Mówią, że w życiu trzeba czasem zacisnąć zęby i iść dalej. No więc zacisnęłam. Dosłownie. Z całej siły. I wiecie co? Jeden ząb postanowił zakończyć ze mną współpracę.

Pyk! I po zębie.

Właśnie wracam od stomatologa, który usunął mi resztkę złamanego zęba. Na szczęście był z tyłu, więc przynajmniej nie muszę się martwić, że przy każdym uśmiechu będę prezentować światu nową architekturę swojej szczęki. Ale choć go nie widać, ja doskonale czuję jego brak.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze?

Że ja sobie tego zęba najprawdopodobniej załatwiłam własnymi nerwami!

Wczoraj miałam taki wnerw, że zacisnęłam szczęki z siłą imadła. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero dzisiaj pani doktor uświadomiła mi, że właśnie w ten sposób mogło dojść do złamania. Ząb był wcześniej leczony kanałowo, więc mógł być osłabiony.

No i proszę. Człowiek się zdenerwował, emocje opadły, a ząb nie wrócił.

Cudownie!

Tylko że ta historia ma drugie dno. I niestety znacznie mniej zabawne.

Dwa lata temu, podczas pobytu w Polsce, trafiłam na pilne leczenie stomatologiczne. Wtedy dowiedziałam się, że z moimi zębami i dziąsłami wcale nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Cofające się dziąsła, konieczność specjalistycznego leczenia, a nawet przeszczepu dziąseł.

Pani doktor przygotowała mi cały plan leczenia i powiedziała coś, co do dzisiaj pamiętam.

Jeśli nie zajmę się problemem, w ciągu dwóch lat mogę zacząć tracić zęby.

Minęły dwa lata.

Wczoraj straciłam pierwszy.

Nie wiem, czy jego złamanie ma bezpośredni związek z problemami dziąseł, ale trudno nie przypomnieć sobie tamtej rozmowy. Zwłaszcza kiedy człowiek wraca od dentysty uboższy o jeden ząb i bogatszy o kolejne zmartwienie.

A teraz przechodzimy do tematu, który podnosi mi ciśnienie bardziej niż poranna kawa.

HAMERYKA I JEJ CUDOWNE UBEZPIECZENIA!

No i proszę państwa, okazuje się, że dla polisy ubezpieczeniowej chore dziąsła i problemy z zębami wcale nie muszą oznaczać pokrycia kosztów leczenia.

Masz w Hameryce ubezpieczenie? Brawo! Możesz sobie nawet pogratulować!

Ale nie myśl, że jak coś ci się zepsuje w organizmie, to ubezpieczenie zaraz rzuci się na ratunek.

O nie, nie, nie!

Ubezpieczenie stomatologiczne mam . Pani doktor wyjaśniła mi jednak, że część zabiegów, których potrzebuję, może zostać zakwalifikowana jako kosmetyczne, a wtedy z pokryciem kosztów może być poważny problem.

KOSMETYCZNE?!

Cholera jasna! Ja nie chcę sobie montować brylantów w szczęce ani fundować hollywoodzkiego uśmiechu!

JA CHCĘ ZACHOWAĆ WŁASNE ZĘBY!

Ale najwyraźniej moje dziąsła muszą najpierw przekonać odpowiednich ludzi, że nie chodzi im o poprawę urody, tylko o przetrwanie.

I wiecie co? Ja już mam pewne doświadczenie z tym amerykańskim ocenianiem, kiedy człowiek jest wystarczająco chory, żeby zasłużyć na leczenie.

Mam opadające powieki. Byłam na konsultacji, bo zaczynają mi przeszkadzać w widzeniu. I co usłyszałam?

Że nie kwalifikuję się jeszcze do zabiegu pokrywanego przez ubezpieczenie.

Bo brakuje mi dwóch milimetrów!

DWÓCH!

Rozumiecie to?!

Może powinnam codziennie mierzyć powieki linijką i radośnie odliczać do momentu, kiedy wreszcie spełnię wymagania polisy?

