Dobra. Postanowione. Codziennie wychodzę na spacer i robię minimum 15 tysięcy kroków. A jak się dobrze wezmę, to potrafię wydreptać nawet 25 tysięcy! Skrupulatnie liczy mi je aplikacja steps w telefonie, więc nie ma oszukiwania.
Przestałam też zasilać parkowe ławeczki.
Koniec siedzenia! Teraz dreptam. Chodzę. Krążę. Zasuwam. Jak mnie ktoś widzi piąty raz okrążającą ten sam park, to pewnie zaczyna się zastanawiać, czy ja ćwiczę, czy zwyczajnie nie potrafię znaleźć wyjścia.
I wiecie co? Naprawdę to polubiłam.
Zakładam wygodne buty, telefon ląduje w torebce, do tego mocno schłodzona woda i obowiązkowo zapas chusteczek. I ruszamy z młodym do parku.
Tylko nowojorska pogoda absolutnie nie zamierza nam tego ułatwiać.
Kto mieszka w New York, ten wie, że latem człowiek nie wychodzi z domu.
Człowiek wypływa.
Wilgotność taka, że pierwszą koszulkę mogłabym zmienić zaraz po wejściu do parku, drugą gdzieś w połowie spaceru, a trzecią przy wyjściu. Spodenki też. O reszcie garderoby przez przyzwoitość nie wspomnę. Jak wracam do domu, to właściwie najlepiej byłoby wrzucić do pralki wszystko razem ze mną!
Pot leci z czoła, a ja elegancko wyciągam chusteczkę z torebki i osuszam twarz, jakbym właśnie spacerowała po nadmorskim deptaku przy przyjemnych 22 stopniach, a nie próbowała przeżyć nowojorską saunę na świeżym powietrzu.
Wszystko zgodnie z zaleceniami mojej pani dermatolog, która za skarby świata nie pozwala mi dotykać twarzy rękami. Więc nie tykam! Wyciągam chusteczkę i elegancko zasuwam nią po twarzy jak wycieraczki w samochodzie raz w prawo, raz w lewo.
Za to moje włosy trzymają fason! I to chyba jedyny atut tej letniej wilgotności. Co jakiś czas ktoś mnie zatrzymuje i słyszę:
I love your hair! Your haircut is so beautiful !
No proszę. Człowiek wygląda, jakby właśnie wyszedł spod prysznica w ubraniu, ale fryzura się broni!
A waga?
No cóż… po tylu tysiącach kroków można by się spodziewać jakiegoś spektakularnego WOW!
Nie ma.
Ani grama.
Ale wiecie co? Już nawet mnie to specjalnie nie rusza.
Lubię siebie. Lubię swoje ciało. Nie zamierzam się z nim codziennie kłócić o cyferkę na wadze. Chodzę, bo chcę się ruszać, chcę o siebie dbać, a jeśli przy okazji uda mi się trochę nad tą wagą zapanować świetnie.
A jeśli potrzebuje więcej czasu?
Trudno.
Najważniejsze, że mnie to dreptanie naprawdę zaczęło cieszyć.
Pani doktor powiedziała mi jeszcze, że skoro tyle chodzę, to mogłabym dołożyć jakieś ćwiczenia siłowe.
Taaa…
Chyba będę za sobą ciężary na sznurku ciągać podczas spaceru, bo jak ja zacznę robić ćwiczenia siłowe w tej nowojorskiej saunie, to zamiast formy życia zaliczę zgon.
Najmniej zachwycony moim nowym hobby jest chyba młody.
Bo co tu latem w parku robić?
Towarzystwa brak. Każdy rozsądny dzieciak siedzi w domu przy AC i pyka w jakąś grę, a on ma matkę, która nagle odkryła w sobie zamiłowanie do robienia kilometrów.
No i musi iść.
On ćwiczy, biega, huśta się, coś tam sobie wymyśla, a ja w tym czasie krążę wokół parku.
Kółko.
Jeszcze jedno.
I jeszcze jedno.
On już patrzy na mnie z miną: Matka, długo jeszcze?! , a moja aplikacja mówi, że przecież dopiero się rozkręcam.
I tak sobie chodzimy.
Ja mokra jak pies, pogryziona przez jakieś niewidzialne meszki, z zimną wodą w torebce i chusteczkami idącymi jedna za drugą.
On trochę z przymusu.
Ja już całkiem z przyjemnością.
Parno? Jest.
Duszno? Jak diabli.
Nowojorskie powietrze przegrzane, ciężkie i momentami pachnące tak, że Chanel No. 5 zdecydowanie to nie jest.. Oczywiście.
Ale dreptamy.
I chyba właśnie o to chodzi.
Nie o to, żeby za karę gonić za mniejszym numerem na wadze.
Tylko żeby ruszyć tyłek z ławki, zrobić coś dla siebie, przewietrzyć głowę, pośmiać się po drodze i wrócić do domu z poczuciem:
Kurczę, zrobiłam dzisiaj coś dobrego dla siebie.
A jeśli pewnego dnia przy okazji kilka kilogramów stwierdzi, że nie nadąża za moim tempem i zostanie gdzieś po drodze…
to przecież nie będę po nie wracać.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Jola, fajnie że polubiłaś to chodzenie .
Powinnaś jeszcze mieć coś co mierzyło by Ci pace , czyli jak szybko chodzisz.
Moim zdaniem nie musisz robić 20K kroków , wystarczy że zrobisz 10k , ale dość szybko , pace koło 13-14 , czyli jedna mile powinnaś przejść w ciągu 13-14 minut .
Aniu, dziękuję! ❤️ Właśnie o tym nie pomyślałam do tej pory patrzyłam tylko na liczbę kroków, a nie na to, jak szybko je robię. A jaką aplikację polecasz do mierzenia tego pace? Czego dokładnie mam szukać? 13–14 minut na milę… no dobra, jest nowe wyzwanie! 💪