Czuję się źle. Czuję się okropnie. Overthinking włącza mi się nawet podczas snu. Chcę o tym zapomnieć, nie chcę o tym myśleć, nie chcę już tego wszystkiego analizować, ale to cholerstwo włazi mi każdą szczeliną, każdą możliwą szparą. Nie daje mi spokoju ani w dzień, ani w nocy.

Płakać mi się chce z bezsilności. Nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Niby odcięłam suche gałęzie. Pyk i koniec! A jednak poczucie winy zostało. To cholerne przekonanie, że znowu coś źle zrobiłam, że może przesadziłam, że może powinnam była zacisnąć zęby i siedzieć cicho.

Tylko ileż, do cholery, można zaciskać te zęby?!

Czy to wstyd powiedzieć, że ma się toksycznych rodziców? Czy to wstyd przyznać, że pochodzi się z rodziny dysfunkcyjnej? Że nigdy nie miało się prawdziwej relacji z własną matką? Że ojciec zamiast być człowiekiem, przy którym dziecko czuje się bezpiecznie, był kimś, kogo należało się bać?

Czy mam się tego wstydzić? A może powinnam nadal udawać, że wszystko było w porządku, bo przecież to moi rodzice i rodziców trzeba szanować?

No właśnie! Szanować!

A kto, do cholery, szanował mnie?!

Kto przejmował się tym, co czułam jako dziecko? Kto zastanawiał się, co zostanie we mnie po tych wszystkich latach strachu, przemocy, milczenia i udawania, że nic się nie stało?

Dzisiaj jestem dorosłą kobietą. Mam własną rodzinę, czwórkę dzieci, swoje życie. A jednak wystarczy kolejna rodzinna awantura, kilka oskarżeń, żeby we mnie znowu odezwało się to poczucie, że jestem winna.

Znowu ja!

Bo przecież najłatwiej powiedzieć: jesteś najgorszą córką!

A ja mam już tego serdecznie dość!

Nie chcę przeprosin. Naprawdę mam je gdzieś. Nie chcę kolejnych rozmów, podczas których znowu usłyszę, jaka jestem okropna, niewdzięczna i ile to złego zrobiłam.

Chcę tylko świętego spokoju!

W tym roku każdy z nas spędzi święta osobno. Nie będzie wspólnego Thanksgiving ani Bożego Narodzenia.

Ale najbardziej boli mnie to, że w ten cały rodzinny syf wciągane są moje dzieci. Że ktoś rzuca im kawał rodzinnego mięcha, opowiada swoją wersję wydarzeń i nagle moje własne dzieci mają mnie osądzać.

A one przecież nie wiedzą wszystkiego! Nie znają mojego dzieciństwa, nie wiedzą, przez co przechodziłam. I nie chciałam im tego opowiadać, bo po co? Żeby i one musiały dźwigać ten ciężar?

Chciałam je przed tym chronić.

A teraz sama zastanawiam się, czy milcząc, nie zrobiłam kolejnego błędu.

I znowu zaczyna się to cholerne myślenie!

Może powinnam im powiedzieć? Może powinnam się bronić? Może powinnam wyłożyć całą prawdę na stół?

Ale czy naprawdę muszę opowiadać własnym dzieciom o krzywdach, których doznałam od ich dziadków, żeby przestały mnie osądzać?

Czy naprawdę muszę rozdrapywać własne rany, żeby udowodnić, że nie jestem złą córką?

Mam dość!

Mam dość rodzinnych manipulacji, wyciągania starych brudów, ciągłego rozliczania mnie z przeszłości. Mam dość tego, że kiedy próbuję się bronić, to nagle ja staję się problemem.

I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze?

Że mimo tej złości, mimo świadomości tego, co się działo, ja nadal czuję się winna.

To mnie dobija!

Bo rozum mówi mi, że mam prawo odciąć się od ludzi, którzy mnie ranią. A gdzieś w środku nadal siedzi to przekonanie, że jestem złą córką, bo przecież matka to matka, a ojciec to ojciec.

No i co z tego?!

Czy samo urodzenie dziecka daje rodzicom prawo do ranienia go przez resztę życia?

Czy dziecko ma być wdzięczne za wszystko, nawet za to, co je zniszczyło?

Nie wiem, jak długo jeszcze będę się z tym szarpać. Nie wiem, kiedy przestanę analizować każdą rozmowę i budzić się z tym cholernym ciężarem w środku.

Wiem tylko, że nie chcę już tak żyć.

Odcięłam suche gałęzie, ale najwyraźniej nie wystarczyło jedno cięcie, żeby pozbyć się bólu, który siedzi we mnie od lat.

I może właśnie to jest najtrudniejsze. Że człowiek podejmuje decyzję, bo chce wreszcie siebie ochronić, a potem sam siebie za tę decyzję katuje.

Nie chcę już walczyć o miłość własnych rodziców. Nie chcę udowadniać, że jestem coś warta. Nie chcę być ciągle tą najgorszą.

Chcę wreszcie przestać czuć się winna za to, że powiedziałam DOŚĆ.

Bo ja naprawdę nie odcięłam się po to, żeby kogokolwiek ukarać.

Odcięłam się, bo sama nie chcę już być karana.

I cholera jasna, dlaczego nawet to musi tak strasznie boleć?!


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz