No i Maks zaraził sportami zimowymi swoje dwie starsze siostry.

Tyle że dziewczyny zamiast nart wybrały snowboard.

Od dwóch lat w ramach prezentów świątecznych kupowaliśmy im bilety na zjazdy. Ale w tym roku nastąpił przełom.

Starsza trójka wykupiła sobie karnety na cały sezon.

SOBIE.

I już samo to było dla mnie czymś nowym. Pracują, zarabiają swoje pieniądze, mają swoje wydatki i sami postanowili, że jeśli chcą jeździć całą zimę, to sobie za tę przyjemność zapłacą.

Ale wtedy Maks zrobił szum.

Bo Maks jak już coś wymyśli, to nie ma po cichu. Musi się zrobić głośno, parno i najlepiej, żeby pół domu zostało wciągnięte w jego pomysł.

No i zrobiło się.

Cała starsza trójka złożyła się i wykupiła karnet również Tymkowi.

W ramach prezentu.

I tutaj zrobiło mi się naprawdę miło.

Bo jedno to patrzeć, jak starsze dzieci dorastają, pracują, zarabiają swoje pieniądze i same płacą za swoje przyjemności.

A zupełnie co innego zobaczyć, że przy tym wszystkim pamiętają o najmłodszym bracie.

I znowu Maks.

Ten dzieciak, z którym chyba miałam w życiu najwięcej turbulencji. Ten, przy którym nieraz człowiek zastanawiał się, czy jeszcze wychowuje dziecko, czy już bierze udział w jakimś programie survivalowym.

A jednocześnie to właśnie on bardzo dużo widzi.

Dużo czuje.

Obserwuje ludzi.

I bardzo często jest prowokatorem naszych domowych rewolucji.

Tymek ma więc karnet dzięki rodzeństwu, a nam zostało wypożyczenie nart .

Czyli rodzinny plan na zimę jest gotowy.

Ola i Wiktoria na snowboardach.

Maks na nartach.

Tymek na nartach, na razie pod czujnym okiem instruktora w zimowej szkółce.

A ja z mężem bardzo odpowiedzialnie będziemy pilnować termosu z kawą.

I tak właśnie zaczęła się nasza wyprawa po sprzęt dla dziewczyn.

Oczywiście Maks wiedział, do jakiego sklepu mamy jechać.

Mało tego.

On nie rzucił tylko:

Jedźmy tam, bo fajny sklep.

Nie.

Młody wcześniej sprawdził ceny, asortyment, promocje i upusty. Porównał wszystko i zdecydował, że jedziemy na Long Island, bo tam jest większy wybór i lepsze ceny.

Czyli syn zrobił analizę rynku, kosztorys i logistykę wyprawy.

No dobra.

Jedziemy.

Dojechaliśmy i pierwsze, co zobaczyłam:

PARKING.

Normalny.

Własny.

Przy sklepie.

Popatrzyłam na męża.

No. Już go lubię.

Bo kto mieszka w New Yorku, ten wie, że sklep z własnym parkingiem zaczyna znajomość z klientem od bardzo mocnego argumentu.

Wchodzimy do środka i…

WOW.

TRZY PIĘTRA ZIMOWEGO SZALEŃSTWA.

Deski, buty, kaski.

Na kolejnym piętrze narty, kijki, wiązania.

W piwnicy hektary kurtek, spodni, czapek, rękawiczek i skarpet.

Wszystkiego tyle, że ja po kilku minutach nie wiedziałam już, gdzie patrzeć.

Za to Maks wiedział doskonale.

Wszedł między te narty i snowboardy jak do siebie.

Biegał góra, dół. Do dziewczyn, potem do Tymka, bo młodemu wybieraliśmy sprzęt do wypożyczenia na sezon, znowu do dziewczyn, które na górze debatowały nad deskami.

Oglądał.

Porównywał.

Dopytywał.

Tłumaczył siostrom.

Rozmawiał ze sprzedawcą.

I po kilku minutach patrzę na męża.

Mąż patrzy na mnie.

A ja mówię:

Ty leć po popcorn. Tu są piękne drewniane ławeczki. My tu chyba trochę posiedzimy.

Bo rozpoczął się spektakl.

Maks pomagał Oli i Wiktorii wybierać deski i buty. Tłumaczył im, na co mają zwrócić uwagę, czym różnią się poszczególne modele, co sprawdzić, o co zapytać.

Sam jeździ na nartach, ale o snowboardzie też wiedział tyle, że w pewnym momencie sprzedawca spojrzał na niego i zapytał:

Skąd ty, młody człowieku, masz tyle wiedzy o nartach i snowboardzie?

Maks chyba nawet nie bardzo rozumiał, dlaczego facet jest taki zdziwiony.

Czytam. Oglądam filmiki na YouTube. Rozmawiam z ludźmi w pracy.

I tyle.

Sprzedawca powiedział, że jest pod ogromnym wrażeniem jego wiedzy.

A ja miałam ochotę powiedzieć:

Panie kochany, PAN jest pod wrażeniem? Niech pan zobaczy jego rodziców na tej ławce!

Bo nam naprawdę kopary opadły.

Siedzieliśmy z mężem i co chwilę szturchaliśmy się łokciami.

Ty słyszysz?

Słyszę.

On naprawdę to wszystko wie?

No wygląda na to, że wie.

I właśnie w takich momentach człowiek odkrywa własne dziecko na nowo.

Bo przecież widzę tego Maksa codziennie.

Mieszkamy razem.

Rozmawiamy.

Wiem, że kocha narty. Wiem, że interesuje się tym sportem.

Ale nie miałam pojęcia, ILE on naprawdę wie.

Czyta.

Ogląda.

Pyta.

Rozmawia z ludźmi.

Zapamiętuje.

Interesuje się.

I przychodzi taki zwyczajny dzień, jedziesz z własnym dzieckiem do sklepu i nagle odkrywasz, że ono zna się na czymś o niebo lepiej niż matce się wydaje !

Ale na Maksie nasze zaskoczenie się nie skończyło.

Kiedy sprzedawca zaczął pomagać dziewczynom w ostatecznym wyborze, one miały już wybrane po kilka desek. Maks wcześniej przekazał im najważniejsze informacje, więc wiedziały, czego szukają i o co pytać.

Oczywiście zaczęło się szafowanie.

Ta ładniejsza.

Ta ma fajniejszy wzór.

Ta bardziej cool.

Ta może jednak nie.

Ale dziewczyny nie patrzyły tylko na wygląd.

Patrzyły na jakość.

Porównywały ceny.

Sprawdzały, czy warto dopłacać.

Pilnowały budżetu.

A ja w międzyczasie przeżywałam własne objawienie, bo dowiedziałam się, że porządna deska snowboardowa może kosztować od 300 dolarów w górę.

TRZYSTA DOLARÓW.

Za deskę.

A przecież deska sama nie pojedzie.

Potrzebne są jeszcze buty, kask, wiązania i cała reszta tego zimowego interesu.

I tutaj dziewczyny zaskoczyły mnie kolejny raz.

Miały swoje pieniądze.

Swoje karty.

Mogły kupić najdroższe i najbardziej wypasione deski.

Nie zrobiły tego.

Porównywały.

Liczyły.

Zastanawiały się, czy rzeczywiście warto dopłacić.

Czy ta droższa jest naprawdę lepsza, czy może tylko ładniejsza.

I wiecie, co wtedy poczułam?

Kurczę.

Chyba jednak coś zrobiliśmy dobrze.

Bo można dzieciom przez lata gadać:

Szanuj pieniądze.

Nie kupuj czegoś tylko dlatego, że jest modne.

Najdroższe nie zawsze znaczy najlepsze.

Najpierw sprawdź, potem wydawaj.

Można gadać, gadać i gadać.

A potem przychodzi taki moment, kiedy już nic nie mówisz.

Siedzisz na drewnianej ławce obok męża i tylko patrzysz.

I widzisz, że one naprawdę to potrafią.

Maks zrobił rozeznanie, sprawdził ceny i znalazł sklep.

Dziewczyny wybierały sprzęt rozsądnie i pilnowały swoich pieniędzy.

A wcześniej cała starsza trójka pomyślała jeszcze o Tymku i kupiła mu karnet.

I chyba właśnie to spodobało mi się najbardziej.

Bo rozsądnie wydawać własne pieniądze to jedno.

Ale pamiętać przy tym o młodszym bracie i zrobić mu wspólnie prezent to już zupełnie inna historia.

Tym bardziej że oni myślą też o nas.

Wiedzą, że jest chałupa , opłaty, jedzenie, rachunki i cała masa wydatków. Wiedzą, że przy czwórce dzieci pieniądze nie rozmnażają się nocą w portfelu.

I chcieli nas trochę odciążyć.

Nie dlatego, że ich o to prosiliśmy.

Sami.

I tak sobie patrzę na tę naszą starszą trójkę i myślę:

Kiedy oni się tak, kurczę, ogarnęli?

Przecież dopiero co zjeżdżaliśmy na TUBINGU!

A teraz jedno doradza drugiemu przy zakupie sprzętu za kilkaset dolarów, drugie pilnuje budżetu, trzecie porównuje ceny, a razem kupują prezent najmłodszemu.

I człowiekowi robi się jakoś tak dobrze.

Dumna jestem.

Z Maksa, że kiedy coś go interesuje, nie ślizga się po powierzchni, tylko naprawdę chce to poznać.

Z dziewczyn, że nie kupują bezmyślnie tylko dlatego, że coś jest modne, drogie albo ładne.

Z całej trójki, że pomyśleli o Tymku.

I trochę też z nas.

Bo może jednak przez te wszystkie lata coś im przekazaliśmy.

Chociaż nadal zastanawia mnie, po kim mają takie rozsądne podejście do pieniędzy.

Najchętniej napisałabym, że po matce.

Ale nie będę naciągać faktów.

Mój mąż to prawdziwy ekonomista i zdecydowanie po nim mają tę smykałkę do liczenia.

Ja chyba nie za bardzo mieszczę się w tych rubrykach, tabelkach i budżetach.

DOBRZE ICH WYCHOWALIŚMY.

Tak.

Pozwolę sobie dzisiaj to napisać.

W sklepie spędziliśmy CZTERY GODZINY.

Naprawdę.

Cztery!

Gdybym wiedziała, zabrałabym termos, kanapki, popcorn i poduszkę pod tyłek.

Ale wiecie co?

To były naprawdę fajne cztery godziny.

Bo czasami dopiero w takich zupełnie zwyczajnych sytuacjach widzisz, że twoje dzieci naprawdę dorastają.

Teraz czekamy na sezon.

Ola i Wiktoria będą szaleć na snowboardach.

Maks na nartach.

Tymek będzie w tym roku przez kilka godzin w szkółce, pod okiem instruktora, bo matka jednak chciałaby odzyskać dziecko w jednym kawałku.

A ja z mężem?

Po zapoznaniu się z cenami całego tego zimowego szaleństwa podjęliśmy bardzo rozsądną decyzję finansową.

Będziemy spacerować.

Potem usiądziemy przy kominku.

Wyciągniemy termos z gorącą kawą.

I będziemy czekać, aż nasza czwórka wróci ze stoku.

Bo naprawdę cieszę się, że moje dzieci kochają sport.

Jeszcze bardziej cieszę się, że potrafią myśleć.

A najbardziej chyba z tego, że mimo różnicy wieku, własnego życia, pracy i swoich spraw potrafią pomyśleć jedno o drugim.

A my z mężem?

My sport ekstremalny uprawiamy już od lat.

Wychowujemy czwórkę dzieci.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz