Kiedyś ludzie wysoko wrażliwi pisali wiersze, komponowali muzykę, malowali obrazy, pisali pamiętniki i listy. Przelewali na papier, płótno i nuty wszystko to, co ich bolało, uwierało, gniotło od środka, czego nie potrafili powiedzieć drugiemu człowiekowi. I czasami zastanawiam się, gdzie dzisiaj podziali się ci ludzie. Czy naprawdę jest nas mniej? Czy może nadal jesteśmy, tylko nauczyliśmy się tak dobrze udawać, że wszystko jest w porządku? Robimy zdjęcia, uśmiechamy się, idziemy do pracy, robimy zakupy, gotujemy obiad, odbieramy dzieci ze szkoły, płacimy rachunki, spotykamy się z ludźmi, żartujemy, odpowiadamy wszystko dobrze, a potem zostajemy sami ze sobą i okazuje się, że wcale nie jest dobrze. Ja piszę. Pisanie daje mi wolność. Gdybym tylko potrafiła, wyjęłabym z siebie cały ból i położyła go na kartce papieru, żeby tam został, żeby wsiąkł w papier zamiast we mnie. Może nie byłyby to wiersze, może nigdy nie powstanie z tego wielka literatura, ale byłaby prawda. Prawda o życiu człowieka, który nauczył się przetrwać dużo wcześniej, niż nauczył się żyć.
Czasami zastanawiam się, kim byłabym dzisiaj, gdybym nie urodziła się w swojej rodzinie. Co bym robiła? Jak bym żyła? Jakim człowiekiem byłabym, gdybym jako dziecko dostała trochę więcej spokoju, bezpieczeństwa, rozmowy, czułości i zwykłego poczucia, że jestem ważna. Nie chodzi o pieniądze, piękny dom czy rzeczy. Można mieć matkę, ojca, dach nad głową, obiad na stole i jednocześnie dorastać z pustką, której później przez pół życia nie wiadomo czym zapełnić. Można mieszkać w domu pełnym ludzi i czuć się potwornie samotnym. Można jako dziecko nauczyć się rozpoznawać nastrój dorosłych po krokach, po sposobie zamknięcia drzwi, po jednym spojrzeniu, po tonie głosu. Nauczyć się, kiedy można się odezwać, a kiedy lepiej zniknąć. Kiedy trzeba być cicho. Kiedy nie zadawać pytań. Kiedy przeczekać. Człowiek uczy się obserwować, przewidywać i przetrwać, tylko nikt wtedy nie mówi, że kiedyś przyjdzie mu za tę umiejętność zapłacić.
Ilu nas takich jest? Dorosłych dzieci z domów, które z zewnątrz wyglądały normalnie. Ilu ludzi chodzi dzisiaj po świecie z czymś, czego nikt nie widzi? Ilu mężczyzn wychowanych w takich domach przez całe życie słyszało, że facet ma być twardy, że nie wolno płakać, że trzeba zacisnąć zęby, aż któregoś dnia zwyczajnie już nie dali rady? Ilu odebrało sobie życie, bo nikt wcześniej nie nauczył ich powiedzieć: „boli mnie”, „boję się”, „nie daję rady”? Ile kobiet do dzisiaj zastanawia się, czy w ogóle mają prawo powiedzieć, że dzieciństwo bolało, skoro przecież matka była, ojciec był, jedzenie było, dach nad głową był. Czego jeszcze chciałaś? A może dziecko chce czegoś więcej niż pełnej lodówki. Może chce być przytulone. Może chce usłyszeć, że jest ważne. Może chce opowiedzieć, że się boi, i nie usłyszeć, że wymyśla. Może chce mieć prawo do swoich emocji, zamiast całe dzieciństwo zajmować się emocjami dorosłych.
A potem takie dziecko dorasta. Takie jak ja. Tworzy własną rodzinę, ma męża, dzieci i próbuje zbudować coś, czego samo właściwie nigdy nie znało. I wtedy przychodzą pytania, których czasami najbardziej się boję. Czy ja w ogóle potrafię kochać? Czy dobrze zrobiłam, powołując dzieci na świat? Czy miałam do tego prawo, skoro sama przyszłam z domu pełnego ran? Czy nie jestem samolubem? Czy nie przemyciłam do swojego domu czegoś, od czego przez całe życie próbowałam uciec? Jakiegoś sposobu reagowania, krzyku, milczenia, chłodu, obrażania się, lęku? Czy któregoś dnia moje dzieci nie powiedzą mi, że przeze mnie też muszą coś w sobie naprawiać? Bo chyba właśnie tego człowiek z dysfunkcyjnego domu boi się najbardziej. Nie tylko tego, że sam został zraniony. Boi się, że nieświadomie poda ten ból dalej.
I jest jeszcze coś, do czego trudno mi się przyznać. Trudno mi przytulać własne dzieci. Piszę to i sama czuję, jak bardzo to boli, bo przecież je kocham. Oddałabym za nie wszystko. Stanęłabym za nimi murem. Nie śpię, kiedy któreś ma problem. Martwię się, kiedy coś je boli. Chciałabym ochronić je przed wszystkim, przed czym nie potrafiono ochronić mnie. A jednak zwyczajne podejście, objęcie, przytulenie bez powodu nie zawsze przychodzi mi naturalnie. Z małym Tymkiem jest inaczej. Jego potrafię tulić, całować, brać do siebie. Przy nim nie zastanawiam się, co zrobić z rękami i dlaczego zwyczajny gest czułości potrafi być dla człowieka czymś tak trudnym. Może dlatego, że przy nim dostałam jeszcze jedną szansę nauczenia się czułości od początku. Może dlatego, że kiedy się urodził, ja byłam już inną kobietą niż wtedy, kiedy rodziły się moje starsze dzieci. A może przez te wszystkie lata powoli nauczyłam się czegoś, czego nikt nie nauczył mnie wcześniej. Nie wiem.
I właśnie to potrafi boleć najbardziej. Bo wtedy zaczynam rozumieć, jak daleko sięgają rzeczy wyniesione z dzieciństwa. One nie zostają w rodzinnym domu, kiedy zamykasz za sobą drzwi i wyprowadzasz się jako dorosły człowiek. Zabierasz je ze sobą. Wchodzą z tobą w małżeństwo. Siadają przy twoim stole. Śpią obok ciebie. Czasami wychowują razem z tobą twoje dzieci. Jeśli samemu nie dostało się czułości, można całym sercem kochać własne dziecko, a mimo to nie wiedzieć, jak tę miłość zamienić w gest. Jak podejść. Jak objąć. Jak powiedzieć „kocham cię” bez tego dziwnego skrępowania gdzieś w środku. I może właśnie dlatego tak często pytam siebie, czy potrafię kochać. Bo wiem, że kocham. Tylko czasami nie potrafię pokazać tej miłości w taki sposób, w jaki sama kiedyś chciałabym ją dostać. I chyba nie ma bardziej bolesnego odkrycia niż świadomość, że można całe życie uciekać od własnego dzieciństwa, a któregoś dnia odwrócić się i zobaczyć, że ono jednak kawał drogi przeszło za tobą.
A teraz mam swoje lata i wydawałoby się, że człowiek powinien już mieć prawo po prostu żyć. Tymczasem czasami czuję, jakbym nadal stała przed jakimś rodzinnym sądem. Jakbym ciągle musiała udowadniać, że nie jestem tym wszystkim, co ktoś postanowił ze mnie zrobić. I najbardziej boli mnie to, że można wciągać w to moje własne dzieci. Można opowiadać im o mnie tak, jak komuś akurat pasuje. Można wziąć jedno moje zdanie, jedną kłótnię, jeden błąd, jeden moment bezsilności, wyciąć wszystko, co wydarzyło się przed nim i po nim, wyrzucić cały kontekst i powiedzieć: „Widzisz? Taka właśnie jest twoja matka”. Można z matki zrobić nieudacznika. Kobietę bez perspektyw. Kogoś, kto niczego nie osiągnął. Kogoś, kogo można pomniejszać, oceniać i osądzać. Można być sędzią własnej córki i wybierać dowody według własnych potrzeb. To pasuje do mojej wersji, więc o tym opowiem. Tego nie pokażę. To pamiętam. O tamtym zapomnę. Tego użyję przeciwko tobie. A o tym, co zrobiłam ja, nie będziemy rozmawiać.
I wtedy zaczynasz rozumieć, jak potężną bronią jest cudza wersja twojego życia. Bo prawda prawie nigdy nie mieści się w jednym zdaniu. Prawda ma kontekst. Ma to, co wydarzyło się wcześniej. Ma to, co było później. Ma słowa wypowiedziane po obu stronach. Ma noce, których nikt nie widział. Ma płacz za zamkniętymi drzwiami. Ma lata, o których dzisiaj komuś wygodniej nie pamiętać. I chyba najbardziej boli mnie to, że człowiek, który całe dzieciństwo próbował zasłużyć na akceptację, po kilkudziesięciu latach znowu zaczyna się tłumaczyć. Z tego, kim jest. Z tego, co powiedział. Z tego, czego nie powiedział. Z własnych decyzji. Z emocji. Z błędów. Ze swojego życia. I któregoś dnia pojawia się pytanie: ile jeszcze? Ile lat można siedzieć na ławie oskarżonych we własnej rodzinie? Ile razy trzeba udowadniać, że nie jest się potworem tylko dlatego, że ktoś opowiedział o nas kilka wygodnie wybranych fragmentów?
Nie jestem święta. Popełniałam błędy. Krzyczałam. Byłam wściekła. Bezsilna. Zmęczona. Powiedziałam rzeczy, których nie powinnam była powiedzieć. Podjęłam decyzje, które dzisiaj być może podjęłabym inaczej. Mam swoje wady i mam swoje najgorsze pięć minut, jak każdy człowiek. Ale moje najgorsze pięć minut nie jest całym moim życiem. Jedno zdanie nie jest moją biografią. Jedna kłótnia nie definiuje tego, jaką jestem matką. To, że nie zawsze potrafiłam przytulić, nie oznacza, że nie kochałam. To, że czegoś nie umiałam, nie oznacza, że nie próbowałam. I jeden błąd nie daje nikomu prawa do napisania całej mojej historii za mnie.
Może właśnie dlatego piszę. Bo papier mnie nie osądza. Nie przerywa mi w połowie zdania. Nie wycina fragmentów. Nie mówi mi, że źle pamiętam albo że przesadzam. Mogę wylać na niego wszystko, nawet to, czego sama czasami boję się dotknąć. Gniew, żal, rozczarowanie, poczucie krzywdy, tęsknotę za czymś, czego nigdy nie miałam, i pytania, na które prawdopodobnie nigdy nie dostanę odpowiedzi. Mogłabym tworzyć mroczne historie pełne bólu i cierpienia, bo materiału mam w sobie na całe tomy. Mogłabym rozdrapywać każdą ranę do krwi i każdego dnia udowadniać światu, jak bardzo bolało. Tylko ja nie chcę mieszkać w ciemności tylko dlatego, że dobrze ją znam.
Ale są takie chwile, kiedy ciemność jednak przychodzi. Kiedy wszystko robi się za ciężkie. Kiedy chciałabym rozmyć się jak chmura, rozpłynąć gdzieś na chwilę, przestać dźwigać siebie, swoją historię, wszystkie pytania i wszystkie cudze słowa. Kim ja właściwie jestem? Kim jestem pod tym wszystkim? Nie znam odpowiedzi. Boże, jak czasami życie boli. Jak potwornie potrafi boleć coś, czego przecież nikt nie może dotknąć palcem ani zobaczyć na zdjęciu. Jak często ten ciężar przygniata mnie tak, że czuję się jak ryba wyrzucona na brzeg. Łapię powietrze, a jakby go nie było. Próbuję się podnieść, a coś znowu dociska mnie do ziemi. I wtedy nie mam już wielkich słów. Nie mam mądrych przemyśleń. Nie chcę niczego analizować. Jest tylko jedno wołanie gdzieś ze środka: wyciągnij mnie. Wyciągnij mnie stąd. Ty, Panie, wiesz. Ty wiesz, czego nawet ja nie potrafię nazwać. Wiesz, ile tego jest. Wiesz, jak bardzo czasami jestem zmęczona. Więc jeśli jeszcze mnie słyszysz, jeśli ja sama nie potrafię już znaleźć drogi do światła, to znajdź mnie Ty. Wyciągnij mnie. Uratuj mnie.
