Pomiędzy trzecią a czwartą nad ranem zaczął padać deszcz.
Nie wiem dokładnie, o której. Moje oczy były jeszcze pogrążone we śnie, a głowa bardzo chciała udawać, że niczego nie słyszy.
Ale ja słyszę.
Okna miałam otwarte, bo nie lubię spać przy włączonym chłodzeniu. Lubię świeże powietrze wpadające do mieszkania, nawet jeśli czasami razem z nim wpada pół New Yorku, deszcz i wszystkie odgłosy świata.
Krople zaczęły rytmicznie uderzać o przykryty rower. Wiatr szarpał pokrowcem, jakby koniecznie chciał sprawdzić, czy dobrze go przymocowaliśmy.
No i jak tu spać?
Odkąd mam dzieci, śpię jak zając pod miedzą.
Każdy szmer.
Każde skrzypnięcie.
Każde tuptanie.
Wszystko słyszę.
A kiedy już się obudzę, trudno mi ponownie zasnąć. Więc leżę. Kiedy jest jasno, patrzę w okno. Kiedy jest ciemno, po prostu leżę.
I gadam z Bogiem.
Tak zwyczajnie.
Bez wielkich słów i bez pięknych modlitw. Czasem Mu dziękuję. Czasem coś opowiadam. Czasem pytam. A czasem nic nie mówię, bo przecież On i tak wie.
Wczoraj też tak leżałam.
I nagle słyszę tuptanie.
Młody.
Idzie do nas.
Zrobiłam mu miejsce między nami. Wgramolił się do łóżka, ułożył wygodnie, objął mnie tymi swoimi małymi rączkami i powiedział:
„Happy birthday, Mama”.
I zasnął.
A ja?
Ja już nie.
Bo mi się serce roztopiło.
Leżałam z tym małym człowiekiem wtulonym we mnie i pomyślałam:
Boże… czy można dostać piękniejszy prezent na urodziny?
Chyba nigdy nie byłam kolekcjonerką prezentów.
Oczywiście, że lubię dostać kwiaty. Lubię niespodzianki. Lubię, kiedy ktoś o mnie pamięta. Jestem kobietą, nie będę przecież udawać, że na widok pięknego bukietu mówię: Och, zabierzcie go, rzeczy materialne nie mają dla mnie znaczenia!😂
Mają.
Ale najbardziej interesuje mnie coś zupełnie innego.
Słowa.
Jestem kolekcjonerką słów.
Tych wypowiedzianych.
Napisanych.
Wysłanych w wiadomości.
Powiedzianych przez telefon.
Wyszeptanych w modlitwie.
Czasami nawet tych kilku najprostszych:
Pamiętałam o Tobie
Bo słowa mają dla mnie ogromne znaczenie.
Może dlatego, że za każdym dobrym słowem stoi człowiek.
Wczoraj dostałam ich całe naręcza.
Tyle osób życzyło mi dobra, zdrowia, miłości, Bożej opieki, spełnienia marzeń, podróży, radości…
Czytałam to wszystko, czasami po kilka razy, i myślałam:
Jak ja mam to wszystko objąć?
Jak pomieścić tyle dobra?
I wiecie, co jest niezwykłe?
Człowiek czasem napisze komuś jedno zdanie. Tak po prostu. Między kawą a pracą. Między jednym obowiązkiem a drugim. Napisze, wyśle i biegnie dalej.
I nawet nie wie, co zrobił.
Nie wie, że po drugiej stronie ktoś przeczytał to zdanie dwa razy.
Że się uśmiechnął.
Że może się wzruszył.
Że zapamiętał.
Że chodził z tym słowem w sercu jeszcze pół dnia.
Dlatego uważajcie, co mówicie ludziom.
Dobre słowo naprawdę potrafi zostać na długo.
Mieszkam na osiemnastym piętrze wielkiego bloku. Większość moich sąsiadów to Amerykanie. Różnimy się językiem, historią, miejscem, z którego pochodzimy, a jednak mam wokół siebie fantastycznych ludzi.
Wczoraj moja sąsiadka z siódmego piętra przywiozła mi bukiet kwiatów i kartkę.
Przyjechała do mnie tylko po to, żeby powiedzieć:
Jola, jesteś dla mnie wyjątkowa
I wiecie co?
Możecie mi dać diament, złoty zegarek i kokardę wielkości Manhattanu, ale kiedy drugi człowiek patrzy na ciebie i mówi, że jesteś dla niego ważna…
to jest prezent.
Nie robię przecież niczego nadzwyczajnego.
Jestem Jolą.
Matką czwórki dzieci.
Żoną.
Kobietą, która rano pije kawę, sprząta, gotuje, czasem się śmieje, czasem wkurza, czasem pisze coś na blogu, a czasem gada z Bogiem o czwartej nad ranem, bo nie może zasnąć.
I nagle drugi człowiek mówi:
Dobrze, że jesteś
Jak tu nie kochać ludzi?
No jak?
Mam cudowne dzieci, które o mnie pamiętały. Mam męża, który oczywiście dzielnie im wtórował. 😂
Tworzymy rodzinę wybuchową. Daleko nam do obrazka z katalogu, gdzie wszyscy siedzą przy stole w beżowych swetrach i uśmiechają się dokładnie w tym samym momencie.
U nas raczej ktoś czegoś szuka, ktoś krzyczy „Maaaama!”, ktoś jest głodny, ktoś nie wie, gdzie ma spodnie, ktoś trzaska drzwiami, a ktoś właśnie przypomniał sobie o czymś pięć minut przed wyjściem.
Ale to jest MOJA rodzina.
Ich uściski.
Ich pamięć.
Ich życzenia.
To wszystko jest dla mnie bezcenne.
A potem ktoś pisze mi w życzeniach:
„Chcę zabrać Cię na lunch w przyszłą sobotę”.
Jeżu kolczasty…
I już się rozpływam.
Bo to znaczy:
chcę dać ci swój czas.
A czas to przecież kawałek życia.
Ktoś inny wysyła mi Kubusia Puchatka. I ja tego Kubusia kocham, bo on jest taki prosty, a jednocześnie mówi o przyjaźni rzeczy, na które nam, dorosłym, czasem potrzeba całych książek.
Dostałam wczoraj tonę modlitw.
Błogosławieństw.
Dobrych słów.
Serdeczności.
Ludzkiej życzliwości.
I jak tu nie być szczęśliwą?
No jak?
Jestem ogromnie szczęśliwa.
Napisała do mnie również pani redaktor z wydawnictwa.
Czy wydadzą moje zapiski?
Nie wiem.
Nie ma żadnej pewności.
I wiecie co?
Trudno.
Takie jest życie.
Napisałam jej mniej więcej:
„Proszę zrobić sobie kawę i zapraszam do mojego świata”.
I pomyślałam o czymś bardzo prostym.
Może książka kiedyś będzie.
Może nie będzie.
Może ktoś moje pisanie pokocha.
Może ktoś przeczyta dwie strony i pomyśli: „Matko Boska, ile ta kobieta gada”. 😂
Ale przecież najpiękniejsze już się dzieje.
Jesteśmy razem.
Spotykamy się tutaj.
Ktoś czyta moje słowa, ja czytam jego.
Ktoś zostawia mi jedno zdanie i nawet nie wie, że ja potem chodzę z tym zdaniem przez pół dnia.
Bo dobre słowo potrafi człowieka podnieść.
Przytulić.
Dać mu siłę.
Przypomnieć, że jest ważny.
Że ktoś go widzi.
Że ktoś o nim pamięta.
I może właśnie dlatego słowa są dla mnie cenniejsze niż złoto.
Bo za słowem stoi CZŁOWIEK.
A człowiek jest darem.
Darem od Boga.
Dzisiaj więc, kiedy cały dom jeszcze spał, leżałam i zbierałam w myślach moje wczorajsze prezenty.
Nie te zapakowane.
Te niewidzialne.
„Kocham Cię”.
„Pamiętam”.
„Modlę się za Ciebie”.
„Dobrze, że jesteś”.
„Chcę się z Tobą spotkać”.
„Życzę Ci…”
„Happy birthday, Mama”.
I układałam z nich bukiet.
Najpiękniejszy, jaki dostałam.
Bukiet ludzkich słów.
I pomyślałam:
Panie Boże, dziękuję Ci za moje życie.
Ale jeszcze bardziej dziękuję Ci za ludzi, których w nim postawiłeś.
Za każdego, kto zatrzymał się choćby na minutę, żeby podarować mi kawałek swojego czasu, serca, modlitwy czy dobrego słowa.
Bo człowiek może mieć wiele rzeczy.
Może mieć pełne szafy, piękne przedmioty, prezenty i pieniądze.
Ale jeśli ma obok siebie ludzi, którzy potrafią mu powiedzieć:
„Dobrze, że jesteś”,
to jest naprawdę bogaty.
A ja?
Ja dzisiaj czuję się milionerką.
Nie od pieniędzy.
Od ludzi.
Od miłości.
Od modlitwy.
Od słów.
Od dobra, które do mnie przyszło.
I kiedy tak leżałam nad ranem,pomyślałam jeszcze jedno.
Może właśnie na tym polega szczęście.
Nie na tym, żeby mieć wszystko.
Tylko żeby umieć zauważyć, ile już się dostało.
Ja dostałam CZŁOWIEKA.
Jednego.
Drugiego.
Dziesiątego.
Setnego.
Każdego z jego słowem, gestem, pamięcią, uściskiem, modlitwą.
I za ten prezent, Panie Boże, dziękuję Ci najbardziej.
Bo chyba naprawdę nie potrafię wyobrazić sobie piękniejszych urodzin. ❤️

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
A ja zaczynam dzień od Twoich słów . Jestem już w drodze do pracy, zaliczyłam poranną gonitwę . Prysznic, kawa, kot, szukanie kluczyków do auta… siedzę spokojnie jadę do NYC i czytam. Wzruszyłam się . Bo tak prawdziwie piszesz , bo tak po imieniu nazwałaś to co ważne w życiu . Drugi człowiek i dobre słowo. To jest najważniejsze, to daje nam taką siłę w najcięższych momentach . Tyle radości i wsparcia, że żadna szafa wypchana markowymi drogimi rzeczami ani luksusowy samochód na podjeździe nie są w stanie tego zastąpić. Dobra materialne są jak broszką do żakietu ale to żakiet jest nawazniejszy, żeby nas otulił, zagrzał , ochronił przed deszczem i wiatrem.
Cieszę się ,że w tym zwariowanym świecie są jeszcze ludzie którzy mają takie wartości . To jest piękne i ta nieidealna rodzina , jak moja. O to jest życie, prawdziwe życie Anie fotka z insta.
Życzę Ci Jolu pięknego dnia.