Czytaliście dzisiejszy wpis Aleksandry Murphy? Jeśli jeszcze nie, to serdecznie Wam polecam! Ola poruszyła niezwykle ciekawy temat pisania i jego terapeutycznej mocy. Przeczytałam go z ogromnym zainteresowaniem, bo pisanie jest mi szczególnie bliskie. Jeżu, ileż myśli uruchomił we mnie ten jeden post! Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym ich nie zapisała!

A wszystko zaczęło się od jednego zdania: „Napisz o tym, co Cię zraniło”.

Ooooo! I tutaj, kochani, mogłabym się rozgadać! Bo pisanie to dla mnie temat rzeka! A właściwie cały ocean, w którym mogłabym pływać godzinami i jeszcze byłoby mi mało!

Ja po prostu kocham pisać! Uwielbiam ten moment, kiedy jedna myśl zaczyna pociągać drugą, kiedy z jednego zdania rodzi się kolejne, a moja wyobraźnia rusza z takim impetem, że sama nie potrafię za nią nadążyć. Czasami mam wrażenie, że w mojej głowie odbywa się jakieś wielkie zebranie, na którym wszyscy mówią jednocześnie, a ja próbuję chociaż część tego towarzystwa uspokoić i zapisać, co mają do powiedzenia!

Zresztą mój mąż doskonale o tym wie. Czasami jedziemy samochodem, rozmawiamy o zupełnie zwyczajnych sprawach, on coś opowiada, a ja nagle wołam: Czekaj, czekaj! Muszę to zapisać!

Bo właśnie powiedział coś, co uruchomiło w mojej głowie całą lawinę skojarzeń. I muszę tę myśl złapać natychmiast, bo za pięć minut, znając siebie, będę pamiętała tylko tyle, że miałam fantastyczny pomysł. Ale jaki? Cholera wie!

A najbardziej fascynują mnie ludzie! Uwielbiam z nimi rozmawiać, słuchać ich historii, obserwować, jak mówią, gestykulują, jak zmienia się ich mimika. Jeżu, ludzkie twarze to dla mnie osobny wszechświat! Te spojrzenia, ruchy oczu, unoszenie brwi, uśmiechy, grymasy! Mogłabym siedzieć godzinami i obserwować. Czasami mam wrażenie, że każda twarz jest książką, tylko trzeba umieć przyglądać się jej z ciekawością. I właśnie z takich drobiazgów rodzą się moje teksty.

Ale dzisiaj, czytając słowa Oli, pomyślałam o czymś znacznie głębszym. Bo ona pisze o badaniach psychologa Jamesa Pennebakera, który od lat zajmuje się wpływem pisania o trudnych doświadczeniach na nasze samopoczucie. Okazuje się, że takie szczere zapisywanie własnych przeżyć może pomagać człowiekowi porządkować emocje, lepiej rozumieć przeszłość, a w niektórych badaniach wiązało się również z korzyściami dla zdrowia. Nie jest to oczywiście cudowne lekarstwo na wszystkie zranienia, ale sama myśl, że pisanie może mieć działanie terapeutyczne, ogromnie mnie zainteresowała.

Bo ja chyba od dawna robię coś podobnego, tylko nigdy nie zastanawiałam się nad tym w taki sposób!

Piszę o swoim życiu. O tym, co mnie zachwyca, śmieszy, denerwuje, wzrusza. Zapisuję rozmowy, sytuacje, spotkania, własne przemyślenia. Czasami również to, co mnie boli. I dopiero teraz zaczynam dostrzegać, jak wiele mi to daje.

Moje życie nie zawsze było kolorowe. Są w nim doświadczenia, których nie chciałabym powtarzać, słowa, których wolałabym nigdy nie usłyszeć, i relacje, które zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa, przynosiły ból. Szczególnie te rodzinne. Bo przecież od najbliższych oczekujemy miłości, zrozumienia i akceptacji, a nie ciągłego poczucia, że jesteśmy niewystarczający.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najtrudniejsze? Że człowiek potrafi przez lata nosić w sobie cudze oceny, pretensje i oskarżenia. Nosi je tak długo, aż w końcu zaczyna patrzeć na siebie oczami tych, którzy go ranili.

