Od dwóch dni leje.

Zimno, mokro i wietrznie. Cały New York jakby ktoś nagle wrzucił do wielkiej lodówki.

I ja naprawdę nie wiem, co jest z tą pogodą. Albo gorąco takie, że nie ma czym oddychać, albo zimno, które przeszywa człowieka na wylot. Brakuje mi czegoś pośrodku. Takiej zwyczajnej jesieni, która przychodzi powoli. Najpierw sweter, potem kurtka, później płaszcz. Człowiek ma czas przygotować się psychicznie, że nadciąga zima.

Ale nie w New York.

Tutaj albo chodzisz w ciepłym płaszczu, albo hop, wskakujesz w strój kąpielowy. Stanów pośrednich brak.

No więc wczoraj siąpiło, lało i wiało. Wiatr hulał jak szalony, a mój balkon wygląda dzisiaj jak po przejściu małego tornado. Doniczki porozrzucane, wszystko poprzewracane, co mogło odlecieć, odleciało.

Ale żeby nie było za spokojnie i romantycznie, że oto jesienny wiatr tańczy sobie walca pomiędzy nowojorskimi wieżowcami, musiało nam jeszcze coś dołożyć.

Przednia szyba w samochodzie do wymiany.

Pęknięta.

Coś w nią przypierdzieliło. Konar, kamień, kawałek czegoś, nie mam pojęcia. W każdym razie jesienny taniec wiatru skubnie nas prawdopodobnie na jakieś dwa tysiące dolarów.

No więc jest ciekawie.

Ale wiecie co?

Nie siedzę i nie płaczę nad szybą. Trzeba wymienić, to wymienimy. Cóż. Życie. Raz kupujesz kwiaty, raz płacisz rachunek, a innym razem jesień funduje ci nową przednią szybę.

Ja od wczoraj żyję czymś zupełnie innym.

Wczoraj byłam na Mszy Świętej na Manhattanie. Było cudownie. Piękna wspólna modlitwa, Eucharystia, uwielbienie. Taki czas, po którym człowiek wraca do domu trochę inny. Spokojniejszy. Pełniejszy.

Ale wydarzyło się jeszcze coś.

Coś, co od wczoraj otula mi serce jak najcieplejszy koc.

Wiecie, co jest najpiękniejsze w relacjach?

LUDZIE.

Naprawdę ludzie.

Czasami nie mieści mi się w głowie, ile człowiek może mieć w sobie dobra. Ile pomysłów, ile ciepła, ile chęci, żeby drugiemu sprawić radość.

Nie spodziewasz się niczego.

A tu proszę.

Bóg nie zejdzie do nas z nieba z bukietem kwiatów, ale przyśle człowieka. A czasem całą gromadkę.

Nie obejmie nas swoimi ramionami, ale da nam czyjeś.

I właśnie tak czuję się od wczoraj.

Zaopiekowana.

Otulona dobrym słowem, życzliwością, uściskami i śmiechem, który roznosił się dookoła jak zapach dobrych perfum.

I wiecie, co to wszystko tak naprawdę mówi?

Jesteś dla kogoś ważna.

Niby tylko tyle.

A może aż tyle.

Wiem, wiem. Jestem sentymentalna. Przywiązuję ogromną wagę do gestów, słów, spojrzeń, sytuacji. Pamiętam drobiazgi. Wzruszam się nimi. Przeżywam.

Ale jak mam tego nie robić?

Przecież za każdym takim gestem stoi CZŁOWIEK.

Jego serce. Jego czas. Jego dłonie. Jego myśl: zrobię coś, żeby sprawić jej radość.

O matko i córko…

Czuję się jak prawdziwa córka Króla.

I jestem za to ogromnie wdzięczna.

Bo człowiek nie jest samotną dryfującą wyspą. Potrzebujemy innych ludzi. Potrzebujemy wiedzieć, że gdzieś obok jest ktoś, kto o nas pomyśli. Kto zadzwoni. Przytuli. Rozśmieszy. Przyniesie kwiaty. Usiądzie obok. Albo po prostu będzie.

I ja takich ludzi mam.

Mam Przyjaciół.

Mam wokół siebie cudownych ludzi i chyba właśnie wczoraj kolejny raz dotarło do mnie, jakie to jest bogactwo.

Bo przecież nie chodzi o rzeczy.

Chodzi o to, że są ludzie, dla których jesteś ważny.

Tyle.

Czy naprawdę można chcieć więcej?

Boże, dziękuję Ci za Nich. Za każdego człowieka, którego postawiłeś na mojej drodze. Obdarzaj ich potrzebnymi łaskami i oddawaj im całe dobro, które dają innym.

A przy okazji, Panie Boże, jak już jesteśmy przy prośbach…

Pomóż nam jeszcze szybko ogarnąć tę szybę.

Bo dwa tysiące dolarów za jesienny taniec wiatru to jednak trochę przesada.

A teraz idę schować się pod kołdrę.

Jest zimno, deszczowo i dzisiaj zamierzam bez najmniejszych wyrzutów sumienia delektować się ciepłym łóżeczkiem.

Dobrego dnia, Kochani.

I rozejrzyjcie się czasem dookoła.

Może obok Was też stoi ktoś, przez kogo Bóg właśnie przyszedł z bukietem kwiatów.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Zostaw odpowiedź