Wczoraj zrobiłam sobie z młodym wycieczkę na Manhattan.
Chociaż właściwie… czy ja ją zrobiłam?
Coraz bardziej mam wrażenie, że moja rola ogranicza się do zapewnienia karty do metra, jedzenia, picia i ogólnego nadzoru, bo kierownikiem naszych wakacyjnych wycieczek został Tymon.
Młody rozłożył mapę metra, popatrzył, pomyślał i nagle mówi:
– Jedziemy tu!
I palcem wskazuje miejsce na mapie.
– Dobra – mówię. – Zaznaczaj punkt i sprawdzaj, jak jedziemy. Zobacz, ile stacji mamy przejechać, którym pociągiem i gdzie musimy się przesiąść.
Matko kochana, jaki on był dumny!
Mapa przed nim, palec jeździ po kolorowych liniach, stacje policzone, przesiadka znaleziona… Człowiek ma sześć lat, a minę miał taką, jakby właśnie przejął zarządzanie całym nowojorskim metrem.
No i pojechaliśmy.
Była karuzela, był spacer ulicami Manhattanu, a potem poszliśmy jeszcze do Macy’s zobaczyć, jak naprawdę wygląda teraz budynek bez słynnego napisu.
Młodemu bardzo się podobało.
Tylko pogoda… wiadomo.
New York latem.
Parno tak, że człowiek po pięciu minutach zastanawia się, po co właściwie wychodził z klimatyzowanego mieszkania .
A do tego koło południa Manhattan zaczął się porządnie zapełniać. Turystów pełno. Ludzi pełno. Gdzie się człowiek nie obróci ktoś idzie, stoi, robi zdjęcie, zatrzymuje się nagle na środku chodnika albo idzie dokładnie w przeciwnym kierunku niż my.
I w pewnej chwili Tymon, już wyraźnie zmęczony tym całym tłumem, mówi do mnie:
– Mamo, weź im powiedz, niech się trochę przesuną. Nie mamy miejsca do chodzenia!
Taaaaa…
Synu.
Gdyby to było takie proste, dawno stanęłabym na środku Manhattanu i powiedziała:
– Przepraszam bardzo! Proszę się wszyscy przesunąć! My teraz idziemy! 😂
Niestety Manhattan nie działa według zasad Tymona.
A szkoda.
Pospacerowaliśmy jeszcze trochę, ale mój syn zdecydowanie nie jest miłośnikiem tłumów. Gdzie się nie ruszysz, wszędzie ludzie. Po pewnym czasie stwierdził:
– Wracajmy do domu.
I najlepiej pociągiem.
No dobrze.
Karuzela była.
Manhattan zaliczony.
Macy’s obejrzane.
Turyści nie chcieli się przesunąć.
Można wracać.
Myślałam, że na tym zakończymy nasze wakacyjne podróżowanie w tym tygodniu.
Ale gdzie tam!
My mamy papierową mapę metra, a na jej drugiej stronie jest mapa połączeń kolejowych.
I tu zaczyna się mój problem.
Bo młody umie już czytać.
Więc oczywiście nie wystarczyło mu spojrzeć na mapę.
On ją PRZESTUDIOWAŁ.
Linia po linii.
Stacja po stacji.
Po czym oznajmił mi, że w piątek rano jedziemy na wycieczkę do Connecticut.
Do CT!!!
Bo przecież są wakacje.
Pociągi jeżdżą.
On umie czytać mapę.
Więc właściwie w czym ja widzę problem?
Tylko że jest jeden mały szczegół.
W SOBOTĘ JEDZIEMY NA PIKNIK!
A ja przecież muszę upiec ciastka, zrobić sałatkę, przygotować kaszankę z jabłkiem, ogarnąć prowiant i milion innych rzeczy potrzebnych na piknik.
Bo człowiek mówi:
– Jedziemy na piknik!
Jakby wystarczyło wziąć koc pod pachę i wyjść z domu.
Taaaaa… jasne.
Koc, jedzenie, picie, ciastka, sałatka, kaszanka z jabłkiem, talerzyki, sztućce, serwetki, pojemniki, torby, lodówka turystyczna i Bóg jeden wie, co jeszcze przypomnę sobie pięć minut przed wyjściem!
A mój syn w tym czasie spokojnie planuje mi piątkową wycieczkę do Connecticut.
No jak ja mam to wszystko ogarnąć?!
NO JAK?!
Kiedy ja mam piec te ciastka?
W pociągu do Connecticut?!
Młody będzie studiował rozkład jazdy, a ja obok rozłożę miskę, mikser i blachę?
– Mamo, następna stacja!
– Dobrze, synku, tylko potrzymaj mi sałatkę, bo muszę jeszcze pokroić jabłko do kaszanki! 😂
O matko jedyna…
Ja chyba nie nadążam za własnym dzieckiem.
Wczoraj Manhattan.
W piątek Connecticut.
W sobotę piknik.
A pomiędzy tym wszystkim ciastka, sałatka, kaszanka z jabłkiem, prowiant i cała reszta piknikowego wyposażenia.
I tak oto zorientowałam się, że wychowuję sobie małego organizatora wycieczek.
Ja już chyba nie mam nic do powiedzenia.
Mam się tylko rano ubrać, spakować wodę i przegryzki i stawić się na peronie. 😂
Trochę zaczynam się bać, co jeszcze znajdzie na tej mapie.
Wczoraj Manhattan.
W piątek Connecticut.
W sobotę piknik.
Aż strach mu pokazać mapę całych Stanów Zjednoczonych, bo któregoś ranka usłyszę:
– Mamo, wstawaj. Jedziemy do Kalifornii. Zobacz, tutaj jest droga! 😂
Ale wiecie co?
Uwielbiam tę jego ciekawość. To, że chce sprawdzać, szukać, liczyć stacje, planować trasę i zobaczyć, dokąd można dojechać.
Bo dla dorosłego mapa to tylko mapa.
A dla sześciolatka?
To chyba lista miejsc, do których mama jeszcze nie zdążyła go zabrać.
A dla mamy?
Lista kolejnych powodów, dla których nie ma kiedy usiąść.
Chyba naprawdę zaczynam rozumieć, dlaczego po wakacjach rodzice potrzebują wakacji.
Tylko zanim zacznę marzyć o swoich…
KIEDY JA MAM UPIEC TE CIASTKA?!
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Byliście w CT???
Jakby co to proszę dać mi znać na przyszłość 🙂
Aniu, nie byliśmy w CT! Mieliśmy jechać, ale mojemu szanownemu właśnie w piątek zamknęli robotę i wszystkie plany zrobiły piękne pufff! 🤣🤣
No wiesz, jak to jest… chłop niespodziewanie w domu i cały misternie ułożony plan dnia bierze w łeb! 😂😂😂
Ale następnym razem, jak Tymon zarządzi Connecticut, to dam Ci znać! 😁