A ja już nie chcę!

Nie chcę, żeby moje życie było nieustannym powracaniem do tego, co mnie zraniło. Nie chcę codziennie otwierać tego samego rozdziału tylko dlatego, że ktoś inny nie potrafi go zamknąć. Nie chcę też przejmować cudzego smutku, zgorzknienia czy sposobu patrzenia na świat.

Bo to, że ktoś nie potrafi cieszyć się własnym życiem, nie oznacza, że ja mam przestać cieszyć się swoim!

I właśnie tutaj pojawia się moje pisanie.

Kiedy siadam i zaczynam opisywać swój dzień, nagle dostrzegam, ile pięknych rzeczy się w nim wydarzyło! Ktoś się do mnie uśmiechnął, ktoś powiedział coś zabawnego, ktoś mnie wzruszył, z kimś odbyłam fantastyczną rozmowę. Gdzieś zobaczyłam coś pięknego, gdzieś usłyszałam historię, która nie daje mi spokoju.

I myślę sobie: Jola, kobieto, zobacz, jakie ty masz ciekawe życie!

Przecież ono nie składa się wyłącznie z trudnych relacji, przykrych wspomnień i problemów! Jest w nim tyle kolorów, tyle śmiechu, tyle dobrych ludzi, tyle sytuacji, które warto zapamiętać!

Tylko trzeba je zauważyć!

I ja właśnie to robię, pisząc. Wyciągam kolory z własnej codzienności!

Czasami mam wrażenie, że pisanie jest dla mnie takim malowaniem życia słowami. Biorę zwyczajny dzień, który komuś mógłby wydać się zupełnie nieciekawy, i zaczynam przyglądać mu się uważniej. Nagle okazuje się, że było w nim tyle drobnych radości, ciekawych spotkań i zabawnych momentów, że mogłabym napisać o nim kilka stron!

I delektuję się tym! Bo kiedy opisuję jakąś piękną chwilę, mam przyjemność przeżyć ją jeszcze raz. Przypomnieć sobie czyjś uśmiech, rozmowę, własne emocje. A kiedy wracam do swoich starszych tekstów, widzę nie tylko to, co się wydarzyło, ale również siebie. Kobietę, która mimo różnych doświadczeń nadal potrafi się zachwycać, śmiać, angażować, poznawać ludzi i cieszyć się drobiazgami.

I tutaj wracam do tego, o czym napisała Aleksandra. Bo być może właśnie na tym polega część terapeutycznej wartości pisania. Nie tylko na wyrzuceniu z siebie tego, co boli, ale również na uporządkowaniu własnej historii. Na zobaczeniu jej z innej perspektywy. Na odkryciu, że trudne doświadczenia są częścią naszego życia, ale nie muszą być jego całą treścią.

Ja nie muszę być przedłużeniem historii moich rodziców.

Mogę próbować ich zrozumieć, mogę uznać, że sami być może nie potrafili poradzić sobie z własnymi emocjami, ale nie muszę przejmować ich sposobu życia. Nie muszę nosić ich smutku jak ciężkiego plecaka, którego nie wolno mi zdjąć. Nie muszę rezygnować z własnej radości tylko dlatego, że ktoś inny nie umie jej odnaleźć.

Ich historia jest ich historią. A moja należy do mnie!

I nie chodzi o to, żeby udawać, że nic mnie nie boli. Oczywiście, że boli! Czasami bardzo. Ale nie chcę, żeby ból był jedynym narratorem mojego życia.

Chcę mieć w nim miejsce na śmiech, spontaniczność, zachwyt, na ludzi, którzy wnoszą coś dobrego. Na moje małe szaleństwa, rozmowy z mężem, książki, spotkania, na te wszystkie chwile, które składają się na zwyczajną, a jednak niezwykłą codzienność.

Dlatego piszę!

Nie po to, żeby komukolwiek udowadniać, że mam wspaniałe życie. Nie po to, żeby pokazywać światu, jaka jestem szczęśliwa. Piszę również wtedy, kiedy jest mi smutno, kiedy czegoś nie rozumiem, kiedy z czymś się zmagam. Ale pisząc, przypominam sobie, że jedna trudna relacja nie jest całym moim światem.

