Duma matki

Muszę… bo się uduszę!

Naprawdę — duma mnie rozpiera 

Tak, jestem mamą czwórki.

Czterech różnych charakterów.

Czterech żywiołów.

Razem tworzą totalną mieszankę wybuchową 😄

U nas w domu nie ma „grania ról”.

Każdy jest sobą.

Prawdziwy.

Głośny, cichy, wrażliwy, odważny.

I jeśli ktoś przyjechałby do nas na dłużej —

mogłoby go rozsadzić od tej różnorodności.

Ale dziś…

dziś serce matki niemal pękło 

Nasz najmłodszy rodzynek — 5,5 roku

(bo przecież urodzony 6 lutego, więc połówka się liczy 😉)

miał dziś w szkole koncert kolęd.

Aula pełna ludzi.

Cała rodzina zaproszona.

Poszłam.

Byłam.

I następnym razem biorę wycieraczki,

bo ja jestem ckliwa…

bardzo ckliwa…

Bo Boże…

jak te dzieci pięknie śpiewały 😭

A mój syn?

Do mikrofonu — bez cienia tremy.

Zero stresu.

Śpiewał.

Tworzył choreografię na żywo,

na oczach pełnej sali.

Śmiał się, bawił, był sobą —

jakby robił to od zawsze.

Podczas gdy inne dzieci nieśmiało spoglądały na widownię,

lekko oszołomione…

on mówił całym sobą:

Jestem artystą.

Skłon w prawo.

Skłon w lewo.

Rączki w górę.

Rączki w dół.

A ja?

Łzy kapały same.

Serce krajało się…

ze szczęścia 🤍

Elegancki jak mały dżentelmen:

biała koszula,

granatowa marynarka,

granatowe spodnie,

żółta muszka,

blondynek…

Rozwalał system.

Podrywał serca.

Zebrał takie brawa,

że aż brak słów 

Zdjęć nie wstawiam — wiecie jak jest.

Ale dzielę się tym, co przepełnia moje serce.

A przepełnia je:

miłość,

wdzięczność

i ogromna duma.

Dziękuję Bogu za moje dzieci.

Za ich różnorodność.

Za to, że każde jest inne,

wyjątkowe

i prawdziwe.

Dziś tańczę z radości, bo mam ku temu powody.

Bo duma matki mnie rozpiera — no.

Co tu dużo mówić…

wiecie, o co chodzi 😁

Też tak macie?

Podzielcie się swoimi przygodami z dziećmi 

W adwentowej ciszy

W niedzielny wieczór, w adwentowej ciszy,

przyszedł niepokój, którego nie umiałam nazwać.

Nie ból. Nie strach.

Raczej cichy szept w sercu,

że coś się wydarzy…

że coś nadchodzi,

choć nie wiedziałam co.

Czułam takie „szpilki” w środku,

niepokój, przez który nie potrafiłam usiąść w miejscu,

jakby ciało wiedziało wcześniej niż myśli.

Myślałam — zmęczenie.

Zawsze przecież znajdujemy wytłumaczenie,

żeby nie dopuścić myśli,

że serce może wiedzieć wcześniej.

W nocy przyszły sny.

Niespokojne. Ciężkie.

Zdmuchnęłam je z czoła modlitwą,

jakby można było odegnać przeczucie

kilkoma głębokimi oddechami.

W poniedziałek ten niepokój nie odszedł.

Trzymał się blisko, jak cień.

A potem przyszło jedno zdanie.

Krótkie. Okrutnie krótkie.

„Jola nie żyje…”

I nagle świat zrobił się cichy.

Tak cichy, że aż bolało.

Łzy spływały ciężkie jak groch,

a gardło ścisnęło tak,

jakby serce nie miało już którędy oddychać.

Bo jak to… Ona?

Zawsze taka cicha.

Zawsze spokojna.

Zawsze życzliwa.

Nigdy przed szeregiem.

Zawsze trochę z boku —

tam, gdzie są ludzie naprawdę dobrzy.

Pytała: w czym pomóc, co przynieść, na którą zmianę przyjść.

Była wszędzie tam,

gdzie ktoś potrzebował drugiego człowieka,

ale nigdy tam, gdzie świeciły światła.

Rozdawała uśmiech,

który nie domagał się odpowiedzi.

Słuchała —

nie po to, by doradzać,

ale żeby po prostu być.

Kochała życie.

Tak zwyczajnie. Tak po cichu.

Tak, że chciało się być lepszym

tylko dlatego,

że Ona była obok.

Podziwiałyśmy się nawzajem.

Ja Jej cierpliwość, dobro i miłość.

Ona moją energię.

Dopingowałyśmy się,

jakby każda z nas była darem dla tej drugiej.

A dziś przyszła wiadomość,

że odeszła dokładnie tak, jak żyła —

bez hałasu, bez pożegnań,

cichutko…

jakby nie chciała nikogo zasmucić.

Po ludzku serce nie umie tego przyjąć.

Każda strata boli,

jakby ktoś oderwał kawałek duszy

i zostawił po nim pustkę,

która boli bardziej niż krzyk.