Bo mimo wszystko ciągle gdzieś widzę słońce. Czasami tylko przez małą szczelinę, czasami przez łzy, czasami przez taki smutek, że prawie go nie dostrzegam, ale ono tam jest. Po tym wszystkim nadal potrafię się śmiać. Nadal kocham ludzi. Nadal potrafię zachwycić się czymś zupełnie zwyczajnym. Wypić rano kawę i przez kilka minut pomyśleć, że życie jednak bywa piękne. Patrzeć na swoje dzieci i czuć miłość tak wielką, że aż boli, nawet jeśli nie zawsze umiem ją pokazać. Może właśnie na tym polega całe moje życie. Na chodzeniu pomiędzy ciemnością a światłem. Pomiędzy tym, co dostałam, a tym, co sama próbuję dawać. Pomiędzy dziewczynką, która kiedyś chciała tylko przetrwać, a kobietą, która dzisiaj nadal próbuje nauczyć się naprawdę żyć.
Nie wiem, kim byłabym, gdybym urodziła się gdzie indziej. Może byłabym spokojniejsza. Może odważniejsza. Może zrobiłabym w życiu zupełnie inne rzeczy. Może łatwiej byłoby mi uwierzyć, że zasługuję na miłość bez konieczności ciągłego udowadniania swojej wartości. Może umiałabym przytulać bez zastanowienia. Może nie analizowałabym każdego słowa. Może nie bałabym się tak bardzo odrzucenia. Tego już nigdy się nie dowiem. I chyba właśnie to też jest częścią żałoby po dzieciństwie. Człowiek opłakuje nie tylko to, co mu się wydarzyło. Czasami opłakuje również człowieka, którym mógł zostać, gdyby na początku dostał trochę inne karty.
Ale jestem tutaj. Taka, jaka jestem. Z tym wszystkim. Z ranami, których nie widać. Z błędami, których nie zamierzam wypierać. Z rzeczami, których nadal się uczę, chociaż dawno jestem dorosła. Z rodziną, którą stworzyłam najlepiej, jak umiałam. Z dziećmi, które kocham bardziej, niż potrafię to czasami pokazać. Z pytaniami, które pewnie jeszcze nieraz do mnie wrócą. I z potrzebą pisania, bo może właśnie pisząc, odzyskuję kawałek siebie.
Nie chcę już, żeby ktokolwiek pisał moją historię za mnie. Nie chcę być człowiekiem poskładanym z cudzych ocen, wyrwanych z kontekstu zdań i wygodnych dla kogoś wersji wydarzeń. Jeśli ktoś chce mnie oceniać, niech najpierw przeczyta całość, a nie tylko kilka zaznaczonych na czerwono fragmentów.
Bo moja historia nie składa się wyłącznie z bólu. Jest w niej miłość. Jest śmiech moich dzieci. Jest zwyczajna codzienność. Są moje błędy i moje małe zwycięstwa. Jest wściekłość, żal, zmęczenie i przebaczenie, którego czasami nadal nie potrafię w sobie znaleźć. Jest strach, że czegoś nie zrobiłam wystarczająco dobrze. Jest świadomość, że pewnych rzeczy już nie cofnę. Jest ciągła nauka tego, czego powinnam była nauczyć się jako dziecko: bliskości, czułości, mówienia o uczuciach, przytulania, kochania bez lęku.
I jest jeszcze coś. Jakiś cholernie uparty kawałek światła, którego mimo wszystko nikomu nie udało się we mnie zgasić. Czasami ledwo się tli. Czasami sama go nie widzę i wtedy wołam tylko: „Panie, wyciągnij mnie”. Ale może właśnie to, że jeszcze wołam, znaczy, że gdzieś głęboko ciągle wierzę, że jest skąd mnie wyciągnąć i że jest jeszcze dokąd wracać.
Może właśnie dlatego piszę.
Zapisuję swoje życie na skrawkach smutku, żeby nie musieć nosić wszystkiego w sobie.
I zostawiam między nimi odrobinę miejsca na światło.
Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.