I jeszcze coś! Pisanie pozwala mi zobaczyć własne myśli czarno na białym. Czasami zaczynam opisywać jakąś sytuację, przekonana, że wiem, co czuję, a po kilku akapitach odkrywam coś zupełnie innego. Że pod złością kryje się żal, pod rozczarowaniem tęsknota, a pod wielkim emocjonalnym zamieszaniem zwyczajne pragnienie spokoju.

No i proszę! Człowiek siadał tylko coś napisać, a przy okazji sam sobie urządził małą rewolucję w głowie!

Może właśnie dlatego tak bardzo kocham tę swoją pisaninę. Bo ona nie tylko rozwija moją wyobraźnię, ale uczy mnie przyglądać się samej sobie. Pomaga mi zatrzymać myśli, które inaczej uciekłyby bezpowrotnie. Jest moją gimnastyką dla mózgu, przyjemnością, sposobem na refleksję, a czasami również czymś w rodzaju osobistej terapii.

Niedawno pewien pan, którego wcześniej nie znałam, powiedział mi, że uwielbia czytać moje teksty przy porannej kawie. Poprosił, żebym nie przestawała pisać. Matko kochana, jakie to było miłe! Bo ja przecież opisuję zwyczajne życie, a okazuje się, że ktoś odnajduje w nim coś dla siebie.

I to też jest piękne! Piszę dla własnej przyjemności, a przy okazji moje słowa trafiają do drugiego człowieka. Ktoś się uśmiechnie, ktoś zamyśli, ktoś podzieli się własną historią. I nagle z mojego zwyczajnego pisania rodzi się coś więcej. Spotkanie z drugim człowiekiem!

Wiecie, do jakiego wniosku dzisiaj doszłam?

Że nie zawsze mamy wpływ na to, jakie dzieciństwo dostaliśmy, jak traktowali nas inni i jakie słowa zapisali nam w pamięci. Ale jako dorośli możemy próbować zdecydować, co z tym wszystkim zrobimy.

Możemy przez całe życie patrzeć wyłącznie na to, czego nam zabrakło. A możemy, nie zaprzeczając własnym ranom, zacząć dostrzegać również to, co mamy dzisiaj.

Ja wybieram to drugie.

Nie zawsze mi wychodzi! Czasami się złoszczę, czasami coś mnie przygniecie, czasami mam ochotę huknąć tak, żeby mnie na drugim końcu Brooklynu usłyszeli!

Ale potem przychodzi kolejny dzień. Kolejna rozmowa. Kolejny uśmiech. Kolejna myśl, którą koniecznie muszę zapisać!

I znowu odkrywam, że życie jest ciekawe, piękne, nieprzewidywalne i pełne kolorów.

A ja chcę tych kolorów jak najwięcej!

Dlatego będę pisać. O wszystkim, co mnie porusza. O tym, co boli, ale również o tym, co zachwyca. O ludziach, których spotykam, o rozmowach, które zostają mi w głowie, o drobiazgach, których nie chcę przeoczyć.

Bo może właśnie na tym polega moja miłość do pisania? Nie na tym, że mam tyle do powiedzenia, ale na tym, że dzięki pisaniu coraz więcej dostrzegam!

I pomyśleć, że dzisiaj chciałam napisać tylko kilka zdań o poście Oli!

No i masz babo placek! Znowu się rozpisałam!

Ale wiecie co?

Ja nie chcę, żeby moje życie było czarno-białą fotografią zrobioną przez kogoś innego. Chcę sama dobierać do niego kolory!

A pisanie daje mi do ręki cały ich zestaw.

I może właśnie dlatego tak bardzo je kocham. Bo kiedy piszę, nie tylko wracam do tego, co było. Ja uczę się coraz piękniej przeżywać to, co jest.

A przecież właśnie o to mi chodzi. Żeby nie przeżyć całego życia, oglądając się za siebie, i nie przegapić tego wszystkiego, co piękne dzieje się tuż przed moimi oczami!


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz