Byliśmy ostatnio na cudownym pikniku u Przyjaciół. Takim, jaki kocham najbardziej.

Był grill, było kąpanie w jeziorze, siedzenie na plaży, rozmowy, śmiech, dzieci biegające po piasku i ten cudowny stan, kiedy człowiek przez kilka godzin naprawdę nic nie musi. Błogie lenistwo. Zero zegarka, zero pośpiechu  tylko ludzie, woda, słońce i zwyczajnie dobry czas.

Patrzyłam na Tymona i myślałam sobie: dziecko szczęśliwe!

Towarzystwo miał, w wodzie siedział, w piasku szalał, piruety urządzał takie, że chwilami zastanawiałam się, czy ja wychowuję dziecko, czy młodego delfina. 

Po powrocie do domu pytam:

— Tymon, jak było na pikniku?

— Super! Kiedy pojedziemy jeszcze raz?

No i matka zadowolona. Sukces. Piknik zaliczony na piątkę z plusem.

Ale chwila…

— Mamo, ale wiesz… tata Frania z nim pływał. Bawił się z nim w wodzie… a mojego taty tam nie było.

I nagle krokodyle łzy.

Ja w szoku.

— Tymon, ale przecież ja byłam w wodzie! Pilnowałam cię, patrzyłam, jak pływasz, jak skaczesz, jak robisz te wszystkie swoje cuda!

A on na to, z logiką sześciolatka, z którą naprawdę trudno dyskutować:

— Ale mama Frania też była. I jego tata też był. A ty byłaś… ale mojego taty ze mną nie było.

No i weź tu, człowieku, dyskutuj. 

Przyznam, że przez chwilę trochę mi się zagotowało. Człowiek wraca przekonany, że dziecko właśnie przeżyło dzień życia, wszystko było pięknie, wszyscy szczęśliwi, a tu się okazuje, że ojciec dostał minusa. 

Idę więc do mojego szanownego małżonka i mówię:

— Słuchaj, masz minusa.

— Za co?

— Syn twój z pikniku zadowolony, ale żal mu serce ściska, bo tata Frania był z nim w wodzie, a jego tata nie. Także nie wiem, co z tym zrobisz, ale sytuacja jest poważna. 

Mąż mój zamilkł.

Myśli.

Duma.

Widzę, że procesor pracuje. 😂

Po chwili oznajmia:

— Jedziemy w piątek na camping. Pod namiot.

No i tyle było dyskusji.

Deszcz w Pensylwanii zapowiadają

Jedziemy.

Namiot trzeba rozbić, ognisko rozpalić, a potem obowiązkowo wejść z synem do wody

Nie ma problemu.

Jak powiedział, tak zrobił. Miejsce campingowe zarezerwowane.

Jedziemy!

Kiedy Tymon usłyszał, co tata wymyślił, dostał takiej radości, że mało domu nie rozniosło. Tata w jednej chwili z minusa wskoczył chyba na piątkę z trzema plusami. 

Ale najlepsze było dopiero później.

Reszta naszych dzieci usłyszała hasła: camping, namiot, jezioro, ognisko i nagle wszyscy chcą jechać!

Każdy pracuje, każdy ma swoje obowiązki, ale rozpoczęło się kombinowanie:

— Może się zamienię…

— Może wezmę wolne…

— Może uda mi się wcześniej skończyć…

Bo u nas wystarczy rzucić hasło namiot i ognisko, a rodzina mobilizuje się szybciej niż sztab kryzysowy. 😂

I kiedy już emocje opadły, zaczęłam myśleć o tym, co właściwie wydarzyło się podczas tej krótkiej rozmowy z Tymonem.

My, dorośli, patrzymy na taki dzień i widzimy wszystko.

Piękną pogodę. Jezioro. Grill. Przyjaciół. Śmiech. Dzieci biegające po plaży. Dobry czas.

Patrzymy i myślimy: przecież było idealnie.

A dziecko może zapamiętać zupełnie coś innego.

Tata Frania wszedł z nim do wody, a mój tata nie.

Niby drobiazg.

Dla mnie.

Bo dla niego to wcale nie był drobiazg.

I może właśnie dlatego warto czasem naprawdę posłuchać tych dziecięcych żali, nawet jeśli w pierwszej chwili człowiek ma ochotę powiedzieć:

— Dziecko, przecież miałeś cudowny dzień! O co ci jeszcze chodzi?!

Bo za takim fochem czasem nie stoi kolejna zachcianka.

Czasem stoi bardzo proste:

„Chciałem, żebyś był tam ze mną”.

I chyba właśnie to najbardziej zostało mi w głowie po tej rozmowie.

Dzieci nie zawsze potrzebują od nas kolejnej atrakcji. Nie zawsze potrzebują, żebyśmy coś im kupili, gdzieś je zabrali czy pokazali im coś niezwykłego.

Czasami chcą po prostu, żeby mama usiadła obok.

Żeby tata wszedł do tej wody.

Żeby rozbił z nimi namiot.

Żeby rozpalił ognisko.

Żeby przez chwilę był naprawdę ich.

Więc jedziemy.

Pod namiot.

W deszcz, jeśli będzie trzeba.

Będzie jezioro, będzie ognisko, będzie namiot i tata, który tym razem ma wejść do tej wody z synem i odrobić piknikowego minusa. 

Bo okazuje się, że dzieci wcale nie potrzebują od nas wielkich rzeczy.

Czasem potrzebują tylko móc później powiedzieć:

Mój tata też był. Ze mną 

A ja będę patrzeć z brzegu i mam nadzieję, że tym razem młody wystawi nam piątkę.

Chociaż znając sześciolatka… po powrocie może się okazać, że camping był za krótki, ognisko za małe, a tata za szybko wyszedł z wody. 

No nic. Lecę ładować bagaże, bo zaraz wyjeżdżamy! 🫣

A Wy też tak macie, że czasem jedna rozmowa z dzieckiem nagle pokazuje Wam coś, czego wcześniej zupełnie nie zauważyliście?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź