I podobno od samego początku było wiadomo, że ze mną spokojnie nie będzie.
Dawałam rodzicom w kość, chodziłam własnymi drogami, miałam swoje zdanie i tysiąc pytań na minutę. Do tego mańkut, którego mimo prób nikomu nie udało się „przerobić”.
Buntowniczka.
Trochę rewolucjonistka.
Głowa pełna pomysłów, marzeń i wiecznego:
„A dlaczego?”
„A czemu nie?”
„A co by było, gdyby…?”
Moja polonistka mnie uwielbiała. Ja ją też.
Zawsze mówiła:
„Jola, ty to jesteś społecznik!”.
I dzisiaj sobie myślę, że może już wtedy coś było na rzeczy.
Bo tyle lat później nadal mnie nosi. Nadal muszę coś robić, wymyślać, organizować, poznawać ludzi, rozmawiać, pytać. A do tego jeszcze siedzę i piszę.
O życiu.
O ludziach.
O Bogu.
O dzieciach.
O sobie.
O tym całym pięknym bałaganie, który nazywamy codziennością.
Kiedyś powiedziałam moim siostrom:
„Nawet jakbym miała być nieszczęśliwa, to i tak nie będę, bo sobie to szczęście narysuję!”.
I wiecie co?
Chyba naprawdę tak przeżyłam sporą część swojego życia.
Bo życie mnie nie rozpieszczało.
Bywało różnie. Były zakręty, rozczarowania, łzy, strach, zmęczenie i takie momenty, kiedy człowiek patrzy w górę i mówi:
„Panie Boże… serio? Jeszcze TO?!”.
Ale jakoś zawsze znajdowało się moje słoneczko. ☀️
Czasem było nim jedno dobre słowo.
Czasem człowiek postawiony na mojej drodze.
Czasem moje dzieci.
Czasem przyjaciel.
Czasem zwykły kubek kawy wypity w ciszy.
A czasem świadomość, że mimo wszystkiego jestem tutaj.
Żyję.
Kocham.
Śmieję się.
Nadal marzę.
Mam ogromne szczęście do ludzi.
Od zawsze spotykam ludzi ciekawych, mądrych, zwariowanych, pełnych pasji i dobra. Jedni zostali na chwilę. Inni na lata. Niektórzy na całe życie.
Każdy coś we mnie zostawił.
Mam też tego mojego człowieka. ❤️
I myślę, że Pan Bóg doskonale wiedział, że dla takiego egzemplarza jak ja będzie potrzebny model specjalny.
I TADAM!
Dostałam.
25 lat temu.
I nadal jesteśmy razem.
Nie dlatego, że zawsze było pięknie, łatwo i instagramowo.
Oj, działo się.
Jesteśmy trochę poobijani, miejscami posklejani, każde ze swoimi wadami, charakterem i historią, ale nadal obok siebie.
I kiedy pytam, jak on ze mną wytrzymuje, mówi, że do śmierci i inaczej nie ma.
No to co ja będę dyskutować?
Skrzydła mi rosną i latam.
Mam dom.
Mam rodzinę.
Mam moje dzieci, które potrafią doprowadzić mnie do absolutnego obłędu, a chwilę później sprawić, że patrzę na nie i myślę:
„Boże… jak ja mogłam dostać aż tyle?”.
Mam przyjaciół.
Mam ludzi, do których mogę zadzwonić.
Mam z kim się śmiać.
Mam za kim tęsknić.
Mam o kogo się martwić.
Mam komu powiedzieć „kocham”.
Mam po co rano wstawać.
Należę do Wspólnoty Lew Judy na Manhattanie i, nie oszukujmy się, tam też od czasu do czasu muszę zrobić małą rewolucję.
Czasem mojej liderce pewnie serce staje, bo jak coś leży mi na sercu, to długo tam nie poleży.
Co w sercu, to za chwilę na języku.
Dyplomacja nie zawsze zdąży dojechać na miejsce, zanim ja już wszystko powiem.
Język czasami należałoby mi wyparzyć w ukropie, żeby trochę mniej mielił, ale cóż…
Pracujemy nad tym.
Od lat.
Efekty różne. 🤣
Trudny przypadek.
Wiem.
Ale mam też wiarę.
Nie idealną.
Nie wygładzoną.
Nie taką bez pytań i wątpliwości.
Moją.
Czasami głośną.
Czasami upartą.
Czasami pełną pytań.
Czasami taką, która mówi Bogu: „Nie rozumiem”.
