W Sylwestra pracowaliśmy prawie do północy.
Dobrze, że nie mieliśmy planów, bo nici by były z czegokolwiek.
Wracam do domu.
Zmęczona tak, że marzę tylko o ciszy, herbacie i łóżku.
Otwieram drzwi.
I przez krótką sekundę myślę, że pomyliłam mieszkania.
W salonie stoją ludzie.
Moja rodzina.
Ale… nie w moich kolorach.
Nie są bladzi.
Nie są zmęczeni.
Są niebiescy.
Nie „lekko”.
Nie „jak po zimie”.
Jednolicie.
Nienaturalnie.
Stoją równo.
Bez ruchu.
Jak ekspozycja w muzeum .
Dłonie.
Stopy.
Twarze.
Młody — cały.
Buzia.
Powieki.
Jakby ktoś zanurzył go w beczce z barwnikiem i zapomniał wyjąć.
Max też.
Max, z racji tego, że „ratował sytuację”, również niebieski.
Bo oczywiście, jeśli w tym domu jest tragedia, to rodzinna.
U nas jak się coś dzieje, to dotyka wszystkich, bez wyjątku.
— Co się stało? — pytam.
Głos mam spokojny.
Zdecydowanie zbyt spokojny.
Mój mąż podnosi wzrok.
Wzrok człowieka złamanego.
— Nie pytaj.
— Ja NIE WIEM, co się w tym domu dzieje.
Jest zły.
Taki zły, że jeszcze chwila, a zacznie gryźć podłogę.
Milczy przez moment.
— I nie wiem, czy chcę wiedzieć.
W środku się śmieję.
Nerwowo.
Bo kurde…
Tak niebiescy to oni jeszcze nigdy nie byli.
Nawet dziewczyny.
— Dziewczyny — mówię — co tu się wydarzyło?
Patrzą na mnie jednocześnie.
Za jednocześnie.
— Mały coś wyciągnął.
— Coś rozsypał.
— Teraz jest wszędzie.
— I wszystko jest niebieskie.
— Uważaj, bo zaraz też będziesz.
— Naprawdę.
Mówią to z taką powagą,
jakby ostrzegały mnie przed czymś zakazanym i nie do cofnięcia.
Zdejmuję buty.
Odruchowo.
Jak zawsze.
Bo przecież lubię chodzić boso.
Pod stopami czuję coś miękkiego.
Jak puder.
Jak pył.
Nie sól.
Nie piasek.
Podnoszę stopę.
Patrzę.
NIEBIESKA.
Ale…
Nie ma farby.
Nie ma śladów.
Nie ma NIC.
Kucam.
Dotykam podłogi dłonią.
Podnoszę rękę.
NIEBIESKA.
Serce robi mi pauzę.
Patrzę na podłogę.
Czysta.
Idealna.
Idę do zlewu.
Myję rękę.
Tarcie.
Mydło.
Kolor zostaje.
I wtedy pojawia się myśl,
to nie jest zwykła substancja.
— MÓWIĆ MI NATYCHMIAST — wołam — CO TU SIĘ WYDARZYŁO?!
— Nic nie widać — mówią.
— Ale jak dotkniesz…
— To zmienia kolor.
— Co to jest? — pytam.
— Co ON znalazł?
Cisza.
— Nikt nic nie widział.
— Nikt nic nie słyszał.
Bo młody…
MŁODY PORUSZA SIĘ Z PRĘDKOŚCIĄ ŚWIATŁA.
— Mamo — mówią cicho.
— My nie dajemy sobie z nim rady.
I wtedy zaczynają opowiadać.
Wdrapywanie się na szafki.
Chodzenie po stole.
Gotowanie na kuchence.
Rozbijanie jajek.
Mieszanie przypraw.
Dodawanie mąki.
— Kazał nam smażyć placki.
— Kazał jeść.
Max krzyczy z kuchni:
— Myłem podłogę trzy razy!
— To się ROZNOSI!
I wtedy rozumiem.
To nie plama.
To skażenie.
Młody zasnął.
Nie dał się doszorować.
Leży w łóżku.
Niebieski.
Spokojny.
Przeszukuję szafki.
Apteczkę.
Nic.
I wtedy…
szuflada.
SCIENCE KIT.
CRYSTAL GARDEN.
Saszetka.
Pusta.
To nie farba.
To specjalny proszek do zestawu rosnących kryształów — taki, który nadaje im kolor.
My mieliśmy niebieski.
Bo oczywiście, że niebieski.
Pan laborant uwielbia niebieski.
Czyli…
idealny.
Do zabawy.
Do chaosu.
Do zamienienia domu w eksperyment.
Dlatego mycie nie pomaga.
Dlatego im bardziej sprzątasz, tym gorzej.
Jest piątek.
Mamy niebieskie ręce.
Niebieskie stopy.
Szoruję młodego.
Szczotą.
Pastą do zębów.
Nic.
Patrzę na niego.
Śpi jak aniołek.
Tylko… niebieski.
Jutro wanna.
Długie moczenie.
I weź tu bądź mądry…
Jak masz prawie sześciolatka
z głową pełną pomysłów
i rękami, które kochają doświadczenia i eksperymenty.
Co on jeszcze wymyśli?
Nie wiem.
Ale serio…
czy ktoś zna Harvard Science dla sześciolatków?
Bo ja chyba właśnie wychowuję
geniusza laboratoryjnego.
A jeśli jutro obudzę się zielona…
to już nawet nie będę pytać.
Tylko zamknę wszystkie szuflady.
Chociaż…
zapewne i na to znajdzie sposób.
Bo on uwielbia wszystko,
co trudne,
niebezpieczne
i co trzeba rozwikłać 🫣
Jeśli macie dzieci — ostrzegam:
czytajcie etykiety.
I zamykajcie szuflady.