Ale będąc katolikiem wiem,

że Dobry Ojciec przytulił Ją

w adwentowy poniedziałek, 15 grudnia,

a Ona — z tym swoim łagodnym uśmiechem —

weszła w orszak anielski.

Teraz już wiem, skąd był ten niepokój.

Serce żegnało wcześniej,

bo czasem miłość wie,

zanim przyjdą słowa.

Jolu…

Żyłaś pięknie.

Najpiękniej, jak potrafiłaś.

Byłaś naszym promyczkiem —

takim, który nie oślepia,

ale ogrzewa.

A dziś ten promień zgasł tutaj,

by zapalić się po drugiej stronie.

Wierzę, że teraz patrzysz na nas z miejsca,

gdzie nie ma lęku ani łez,

i że dalej jesteś blisko —

w ciszy, w dobru, w pamięci.

Wstawiaj się za nami u Boga Ojca.

Bądź naszym orędownikiem.

Tak bardzo będzie nam brakowało

tej cichej obecności,

która czyniła świat lepszym.

Świat stał się dziś uboższy o jedno dobre serce,

a niebo — bogatsze.

Leć, Kochana… leć… 🕊️

Niedziela Gaudete – niedziela radości 🌸

Są takie chwile w Adwencie, które są dla mnie jedyne, niepowtarzalne i takie inne.

Dla mnie jedną z nich jest właśnie Niedziela Gaudete – niedziela radości pośród oczekiwania.

Radości cichej, ciepłej, delikatnej… takiej, innej niż wszystkie.

Zawsze wzrusza mnie moment, gdy kapłan zapala różową świecę.

Ten kolor przypomina mi nowo narodzonego noworodka – różowiutkiego, cieplutkiego, kruchego, a jednocześnie cudu nad cudami.

I dokładnie taka radość wtedy na mnie spływa – prosta, czysta, prawdziwa.

Jakbym miała kolejne dziecko w ramionach – taką radość nie do opisania!

Adwent uczy cierpliwości.

Uczy, że nawet w biegu, nawet w zmęczeniu, można znaleźć przestrzeń na Boga i na miłość.

Nasza niedziela często jest w pędzie – jedyna wolna, pełna obowiązków, przygotowań domu i życia na kolejny tydzień.

A jednak… jest w niej coś świętego.

Bo jesteśmy razem.

Wczoraj Nowy Jork zasypał śnieg.

Wszystko było białe, bajkowe, jak z innego świata.

Drogi śliskie, mnóstwo wypadków, niepokój w sercu, ale oczy zachwycone pięknem stworzenia.

Zakupy, ostrożna jazda, śnieg padający aż do południa…

A potem wieczorna Msza Święta.

I właśnie ten moment kocham najbardziej.

Gdy mogę razem z moim mężem stanąć przed Bogiem.

Gdy celebrujemy wspólną Mszę Świętą – nie tylko jako obowiązek, ale jako dar.

Jak ja kocham ten czas…

Mogłabym z Nim wyjechać na bezludną wyspę i nie nudziłabym się ani chwili.

Bo tam, gdzie jest miłość, tam jest pełnia.

Niedziela Gaudete jest dla mnie małym świętem.

Takim przedsmakiem tego, co już za kilka dni się wydarzy.

Zapowiedzią Światła, które przychodzi.

Nadzieją, że Bóg jest blisko – bliżej, niż nam się wydaje.

Kocham Boże Narodzenie.

Kocham ten czas oczekiwania.

Kocham Jezusa, który przychodzi cicho, bez rozgłosu, do zwykłego życia.

I kocham mojego męża – za to, że mogę iść z Nim przez ten Adwent, przez każdą niedzielę, przez każdy dzień.

Gaudete.

Radujcie się.

Bo Pan jest blisko.

A dla Was – co jest pięknego w Adwencie?

Podzielcie się proszę 🤍

Dobrego dnia, kochani.

Dziś już poniedziałek, 15 grudnia, godzina 6:00 rano.

Nowy Jork przywitał nas –8°C, a w połączeniu z wiatrem od oceanu jest zimno i mroźno tak, jakbyśmy znaleźli się na jakiejś Antarktydzie.

Dlatego trzymajcie się ciepło, otulajcie szalikami, kurtkami i… dobrym słowem.

Niech ta wczorajsza niedzielna radość niesie nas przez cały nowy tydzień ❄️🤍

Relacje rozpadają się wtedy, gdy przestajemy rozmawiać

Ostatnimi czasy mam okazję poznawać wielu nowych ludzi.

To rozmowy „po drodze” — czasem przy stole, czasem na spacerze, czasem zupełnie przypadkowe, ale prawdziwe.

Dużo słucham. Mało mówię.

I kiedy słucham ludzi — ich historii, emocji, niedopowiedzeń — coś we mnie zostaje.

Te rozmowy nie kończą się w chwili pożegnania. Wracają. Zostają w myślach. Czasem długo pracują.

Właśnie z nich powstał ten tekst.

Nie był zaplanowany.

Sam się napisał — jako podsumowanie tego, co usłyszałam i co poruszyło mnie głęboko.

Im dłużej słucham, tym wyraźniej widzę jedno:

relacje rzadko rozpadają się z jednego powodu.

Ale bardzo często zaczynają się rozpadać w momencie, gdy znika rozmowa.

Nie jestem psychologiem ani terapeutą.

Jestem tylko uważnym słuchaczem.

A niemal każdy, z kim rozmawiam, mówi coś bardzo podobnego:

„Gdzieś po drodze przestaliśmy ze sobą rozmawiać”.

Niby są razem.

Śpią w jednym łóżku.

Mieszkają w jednym domu.

Dzielą codzienność, obowiązki, kalendarze, rachunki.

Funkcjonują jak sprawnie działający zespół.

I właśnie w tym wszystkim jest coś, co przestaje działać.

Nie ma awarii.

Nie ma jednej kłótni, jednego momentu „koniec”.

Jest cisza. Albo rozmowa ograniczona do minimum.

– kup

– zrób

– zapłać

– pamiętaj

Technicznie wszystko się zgadza.

Emocjonalnie — coraz mniej.

Nawet gdy rozmawiają, często robią to z telefonem w dłoni.

Ekran leży na stole.

Powiadomienia migają.

Uwaga ucieka.

Social media stały się pierwszą i ostatnią czynnością dnia.

Często ważniejszą niż osoba siedząca obok.

Niż dzieci, które chcą coś opowiedzieć.

Niż partner, który chce być zauważony.

I wtedy czasem pytam:

Czy mówisz tej drugiej osobie, co naprawdę czujesz?

Czy trzymasz ją za rękę bez powodu?

Czy patrzysz w oczy, kiedy mówisz — bez ekranu pomiędzy?

Zapada cisza.

Albo pojawia się śmiech.

Trochę nerwowy. Trochę obronny.

Dla wielu to brzmi staroświecko.

Bo dziś liczy się wolność.

Szybkość. Wygoda. Brak zobowiązań.

Natychmiastowość.

Tak samo podchodzi się często do bliskości i seksu.

Ma być szybko. Bez rozmowy. Bez odpowiedzialności.

Jak zaspokojenie potrzeby.

A ja widzę to inaczej.

Dla mnie bliskość to obecność.

To relacja.

To spotkanie dwóch ludzi — nie czynność do odhaczenia.

Nie wierzę w dotyk bez uważności.

Nie wierzę w bliskość bez rozmowy.

Dla mnie to coś pięknego, intymnego, czasem wręcz świętego —

co ma sens tylko wtedy, gdy naprawdę się spotykamy.

Dlatego czasem, w tych rozmowach, pozwalam sobie coś zaproponować.

Nie radę. Nie receptę.

Raczej zaproszenie.

Mówię: spróbujcie jednego weekendu tylko dla siebie.

Bez pośpiechu.

Bez planów.

Bez obowiązków.

Wyjdźcie na spacer.

Usiądźcie razem.

Popatrzcie sobie w oczy.

Potrzymajcie się za ręce.

Bez seksu — nie dlatego, że jest zły,

ale dlatego, że czasem warto najpierw odzyskać rozmowę, spokój i obecność.

I jeszcze jedno:

odłóżcie telefony.

Na chwilę.

Na jeden weekend.

Nic się nie stanie.

Świat się nie zawali.

Za to może wydarzyć się coś ważniejszego:

poczucie, że znowu jesteście razem — naprawdę.

Często się śmieją.

Mówią, że to naiwne.

Że dziś nikt tak nie żyje.

A chwilę później mówią, że czują się samotni.

Że są z kimś, ale jakby obok.

Że śpią obok drugiego człowieka, a nie czują jego obecności.

I ja nie wierzę, że ludzie nie chcą miłości.

Nie wierzę, że nie potrzebują bliskości.

Myślę, że wielu z nas po prostu zapomniało, jak do niej wracać.

Albo nigdy nie nauczyło się, że rozmowa, cisza i obecność

też są formą intymności.

Po tych rozmowach rozchodzimy się.

Każdy ze swoimi wnioskami.

Ze swoimi pytaniami.

Ze swoimi rzeczami do przepracowania.

Ja też.

Myślę o tym, co słyszę od innych.

Ale też o tym, co sama wybieram.

Jak chcę być w relacji.

Jak chcę rozmawiać.

Jak chcę kochać.

Bo komunikacja to nie jest gadanie.

To uważność.

To obecność.

To gotowość, żeby być z drugim człowiekiem naprawdę —

nie obok, nie przy okazji, nie między powiadomieniami.

Zostaję z pytaniami.

Zostawiam je też Tobie:

Kiedy ostatnio byłeś / byłaś naprawdę z partnerem — bez telefonu?

Czy potrafisz być blisko, nie uciekając w ekran ani w „załatwianie potrzeb”?

Czy wolność dała Ci spełnienie…

czy tylko lepiej opakowaną samotność?

A jeśli to wszystko brzmi staroświecko —

przyjmuję to bez wstydu.

Bo nadal wierzę,

że rozmowa, cisza, bliskość

i bycie razem na 100%

potrafią uratować więcej, niż nam się wydaje

.A Ty jak to widzisz?

Co według Ciebie najczęściej oddala ludzi od siebie?

Jaki moment sprawia, że relacja zaczyna się psuć — po cichu, bez wielkich słów?

Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem.

Rozmowa — ta prawdziwa — zawsze zaczyna się od uważności.

Jeśli chcesz, zostaw tu swoją myśl.

Piątek i troska Boga 

Siedzę już w pociągu, który wiezie mnie na Manhattan.

Piątek. Jak ja się kurde cieszę! Dwa dni wolnego — yupi!

Ale zanim weekend na dobre się zacznie, wracam myślami do wczoraj…

Bo po raz kolejny zobaczyłam, jak bardzo Bóg się o mnie troszczy.

Rano, zaraz po przebudzeniu, oddałam Mu cały mój „majdan”:

rodzinę, siebie, dzień, pracę.

Wszystko, czym jestem i co posiadam. Wszystko Jemu.

Później, lecąc po południu do pracy, miałam swój czas na bycie z Nim.

Zawsze proszę, żeby był ze mną — i naprawdę widzę, jak działa w moim życiu.

Czasem bardzo zwyczajnie. A jednocześnie tak bardzo konkretnie.

Wczoraj było inaczej niż zwykle.

Wracając rano z roboty, zazwyczaj ogarniam wszystko, co się da, i lecę dalej.

Nie śpię.

Tym razem jednak moje ciało wyraźnie mówiło: połóż się, odpocznij.

Myślałam, że to niskie ciśnienie mnie usypia, ale nie.

Położyłam się. Zasnęłam.

I naprawdę odpoczęłam. Zregenerowałam siły.

Kilka godzin później, już w szpitalu, dostaję wiadomość:

mam pociągnąć jeszcze jeden oddział. Brak pracowników.

Na jedenaście pięter było nas dziesięć osób, a powinno być dwadzieścia sześć 🫣

Nie było łatwo — ale dałam radę.

I właśnie w tym wszystkim widzę palec Boży.

On wiedział, że będzie więcej pracy.

Wiedział, że będzie ciężko.

I wcześniej mnie na to przygotował, dając mi możliwość odpoczynku.

Niby tylko sen. Nic wielkiego.

A dla mnie to jasny znak:

„Jestem. Troszczę się o Ciebie. Nie zapominam. Idę z Tobą w każdej chwili Twojego życia.”

Czego mogę chcieć więcej?

Jestem pełna wdzięczności.

Dobrego dnia, kochani 🤍

Nie zapominajcie — On jest. On działa.

Wystarczy pozwolić Mu wejść w nasze życie.

Niech burzy i buduje po swojemu, bo On wie, czego nam potrzeba —

nawet jeśli czasem jest to po prostu popołudniowa drzemka.

A ja lecę dalej.

To już piątek — więc relaksujcie się

Zapach oddziału

Siedzę w kafeterii. Lunch o 9 pm 🤣

Mam godzinkę odpoczynku. Piję dwie herbaty, wcinam jabłko i penetruję wzrokiem życie toczące się za moim szklanym oknem.

Za szybą Manhattan. Nocą wygląda naprawdę ładnie… a może to te świąteczne dekoracje? Tysiące lampeczek, światło, ruch. Jest klimat.

Jutro miną dwa tygodnie odkąd pracuję popołudniami.

Sobota i niedziela mam wolne — hurra!

Kiedy wychodzę z domu, młody woła:

„Mamo, I miss you…”

Trochę mnie to bierze, ale nie mięknę. Idę.

Dziewczyny świetnie sobie radzą z młodym, więc zasuwam.

Dziś jestem na chemii. Staram się nie rozczulać, ale ciężko mi… kurde.

Najgorzej w momencie, kiedy otwieram drzwi oddziału. Ten specyficzny zapach od razu wbija mi się w nozdrza. Wciąż trudno mi się do niego przyzwyczaić. Nawet kubek wody nie przechodzi mi przez gardło — jakby jakaś niewidzialna obręcz siedziała mi w gardle.

Trafiło mi się naprawdę fajne miejsce. Bardzo mili, grzeczni ludzie, przyjaźnie nastawieni. Póki co jestem jedyną Polką w naszym teamie.

Codziennie widzę tyle ludzkiej biedy… dotyka mnie to cholernie.

Potrzebuję czasu, żeby być taka jak ekipa, z którą pracuję. Ich to już nie rusza. Ja ratuję się muzyką albo modlitwą, żeby oczy nie pociły mi się tak bardzo, kiedy przechodzę między pokojami.

Co dały mi te dwa tygodnie?

Ogrom.

Naprawdę inaczej patrzę na swoją rodzinę. Na zdrowie. Na to, że je mam i jak często nim szafuję. I wiem, że mam za co Bogu każdego dnia dziękować.

Dziś wróciłam z pracy rano — miałam krótki dzień. Wsunęłam się pod kołdrę, bo chyba po prostu tego potrzebowałam… i odpłynęłam. Obudziłam się dopiero, kiedy dziewczyny przywiozły młodego ze szkoły.

Głowa mi pękała, bo nigdy nie śpię po południu — dziś było inaczej.

Ogarnęłam się raz dwa, dojeżdżam do szpitala, lecę na swoje piętro, a tam mój manager:

„Jola, masz siłę? Dałabyś radę dziś latać między dwoma piętrami?”

No jak nie dam — jak dam!

I latam: góra–dół, góra–dół.

Popijam herbatę miętową, bo kawy nie chcę tykać. Marzę tylko o tym, żeby po powrocie wsunąć się do ciepłego łóżka, ogrzać zmarznięte nogi w stopach mojego męża i zasnąć tak szybko, jak się da.

Zawsze chciałam pracować w szpitalu. Może nie robić dokładnie tego, co robię teraz, ale od jakiegoś kroku trzeba zacząć.

Jestem dumna, że pracuję w szpitalu.

Kończę lunch i lecę dalej zasuwać, bo jeszcze trochę zostało.

Czy Wasza praca też czasem uczy Was pokory i wdzięczności?

Dobrej nocy, kochani 🤍

Grudniowe Migotanie Duszy

Kocham grudzień. Naprawdę kocham. Ten czas ma w sobie coś takiego, co trudno ubrać w słowa… I nawet to, że dni są krótkie, że szybko robi się ciemno – jakoś mnie to teraz nie rusza. Wręcz przeciwnie, pasuje mi to do całej tej świątecznej aury. Lubię ten czas przygotowań, ten czas oczekiwania, tę całą magię, która unosi się w powietrzu. Światełka wszędzie, albo prawie wszędzie – i to ich migotanie dodaje wszystkiemu takiego uroku, takiego ciepła, że człowiek aż mięknie w środku. W domach choinki – piękne, zielone, oświetlone tysiącem lampek… jest w tym coś niepowtarzalnego, coś błogiego, coś, co otula duszę jak miękki koc i człowiek od razu czuje się lepiej.

No i muzyka… W grudniu wszystko brzmi inaczej. W grudniu mogę słuchać wszystkiego, ale Sade to już w ogóle – ona mnie koi, unosi, relaksuje, jej głos ma taki vibe, że mogłabym stać w kolejce i zasnąć na stojąco, a i tak byłoby mi dobrze. Ech… Włączam smooth jazz chillout, jakieś świąteczne nuty i odlatuję. Kocham ten czas, naprawdę. To jest taki moment w roku, kiedy dźwięki jakby bardziej trafiają w serce, jakby wiedziały, że człowiek potrzebuje otulenia.

A potem wracają wspomnienia…

Poezja śpiewana to była moja młodość. Ana Szałapak i jej anielski głos… słuchaliście jej? Znacie jej „Grajmy Panu”? Matko kochana, ona tak dotyka tych słów, jakby krople deszczu dotykały szyby – delikatnie, czule, z drżeniem. Tak właśnie czuję jej głos: jak dotyk anioła, jak oddech światła na skórze.

Albo Stare Dobre Małżeństwo – „4 nad ranem”, albo te bieszczadzkie anioły… To wszystko ma dla mnie smak dawnych wieczorów, ciepłych myśli, ludzi, którzy byli obok. I Marek Grechuta, jeżu kolczasty, jego głos to perełka – tak delikatnie dotykał słów, jakby każde było kruche i piękne jednocześnie. A Edyta Geppert i jej „Kocham cię życie”, Magda Umer z tą swoją nostalgiczną miękkością… Jest tyle tego, że aż się człowiekowi robi w sercu miękko. Mam ogromny sentyment do tej muzyki – ona mnie tuli, koi, łagodzi, przypomina kim byłam i kim jestem.

Siedzę sobie teraz w fotelu, kubek kawy obok, patrzę na te wszystkie światełka, słucham tych dźwięków, i naprawdę – brakuje mi tylko kominka, żeby odlecieć całkowicie w ten świąteczny vibe. W takim momencie świat zwalnia, jakby specjalnie po to, żeby dać mi chwilę oddechu.

A Wy? Jak to u Was z muzyką w grudniu?

Co Was rusza, co Was otula, co Wam poprawia nastrój w te długie zimowe wieczory?

Podzielcie się… bo grudzień to idealny czas, żeby dzielić się ciepłem. 

Wpadłam tylko posprzątać. Wyszłam jak po SPA

Praca ze starszymi osobami ma to do siebie, że człowiek biega, teleportuje się, wraca w czasie i robi trzy rzeczy naraz, najczęściej bez instrukcji obsługi. A dziś w roli głównej: babcia — gwiazda programu, która woła mnie tak, jakbym miała w plecach zamontowany dzwonek z opcją natychmiast reaguj. „Jola, Jola, Jola!” rozlega się co kilka minut tak głośno, że echo dudni mi w głowie .

Personalna asystentka  twierdzi, że babcię trzeba oddać do ośrodka, bo ma demencję. Ja patrzę na babcię, która pamięta swoją pierwszą randkę sprzed siedemdziesięciu lat, zna historię każdej koleżanki z pracy, potrafi odśpiewać piosenki swojej mamy i cytuje wiersze, które ona przerabiała  w elementary school — i myślę: demencja? Gdzie niby? Gdyby ktoś miał prowadzić archiwum narodowe pamięci, to właśnie ona.

Babcia sama dzwoni do lekarzy, sama ustawia wizyty, sama wie, kiedy przyjdzie pielęgniarka i kto z rodziny ma akurat urodziny. Jedyne, co szwankuje, to wzrok — czyli widzi tak, jakby patrzyła przez dno słoika po kompotach. Ale słaby wzrok nie jest powodem, żeby ją zamykać i ubezwłasnowolniać. Ja mówię: nie. Opiekunka  mówi: tak. A babcia: „Jola, pokaż kolor i cięcie włosów, bo coś nowego masz na tej głowie!” — i to jest jedyny naprawdę rozsądny głos w tej rozmowie.

No więc sprzątam łazienkę, w spokoju, sumiennie, w harmonii ze sobą , gdy nagle następuje otwarcie wodospadu. Nie żaden romantyczny, tylko wersja specjalna Niagara przy -8°C. Woda leci na mnie tak, jakby świat postanowił przetestować moją cierpliwość, wodoodporność i odporność psychiczną jednocześnie. Sekunda i jestem mokra w stu procentach: włosy, koszulka, spodnie — nawet moja wytrzymałość przemokla 🤣

Stoję w wannie jak kot po kąpieli i próbuję zdecydować: ratować ubranie czy pędzić do babci, bo woła tonem, którego nie ignoruje nawet piorun . Wiadomo — biegnę. A babcia, suchutka, elegancka, w kolczykach i sweterku jak z katalogu, mówi: No jesteś! Czytam artykuł, słuchaj uważnie.Ja stoję, woda ścieka ze mnie jak z rynny na wiosnę, wyglądam jak SPA po eksplozji jacuzzi, a ona analizuje New York Times z powagą analityka giełdowego.

I oczywiście — nie mam ciuchów na zmianę, bo ja sprytna wyprałam torbę i nie włożyłam rzeczy z powrotem. Więc pakuję papierowe ręczniki pod bluzkę i w nogawki, tworząc styl z okolic survival zimowy i budowlany glamour BHP. A na dworze minus osiem. Chodzę więc po domu jak burrito z ręczników, pachnąc jak delikatny papier toaletowy po ulewie.

Jedyny plus? Skarpetki suche. To była moja kotwica przy zdrowych zmysłach.

No i tak na koniec zanim wyjdę :babcia szczęśliwa, elegancka, zanurzona w wiadomościach. Ja mokra jak wydra, ale pełna zawodowej godności.Opiekunka  dalej by ją oddała do ośrodka, ja bronię jak pies podwórkowy. Życie to kabaret, tylko widownia ma darmowe wejście.

Teraz lecę słuchać rekolekcji, bo po takim dniu to albo modlitwa, albo herbata z brandy. A że zaraz nocna zmiana, wybieram wersję świętą — odrobię rekolekcje z wczoraj.

Jeśli ktoś miał podobny gratisowy prysznic podczas pracy, proszę o zgłoszenia. Będę mniej jak bohaterka reklamy proszku do prania, w której ostatecznie zawsze wygrywa woda.

Plemię żmijowe – rekolekcje, które zerwały gwoździe i połamały deski

Kocham rekolekcje, kiedy nie ma nudy, rozwlekania i teologicznego języka, który tylko męczy. Kocham, kiedy słowo nie tylko brzmi, ale przebija, kiedy nie usypia, lecz wybudza z letargu.

Właśnie taki był pierwszy dzień – bez trzymanki, bez cukru, bez kościelnych kołysanek. Buty dosłownie spadały, serca drżały, a cisza po słowie mówiła więcej niż tysiąc konferencji.

Rekolekcjonista zaczął inaczej niż wszyscy. Nie od „Bóg was kocha, usiądźcie wygodnie”, ale od słów Jezusa prosto z Ewangelii:

„Plemię żmijowe.”

Takim otwarciem rozbroił nas wszystkich. Już w pierwszej minucie byłam całkowicie skupiona.

On nie tylko mówił – on pytał, wytrącał, kłuł do żywego.

Słuchali wszyscy, nikt nie spał.

To określenie Jezus kieruje do ludzi, którzy całe życie poświęcili liturgii, prawu, zasadom, modlitwie – a jednak nie rozpoznali Go, gdy stanął przed nimi.

I ksiądz powiedział jasno: można 50 lat przesiedzieć w ławce, być tu w każdą niedzielę, śpiewać, organizować, działać… i nigdy nie wejść w relację z Jezusem.

To nie znaczy, że ktoś jest „zły”, lecz pokazuje, że można być religijnym, a jednocześnie nie oddanym, obecnym, ale nie otwartym, wierzącym, ale nie spotykającym.

Bo nie chodzi o to, aby być przy ołtarzu.

Chodzi o to, aby być przy Sercu Boga.

A potem padło zdanie, które w jednym momencie potrafiło rozedrzeć zasłony w sercu:

„Wszystko dla Pana Boga, a gwóźdź dla diabła.”

Modlę się, wierzę, kocham, służę… ale jednego miejsca nie oddam.

„Tego tematu nie ruszamy, Panie.

Tego nie przebaczę.

Tego nie zmienię.”

I właśnie na tym gwoździu wieszamy to, co gnije, co ciąży, co dzień po dniu odbiera światło.