Jeszcze milimetr! Jeszcze pół! Hurra, zakwalifikowałam się!

Rozumiem, że istnieją kryteria medyczne, ale czasami mam wrażenie, że ważniejsze od człowieka staje się to, czy zmieścił się w odpowiedniej rubryce.

A teraz wróćmy do mojej szczęki, bo tu dopiero robi się ciekawie.

Pani doktor powiedziała mi wprost, że jeśli mam możliwość leczenia w Polsce, powinnam poważnie to rozważyć.

I wtedy padła kwota, od której prawie straciłam kolejnego zęba.

Kilkanaście TYSIĘCY DOLARÓW!

Żeby było jasne, to nie jest wycena mojego leczenia. Pani doktor miała pacjenta z podobnym problemem, który opowiadał jej o takich kosztach. Ostateczna cena zależałaby od oceny specjalisty i zakresu potrzebnych zabiegów.

Ale ja już przy samym słuchaniu poczułam, że chyba powinnam usiąść.

Kochani, ja za taką kwotę chciałabym dostać nie tylko nowe dziąsła, ale jeszcze złoty uśmiech, dożywotni serwis i dentystę na telefon!

Sorry, ale nie mam takich pieniędzy.

I nie zamierzam brać kredytu na przedsięwzięcie pod tytułem Jola ratuje własną szczękę.

Dlatego decyzja zapadła.

LECĘ DO POLSKI!

Dwa lata temu przygotowano mi tam plan leczenia. Teraz wyślę do gabinetu dokumentację i informacje, które otrzymałam od tutejszej stomatolog, żeby lekarz mógł ponownie ocenić sytuację.

Jeśli tylko moje uzębienie wykaże odrobinę solidarności i wytrzyma do początku lipca, wsiadam w samolot.

Termin też nie jest przypadkowy. Chcę zabrać ze sobą mojego najmłodszego syna, więc muszę dopasować wyjazd do jego szkolnych wakacji.

A skoro już lecimy, zaczynam polowanie na tanie bilety.

EKONOMICZNE!

Bo ja należę do tych ludzi, którzy nie lubią przepłacać.

Mogę lecieć z kolanami pod brodą, mogę dostać kanapkę wielkości znaczka pocztowego i przez osiem godzin zastanawiać się, gdzie podziało się miejsce na nogi, ale jeśli zaoszczędzę kilkaset dolarów, będę z siebie dumna!

W końcu lecę ratować zęby, a nie testować luksusy lotnictwa.

I potem niektórzy w Polsce dziwią się, dlaczego Polacy mieszkający w Ameryce przylatują do ojczyzny leczyć zęby, robić badania czy korzystać ze specjalistycznych zabiegów.

A jakie mają wyjście?!

Człowiek bierze urlop, kupuje bilety, organizuje życie rodzinne i leci przez ocean, bo nawet po doliczeniu kosztów podróży leczenie może okazać się znacznie tańsze niż tutaj.

Gdzie tu logika?!

Hameryka, cholera jasna!

Kraj wielkich możliwości, w którym można spełniać marzenia, ale czasami trzeba najpierw sprawdzić, czy stać człowieka na własne dziąsła.

A żeby moje życie nie było przypadkiem zbyt spokojne, pani doktor dorzuciła mi dzisiaj jeszcze jedną atrakcję.

GĘSTOŚĆ KOŚCI.

Słucham?!

Mam za sobą chorobę Gravesa-Basedowa, leczenie radiojodem i od lat przyjmuję hormony tarczycy. Pani doktor zwróciła uwagę, że moja historia hormonalna może mieć znaczenie dla kondycji kości.

Dlatego powinnam porozmawiać z internistą o densytometrii, czyli badaniu gęstości mineralnej kości.

Nigdy takiego badania nie robiłam. Nawet nie wiem, jak wygląda.

Ale proszę bardzo! Kolejna pozycja do kalendarza!

Kiedyś człowiek kolekcjonował pocztówki z wakacji. Teraz kolekcjonuje skierowania do specjalistów.