Ale ciągle prowadzącą mnie właśnie do Niego.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo kocham ludzi.
Bo ja nawet nie potrafię normalnie wejść do kościoła.
Zanim dotrę do ławki i wreszcie porozmawiam z Panem Bogiem, już muszę zapytać panią siedzącą obok, jak się czuje.
A ona:
„Jola, a dlaczego was tak długo nie było?”.
Potem spotkam pana, który walczy z rakiem. Poklepię go po plecach, poślę ten mój zawadiacki uśmiech, a on:
„Jolka, gdzie wy byliście? Tak tu smutno bez was!”.
I już.
Jak tu przejść obojętnie?
Przecież wszędzie są ludzie.
Do przywitania.
Do zapytania, co u nich.
Do wysłuchania.
Do rozweselenia.
Czasem do przytulenia.
A czasem wystarczy tylko uśmiech.
Ja nawet z własnego budynku nie potrafię normalnie wyjść.
Zanim zjadę z 18. piętra na dół, zdążę z sąsiadami omówić pół życia, pogodę, dzieci i jeszcze parę innych rzeczy, których pięć minut wcześniej wcale nie planowaliśmy omawiać.
I właśnie za TO jestem wdzięczna.
Za ludzi.
Za tych, których znam od lat.
Za tych, których spotykam przypadkiem.
Za tych, którzy mnie czegoś nauczyli.
Za tych, którzy pokazali mi inną drogę.
Za tych, którzy byli przy mnie, kiedy było dobrze.
I za tych, którzy zostali, kiedy dobrze nie było.
Dlatego dzisiaj, w moje urodziny, nie zamierzam robić bilansu zmarszczek, kilogramów, sukcesów ani porażek.
Chcę zrobić bilans wdzięczności.
A kiedy patrzę na swoje życie, naprawdę mam za co dziękować.
Za to, co było piękne.
Za to, co bolało, ale czegoś mnie nauczyło.
Za ludzi, którzy przyszli.
Za tych, którzy zostali.
Za moje dzieci.
Za mojego Męża .
Za dom.
Za rodzinę.
Za przyjaciół.
Za wspólnotę.
Za sąsiadów.
Za każdą rozmowę.
Za każdy uśmiech.
Za każdą wyciągniętą do mnie rękę.
Za marzenia, których nadal mam zdecydowanie za dużo.
Chociaż…
Może wcale nie za dużo?
Może powinnam tylko trochę bardziej w siebie uwierzyć i przestać część z nich trzymać bezpiecznie w głowie?
Bo marzenia przecież nie są tylko do marzenia.
Marzenia się realizuje, prawda?
Jestem wdzięczna za tę energię, która jakimś cudem nadal rozsadza mnie od środka.
Za ciekawość świata.
Za śmiech.
Za moje gadanie.
Za to, że nadal chce mi się poznawać ludzi.
Za to, że ciągle coś mnie zachwyca.
Za kolejne poranki.
I przede wszystkim za ŻYCIE.
Bo ja naprawdę KOCHAM ŻYĆ
Pełną gębą.
Czasem za szybko.
Czasem za głośno.
Czasem pod prąd.
Czasem z rozmachem, po którym trzeba potem zbierać kawałki.
Ale ŻYĆ.
Życie nie zawsze pyta nas o zdanie.
Czasem daje po tyłku.
Czasem zaskakuje.
Czasem zabiera.
A czasem daje tyle dobra naraz, że człowiek patrzy i myśli:
„Boże… naprawdę to wszystko dla mnie?”.
I za to wszystko jestem wdzięczna.
Za życie nieidealne.
Nie zawsze łatwe.
Nie zawsze takie, jakie sobie wymyśliłam.
Ale MOJE. ❤️
A kiedy zrobi się ciemno, będę szukać światła.
A jak nie znajdę?
To sobie, cholera, narysuję słoneczko.
Dziękuję Ci, Boże, za moje życie.
Za wszystko, co już było.
Za to, co jest.
Za ludzi, których postawiłeś na mojej drodze.
Za tych, których kocham.
I za to, czego jeszcze nawet nie potrafię sobie wyobrazić.
Bo coś mi mówi, że ja jeszcze trochę narozrabiam.
20 września.
Moje urodziny.
Nie liczę dzisiaj lat.
Liczę powody do wdzięczności.
I wiecie co?
Pogubiłam się w liczeniu. ❤️

Odkryj więcej z Jola na pełnych obrotach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Jola, spóźnione, najszczersze życzenia urodzinowe ❤️