Kochani, chciałabym Wam jeszcze trochę opowiedzieć o tym, co działo się wczoraj podczas jubileuszu 25-lecia naszej Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym Lew Judy na Manhattanie. O tym, jakie słowa usłyszeliśmy od naszego rekolekcjonisty, ksiedza Waldemara Grzyba, jakie przesłanie otrzymaliśmy na kolejne lata i dlaczego ten dzień tak bardzo zapadł mi w serce.
Wiecie, siedzę dzisiaj, piszę te słowa, wracam myślami do wczorajszego świętowania i mam w sobie tyle wzruszeń, tyle dobrych myśli, tyle wdzięczności, że chwilami nie wiem, od czego zacząć!
Bo dla mnie ta wspólnota to nie jest jakieś tam spotkanie raz w tygodniu !
Nie!
To mój drugi dom!
To miejsce, w którym spotykają się ludzie z różnymi historiami, charakterami, doświadczeniami, czasami bardzo trudnymi. Ludzie, którzy nie zawsze się ze sobą zgadzają, którzy potrafią się posprzeczać, czasem nawet porządnie! Ale mimo wszystko chcą być razem. Chcą się modlić, pomagać sobie, wzrastać w wierze i iść w jednym kierunku.
Do Jezusa!
Bo my wszyscy jesteśmy takimi pielgrzymami nadziei. Każdy z własnym bagażem doświadczeń, każdy z własnym krzyżem, każdy z czymś, z czym musi się mierzyć. Idziemy tą drogą, czasami szybciej, czasami wolniej. Czasem ktoś się potknie, czasem zabraknie mu sił, a czasem zwyczajnie nie wie, dokąd dalej iść.
I wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze?
Że wtedy pojawia się drugi człowiek!
Ktoś poda rękę, ktoś zadzwoni, zapyta, jak się czujesz, ktoś pomoże, kiedy życie przyciśnie do ściany. Czasem nawet nie trzeba wielkich słów. Wystarczy obecność.
Myślę sobie, że jesteśmy trochę jak takie ciche anioły. Nie mamy skrzydeł, nie chodzimy z aureolami nad głowami, daleko nam do świętości, ale potrafimy być obok wtedy, kiedy ktoś nas potrzebuje.
I właśnie tak odbieram wspólnotę!
Nie jako grupę ludzi doskonałych, ale jako ludzi, którzy uczą się kochać drugiego człowieka pomimo jego niedoskonałości. I swoich własnych również!
Wczoraj nasz jubileusz rozpoczęliśmy o godzinie 12 uroczystą Mszą Świętą dziękczynną.
Zespół Effatha w pełnej gotowości! Gitary, pianino, bębny i te głosy! Judyta, Agnieszka, Marlena, Majka, Gosia, Paulina, Emilka, Michał i Grzegorz!
Matko kochana, jaka tam była moc!
Chwilami miałam wrażenie, że szyby w kościele zaczną drżeć! Tyle radości, tyle energii, tyle serca włożonego w uwielbienie Boga! A ja uwielbiam takie chwile, kiedy muzyka nie jest tylko muzyką, ale staje się modlitwą, która porywa człowieka całego!
Szczególną radością była dla nas obecność dawnych członków wspólnoty, którzy przyjechali z Polski. Radosław z żoną, a także nasz Waldek, który dzisiaj jest kapłanem i uczestniczył w jubileuszowej Eucharystii.
I pomyślcie tylko, ile to znaczy!
Można wyjechać z New Yorku , zamieszkać po drugiej stronie oceanu, rozpocząć zupełnie nowy rozdział życia, ale są więzi, których odległość nie potrafi zerwać. Są ludzie i miejsca, do których wracamy, bo pozostawiły w naszym sercu coś ważnego.
Ale wróćmy do Mszy Świętej, bo właśnie podczas homilii padły słowa, które do dzisiaj we mnie pracują.
Nasz rekolekcjonista, postawił przed nami pytania, nad którymi naprawdę warto się zatrzymać.
Jak oddajesz Bogu to, co do Niego należy?
Ile swojego czasu Mu poświęcasz?
No właśnie!
Bo przecież potrafimy znaleźć czas na wszystko! Na pracę, zakupy, telewizję, telefon, internet, spotkania, obowiązki. A dla Boga? Ile tego czasu zostaje?
I nie chodzi o to, żebyśmy wszyscy od rana do wieczora siedzieli w kościele. Chodzi o miejsce, jakie Bóg zajmuje w naszym życiu. O to, czy jest dla nas kimś bliskim, czy przypominamy sobie o Nim dopiero wtedy, kiedy zaczyna nam się walić świat.
Ksiądz Waldemar zachęcał nas również, żebyśmy wspominali drogę, którą przeszliśmy.
Dwadzieścia pięć lat!
Pomyślcie tylko, ile przez ten czas wydarzyło się w życiu ludzi tworzących naszą wspólnotę!
Ile było radości, ile łez, ile modlitw, ile próśb zanoszonych do Boga. Ile dzieci się urodziło, ile rodzin przeżywało trudne chwile, ile osób wyjechało, ile nowych przyszło. Ile przyjaźni się narodziło, ile ludzkich serc otworzyło się na działanie Ducha Świętego!
A przecież za każdą taką historią stoi konkretny człowiek.
Potem ksiadz przypomniał nam historię odnowy Kościoła. Mówił o Soborze Watykańskim II, o papieżu Janie XXIII, który pragnął otworzyć Kościół na powiew świeżego powietrza, oraz o tym, jak w kolejnych latach odnowa charyzmatyczna zaczęła rozprzestrzeniać się po świecie.
Jak iskry po ściernisku!
Jedna iskra zapalała kolejną, jeden człowiek przekazywał ogień drugiemu, jedna wspólnota stawała się początkiem następnej.
Aż w końcu taka iskra dotarła do New Yorku !
Przywiózł ją z Zielonej Góry Michał Głogowski.
I pomyślcie tylko!
Jeden człowiek. Jedna iskra. Jedno pragnienie, żeby dzielić się żywą wiarą.
A dzisiaj świętujemy 25 lat istnienia wspólnoty na Manhattanie!
Czy to nie jest niezwykłe?
Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak ogromny wpływ może mieć jeden człowiek na życie innych. Jedna rozmowa, jedno zaproszenie, jedno świadectwo, jeden gest odwagi.
I nagle okazuje się, że coś, co zaczęło się tak niepozornie, po latach wydaje owoce, których nikt wcześniej nie potrafił sobie wyobrazić!
Ale najważniejsze słowa miały dopiero paść.
„POŚRÓD NARODÓW GŁOŚCIE CHWAŁĘ PANA!”
Takie przesłanie otrzymaliśmy od księdza Waldemara na kolejne lata naszej wspólnoty.
Pośród narodów!
Kochani, przecież my mieszkamy w New Yorku !W mieście, w którym spotykają się ludzie z całego świata. Różne języki, kultury, narodowości, religie, historie.
I właśnie tutaj mamy głosić chwałę Pana!
Nie tylko podczas spotkań modlitewnych. Nie tylko śpiewając pieśni uwielbienia.
Ale naszym codziennym życiem!
Tym, jak odnosimy się do drugiego człowieka. Jak traktujemy sąsiada, współpracownika, kogoś, kto myśli inaczej niż my. Czy potrafimy pomóc, przebaczyć, wysłuchać, nie oceniać od razu.
Bo wiecie, można pięknie śpiewać o miłości Boga, a potem wyjść z kościoła i nie mieć cierpliwości do drugiego człowieka!
I ja też się na tym łapię!
Oj, łapię!
Bo charakterek mam, potrafię się zagotować, czasem coś palnę, zanim zdążę pomyśleć. Ale przecież właśnie dlatego potrzebuję wspólnoty! Żeby się uczyć, zmieniać, pracować nad sobą. Żeby inni mogli mi czasem pokazać coś, czego sama w sobie nie dostrzegam.
I żebyśmy wspólnie przypominali sobie, że chrześcijaństwo nie kończy się na niedzielnej Mszy Świętej.
A potem przyszła pora na nasze jubileuszowe świętowanie!
I tutaj, kochani, dopiero zrobiło się rodzinnie!
Na wspólnym obiedzie było ponad 150 osób!
Wyobrażacie sobie?
Ponad 150 ludzi przy wspólnych stołach!
Rozmowy, śmiech, uściski, wspomnienia, zdjęcia, łzy wzruszenia, słowa wdzięczności. Jedni spotykali znajomych, których nie widzieli od lat, inni poznawali się dopiero teraz.
Ile tam było serdeczności!
Ja uwielbiam takie spotkania! Naprawdę! Te wszystkie rozmowy, przytulania, to zatrzymywanie się co kilka kroków, bo ktoś chce zamienić z tobą parę słów.
Takie chwile bardzo mnie rozczulają.