Nie twierdzę, że mam chore kości ani że moja tarczyca odpowiada za złamany ząb. Tego jeszcze nie wiem. Ale skoro lekarz zwraca uwagę na możliwy problem, wolę go sprawdzić.

A teraz wróćmy do mojego wczorajszego wnerwu.

Bo ja zaczynam podejrzewać, że moja szczęka ma zdecydowanie za dużo obowiązków.

Nie dość, że musi gryźć, żuć i pomagać mi mówić, a przyznaję, że z tym ostatnim ma naprawdę sporo roboty, to jeszcze najwyraźniej postanowiła przejmować wszystkie moje emocje.

Dlatego zastanawiam się nad specjalną szyną ochronną na zęby 🤣

Może przynajmniej ona zabezpieczy resztę uzębienia przed moim temperamentem.

Bo temperament mam, jaki mam.

I właśnie ta historia uświadomiła mi, jak często słyszymy, że trzeba być silnym. Że trzeba wytrzymać. Zacisnąć zęby i robić swoje.

No to zaciskamy.

Kiedy ktoś nas zdenerwuje. Kiedy życie przyciśnie. Kiedy mamy dość, ale przecież nie możemy sobie pozwolić na luksus odpuszczenia.

I tak człowiek pracuje, biega, ogarnia milion spraw, a napięcie gdzieś musi znaleźć ujście.

U mnie znalazło.

W SZCZĘCE!

I to z jakim rozmachem!

Dlatego dzisiaj, bogatsza o nowe doświadczenie, a uboższa o jeden ząb, mam dla Was radę.

Kiedy następnym razem ktoś powie Wam: zaciśnij zęby i wytrzymaj zastanówcie się, czy naprawdę warto.Może lepiej zaciśnij pośladki i nie puszczaj bąka będzie lepsze i zdrowsze dla kieszeni .

Bo człowiek, który Was zdenerwował, pójdzie sobie spokojnie dalej. Zje obiad, wypije kawę, obejrzy telewizję i nawet nie będzie wiedział, jakie spustoszenie zrobił w Waszej głowie.

A Wy możecie skończyć na fotelu stomatologicznym, z rachunkiem w ręku i dziurą w szczęce.

Także kochani, idę szukać tanich biletów do Polski. Klasa ekonomiczna, rzecz jasna, bo skoro już mam wydać fortunę na ratowanie własnej szczęki, to przynajmniej nie zamierzam przepłacać za przewiezienie jej przez Atlantyk.

A do lipca mam jedno życzenie. Żeby reszta moich zębów nie poszła śladem kolegi.

Bo w Hameryce, jak widać, można mieć pracę, ubezpieczenie i całkiem niezły komplet zębów, a mimo to nie mieć gwarancji, że będzie człowieka stać na ich uratowanie.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze?

Że po tej całej historii naprawdę mam ochotę zacisnąć zęby ze złości.

Tylko cholera jasna, już mnie na to nie stać…

UPDATE. SOBOTA RANO. MOJA SZCZĘKA NADAL WALCZY!

No i proszę państwa! Mamy sobotę rano, a moja szczęka najwyraźniej postanowiła przypomnieć mi, że wczorajsza przygoda u stomatologa wcale się jeszcze nie skończyła.

Dziąsło boli jak cholera!

A wszystko dlatego, że moje cofające się dziąsła najwyraźniej nie zamierzają współpracować Wczoraj biedna kobieta musiała się nieźle nagimnastykować, żeby dostać się do złamanego zęba. Trzeba było nawet naciąć dziąsło!Także teraz siedzę z obolałą paszczą ,a że nie wolno mi gryźć ani zaciskać zębów .Nikogo nie pogryzę nawet jabłek nie mogę . Pani doktor założyła mi sztyft, a za trzy tygodnie czeka mnie kolejna wizyta i dalsza rekonstrukcja. Wtedy okaże się, czy trzeba będzie ostatecznie usunąć korzeń, czy uda się go uratować .

Dobrego dnia, Kochani!

Screenshot

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz