Szkoła.

A jak szkoła, to wiadomo, codzienne sprawdzanie pogody. Bo nowojorska pogoda nie może mieć po prostu jednej pogody. To byłoby zbyt łatwe. Tutaj w ciągu jednego dnia człowiek dostaje pakiet rodzinny wszystkich czterech pór roku.

Rano wychodzisz z domu i wieje tak, że zastanawiasz się, czy czapka wystarczy, czy może od razu założyć kominiarkę, rękawiczki i kurtkę po kostki. Wiatr od oceanu przeszywa człowieka do szpiku kości i daje do zrozumienia, że lato definitywnie się skończyło.

Po południu natomiast słońce wali niemiłosiernie i zaczynasz się rozbierać. Najpierw kurtka. Potem bluza. Potem kolejna warstwa. W okolicach trzeciej po południu człowiek najchętniej wracałby do domu w majtkach.

I to jeszcze nie jest najgorsze.

Dorosły sobie poradzi. Ubierze się na cebulkę i co godzinę zdejmuje z siebie kolejną warstwę jak w jakimś pogodowym striptizie.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy do tego systemu wypuszczasz siedmiolatka.

Samego.

Do szkoły.

Autobusem.

I w tym miejscu zaczyna się prawdziwy survival.

Nowojorski system szkolny ma bowiem pewną ciekawą właściwość. W szkole nie ma szatni, takiej jaką pamiętam z Polski. Dziecko przychodzi zimą w zimowych butach i siedzi w nich cały dzień. Pada deszcz? Przychodzi w kaloszach i może sobie w tych kaloszach zdobywać wiedzę przez następne kilka godzin. Nikt nie nosi worka z kapciami, nikt nie przebiera bucików. Przyszedłeś? To siedź.

Taki mamy klimat, proszę państwa. I taki mamy system.

No więc syn mój od kilku dni jeździ sam autobusem szkolnym.

Matka dumna.

Dziecko samodzielne.

Nowy etap życia.

Tylko że wczoraj moje samodzielne dziecko wróciło ze szkoły w krótkim rękawku.

Patrzę na niego.

Patrzę jeszcze raz.

Synu, gdzie masz kurtkę?

Nie wiem.

A bluza?

Nie wiem.

Pięknie.

Czyli rano wysłałam do szkoły kompletnego człowieka, a po południu system edukacji zwrócił mi wersję podstawową.

Bez kurtki.

Bez bluzy.

A żeby nie było zbyt łatwo, bez piórnika również.

Dzisiaj rano zaczęło się śledztwo.

Pytam kierowcy autobusu, czy może widział kurtkę.

Nie widział.

Czy została w autobusie?

Nie ma.

Czyli kurtka rozpłynęła się w przestrzeni kosmicznej gdzieś pomiędzy szkołą, autobusem a naszym domem.

Bluza prawdopodobnie poszła za nią.

Piórnik również uznał, że czas rozpocząć nowe życie.

Napisałam więc rano do nauczycielki. Może coś jest w Lost and Found. Może kurtka tam siedzi. Może bluza czeka. Może piórnik leży sobie spokojnie i zastanawia się, kiedy właściciel przypomni sobie o jego istnieniu.

Ja natomiast zaczynam rozważać zakup hurtowy.

Dwadzieścia kurtek.

Dwadzieścia bluz.

Trzydzieści piórników.

Bo jeżeli będziemy utrzymywać obecne tempo, to do Bożego Narodzenia będę musiała założyć osobną pozycję w domowym budżecie:

Rzeczy zgubione przez syna .

A przecież to dopiero początek roku szkolnego.

Co będzie w maju?

Trochę się boję.

Bo jak tak dalej pójdzie, któregoś dnia autobus zatrzyma się pod domem, drzwi się otworzą, a moje dziecko wysiądzie w skarpetkach i majtkach.

I jeszcze spojrzy na mnie zdziwione:

Mamo, a gdzie moje rzeczy?

Bo przecież wiadomo.

Matka jest od wszystkiego.

Matka wie, gdzie jest kurtka, której nie widziała od szóstej rano.

Matka wie, gdzie leży bluza w budynku, do którego nawet nie weszła.

Matka powinna znać aktualne położenie piórnika z dokładnością GPS.

A najlepiej, żebym jeszcze po wyjściu dziecka z autobusu sama do niego weszła, zrobiła kontrolę siedzeń, zajrzała pod fotele i zapytała kierowcę:

Przepraszam, czy jakaś część garderoby mojego syna nie została dziś na pokładzie?

Tak to właśnie jest, kiedy przez pierwsze lata matka pilnuje wszystkiego.

Kurtki.

Czapki.

Plecaka.

Bidonu.

Piórnika.

Drugiego śniadania.

I najlepiej jeszcze głowy, żeby dziecko jej gdzieś po drodze nie zostawiło.

A potem pewnego dnia wypuszczasz tego swojego studenta na głęboką wodę i odkrywasz, że on owszem, potrafi sam pojechać autobusem do szkoły.

Tylko wrócić ze wszystkim, z czym rano wyjechał, to już jest wyższy poziom edukacji.

Najwyraźniej jeszcze nie przerabiali tego na lekcjach.

Czekam więc na wiadomość ze szkoły.

Może odnajdzie się kurtka.

Może bluza.

Może piórnik.

A jeśli nie, trudno.

Zamówię następne.

Tylko tym razem chyba markerem napiszę na plecach:

JEŚLI MNIE ZNALAZŁEŚ, ODDAJ MNIE MATCE. ONA JUŻ I TAK WSZYSTKIEGO SZUKA .

A młodemu chyba też powinnam przykleić karteczkę.

Tak na wszelki wypadek.

Bo przy tym tempie gubienia rzeczy do czerwca naprawdę może zostać tylko on.

Chociaż i tutaj nie mam już stuprocentowej pewności.


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 uwagi do wpisu “No i zaczęła się rutyna.”

  1. Joanna, nie miałam pojęcia, że coś takiego istnieje! Zaraz to sprawdzę, bo przy moim młodym taki AirTag może się okazać wynalazkiem roku. Dzięki za namiary!

Zostaw odpowiedź