domowników do wspólnej zabawy.
U nas choroby mają wyjątkowo rozwinięte poczucie rodzinnej solidarności.
Jeden zachoruje?
Reszta najwyraźniej nie chce, żeby czuł się samotny.
Najpierw jedno dziecko. Potem drugie. Następnie ktoś zaczyna kaszleć, ktoś inny smarkać, a ja chodzę po domu i nasłuchuję, kto właśnie kichnął.
– KTO TO BYŁ?!
Cisza.
– PYTAM, KTO KICHNĄŁ?!
Bo ja już znam ten scenariusz!
Cztery dzieci, mąż, ja i wirus, który najwyraźniej uważa nasz dom za doskonałe miejsce na rodzinne wakacje.
A najpiękniejsze jest to, że kiedy chorują dzieci, matka uruchamia cały oddział ratunkowy.
Herbatki. Termometry. Leki. Zupki. Kocyki. Przytulanie. Sprawdzanie temperatury.
Kiedy choruje mąż, nagle okazuje się, że temperatura 37,2 wymaga szczególnej troski i najlepiej osobistego nadzoru żony.
A kiedy choruje matka?
– Maaaaamoooo! Co jest na obiad?!
I to jest dopiero fenomen medyczny!
Matka może mieć gorączkę, dreszcze, zatkany nos i wyglądać jak siedem nieszczęść, ale jej zdolność do lokalizowania czystych skarpetek i przygotowywania posiłków pozostaje, zdaniem domowników, NIENARUSZONA!
Także trzymajcie za nas kciuki.
Za Wiktorię, żeby szybko wróciła do zdrowia i dalej mogła realizować swoje marzenia.
Za resztę rodziny, żebyśmy tym razem uniknęli efektu domina.
I za mnie, żebym nie musiała otwierać w salonie tymczasowej przychodni z całodobową obsługą i darmowym wyżywieniem.
A tak już zupełnie na poważnie…
Patrzę na moje dzieci i wiem, że życie jeszcze nieraz postawi je przed trudnymi wyborami.
Nie zawsze będę obok, żeby rozedrzeć mordę, zatrzymać je w drzwiach i przypomnieć, że nie muszą całemu światu udowadniać swojej wartości.
Dlatego chciałabym, żeby zapamiętały jedno.
Można być ambitnym i jednocześnie dbać o siebie.
Można być odpowiedzialnym pracownikiem i powiedzieć, że jest się chorym.
Można walczyć o marzenia, nie poświęcając po drodze własnego zdrowia.
I można powiedzieć NIE, nawet jeśli komuś bardzo się to nie spodoba.
A ten słynny AMERICAN DREAM?
Niech sobie będzie.
Niech inspiruje. Niech daje możliwości. Niech otwiera drzwi.
Ale niech nikt mi nie wmawia, że ceną za spełnienie marzeń musi być człowiek, który z gorączką stoi na nogach, bo boi się zawieść swojego menedżera.
Bo dla mnie to już nie jest żaden sen.
To jest zwyczajny absurd.
A teraz kończę, bo muszę sprawdzić, jak się czuje Wiktoria.
I zrobić sobie kawę.
MOCNĄ.
Bo coś czuję, że najbliższe dni mogą być wyjątkowo interesujące.
A swoją drogą, gdyby ktoś szukał pracownika odpornego na stres, potrafiącego zarządzać kryzysami, pracować pod presją i ogarniać kilka katastrof jednocześnie, to polecam każdą matkę wielodzietną.
Tylko uprzedzam!
MY TEŻ CZASEM CHORUJEMY!
I NIE, KURWA, NIE JESTEŚMY NIEZASTĄPIONE!

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.