Matka na biwaku, czyli centrum dowodzenia, które podobno też przyjechało odpocząć 

No i pojechaliśmy.

Tata miał odrobić piknikowego minusa, Tymon miał dostać tatę w wodzie, a ja jak się bardzo szybko okazało dostałam pełny etat kierownika logistyki.

Bo moje dzieci uwielbiają jeździć z nami na wakacje, wycieczki.

Wiecie dlaczego?

Bo matka wszystko ogarnie!

I ja co roku mówię:

— To ostatni raz! Ja się więcej z wami nigdzie nie wybieram!

A potem mija trochę czasu, dostaję jakiejś wakacyjnej amnezji i historia zaczyna się od nowa.

Tym razem jedziemy pod namiot.

Niby odpoczywać.

NIBY. 

Bo zanim matka odpocznie, musi przeprowadzić operację logistyczną na skalę małego państwa.

Materace, śpiwory, ręczniki, spray na komary, coś po ugryzieniu, kremy z filtrem, szczoteczki, pasta do zębów, talerze, kubki, garnki, patelnia, kuchenka turystyczna, jedzenie…

I gofrownica.

Tak.

GOFROWNICA.

Bo człowiek może spać w lesie, może walczyć z komarami, może nie mieć własnej łazienki, ale chrupiący gofr rano musi być.

Są jakieś granice barbarzyństwa. 

I oczywiście od rana słyszę:

— Mamo, wzięłaś…?

— Mamo, pamiętałaś o…?

— Mamo, masz…?

A co ja jestem, generał?!

Może mam jeszcze zrobić zbiórkę przed samochodem?

— Rodzina, BACZNOŚĆ! Śpiwory?!

— Są!

— Ręczniki?!

— Są!

— Gacie?!

— Są!

— Skarpety?!

— Yyyyy…

— Kąpielówki?!

Cisza.

No właśnie. 

Ja też jadę pod namiot!

Ja też mam prawo czegoś zapomnieć!

I zapomniałam.

Mokrych chusteczek do tyłka.

No i zaczęła się tragedia narodowa.

— Mamo, a mokre chusteczki?

Nie ma.

— Ale jak to nie ma?!

Normalnie.

Nie ma.

Las jest? Jest.

Liście są? Są.

To rwać! 

Jak komuś natura nie odpowiada, niech gazety szuka.

Chociaż… gazet też nie wzięłam.

Matka w tym roku luksusu nie dowiozła.

Będzie survival pełną gębą. 

Ale zanim w ogóle ruszyliśmy, odbyła się kontrola bagażu.

Dziewczyny jadą na DWA DNI.

Przynoszą torby wypchane po brzegi.

Patrzę na nie.

Patrzę na torby.

Znowu patrzę na nie.

— Dziewczyny… wy jedziecie pod namiot czy na Fashion Week? Rewia mody przy ognisku będzie?

— Ale mamo, ubrania będą śmierdzieć dymem!

No oczywiście, że będą!

Jedziemy pod namiot, kochane.

Po dwóch dniach wszyscy będziemy pachnieć dymem, lasem, grillem i lekką desperacją. 

Zaczynam przesłuchanie.

— Ile spodni?

— Trzy pary.

— TRZY?! Na dwa dni?!

— No bo jedne do…

— Nie interesuje mnie jedne do.

Rozpakowywać!

Jedna para wystarczy.

No dobra, dwie.

Niech będzie, że matka ma serce. 

Ale nas jest sześć osób!

Jak każdy weźmie po dwie pary spodni, to już mamy dwanaście!

Do tego bluzy, koszulki, piżamy, bielizna, buty…

Ludzie!

Na same ubrania trzeba przyczepkę wynająć!

A gdzie materace? Śpiwory? Garnki? Patelnia? Jedzenie? Kuchenka? Gofrownica? Kubki do kawy?

Przy naszej rodzinie dodatkowy samochód powinien być dodawany gratis przy narodzinach czwartego dziecka. 

Więc zaczynam dowodzić:

— Ty bierzesz to.

— Ty tamto.

— Tego nie bierz.

— Po co ci trzy bluzy?!

— Cztery T-shirty na dwa dni?!

— Nie, przy ognisku nie będzie przebierania co godzinę!

I wtedy pojawia się Max.

Z maleńkim plecaczkiem.

Patrzę.

— To wszystko?

— Tak.

No proszę!

Myślę sobie: jedno dziecko wychowałam porządnie.

Minimalista.

Człowiek lasu.

Amisz normalnie. 

Pytam:

— Kąpielówki masz?

— Mam.

— Długie spodnie?

— Mam.

— Coś do spania?

— Mam.

— Skarpety?

— Mam.

No to pięknie.

Nie sprawdzam.

Bo chłop ma prawie dwa metry.

Chyba potrafi własne skarpety spakować.

Prawda?

Nieprawda. 

I w tym całym zamieszaniu nagle nachodzi mnie jedna myśl:

Zaraz…

A GDZIE JEST OJCIEC TYCHŻE DZIECI?!

No gdzie, tato, gdzie Ty jesteś?! 

Przecież to przez Twojego minusa jedziemy pod namiot!

Ja tu prowadzę odprawę wojskową, dziewczyny szykują się na Fashion Week, Max udaje pustelnika, samochód za chwilę usiądzie na amortyzatorach, a człowiek, który zarządził:

— Jedziemy na camping!

…spokojnie kręci się gdzieś obok.

Cichutki.

Spokojniutki.

Jakby w ogóle nie brał udziału w tej eskapadzie. 

No nie, kochany.

Ty dostałeś minusa.

Nie ja!

Ja byłam na pikniku grzeczna.

Do wody weszłam.

Obowiązki wykonałam. 

Więc proszę mi tu nie znikać z radaru, tylko brać materace, namioty i śpiwory, bo jak już odrabiamy tego minusa, to odrabiamy go RODZINNIE.

Chociaż zaczynam podejrzewać, że tata dostał jednego minusa, a matka w ramach kary dostała cały camping. 

W końcu ruszamy.

Dojeżdżamy.

Rozbijamy namioty.

Człowiek jeszcze dobrze śledzia od namiotu nie wbił, a już słyszy:

— Mamo, mokre chusteczki wzięłaś?

Nie.

Las ma.

Idźcie negocjować z brzozą. 

Chwilę później:

— Mamo, masz jakieś skarpety?

Patrzę na Maxa.

— A gdzie są TWOJE?!

— Yyyyy… hmmmm…

No jasne.

Nie wziął.

Oddycham.

Spokojnie, Jola.

Jesteś na łonie natury.

Ptaki śpiewają.

Drzewa szumią.

Syn nie ma skarpet, ale cywilizacje przeżywały większe kryzysy. 

Dobra.

Idziemy nad wodę.

Wszyscy się kąpią, a Max stoi.

— Max, czemu nie jesteś w wodzie?

I wtedy pada pytanie, po którym matce zaczyna drgać powieka:

— Mamo… a moje kąpielówki wzięłaś?

JA?!

Ja miałam wziąć TWOJE kąpielówki?!

— Przecież mówiłeś, że je spakowałeś!

— No tak…

— No to gdzie są?

— Na łóżku zostały.

I w takim momencie człowiek już nawet nie krzyczy.

Patrzy w dal.

Na wodę.

Na drzewa.

Na niebo.

I zastanawia się, czy gdzieś w okolicy jest rodzina, która przygarnęłaby prawie dwumetrowego chłopaka bez skarpet i kąpielówek.

Oddam w dobre ręce.

Plecaczek gratis.

Pusty. 

Ale wiecie, co jest najlepsze?

Ja ich znam.

Dlatego mimo wszystkich moich przemówień o samodzielności i odpowiedzialności zawsze gdzieś wrzucę dodatkową bluzę, spodnie, skarpety czy zapasowe kąpielówki.

Bo w naszej rodzinie zawsze znajdzie się ktoś, kto spakował wszystko.

Tylko wszystko zostało w domu.

Ale Nintendo przyjechało.

Książki też są.

Ubrań brak.

Ot, dzieci moje… 

I oczywiście na końcu i tak winna jestem ja.

Bo poganiałam.

Bo kazałam się przepakować.

Bo powiedziałam, że za dużo.

Bo kazałam wyjąć trzecią parę spodni.

Bo tamto.

Bo sramto.

JA! 

A przecież ja też kiedyś jeździłam pod namiot!

I jakoś człowiek miał gacie, skarpety i kąpielówki bez odprawy, sztabu kryzysowego i listy kontrolnej NATO.

I chyba właśnie dlatego czasami all inclusive bierze u mnie górę.

Bo wtedy nie martwię się o patelnię.

Nie martwię się o garnek.

Nie pakuję kuchenki.

Nie zastanawiam się, czy ktoś ma ręcznik, śpiwór, skarpety albo kąpielówki.

Jadę odpoczywać.

Na pełnej petardzie.

A nie zarządzać operacją logistyczną pod kryptonimem:

Rodzina jedzie na dwa dni do lasu.

Bo jedni jadą odpocząć.

A matka jedzie jako logistyk, magazynier, kontroler bagażu, kierownik transportu, pogotowie ratunkowe i dział rzeczy znalezionych w jednym.

I w końcu patrzę nad wodę.

Tymon pływa z tatą.

Razem.

I wtedy sobie myślę:

No dobra.

Po to właściwie tutaj przyjechaliśmy.

Tata odrabia swojego piknikowego minusa.

Tymon szczęśliwy.

Misja wykonana.

I nagle nawet te mokre chusteczki, skarpety, kąpielówki, torby i cały ten cyrk przestają mieć znaczenie.

Bo młody chciał tylko jednego.

Żeby tym razem jego tata też był.

Z nim.

I jest. 

Tylko nikt mi wcześniej nie powiedział, że za odrobienie jednego minusa przez ojca matka będzie musiała zdać egzamin z logistyki, survivalu i zarządzania kryzysowego. 

Namioty stoją.

Większość ludzi ma skarpety.

Kąpielówki się znalazły oczywiście zapasowe od matki.

Bez mokrych chusteczek też, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, ludzkość przetrwała.

A ja oficjalnie ogłaszam:

CENTRUM DOWODZENIA ZOSTAJE ZAMKNIĘTE.

Idę do wody. 

I jeszcze jedno.

Kochany tato.

Skoro to Ty wymyśliłeś ten camping, to przy kolejnym wyjeździe pamiętaj:

Mokre chusteczki — TWOJE.

Papier toaletowy — TWÓJ.

A jak zapomnisz, to przynajmniej weź stos gazet. 

I jeszcze synowie.

Ich plecaki też od dzisiaj są pod Twoją kontrolą.

Sprawdzasz skarpety.

Sprawdzasz kąpielówki.

Sprawdzasz gacie.

Bo ja swoją kadencję jako minister do spraw wszystkiego właśnie zakończyłam. 

Następnym razem, kiedy ktoś zapyta:

— Mamo, a masz…?

odpowiadam:

— NIE MAM. PYTAJ TATY!

A jak tata też nie ma…

LAS MA! 

A jak jest u Was?

Kto przed rodzinnym wyjazdem jest centrum dowodzenia?

Mama? Tata? Czy każdy pakuje siebie, a potem ponosi konsekwencje? 

I powiedzcie mi, drogie matki…

Czy Wy też jedziecie na wakacje „odpocząć”, a zanim odpoczniecie, musicie najpierw spakować, przewieźć i uratować całą rodzinę przed skutkami jej własnego pakowania?

Powiedzcie mi, że nie jestem sama! 

Tata dostał minusa, więc jedziemy pod namiot

Byliśmy ostatnio na cudownym pikniku u Przyjaciół. Takim, jaki kocham najbardziej.

Był grill, było kąpanie w jeziorze, siedzenie na plaży, rozmowy, śmiech, dzieci biegające po piasku i ten cudowny stan, kiedy człowiek przez kilka godzin naprawdę nic nie musi. Błogie lenistwo. Zero zegarka, zero pośpiechu  tylko ludzie, woda, słońce i zwyczajnie dobry czas.

Patrzyłam na Tymona i myślałam sobie: dziecko szczęśliwe!

Towarzystwo miał, w wodzie siedział, w piasku szalał, piruety urządzał takie, że chwilami zastanawiałam się, czy ja wychowuję dziecko, czy młodego delfina. 

Po powrocie do domu pytam:

— Tymon, jak było na pikniku?

— Super! Kiedy pojedziemy jeszcze raz?

No i matka zadowolona. Sukces. Piknik zaliczony na piątkę z plusem.

Ale chwila…

— Mamo, ale wiesz… tata Frania z nim pływał. Bawił się z nim w wodzie… a mojego taty tam nie było.

I nagle krokodyle łzy.

Ja w szoku.

— Tymon, ale przecież ja byłam w wodzie! Pilnowałam cię, patrzyłam, jak pływasz, jak skaczesz, jak robisz te wszystkie swoje cuda!

A on na to, z logiką sześciolatka, z którą naprawdę trudno dyskutować:

— Ale mama Frania też była. I jego tata też był. A ty byłaś… ale mojego taty ze mną nie było.

No i weź tu, człowieku, dyskutuj. 

Przyznam, że przez chwilę trochę mi się zagotowało. Człowiek wraca przekonany, że dziecko właśnie przeżyło dzień życia, wszystko było pięknie, wszyscy szczęśliwi, a tu się okazuje, że ojciec dostał minusa. 

Idę więc do mojego szanownego małżonka i mówię:

— Słuchaj, masz minusa.

— Za co?

— Syn twój z pikniku zadowolony, ale żal mu serce ściska, bo tata Frania był z nim w wodzie, a jego tata nie. Także nie wiem, co z tym zrobisz, ale sytuacja jest poważna. 

Mąż mój zamilkł.

Myśli.

Duma.

Widzę, że procesor pracuje. 😂

Po chwili oznajmia:

— Jedziemy w piątek na camping. Pod namiot.

No i tyle było dyskusji.

Deszcz w Pensylwanii zapowiadają

Jedziemy.

Namiot trzeba rozbić, ognisko rozpalić, a potem obowiązkowo wejść z synem do wody

Nie ma problemu.

Jak powiedział, tak zrobił. Miejsce campingowe zarezerwowane.

Jedziemy!

Kiedy Tymon usłyszał, co tata wymyślił, dostał takiej radości, że mało domu nie rozniosło. Tata w jednej chwili z minusa wskoczył chyba na piątkę z trzema plusami. 

Ale najlepsze było dopiero później.

Reszta naszych dzieci usłyszała hasła: camping, namiot, jezioro, ognisko i nagle wszyscy chcą jechać!

Każdy pracuje, każdy ma swoje obowiązki, ale rozpoczęło się kombinowanie:

— Może się zamienię…

— Może wezmę wolne…

— Może uda mi się wcześniej skończyć…

Bo u nas wystarczy rzucić hasło namiot i ognisko, a rodzina mobilizuje się szybciej niż sztab kryzysowy. 😂

I kiedy już emocje opadły, zaczęłam myśleć o tym, co właściwie wydarzyło się podczas tej krótkiej rozmowy z Tymonem.

My, dorośli, patrzymy na taki dzień i widzimy wszystko.

Piękną pogodę. Jezioro. Grill. Przyjaciół. Śmiech. Dzieci biegające po plaży. Dobry czas.

Patrzymy i myślimy: przecież było idealnie.

A dziecko może zapamiętać zupełnie coś innego.

Tata Frania wszedł z nim do wody, a mój tata nie.

Niby drobiazg.

Dla mnie.

Bo dla niego to wcale nie był drobiazg.

I może właśnie dlatego warto czasem naprawdę posłuchać tych dziecięcych żali, nawet jeśli w pierwszej chwili człowiek ma ochotę powiedzieć:

— Dziecko, przecież miałeś cudowny dzień! O co ci jeszcze chodzi?!

Bo za takim fochem czasem nie stoi kolejna zachcianka.

Czasem stoi bardzo proste:

„Chciałem, żebyś był tam ze mną”.

I chyba właśnie to najbardziej zostało mi w głowie po tej rozmowie.

Dzieci nie zawsze potrzebują od nas kolejnej atrakcji. Nie zawsze potrzebują, żebyśmy coś im kupili, gdzieś je zabrali czy pokazali im coś niezwykłego.

Czasami chcą po prostu, żeby mama usiadła obok.

Żeby tata wszedł do tej wody.

Żeby rozbił z nimi namiot.

Żeby rozpalił ognisko.

Żeby przez chwilę był naprawdę ich.

Więc jedziemy.

Pod namiot.

W deszcz, jeśli będzie trzeba.

Będzie jezioro, będzie ognisko, będzie namiot i tata, który tym razem ma wejść do tej wody z synem i odrobić piknikowego minusa. 

Bo okazuje się, że dzieci wcale nie potrzebują od nas wielkich rzeczy.

Czasem potrzebują tylko móc później powiedzieć:

Mój tata też był. Ze mną 

A ja będę patrzeć z brzegu i mam nadzieję, że tym razem młody wystawi nam piątkę.

Chociaż znając sześciolatka… po powrocie może się okazać, że camping był za krótki, ognisko za małe, a tata za szybko wyszedł z wody. 

No nic. Lecę ładować bagaże, bo zaraz wyjeżdżamy! 🫣

A Wy też tak macie, że czasem jedna rozmowa z dzieckiem nagle pokazuje Wam coś, czego wcześniej zupełnie nie zauważyliście?

Mammografia, czyli jak zostałam VIP-em, choć wcale się nie zgłaszałam 

Lekarzy nie lubię. No nie lubię i już. Unikam ich jak ognia i idę wtedy, kiedy naprawdę muszę. 

Nie należę do tych ludzi, którzy mają pięknie zapisane w kalendarzu: kontrola tego, kontrola tamtego, profilaktyka, badania, przegląd człowieka od góry do dołu. Nie. Ja raczej działam według zasady: żyje? Żyje. No to dobrze. 

Jedynie endokrynologa zaliczam regularnie, jak w szwajcarskim zegarku. Tu nie ma dyskusji. Bo palpitacji mieć nie lubię, oddychać też lubię głęboko, a nie łapać dech jak żaba wyrzucona na brzeg, więc tarczycę pilnuję. 

Reszta badań?

Hmmm…

Powiedzmy, że moja profilaktyka ma dość luźny grafik. 

No i mammografia.

Czytaj dalej

Wiara i to moje dlaczego

Dzisiaj przegryzam tekst, który podesłał kolega. Dość długi, pełen podniosłych zdań, mocny, dający do myślenia. Czytam, odkładam, wracam do niego i znowu przegryzam po kawałku.

I jedno zdanie szczególnie nie daje mi spokoju:

„Nauczono je, W CO. Nikt nie nauczył ich, DLACZEGO.”

I właśnie od tego zdania zaczęło we mnie coś kiełkować.

Bo mam dzieci i zaczęłam się zastanawiać: czy ja nauczyłam je, dlaczego wierzymy?

I wiecie co?

Nie wiem.

Ja w ogóle nie wiem, czy potrafię nauczyć swoje dzieci wiary.

Nie jestem teologiem. Moja wiara pewnie jest jeszcze mniejsza niż ziarnko gorczycy. Nie znam wszystkich dogmatów, nie studiuję teologii, nie siedzę nad mądrymi księgami.

Pojadę na Forum, czasem pójdę na rekolekcje, pójdę na wtorkowe spotkanie ,posłucham konferencji, coś przeczytam. Tyle mojej wielkiej wiedzy.

Ale staram się o jedno  mieć relację z Nim.

I tu pojawia się moje własne dlaczego

Bo gdyby moje dziecko zapytało mnie dzisiaj:

Mamo, dlaczego wierzysz?

nie odpowiedziałabym mu wykładem z teologii.

Powiedziałabym:

Bo Go w swoim życiu doświadczam

Bo kiedy się boję — Jego szukam.

Kiedy jestem wdzięczna — Jemu dziękuję.

Kiedy czegoś nie rozumiem — Jego pytam.

A czasem kłócę się z Bogiem jak cholera! 

On doskonale wie, jaka jestem  butna, kłótliwa, zadziorna, uparta. Jak czegoś nie rozumiem, to pytam: Dlaczego?! .Jak mi się coś nie podoba, też Mu o tym mówię.

I może właśnie to jest moja relacja z Nim.

Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania i nie chcę przed własnymi dziećmi udawać, że znam.

Jeśli zapytają mnie o coś, czego nie wiem, mogę powiedzieć:

Nie wiem. Poszukajmy odpowiedzi razem

I tego akurat nie uważam za porażkę.

Chcę, żeby moje dzieci pytały. Chcę, żeby wiedziały, dlaczego chrześcijanie wierzą w to, w co wierzą. Chcę, żeby szukały odpowiedzi, a nie tylko uczyły się ich na pamięć.

Ale nie wierzę, że mogę włożyć im wiarę do głowy czy serca.

Mogę nauczyć dziecko modlitwy.

Mogę zabrać je do kościoła.

Ale nie mogę nakazać mu spotkania z Bogiem.

Nie mogę powiedzieć: Masz wierzyć i oczekiwać, że tym jednym zdaniem załatwiłam sprawę.

Moje dzieci mają wolną wolę.

Mogą kiedyś wybrać inaczej niż ja.

I pewnie będzie mnie to bolało. Ale nie chcę, żeby wierzyły tylko dlatego, że matka kazała 

Wolę pokazywać im swoim życiem, dlaczego Bóg jest ważny dla mnie.

Niech widzą, że się modlę.

Że szukam.

Że pytam.

Że czasem wątpię.

Że się z Nim kłócę.

Że czasem kompletnie Go nie rozumiem.

Ale ciągle do Niego wracam.

I dlatego po przeczytaniu zdania:

„Nauczono je, W CO. Nikt nie nauczył ich, DLACZEGO”

pomyślałam, że to dlaczego rzeczywiście jest ważne.

Tylko może oprócz pytania:

Dlaczego chrześcijanie wierzą?

warto któregoś dnia zadać własnemu dziecku jeszcze jedno:

A dlaczego TY wierzysz?

I pozwolić mu szukać własnej odpowiedzi.

Bo moją odpowiedź mogę mu pokazać.

Ale jego odpowiedzi za niego nie napiszę.

A Wy?

Gdyby dziś Wasze dziecko zapytało: Mamo, tato, dlaczego TY wierzysz? co byście mu odpowiedzieli?

Nie pytam o odpowiedź z katechizmu. Pytam o Wasze własne dlaczego 

Sama jestem bardzo ciekawa Waszych odpowiedzi.

„WYBITNY”. Czyli właściwie jaki?

Dziś znowu przeczytałam wiadomość, że zmarł kolejny aktor. Nie chcę nawet przytaczać nazwiska, bo nie o niego tutaj chodzi. Chodzi o słowo, które pojawia się niemal natychmiast:

WYBITNY.

Wybitny aktor.

I kurka wodna… z czym się właściwie to słowo je?!

Bo co ono znaczy?

Wybitny, czyli jaki?

Lepszy od innych? Najlepszy? Genialny? Niezastąpiony? A może po prostu znany?

I co z tymi, których prasa po śmierci nie nazwie wybitnymi? To byli niewybitni? 

Najbardziej zastanawia mnie jednak jedno: dlaczego człowiek tak często robi się „wybitny” dopiero wtedy, kiedy umrze?

Za życia jakoś tego „wybitnego” nie było widać w nagłówkach. Za życia można było człowieka skrytykować, przejechać się po nim jak walcem, wyciągnąć mu z szafy trzy trupy, pięć gaf i siedem nieudanych ról.

A potem człowiek umiera i nagle:

WYBITNY ARTYSTA NIE ŻYJE.

Pach!

Nagłówek jest.

Zdjęcie jest.

Kliknięcia lecą.

News gorący, trzeba szybko, bo za godzinę internet będzie już żył czymś innym.

I właśnie tego nie rozumiem.

Mamy przecież język polski tak bogaty, że można nim człowieka namalować słowami. Można poszukać. Poczytać. Zapytać ludzi, którzy go znali. Odkopać historię, której większość nie zna. Znaleźć jakąś perełkę. Napisać, czym się wyróżniał, co kochał, jaki był dla ludzi, z czego się śmiał, co zostawił po sobie.

Ale po co?

„Wybitny” załatwia całą robotę. 

Jedno słowo i fajrant.

A mnie właśnie to słowo zaczęło działać na nerwy.

Bo kiedy niedawno zmarł Henryk Wołkołyski, którego ja kojarzę przede wszystkim jako komendanta z serii „U Pana Boga…”, to nie pomyślałam:

O, zmarł wybitny aktor 

Pomyślałam:

Kurczę… Komendant przeszedł za miedzę.

Bo właśnie takim go zapamiętałam.

Ciepłym. Z tym swoim spokojem i humorem. Z miną człowieka, który już wie, że mieszkańcy Królowego Mostu za chwilę znowu coś wywiną, ale jeszcze daje im szansę, żeby sami się przyznali. 

Sprawiedliwym, ale ludzkim. Troskliwym ojcem. Człowiekiem mocno związanym ze swoim Podlasiem, jego kulturą, ludźmi i wiarą.

I właśnie to jest dla mnie opis człowieka.

Nie „wybitny”.

Bo kiedy napiszesz mi, że ktoś był wybitny, to ja po przeczytaniu nadal niewiele o nim wiem.

Ale napisz mi, że miał niezwykłe poczucie humoru. Że kochał swoje Podlasie. Że był człowiekiem wierzącym. Że ludzie wspominają jego życzliwość. Że stworzył postać, przy której człowiek się uśmiechał, ale jednocześnie czuł do niej sympatię i szacunek.

Wtedy zaczynam tego człowieka widzieć.

Gdybym pisała do gazet czy portali, chyba właśnie tak chciałabym pisać. Kolorowo. Głęboko. Szukałabym tych małych historii, szczegółów, zdań i wspomnień, które sprawiają, że zza nazwiska wychodzi człowiek.

Nie interesowałoby mnie, żeby być pierwszą.

Wolałabym być tą, po której tekście ktoś powie:

Kurczę, nie wiedziałem o nim tego 

I jeszcze jedna rzecz mnie uwiera.

Dlaczego my tak często zaczynamy ludzi doceniać, kiedy już ich nie ma?

Po śmierci nagle honorujemy. Wspominamy. Zachwycamy się. Nadajemy tytuły. Wyciągamy najlepsze role, najpiękniejsze zdjęcia i najmądrzejsze wypowiedzi.

Tylko po co mu to wtedy?

Czy przeczyta?

Czy się ucieszy?

Czy zadzwoni do żony i powie:

— Halina, patrz! Jednak byłem wybitny! 

No nie.

Może więc warto częściej mówić ludziom za życia, że są dobrzy w tym, co robią?

Że ich cenimy.

Że coś dzięki nim przeżyliśmy.

Że jakaś ich rola, książka, piosenka, gest czy zwykłe zachowanie zostały z nami na lata.

Bo słowa wypowiedziane nad grobem mogą być piękne.

Ale słowa wypowiedziane człowiekowi mogą jeszcze sprawić mu radość.

A słowo „wybitny”?

Wybaczcie.

Ja najchętniej wzięłabym wielką gumkę do mazania i na jakiś czas wykreśliła je ze wszystkich nagłówków. 

Nie piszcie mi, że ktoś był wybitny.

Napiszcie mi, jaki był.

Co miał w sobie?

Co po nim zostało?

Za co ludzie go kochali?

Co zrobił takiego, że warto o nim pamiętać?

A wtedy ja sama zdecyduję, czy był wybitny.

No dobra, teraz Wasza kolej. 

Co sądzicie o słowie „wybitny”? I macie takie słowo, które działa Wam na nerwy tak bardzo, że najchętniej wymazalibyście je gumką ze słownika?

Piknik!!! Czy ktoś może zatrzymać czas?!

Kurde, ludziska kochani… ja nawet nie wiem, od czego zacząć! Tyle emocji jeszcze we mnie buzuje, że najchętniej opowiedziałabym Wam wszystko naraz, a potem jeszcze raz od początku!

Na ten piknik czekam cały rok. Serio. Od pięciu lat mamy tę naszą tradycję i za każdym razem jest tak samo: czekasz, planujesz, szykujesz, zastanawiasz się, co upiec, co ugotować, co zabrać… a potem człowiek tylko pstryknie palcami i już jest wieczór.

No jak?! Przecież dopiero przyjechaliśmy! 

Ale tegoroczny piknik był naprawdę wyjątkowy.

15 sierpnia obchodzimy Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, a w naszej polskiej tradycji to również święto Matki Bożej Zielnej. I chyba nie mogliśmy przeżyć go piękniej.

Wśród drzew, kwiatów, zieleni i nad wodą nasz ojciec Karol odprawił dla nas Mszę Świętą polową.

Boże… ❤️

Stałam tam i powstrzymywałam łzy.

Ołtarz pośród zieleni, kwiaty zerwane prosto z ogrodu ozdabiające polowy ołtarz, słońce przedzierające się między drzewami, a zamiast organów… cykady i ptaki.

I powiem Wam, że dawały taki koncert, jakby ktoś im wcześniej powiedział:

– Słuchajcie, dzisiaj gramy na Mszy, proszę się postarać!

No i się postarały. 

To była najpiękniejsza naturalna orkiestra. Słodka symfonia stworzenia.

Podziwiałam ten ołtarz wśród kwiatów i dumałam sobie, że przecież właśnie tak powinno wyglądać święto Matki Bożej Zielnej. Prawdziwie po polsku. Z kwiatami, zielenią, modlitwą, ludźmi obok siebie i wdzięcznością za to, co mamy.

A po Mszy?

No cóż…

Święci świętymi, ale piknik sam się nie zrobi! 

Ruszyły grille, stoły zaczęły się uginać, jedzenia jak zwykle było chyba dla małej armii, rozmowy płynęły jedna za drugą, śmiechu było co niemiara, muzyka, śpiew, żarty… Czyli wszystko to, co kocham!

Bo ja kocham takie spotkania. Kocham ludzi. Kocham siedzieć przy stole i gadać. Kocham śpiewać. Kocham się śmiać. Kocham patrzeć, jak dzieciaki wskakują do wody i mają gdzieś cały dorosły świat. Kocham te rozmowy poważne i te kompletnie niepoważne, po których człowieka boli brzuch ze śmiechu.

A wierzcie mi działo się, oj działo! 🤣😂

Bo dzisiejsze wykonanie „Córki rybaka” to był taki sztos, że do tej pory leżę i kwiczę! A video, które przy okazji nakręciliśmy… powiem tylko tyle:

Internet nie jest na nie gotowy! 

Że też ludzie mają takie pomysły! Ale u nas, jak widać, wszystko jest możliwe. 😜

A panowie przy grillu też mieli swoje pięć minut. Kiedy normalne metody rozpalania przestały wystarczać, do akcji wkroczył ciężki sprzęt! 😂😂😂

Jak się zawzięli, jak się wzięli, tak węgiel na grilla rozpalili! Jeszcze chwila i pomyślałabym, że zamiast kiełbasy będziemy grillować pół lasu! 😂

Była woda, kąpiele, dziecięce szaleństwa, piękne widoki, cudowna pogoda, jedzenie, śmiech, rozmowy, muzyka i przede wszystkim…

BYLIŚMY RAZEM.

I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

Nie idealnie nakryty stół.

Nie to, kto co przywiózł.

Nie to, czy czegoś zabrakło albo zostało za dużo.

Ludzie. Obecność. Wspólny czas.

Bo jedzenie się zjada.

Grill gaśnie.

Stoły się sprząta.

Ręczniki wysychają.

I nawet ten dzień, na który czekało się cały rok, mija zdecydowanie za szybko.

Ale zostaje coś jeszcze.

Zdjęcia. Śmiech, który człowiek nadal słyszy w głowie. Zdania wypowiedziane przy stole. Dzieci biegające nad wodą. Smak jedzenia z grilla. Ciepło słońca. Cykady „grające” podczas Mszy.

I ten jeden obraz, który chyba zostanie ze mną najdłużej:

biały ołtarz pośród zieleni, kwiaty i Eucharystia sprawowana pod gołym niebem.

Matko Boża Zielna… chyba naprawdę byłaś dziś z nami pośród tych wszystkich kwiatów. ❤️

I tylko jedno mam zastrzeżenie do tego naszego pikniku.

KTO TAK PRZYSPIESZA CZAS?! 

Przecież dopiero przyjechaliśmy, a już trzeba było wracać!

Dziękuję Wam, Kochani, za ten dzień. Za każdą rozmowę, każdy uśmiech, każde „spróbuj tego”, każde „chodź, usiądź z nami”, za przygotowania, jedzenie, muzykę, pomoc, śmiech i zwyczajną obecność.

Za rok znowu będę czekała.

Cały rok.

A potem znowu minie jak pstryknięcie palcami.

Ale właśnie dlatego warto zbierać takie dni i chować je głęboko w sercu.

Bo życie składa się właśnie z takich chwil. ❤️

A teraz idę spać… tylko czy ja w ogóle usnę?! Oto jest pytanie! 😂

Bo muzyka dalej we mnie gra, śmiech jeszcze gdzieś dźwięczy w uszach, a wspomnienia wirują po głowie jak szalone. Zamykam oczy i już bym chciała tam wrócić. Nad wodę, do tych ludzi, rozmów, śpiewu, śmiechu… do tej atmosfery. ❤️

No kurde… tak pięknie było!

Ja po prostu lubię taki czas. Lubię, kiedy wokół są ludzie, kiedy jest gwar, muzyka, śmiech, kiedy nikt się nigdzie nie spieszy i człowiek przez kilka godzin po prostu jest i cieszy się chwilą.

I tylko serce trochę marudzi:

– A może byśmy tak jeszcze raz… od rana? 

Dobranoc… choć coś czuję, że zanim zasnę, przeżyję ten piknik w głowie jeszcze ze trzy razy. 😂❤️

Zanim rzucimy kamieniem w matkę…

Od niedzieli śledzę wiadomości o dziewczynce, która wypadła z balkonu w Łomży. Śledzę je chyba bardziej niż inne  historie, bo Łomża to moje rodzinne miasto. Niewielkie. Takie, w którym ludzie często się znają, a jeśli nie znają osobiście, to zawsze znajdzie się ktoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś…

Nie znam tej matki. Nie znam ojca. Nie wiem, co działo się w ich domu. Z informacji medialnych wynika, że rodzina była pod opieką kuratora, więc najwyraźniej wcześniej były tam problemy. Nie zamierzam ich bagatelizować ani kogokolwiek usprawiedliwiać. Jeśli dziecku działa się krzywda, powinny wyjaśnić to odpowiednie służby i przede wszystkim zadbać o bezpieczeństwo dziecka.

Ale jest coś, co przeraża mnie niemal tak samo jak sama wiadomość o tym wypadku.

Komentarze ludzi.

Czytaj dalej

Dziś Międzynarodowy Dzień Osób Leworęcznych, czyli… moje święto! 

Jestem leworęczna. I żebyście wiedzieli, że kiedyś nie była to taka zwyczajna sprawa!

Był nawet czas, kiedy żegnałam się w kościele lewą ręką i siałam tym niemałe zgorszenie. Byłam ciekawym okazem, bo choć próbowano mnie przestawić na „

właściwą stronę ,jakoś nikomu się nie udało. Lewa była moja i koniec!

Podobno my, leworęczni, jesteśmy artystycznymi duszami. No cóż… moje zdolności plastyczne zatrzymały się mniej więcej na poziomie czterolatka. Muzycznie też świata nie podbiję. Nie maluję, nie rzeźbię, nie gram na żadnym instrumencie może na nerwach mojego męża i żadnego szczególnego artystycznego talentu nie posiadam.

Ale!

Potrafię upiec zakalec. I to taki porządny!  Koszulę potrafię wyprasować. A przecież to też talent! Człowiek musi umieć docenić dary, które otrzymał. 

Choć dzisiaj się z tego śmieję, moje początki w szkole wcale takie zabawne nie były. Byłam jedynym leworęcznym dzieckiem w klasie i wzbudzałam zainteresowanie. Niestety nie zawsze takie, jakiego życzyłoby sobie dziecko.

Moja wychowawczyni, pedagog przecież z wykształcenia, oznajmiła mojej mamie, że ona mnie pisania lewą ręką oduczy. I miała swoje sposoby… Przez pierwsze trzy lata szkoły skutecznie uprzykrzała mi tym życie.

Tylko jednego nie przewidziała.

Trafił jej się wyjątkowo odporny egzemplarz. 

Moja mama też miała ze mną niezłe przejścia, bo przez tę moją leworęczność musiała chodzić ze mną do poradni psychologicznej. Takie były czasy!

Pamiętam te wszystkie testy. Kazali mi skakać na jednej nodze. Którą wybrałam? Oczywiście lewą!  Kazali patrzeć przez dziurkę od klucza. Które oko? No przecież lewe!

Test za testem, ewaluacja za ewaluacją, aż w końcu moja mama usłyszała, że moja prawa półkula mózgu jest bardziej dominująca i…

TA-DAM! 

Mamy odpowiedź! Dziecko jest mańkutem! 

Dla mnie prawa ręka właściwie mogłaby nie istnieć. Lewą piszę, lewą jem, lewą chwytam, lewą robię prawie wszystko. Tak było, jest i najwyraźniej pozostanie.

I wiecie co jest najlepsze?

Mój syn Maksymilian też jest leworęczny. ❤️

Tylko że ja z nim z tego powodu nie biegam po psychologach, nie robię tragedii, nie próbuję przekładać mu długopisu do prawej ręki i nie zastanawiam się, jak go naprawić

Ludzie! My, leworęczni, naprawdę jesteśmy tacy sami jak praworęczni! Po prostu długopis trzymamy w drugiej ręce, czasem rozmazujemy sobie to, co przed chwilą napisaliśmy, i od czasu do czasu zastanawiamy się, kto zaprojektował te wszystkie nożyczki, otwieracze i inne wynalazki. 

A moja wychowawczyni?

Celu nie osiągnęła. Jak byłam leworęczna, tak jestem. Cóż… nie każdy pedagog słuchał wszystkich wykładów. Moja pani chyba akurat ten o leworęcznych dzieciach przespała. 😂

Dlatego dzisiaj z dumą podnoszę moją lewą rękę! 

Bez talentu malarskiego.

Bez talentu muzycznego.

Za to z niepodważalnym talentem do zakalca, prasowania koszul i przetrwania prób zrobienia ze mnie praworęcznej. 

A jak jest u Was? Jesteście leworęczni? Macie leworęczne dzieci, męża, żonę, rodziców albo kogoś w rodzinie? I najciekawsze czy Was albo kogoś z Waszych bliskich też kiedyś próbowano „przestawiać” na prawą rękę?

Podzielcie się, bo jestem bardzo ciekawa, ile nas tutaj jest! 

15 tysięcy kroków i ani grama mniej!

Dobra. Postanowione. Codziennie wychodzę na spacer i robię minimum 15 tysięcy kroków. A jak się dobrze wezmę, to potrafię wydreptać nawet 25 tysięcy! Skrupulatnie liczy mi je  aplikacja steps w telefonie, więc nie ma oszukiwania.

Przestałam też zasilać parkowe ławeczki.

Koniec siedzenia! Teraz dreptam. Chodzę. Krążę. Zasuwam. Jak mnie ktoś widzi piąty raz okrążającą ten sam park, to pewnie zaczyna się zastanawiać, czy ja ćwiczę, czy zwyczajnie nie potrafię znaleźć wyjścia. 

I wiecie co? Naprawdę to polubiłam.

Zakładam wygodne buty, telefon ląduje w torebce, do tego mocno schłodzona woda i obowiązkowo zapas chusteczek. I ruszamy z młodym do parku.

Tylko nowojorska pogoda absolutnie nie zamierza nam tego ułatwiać.

Kto mieszka w New York, ten wie, że latem człowiek nie wychodzi z domu.

Człowiek wypływa. 

Wilgotność taka, że pierwszą koszulkę mogłabym zmienić zaraz po wejściu do parku, drugą gdzieś w połowie spaceru, a trzecią przy wyjściu. Spodenki też. O reszcie garderoby przez przyzwoitość nie wspomnę. Jak wracam do domu, to właściwie najlepiej byłoby wrzucić do pralki wszystko razem ze mną!

Pot leci z czoła, a ja elegancko wyciągam chusteczkę z torebki i osuszam twarz, jakbym właśnie spacerowała po nadmorskim deptaku przy przyjemnych 22 stopniach, a nie próbowała przeżyć nowojorską saunę na świeżym powietrzu.

Wszystko zgodnie z zaleceniami mojej pani dermatolog, która za skarby świata nie pozwala mi dotykać twarzy rękami. Więc nie tykam! Wyciągam chusteczkę i elegancko zasuwam nią po twarzy jak wycieraczki w samochodzie  raz w prawo, raz w lewo. 

Za to moje włosy trzymają fason! I to chyba jedyny atut tej letniej wilgotności. Co jakiś czas ktoś mnie zatrzymuje i słyszę:

I love your hair! Your haircut is so beautiful !

No proszę. Człowiek wygląda, jakby właśnie wyszedł spod prysznica w ubraniu, ale fryzura się broni! 

A waga?

No cóż… po tylu tysiącach kroków można by się spodziewać jakiegoś spektakularnego WOW!

Nie ma. 

Ani grama.

Ale wiecie co? Już nawet mnie to specjalnie nie rusza.

Lubię siebie. Lubię swoje ciało. Nie zamierzam się z nim codziennie kłócić o cyferkę na wadze. Chodzę, bo chcę się ruszać, chcę o siebie dbać, a jeśli przy okazji uda mi się trochę nad tą wagą zapanować świetnie.

A jeśli potrzebuje więcej czasu?

Trudno.

Najważniejsze, że mnie to dreptanie naprawdę zaczęło cieszyć.

Pani doktor powiedziała mi jeszcze, że skoro tyle chodzę, to mogłabym dołożyć jakieś ćwiczenia siłowe.

Taaa…

Chyba będę za sobą ciężary na sznurku ciągać podczas spaceru, bo jak ja zacznę robić ćwiczenia siłowe w tej nowojorskiej saunie, to zamiast formy życia zaliczę zgon. 

Najmniej zachwycony moim nowym hobby jest chyba młody.

Bo co tu latem w parku robić?

Towarzystwa brak. Każdy rozsądny dzieciak siedzi w domu przy AC i pyka w jakąś grę, a on ma matkę, która nagle odkryła w sobie zamiłowanie do robienia kilometrów.

No i musi iść. 

On ćwiczy, biega, huśta się, coś tam sobie wymyśla, a ja w tym czasie krążę wokół parku.

Kółko.

Jeszcze jedno.

I jeszcze jedno.

On już patrzy na mnie z miną: Matka, długo jeszcze?! , a moja aplikacja mówi, że przecież dopiero się rozkręcam. 

I tak sobie chodzimy.

Ja mokra jak pies, pogryziona przez jakieś niewidzialne meszki, z zimną wodą w torebce i chusteczkami idącymi jedna za drugą.

On trochę z przymusu.

Ja już całkiem z przyjemnością.

Parno? Jest.

Duszno? Jak diabli.

Nowojorskie powietrze przegrzane, ciężkie i momentami pachnące tak, że Chanel No. 5 zdecydowanie to nie jest.. Oczywiście. 

Ale dreptamy.

I chyba właśnie o to chodzi.

Nie o to, żeby za karę gonić za mniejszym numerem na wadze.

Tylko żeby ruszyć tyłek z ławki, zrobić coś dla siebie, przewietrzyć głowę, pośmiać się po drodze i wrócić do domu z poczuciem:

Kurczę, zrobiłam dzisiaj coś dobrego dla siebie.

A jeśli pewnego dnia przy okazji kilka kilogramów stwierdzi, że nie nadąża za moim tempem i zostanie gdzieś po drodze…

to przecież nie będę po nie wracać. 

Manhattan według Tymona. Następny przystanek: Connecticut! 😂

Wczoraj zrobiłam sobie z młodym wycieczkę na Manhattan.

Chociaż właściwie… czy ja ją zrobiłam?

Coraz bardziej mam wrażenie, że moja rola ogranicza się do zapewnienia karty do metra, jedzenia, picia i ogólnego nadzoru, bo kierownikiem naszych wakacyjnych wycieczek został Tymon. 

Młody rozłożył mapę metra, popatrzył, pomyślał i nagle mówi:

– Jedziemy tu!

I palcem wskazuje miejsce na mapie.

– Dobra – mówię. – Zaznaczaj punkt i sprawdzaj, jak jedziemy. Zobacz, ile stacji mamy przejechać, którym pociągiem i gdzie musimy się przesiąść.

Matko kochana, jaki on był dumny!

Mapa przed nim, palec jeździ po kolorowych liniach, stacje policzone, przesiadka znaleziona… Człowiek ma sześć lat, a minę miał taką, jakby właśnie przejął zarządzanie całym nowojorskim metrem. 

No i pojechaliśmy.

Była karuzela, był spacer ulicami Manhattanu, a potem poszliśmy jeszcze do Macy’s zobaczyć, jak naprawdę wygląda teraz budynek bez słynnego napisu.

Młodemu bardzo się podobało.

Tylko pogoda… wiadomo.

New York latem.

Parno tak, że człowiek po pięciu minutach zastanawia się, po co właściwie wychodził z klimatyzowanego mieszkania .

A do tego koło południa Manhattan zaczął się porządnie zapełniać. Turystów pełno. Ludzi pełno. Gdzie się człowiek nie obróci ktoś idzie, stoi, robi zdjęcie, zatrzymuje się nagle na środku chodnika albo idzie dokładnie w przeciwnym kierunku niż my.

I w pewnej chwili Tymon, już wyraźnie zmęczony tym całym tłumem, mówi do mnie:

– Mamo, weź im powiedz, niech się trochę przesuną. Nie mamy miejsca do chodzenia!

Taaaaa…

Synu.

Gdyby to było takie proste, dawno stanęłabym na środku Manhattanu i powiedziała:

– Przepraszam bardzo! Proszę się wszyscy przesunąć! My teraz idziemy! 😂

Niestety Manhattan nie działa według zasad Tymona.

A szkoda.

Pospacerowaliśmy jeszcze trochę, ale mój syn zdecydowanie nie jest miłośnikiem tłumów. Gdzie się nie ruszysz, wszędzie ludzie. Po pewnym czasie stwierdził:

– Wracajmy do domu.

I najlepiej pociągiem.

No dobrze.

Karuzela była.

Manhattan zaliczony.

Macy’s obejrzane.

Turyści nie chcieli się przesunąć.

Można wracać. 

Myślałam, że na tym zakończymy nasze wakacyjne podróżowanie w tym tygodniu.

Ale gdzie tam!

My mamy papierową mapę metra, a na jej drugiej stronie jest mapa połączeń kolejowych.

I tu zaczyna się mój problem.

Bo młody umie już czytać.

Więc oczywiście nie wystarczyło mu spojrzeć na mapę.

On ją PRZESTUDIOWAŁ.

Linia po linii.

Stacja po stacji.

Po czym oznajmił mi, że w piątek rano jedziemy na wycieczkę do Connecticut.

Do CT!!!

Bo przecież są wakacje.

Pociągi jeżdżą.

On umie czytać mapę.

Więc właściwie w czym ja widzę problem? 

Tylko że jest jeden mały szczegół.

W SOBOTĘ JEDZIEMY NA PIKNIK!

A ja przecież muszę upiec ciastka, zrobić sałatkę, przygotować kaszankę z jabłkiem, ogarnąć prowiant i milion innych rzeczy potrzebnych na piknik.

Bo człowiek mówi:

– Jedziemy na piknik!

Jakby wystarczyło wziąć koc pod pachę i wyjść z domu.

Taaaaa… jasne. 

Koc, jedzenie, picie, ciastka, sałatka, kaszanka z jabłkiem, talerzyki, sztućce, serwetki, pojemniki, torby, lodówka turystyczna i Bóg jeden wie, co jeszcze przypomnę sobie pięć minut przed wyjściem!

A mój syn w tym czasie spokojnie planuje mi piątkową wycieczkę do Connecticut.

No jak ja mam to wszystko ogarnąć?!

NO JAK?! 

Kiedy ja mam piec te ciastka?

W pociągu do Connecticut?!

Młody będzie studiował rozkład jazdy, a ja obok rozłożę miskę, mikser i blachę?

– Mamo, następna stacja!

– Dobrze, synku, tylko potrzymaj mi sałatkę, bo muszę jeszcze pokroić jabłko do kaszanki! 😂

O matko jedyna…

Ja chyba nie nadążam za własnym dzieckiem.

Wczoraj Manhattan.

W piątek Connecticut.

W sobotę piknik.

A pomiędzy tym wszystkim ciastka, sałatka, kaszanka z jabłkiem, prowiant i cała reszta piknikowego wyposażenia.

I tak oto zorientowałam się, że wychowuję sobie małego organizatora wycieczek.

Ja już chyba nie mam nic do powiedzenia.

Mam się tylko rano ubrać, spakować wodę i przegryzki i stawić się na peronie. 😂

Trochę zaczynam się bać, co jeszcze znajdzie na tej mapie.

Wczoraj Manhattan.

W piątek Connecticut.

W sobotę piknik.

Aż strach mu pokazać mapę całych Stanów Zjednoczonych, bo któregoś ranka usłyszę:

– Mamo, wstawaj. Jedziemy do Kalifornii. Zobacz, tutaj jest droga! 😂

Ale wiecie co?

Uwielbiam tę jego ciekawość. To, że chce sprawdzać, szukać, liczyć stacje, planować trasę i zobaczyć, dokąd można dojechać.

Bo dla dorosłego mapa to tylko mapa.

A dla sześciolatka?

To chyba lista miejsc, do których mama jeszcze nie zdążyła go zabrać. 

A dla mamy?

Lista kolejnych powodów, dla których nie ma kiedy usiąść. 

Chyba naprawdę zaczynam rozumieć, dlaczego po wakacjach rodzice potrzebują wakacji.

Tylko zanim zacznę marzyć o swoich…

KIEDY JA MAM UPIEC TE CIASTKA?!