Codziennie wieczorem, kiedy kładziemy się spać, czytam z młodym bajki. Oczywiście po polsku, bo jakżeby inaczej.
Mój syn uwielbia, kiedy mu czytam. Zresztą, jak się okazuje, moje starsze dzieci też.
Bo kiedy wieczorem biorę książkę do ręki, młody układa się obok mnie i zaczynam czytać, nagle gdzieś w domu otwierają się drzwi.
Tylko czytaj głośno, żeby było słychać!
No więc czytam głośno.
Człowiek myślał, że starsze dzieci już z bajek wyrosły. A tu proszę, kiedy matka zaczyna czytać Andersena, drzwi się otwierają i wszyscy słuchają.
A ja nie umiem czytać tak po prostu.
Staram się czytać wyraźnie, moduluję głos, wcielam się w każdego bohatera. Raz jestem narratorem, za chwilę żołnierzem, a potem starą wiedźmą. I właśnie wiedźma wychodzi mi chyba najlepiej, bo kiedy zaczynam swoim skrzeczącym głosem namawiać żołnierza, żeby wlazł do drzewa i przyniósł jej krzesiwo, młody już się śmieje.
Z innych pokoi też słyszę śmiech.
„Krzesiwo” jest u nas absolutnym numerem jeden.
Moje dzieci znają tę bajkę niemal na pamięć. Wiedźma, żołnierz i oczywiście psy z tymi swoimi gigantycznymi oczami. Możemy czytać ją po raz kolejny, a oni i tak słuchają.
I czasami zastanawiam się, dlaczego właściwie tak lubią ciągle wracać do tej samej historii.
Może wcale nie chodzi o to, żeby dowiedzieć się, co wydarzy się dalej.
Może chodzi o to, że wiedzą.
Dzieci chyba lubią tę pewność. Wiedzą, że zaraz pojawi się pies. Wiedzą, co zrobi żołnierz. Wiedzą, kiedy mama zmieni głos i zrobi z siebie wiedźmę. W świecie, który cały czas gdzieś pędzi i ciągle czymś zaskakuje, ta sama bajka wieczorem jest czymś znajomym i bezpiecznym.
Mogłabym przecież włączyć młodemu bajkę na telefonie. Mogłabym puścić audiobooka.
Byłoby szybciej.
Tylko wtedy zabrakłoby mnie.
Mojego głosu. Jego śmiechu. Otwierających się drzwi w pokojach starszych dzieci. Tego ich wołania, żebym czytała głośniej.
I jest jeszcze jedna rzecz, o której chyba nie powinnam mówić, jeśli chcę zachować resztki autorytetu domowego lektora.
Teoretycznie wygląda to tak, że czytam młodemu bajkę, aż on spokojnie zaśnie.
Teoretycznie.
Bo bardzo często nie mam pojęcia, w którym momencie urywa mi się film.
Czytam wiedźmę, żołnierza, psa z oczami jak młyńskie koła…
i koniec.
Następne, co pamiętam, to że mój mąż wracający z pracy zdejmuje ze mnie książkę, która została otwarta gdzieś w połowie historii.
Młody śpi przyklejony do mnie.
Jedna jego noga leży na mnie. Ręka też gdzieś na mnie. Twarz ma zwróconą w moją stronę. Śpi z lekko otwartą buzią i widać miejsce po dwóch brakujących górnych jedynkach.
I jest taki słodki.
Bardzo lubię ten obraz.
Przez chwilę na niego patrzę. Na tę buzię bez dwóch zębów. Na książkę, którą mąż właśnie odkłada. Na nas wszystkich w tej zupełnie zwyczajnej końcówce dnia.
A potem znowu zasypiam.
Bo o piątej rano zadzwoni budzik.
Wstanę ja. Wstanie mój mąż, chociaż zawsze kładzie się później ode mnie. Będzie kawa, szykowanie, szkoła, praca i cały nasz codzienny młyn.
Ale wieczorem znów przyjdzie pora na Andersena.
I może właśnie to kiedyś zostanie moim dzieciom z dzieciństwa.
Może zostanie im głos mamy czytającej „Krzesiwo”.
Może wiedźma, którą matka odgrywała zdecydowanie zbyt przekonująco.
Może pies z oczami jak młyńskie koła.
Może to wołanie z drugiego pokoju:
Tylko czytaj głośno!
A ja zapamiętam małego chłopca bez dwóch górnych jedynek, przyklejonego do mnie całym sobą. I książkę, którą mój mąż kolejny raz będzie musiał wyjąć mi z ręki.
Bo młody miał zasnąć przy bajce.
Tylko że jego mama znowu zasnęła pierwsza.
I chyba właśnie z takich zupełnie zwyczajnych wieczorów powstają później nasze najpiękniejsze wspomnienia.
Bo kiedy tak czytam, jakoś cieplej robi się w całym domu. Ciszej. Spokojniej. Bardziej rodzinnie.
Każdy jest gdzieś u siebie. Ktoś w swoim pokoju, ktoś obok mnie, ktoś jeszcze krząta się po domu, a jednak przez te kilkanaście minut jesteśmy razem.
Łączy nas jedna historia. Jeden śmiech. Jeden głos dobiegający z naszej sypialni.
Lubię ten stan.
Taki błogi, zwyczajny i nasz.
Lubię moje dzieci. Lubię moją rodzinę. Lubię te nasze wieczory, nawet jeśli wszyscy jesteśmy zmęczeni, każdy ma za sobą swój dzień, swoje sprawy, swoje małe albo większe problemy.
A potem otwieram książkę i wszystko na chwilę zostaje za drzwiami.
Jest Andersen. Jest „Krzesiwo”. Jest wiedźma, którą odgrywam zdecydowanie zbyt przekonująco. Jest śmiech młodego i głosy starszych dzieci:
Tylko czytaj głośno!
To czytanie naprawdę tworzy bliskość. Jakąś naszą małą domową jedność. Niby nic wielkiego. Kilka stron książki przed snem.
A jednak jest w tym tyle ciepła.
Więc będę czytać.
Tak długo, jak długo będą chcieli słuchać.
Nawet jeśli po raz kolejny okaże się, że ta bajka na dobranoc była bardziej dla mnie niż dla młodego.
Bo ja chyba też potrzebuję tych kilku minut, kiedy cały mój świat jest blisko.
A Wy? Czytacie jeszcze swoim dzieciom? A może pamiętacie głos kogoś, kto kiedyś czytał bajki Wam? I czy macie taką jedną historię, do której w Waszym domu wraca się bez końca?


Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.