Bo człowiek nagle widzi, że nie chodzi o pięknie nakryte stoły, dekoracje, obiad czy całą tę organizacyjną bieganinę, chociaż oczywiście to wszystko też jest ważne.
Chodzi o ludzi!
O to, że chcemy ze sobą być!
Że ktoś przyjechał, bo chciał nas zobaczyć. Że ktoś podszedł, przytulił, powiedział dobre słowo. Że ktoś po latach wrócił do miejsca, które kiedyś było ważną częścią jego życia.
I wiecie, kiedy tak patrzyłam na tych wszystkich ludzi, pomyślałam sobie, że właśnie tak powinien wyglądać Kościół.
Nie jako budynek, do którego przychodzimy tylko wypełnić religijny obowiązek.
Ale jako wspólnota ludzi, którzy naprawdę chcą być blisko siebie i Boga!
Był też przepyszny obiad, loteria fantowa i mnóstwo radości. A za tym wszystkim stała ogromna praca wielu osób.
Oj, nalataliśmy się przy tym jubileuszu!
Prasowanie obrusów, ustawianie stołów, dekoracje, przygotowywanie fantów, krojenie ciast, wydawanie posiłków, sprzątanie.
Ile tam było roboty!
Ale kiedy patrzyłam na ludzi siedzących razem przy stołach, rozmawiających, śmiejących się, obejmujących, pomyślałam sobie, że było warto!
Warto było się zmęczyć. Warto było poświęcić czas. Warto było zaangażować się w coś, co sprawiło innym tyle radości.
I jestem ogromnie wdzięczna wszystkim, którzy dołożyli do tego świętowania choćby najmniejszą cegiełkę.
Bo nikt sam nie zbuduje wspólnoty. Nikt sam nie przygotuje takiego jubileuszu. Potrzebujemy siebie nawzajem!
A wiecie, co jeszcze mocno we mnie zostało po wczorajszym dniu?
Słowa ksiedza Waldemara, że najlepsze dopiero przed nami!
I bardzo chcę w to wierzyć!
Bo 25 lat to piękna historia, ale przecież nie możemy żyć wyłącznie wspomnieniami. Nie możemy tylko oglądać zdjęć, opowiadać, jak kiedyś było wspaniale, i wzdychać za dawnymi czasami.
Mamy dzisiaj!
Mamy ludzi, którzy są obok nas. Mamy możliwości, mamy talenty, mamy wiarę i mamy Ducha Świętego, który przecież nie przestał działać!
Może więc czas rozpalić ten ogień jeszcze mocniej?
Wyjść z nim poza mury kościoła? Zaprosić nowych ludzi? Otworzyć się na tych, którzy szukają, którzy są samotni, pogubieni, którym brakuje nadziei?
Bo być może gdzieś niedaleko nas jest człowiek, który właśnie czeka na taką jedną małą iskrę.
Na zaproszenie.
Na rozmowę.
Na czyjąś obecność.
I może właśnie my mamy mu tę iskrę przynieść?
Kochani, dzisiaj czuję ogromną wdzięczność.
Za ludzi, których spotkałam dzięki wspólnocie. Za przyjaźnie, rozmowy, modlitwy, za wszystkie chwile radości i te trudniejsze, które również czegoś mnie nauczyły.
Za to, że mam takie miejsce, do którego mogę wracać.
Mój drugi dom.
I nie dlatego, że wszystko jest tam idealne. Nie jest! Bo my sami nie jesteśmy idealni.
Ale dlatego, że pomimo naszych różnic, charakterów, słabości i niedoskonałości wciąż próbujemy iść razem.
Jako pielgrzymi nadziei.
W stronę Jezusa.
A kiedy ktoś po drodze upadnie, oby zawsze znalazł się obok drugi człowiek, który pomoże mu wstać.
Taki zwyczajny, cichy anioł bez skrzydeł.
Bo może właśnie na tym polega najpiękniejsze świadectwo naszej wiary?
Żeby nie tylko mówić o miłości Boga, ale sprawiać, by drugi człowiek mógł jej doświadczyć przez nas.
I tego życzę naszej wspólnocie na kolejne 25 lat!
Niech ogień Ducha Świętego, który przed laty dotarł z Zielonej Góry na Manhattan, nigdy nie zgaśnie!
A jeśli ktoś zapyta mnie, czym jest dla mnie Lew Judy, odpowiem najprościej, jak potrafię.
To ludzie, z którymi idę do Jezusa.
I za których dzisiaj z całego serca dziękuję Bogu!

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.