Wystarczy jeden gwóźdź i diabeł ma już gdzie mieszkać.

Nie potrzebuje pałacu – wystarczy mu mała furtka, przyczepka serca, jeden sekret, jeden nawyk, jedna zaciśnięta pięść.

A potem pojawił się drugi obraz – prosty, a miażdżąco prawdziwy:

Stara deska. Trzymasz się jej na środku rzeki, choć dawno tonie.

Bóg rzuca linę, daje ratunek, nowe życie, przebaczenie, wejście w światło – a my kurczowo trzymamy się starej, spróchniałej deski, bo „znam ją”, bo „moja”, bo „bezpieczna”…

Choć ciągnie na dno.

Nie chwytamy liny, bo bezradność bywa czasem wygodniejsza niż wolność.

I wtedy wszystko zaczyna układać się w jedną rekolekcyjną układankę:

  • Plemię żmijowe – można być w Kościele, a nie być w relacji.
  • Gwóźdź – miejsce nieoddane Bogu, zostawione na użytek diabła.
  • Deska – to, czego nie chcemy puścić, choć tonie razem z nami.

Pierwszy dzień rekolekcji, a ksiądz rozbił schematy jak szkło.

Nie po to, żeby pocieszyć, pogłaskać i dać duchowego cukierka,

ale po to, by obudzić, przeorać, wyrwać gwoźdź, połamać deskę i doprowadzić do prawdziwego spotkania.

Bo Jezus nie chce widza, słuchacza ani bywalca.

On chce relacji, bliskości, życia razem – nie życia obok.

Pierwszy dzień? Start rakiety.

Reszta rekolekcji to już nie droga, ale tor lotu.

Nie dla tych, którzy szukają wygody i spokojnych półsłów,

ale dla tych, którzy pragną prawdy, uwolnienia, światła i nowego serca.

Ksiądz daje siebie w całości. Mówi:

„Chcesz porozmawiać, spierać się, wykrzyczeć – jestem tu. Chcesz spowiedzi – przyjdź.

Chcesz być wysłuchany – zapraszam.”

I naprawdę pełen szacunek – on żyje tym słowem, oddycha nim, nie udaje, nie gra. Jest w tym cały.

Dziś kolejny dzień. Będę słuchać tylko online – niestety.

Ale kocham ludzi, którzy mają odwagę mówić mocno, prawdziwie i pod prąd religijnego snu.

A Wy?

Wolicie spokojne rekolekcje, czy takie, które rozwalają mury, wyrywają gwoździe i palą deski do fundamentu?

Pierwszy tydzień

Jeszcze tylko dzisiejsza wieczorna zmiana i mogę odetchnąć… weekend wygląda na zbawienie. Czasem, jadąc pociągiem między jedną a drugą zmianą, zapisuję myśli, żeby nie usnąć — wiecie, jak jest. Albo się modlę, albo analizuję, albo układam słowa w głowie. Patrzę przez okno na mijające światła miasta, które nie pyta, czy mam siłę, tylko czy zdążę. Pociąg kołysze mnie codziennie o tej samej porze i to kołysanie staje się jedynym momentem, kiedy nie muszę odpowiadać, podnosić, organizować, układać i ratować planu dnia. To mój czas na oddychanie, na zapisywanie myśli, słów i zdań, zanim zmęczenie je zetrze. Tak właśnie powstało moje małe podsumowanie tygodnia — w wagonie, w biegu, pomiędzy kolejnymi „muszę” i „już idę”.

Zaczynam pracę o 9 rano. Czasem jeszcze półprzytomna, czasem już w pełnym biegu, czasem z głową wypchaną myślami, które chciałabym zatrzymać, a zamiast tego muszę puścić wolno, bo rzeczywistość woła szybciej, niż nadążam. Kończę między 1:30 a 2:10 PM, szybko łapię oddech, przebieram się w pociągowym rytmie — jedną ręką zamek w kurtce, drugą kawa i jabłko. Pociąg nie zwalnia, życie też nie.

Do drugiej pracy jadę już trochę inną wersją siebie. Tą, która wie, że musi. Nie dlatego, że lubi, nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że życie wystawiło rachunek, a ja mam dla kogo go zapłacić. Tą, która czasem zasypia oczami w metrze, ale sercem czuwa, bo w domu czekają i wierzą, że dam radę.

Wracam około 2 w nocy. Cisza. Dom śpi. Ulice śpią. Nawet wiatr oddycha ciszej niż zwykle. Ja też padam od razu — nie do lodówki, nie do obowiązków, nie do sprzątania , tylko do łóżka. Kąpiel, spłukanie dnia z twarzy i ramion, bez zbędnych myśli, bez liczenia godzin i zobowiązań. Poduszka, Morfeusz i ja. Zasypiam szybko, inaczej niż kiedyś, kiedy głowa jeszcze chciała ogarniać cały świat naraz, zadowolić wszystkich, pomóc każdemu, zanim sama zdążyłam odpocząć.

Wstaję o 7. Jeszcze trochę jak żółw, jeszcze nie w rytmie, ale po chwili łapię siebie za rękę i mówię: idziemy dalej. Inaczej niż kiedyś. Teraz nie ratuję świata. Ratuję siebie. Uczę się nie brać wszystkiego, uczę się oddawać, ufać i patrzeć, jak inni potrafią działać beze mnie.

Moje dziewczyny — jakby wyrosły w tydzień. Jeszcze niedawno dzieci, a dziś kobiety, które same wiedzą: o której pobudka młodego, co spakować do plecaka, jak załatwić wizytę u lekarza, jaki formularz podpisać, które metro jedzie szybciej i jak nie zgubić młodego po drodze. Jedna uwielbia matematykę, druga biologię i chemię — i obie uczą innych, prowadzą wolontariaty, pomagają, działają. A teraz jeszcze przejęły to, czego nikt ich nie uczył — rolę dorosłych. Bez fochów, bez przewracania oczami, bez lamentu „dlaczego ja?”. Patrzę na nie i wiem, że kiedyś będą żonami i matkami, które nie uciekną, nie spanikują, nie zrezygnują. Już teraz umieją kochać przez odpowiedzialność, a to najtrudniejsza forma miłości.

Mama pomaga — trochę z zaciśniętymi ustami, trochę z komentarzem, trochę z westchnieniem, ale pomaga. Jest. Trzyma tyły, gdy ja biegnę. Nie zawsze w tonie, który bym wybrała, ale zawsze w gotowości. Odbierze, przypilnuje, spakuje jedzenie dla połowy domu .

Mój mąż? Szef kuchni. Naprawdę. Kiedyś to ja gotowałam, doprawiałam, pilnowałam, żeby nikt nie wyszedł głodny. Teraz on miesza w garnkach tak, jak ja kiedyś — spokojnie, pewnie, bez narzekania. Kuchnia oddycha inaczej, ale działa. Dom pachnie obiadem, nie chaosem. Pachnie troską, nie paniką. Pachnie tym, że jest w nim więcej niż jedna para rąk.

I w tej układance widzę coraz wyraźniej, że nie wszystko musi zależeć ode mnie. Że mogę wyjść z domu i świat się nie zawali. Że mogę pójść do pracy i dom nie runie. Że matka i żona nie zawsze musi być na froncie — pierwsza, ostatnia i w środku. A tu proszę: poszłam na drugą zmianę i w domu cisza, porządek, pełne brzuchy, odrobione lekcje i zero dramatów.

Ameryka różni się od Polski — to dwa różne bieguny codzienności. Tu nie ma odpoczynku za darmo. Tu nikt nie przychodzi i nie mówi: „Pani to się należy”. Ubezpieczenie? Nie zawsze. Płatny urlop? Ha. Chorobowe? Dobre żarty. Większość prac nie daje żadnych benefitów, żadnej poduszki bezpieczeństwa. Praca z ubezpieczeniem to tu skarb. I ciągle ktoś prosi, ktoś potrzebuje, ktoś wyciąga rękę — w metrze, w kościele, na rogu ulicy. I weź nie daj. I weź przejdź obojętnie.

Dlatego biegam. Z jednej roboty do drugiej, z pociągu do metra, z metra do domu. Bo w Stanach dolary nie rosną na drzewach, a życie kosztuje, i to coraz więcej. Wpisz w Google: „najdroższe miasto do życia na świecie”. Singapur i New York na jednej linii. Kiedyś Nowy Jork był miejscem, gdzie ludzie zarabiali. Dziś jest miejscem, gdzie ludzie zaciskają zęby i pas.

Ale nie chcę żyć tylko „ołówkiem w ręku” i kalkulatorem w głowie. Chcę żyć, oddychać i mieć siłę. I mam. Bo trzymam dietę, dbam o siebie, nie zajadam emocji i nie gubię uczuć w lodówce późno w nocy. Wracam, zasypiam, regeneruję się i walczę dalej — już nie w pojedynkę, ale z rodziną, która jest jak drużyna, a nie widownia.

Weekend jest mój. Nie gotuję. Nie sprzątam. Nie nadrabiam. Ja i dzieci — muzeum, bajki, koc, kakao, śmiech, obecność. Czas nie będzie krzyczał, że muszę. Czas będzie tulił.

Może właśnie po to ta praca. Nie po pieniądze — choć są potrzebne, żeby żyć bez lęku. Ale po świadomość. Że mam rodzinę, która umie działać razem. Że dzieci są silne nie dlatego, że miały łatwo, ale dlatego, że miały przykład. Że mąż potrafi. Że mama wesprze. Że dom nie rozsypie się, kiedy mnie nie ma. Że ja mogę iść, wracać, oddychać i nie bać się odpuszczania.

A Wy? Gdzie jesteście na tej drodze? Czy już możecie w spokoju pić kawę do końca, delektować się ciszą i nie liczyć godzin? Czy może — tak jak ja — biegniecie, ale biegniecie z miłością, nie z przymusu? Biegniecie, bo macie dla kogo, a nie przeciw komu. Biegniecie i jednocześnie wiecie, że to, co najważniejsze, czeka w domu. Nie ucieka. Nie rozpada się. Nie pyta: „Dlaczego tak długo?”. Po prostu jest.