Coraz częściej, kiedy odpalam Facebooka, wyskakują mi jakieś ćwiczenia.

Nie wiem, czy to przypadek,  czy telefon próbuje mi coś delikatnie zasugerować.

Jola. Spójrz. Może spróbujesz? Może od dzisiaj?

Taaaaa.

Nigdy nie byłam wielką zwolenniczką ćwiczeń. Nie mam zapału. Nie budzę się rano z myślą: Ale bym sobie dzisiaj zrobiła serię przysiadów!

Ja się budzę i już mam trening.

Rozpakuj zmywarkę.

Zapakuj zmywarkę.

Ogarnij kuchnię.

Ogarnij łazienki.

Wynieś śmieci.

Zrób pranie.

Zanieś pranie.

Przynieś pranie.

Poskładaj pranie .

Triathlon od piątej rano, tylko medali nie rozdają.

Poza tym ja przecież ĆWICZĘ.

Jak mieszam chochlą w garnku i podryguję przy Radiu ZET, mam cardio i ćwiczenia ramion w jednym.

Jak prasuję koszulę syna, żelazko robi za hantel. Do tego zginam kolana, staję na palcach i już mamy trening całego ciała.

Mycie ścian? Przysiady.

Mycie podłogi? Skłony.

Odkurzanie na pełnej mocy? Interwały.

Tachanie siat z zakupami? Trening siłowy.

A kiedy biorę pilota do ręki, ćwiczę mięśnie palców. Też ważne. Nie można dopuścić, żeby się zastały.

Także proszę mi nie mówić, że prowadzę siedzący tryb życia.

Ale od jakiegoś czasu Facebook pokazuje mi kobiety ćwiczące kalistenikę.

A przynajmniej chyba tak to się nazywa, bo ja przez pierwsze dni byłam przekonana, że to jakaś kalistynka .

I ta kalistynka zaczyna mi się podobać.

Bo podobno nie potrzeba żadnego sprzętu. Nie trzeba iść na siłownię. Wykorzystujesz ciężar własnego ciała i wyginasz śmiało ciało.

NO TO JEST COŚ DLA MNIE.

Zwłaszcza ten brak siłowni.

Sprzęt sportowy zresztą posiadam. Bieżnię mam!

Stoi w domu.

Piękna.

Sprawna.

Obecnie pełni bardzo odpowiedzialną funkcję w gospodarstwie domowym, ponieważ jest wieszakiem na torby moich córek.

Czasami na nią patrzę.

Ona patrzy na mnie.

Ja wiem, czego ona chce.

Ona wie, że ja wiem.

I na tym kończy się nasza aktywność fizyczna.

Tylko że gdzieś z tyłu głowy słyszę głos mojej endokrynolog:

Proszę zacząć ćwiczyć. Cokolwiek. Bieżnia, lekki bieg, ruch…

Pani doktor, ja od rana biegnę.

Tylko ciągle po mieszkaniu i bez ustawienia START

Ale podobno kobieta przed pięćdziesiątką powinna już trochę bardziej świadomie zadbać o mięśnie, kości i całe to swoje rusztowanie, żeby potem nie skrzypiało przy każdym wstawaniu z kanapy.

No dobra.

Chyba mnie przekonali.

A ta kalistenika jakoś wyjątkowo do mnie przemawia. Podobno nawet 10 minut regularnych ćwiczeń to już lepsze niż nic.

DZIESIĘĆ MINUT.

Tyle jestem w stanie poświęcić.

Chyba.

Może.

Nie obiecuję.

Ale dzisiaj jest poniedziałek, czyli najbardziej oficjalny dzień rozpoczynania wszystkiego, czego człowiek nie rozpoczął przez poprzednie pół roku.

Więc może zacznę.

Może dziś nastąpi historyczny moment, kiedy zdejmę torby z bieżni.

Chociaż bez przesady. Nie róbmy dwóch rewolucji jednego dnia.

Najpierw kalistenika.

A Wy ćwiczycie tę kalistenikę czy jak to tam zwać?

Skąd bierzecie ćwiczenia? YouTube? Facebook? Jakaś aplikacja?

Podrzućcie mi coś dla człowieka, który chce zacząć, ale jego organizm jeszcze o tym nie wie.

Może jak publicznie napiszę, że zaczynam, to już głupio będzie się wycofać.

Chociaż znając siebie, wszystko jest możliwe.

Moja bieżnia


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź